Secrets of London
[09/09/72] Dom - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [09/09/72] Dom (/showthread.php?tid=5146)



[09/09/72] Dom - Woody Tarpaulin - 18.09.2025

Chodź, zabiorę cię do domu.
Deportowali się od Nory razem — jak tysiące innych razy, gdy wracali do domu. Zawsze w to samo wydeptane miejsce u szczytu ścieżki za furtą, żeby razem przejść przez próg. Miejsce, w którym lądował Woody, zdążyło zarosnąć przez lata trawą, lecz — gdyby tylko okoliczności były inne — z pewnością zwróciłby czarodziej uwagę na to, że pod stopami Tessy wciąż jest wydeptana ziemia. Nie złamała ich drobnego rytuału.
Spotkanie z członkami Zakonu Feniksa przyniosło Woody’emu rozprężenie. Myślał, że gdy podzielili się swoimi doświadczeniami i informacjami, wyściskali, upewniwszy, że wszyscy przetrwali noc — myślał, że to wszystko będzie jego kropka na końcu wieczoru. Otwarcie poranka.
I cóż z tego, gdy ciemna i długa dziś noc.
Chciał zabrać ją do domu, żeby nie wchodziła tam po wszystkim samiutka… a może, żeby przedłużyć moment rozstania i chwilę potrzymać ją za rękę, gdy byli sami tylko dla siebie, nie myśleli o bliższych i dalszych przyjaciołach. Malutka chwila, coby się nie roztkliwić nadto na tej ścieżce, którą trzydzieści lat wcześniej przemierzyli po raz pierwszy jako dwójka dzieciaków ogłoszonych parę godzin wcześniej małżeństwem. To nie tak, że chciał ją i tego wieczora przenosić przez próg, ale… ale gdy zobaczył, że progu nie ma, utacona ewentualność zdławiła go podwójnie.
Patrz, tyle czasu, ale dotarliśmy do naszego domu. Jak na nas czeka wśród Doliny nasz kąt i wita światłem.
Miał już w głowie pożegnanie przed deportacją do Rejwachu — takie nie za słodkie, nie za oschłe. Takie w sam raz.
I poszło w piach. Co się mówi w takiej chwili?
Och, mówi się: kochanie, spójrz, jak pięknie płonie nasz dom w tę wrześniową noc.
Mówi się:
Nie. Nie. — Mówi się głośniej: — NIE. NIE. — Zaprzeczenie i gniew opakowane w jedno, aby jak najszybciej przejść do etapu negocjacji z losem. — NIE.
Dom Longbottomów płonie, jak pięknie płonie w bezksiężycową wrześniową noc. Pożarło próg — ha! Nie przeniesiesz nigdy swojej panny młodej. Wejdź do środka, ha. Rzuć kapelusz na płonący wieszak, panie Longbottom, zdejmij płaszcz, spocznij na cieplutkiej kanapie, witamy w domu. Ha-ha-ha.
Woody dał Tessie jedno spojrzenie. Gdyby szło o co innego, to pewno ciężko by się w tym spojrzeniu szukało sensu — parszywą mordę obili, to spuchła, zakleiła się krwią, a i zza spirytusowej mgły oko zawsze mętne. Ale w tym oku nie dało się sensu przegapić — łysy strach. Ten sam, który całą noc Woody widział w oczach ludzi wyciąganych ze szkieletów zwęglonych kamienic. Studiował go całą noc, to nie dziwota, że w praktyce wyszedł mu tak naturalnie.
Porażką jesteś, stary pijaku. Porzuciłeś dom, to i masz. No masz za swoje.
Wesoły płomień trzaska nam nad domkiem, radosny taniec pomarańczowego ognika, co wzgardzony domek przyjmie z przyjemnością.
Woody puścił ramię Tessy.
Jak mocno ją trzymał?
Są takie momenty, gdy ból i zmęczenie stają się tępawe, to już ci wszystko jedno. Wkroczył w ten moment dawno. Biegł przez ogród do płonącego domu, a ręka bez udziału świadomej woli przygotowywała różdżkę do splatania zaklęć, które ćwiczył całą długą noc.
Ha-ha-ha.


RE: [09/09/72] Dom - Quintessa Longbottom - 22.09.2025

To mogłoby być naprawdę dobre dla nich. Dla tego, co ostało się z cokolwiek kiedyś pomiędzy nimi było. A było wiele. Przynajmniej to powtarzała sobie kobieta, kiedy kilka miesięcy temu wróciła z plaży w Devon, na której udało im się spotkać. No i pokłócić.
Ale teraz może nawet zgodziłby się zostać na noc? Może zjedliby coś razem w kuchni. Może Tessa odkopałaby jego stare ubrania z pudła z tyłu szafy, żeby mógł przebrać się w coś czystego. Mógłby spać w pokoju gościnnym. Albo zasnęliby obok siebie na kanapie, a ranek zawitałby za oknem zdecydowanie zbyt szybko. Nie zapalaliby ognia w kominku. Nie tej nocy.
Ale nie było im dane poznać czy to gdyby stało się faktycznie realne.
To byli w końcu oni.
Nie… — Nie mogła krzyczeć. Nie miała sił. Ale jednak… — Nie!
Bo ogień nie płonął obok, ogień nie trawił tylko stropu ich domu i nie zwęglał powoli tapet w środku, które zwijały się w popielne rulony. Czuła ogień pod skórą. Czuła go w gardle, czuła go w palcach, które szybko sięgnęły do różdżki i czuła go w piersi; w sercu, które teraz płonęło żywym gniewem.
Jej… ich dom pożerał ogień. Czarny ogień. Ogień przyniesiony osobiście przez Śmierciożerców na cisowej pochodni. Ogień, którym zajęli cały Londyn i dolinę Godryka. Nie mogła pozwolić, aby pochłonął również jedyne miejsce, w którym kiedykolwiek czuła się bezpiecznie.
Rzuciła się zaraz za Woodym i machnęła ramieniem na tyle mocno, że magiczna gałązka wręcz przecięła powietrze. Chwilowy ból w nadgarstku został zaraz przyćmiony przez adrenalinę powoli huczącą w uszach i nie pozwalają skupić się na niczym innym, jak tylko na ogniu. Myślała, że tutaj będzie lepiej. Że wrócą razem do domu. W końcu.
Złapała płomienie w kolejnym, jeszcze gwałtowniejszym ruchu różdżki i zmiotła je w bok, aby rozwiały się chmurą zimnych iskier i zniknęły w nocnym powietrzu. Spopielony muślin jej bluzki zaszeleścił, kiedy zatrzymała się przed drzwiami wejściowymi i sapnęła z bezradności.
Pamiętała jak Woodrow przenosił ją przez ten próg wiele lat wcześniej. Pamiętała jak upierał się, że muszą to zrobić. I tak jak początkowo niechcący nadepnął jej na welon, a potem ona przypadkowo uszczypnęła go w pierś, chcąc zdjąć mu kwiaty, przypięte do butonierki, weszli do domu razem, śmiejąc się.
Clemens! — zawołała ze ściśniętym gardłem, starając się przekrzyczeć zarówno swój strach, jak i płomienie, tańczące w oknach domu. Zdołała wykrztusić jedynie: Dach!
I sama cofnęła się, szurając butami o oprószoną popiołem trawę. Podniosła różdżkę, a wraz z nią rękę, aby potem ponownie spróbować rozproszyć żar powoli zżerający strop.


Odkryj wiadomość pozafabularną
Nasze ratowanie domu opiera się na tych oto rzutach.



RE: [09/09/72] Dom - Woody Tarpaulin - 21.03.2026

Zostałby na noc. Chętnie obudziłby się z nią na zgliszczach świata, w którym się poróżnili. Zaczęliby nowy dzień tam, gdzie skończyli — gdzie ostatni raz zasypiali przed laty szczęśliwi, zanim wyprowadził się do pokoju gościnnego, a później na Nokturn. Chciałby obudzić się z nią w dzień po apokalipsie i znów być w tym domu jej mężem, lecz Śmierciożercy mieli dla Longbottomów inne plany.
Krzyk przerażonej Quintessy rwał go mocniej jeszcze niż widok domu trawionego przez płomienie. Sam się bał, piekielnie bał, jakby niewystarczająco już przeżył strachu, gdy ruszyły na niego w nocy popioły wypominające jego zdradę klasową. Bał się, owszem, lecz jeszcze bardziej nienawidził. Clemens Longbottom płonął gniewem wobec tych, którzy tej nocy zdecydowali się pozbawić go domu.
Nie tak wyobrażał sobie ciepłe powitanie — nie w formie tej łuny żaru emanującej od ścian budynku z taką intensywnością, że czuł ją nawet, stojąc na trawniku dobrych kilka metrów od muru. Wśród najciemniejszej nocy, jaką kiedykolwiek przeżyli, dwoje Longbottomów walczyło z ogniem ramię w ramię, tak blisko siebie, na ile tylko pozwalała im konieczność swobodnego operowania różdżkami. Woody nie puszczał Tessy na krok. Podążył za jej poleceniem: skupił się na stropie. Starał się zsynchronizować z nią w zaklęciach mających rozpędzić płomienie, które zajęły dach.

// rzucam na rozproszenie, żeby dołączyć do Tessy w gaszeniu magicznego ognia

[roll=Z]

Zaklęcie rozpadło się, zanim zdążyło dotrzeć między płomienie. Czar Tessy pomknął za nim i szczęśliwie sięgnął celu. Kobieta radziła sobie o wiele lepiej niż Woody, wycieńczony i ranny, co żadnym nie było dla niego usprawiedliwieniem. Pani Longbottom również nie miała lekkiej nocy i pracowała bez wytchnienia. Czarodziej zawsze podziwiał jej wytrwałość; to, że zawsze znajdowała siłę, żeby trwać i przeć do przodu. Skoro Tessa dawała radę, i on musiał zmotywować się do walki. Podjął więc kolejną próbę.

// rzucam na rozproszenie, jeszcze raz to samo

[roll=Z]

Oba ich czary tym razem dosięgnęły celu — ogień na stropie ustępował powoli pod ich magią, lecz…
Wszędzie. Jest wszędzie — warknął gniewnie mężczyzna, nie mogąc zaakceptować tej rzeczywistości. Zbierał się do kolejnego uderzenia, lecz nagle uświadomił sobie z pełną mocą, o co walczą: o resztki. Nie o dom taki, jakim go znali, a o to tylko, żeby cokolwiek im po nim zostało, żeby mogli chociaż wynosić z niego osmolone skorupy wspomnień z całego życia. — Tessa, wszędzie! — krzyknął desperacko. Nie nawoływał jej do poddania się. Dzielił się nienawiścią i rozpaczą, które popychały go do kolejnych i kolejnych zrywów.
Dom stał w ogniu, Śmierciożercy świętowali.