Secrets of London
[Jesień 17.09, Eden & Anthony] not always sweetest - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [Jesień 17.09, Eden & Anthony] not always sweetest (/showthread.php?tid=5148)



[Jesień 17.09, Eden & Anthony] not always sweetest - Anthony Shafiq - 19.09.2025

—17/09/1972—
Anglia, Londyn
Eden Lestrange & Anthony Shafiq
[Obrazek: SRX6xXE.png]

The truth
is not always
sweetest
sometimes
it is only
truest



Tydzień.

Tyle minęło od Spalonej Nocy.

Spaliło się wtedy coś więcej w życiu Anthony'ego, coś z prawa i lewa, dzień wcześniej, dzień później... Niby jego włości nie ucierpiały aż tak, niby jego duma, majątek, wspaniała kolekcja... Ale też przecież i ludzie, bliscy i nawet dalsi krewni. Pogrzeb Florence był najbardziej dotkliwym, dojmującym zdarzeniem, wobec mnogości tragedii, które mogły, ale się nie wydarzyły.

A jednak.

Czuł się tak, jakby było go ćwierć, albo pół. Czuł się tak, choć to co zabolało go najbardziej zostało przykryte plastrem wstępnego porozumienia. Paktem o nieagresji.

Praca biurowa wyniszczałaby go z pewnością, dokładając kolejnych zgryzot, zaduszając monotonią, która po reorganizacji z powodów kadrowych powróciła bardzo szybko na dawne tory przerzucanych ze stosu na stos papierków. Miał zbyt zgrany zespół. Zbyt dobrze działające biuro.

Potrzebował kryzysu.

Wyzwania.

Czegoś, z dala od tej pieprzonej Jenkins, która w swoim kaprysie nie pozwoliła mu w pełni rozwinąć innowacyjnych skrzydeł.

List tłumaczący Eden, że sprawa o której jej wspominał przed Spaloną Nocą, spopieliła się wraz z połową Londynu zaowocował ciągiem zdarzeń, szarpiącym ku sobie jego umęczoną uwagę.

W końcu obiecał jej lekcje oklumencji, a był człowiekiem niezwykle słownym. Dyskomfort, który płynął z ataku śmierciożerców mógł zostać na moment ukojony Bardzo Inną Aktywnością, która zmuszała umysł do maksymalnej koncentracji.

Umówili się po zmroku. Umówili w Little Hangleton, gdzie trwały prace porządkowe i remontowe, ekipa jednak zwolniona była obecnie z działań.

Potrzebował maksymalnej poufności, takie spotkania nie byłyby najlepiej widziane w skostniałej społeczności, nawet jeśli zamiary Anthony'ego wobec pani Lestrange nie niosły żadnej intencji wykraczającej poza ustalone normy. Cicho wyszeptane zaklęcie wstrzymało wodę w fontannie znajdującą się na wielkim holu letniej rezydencji. Odsłonione podłoże przeszło płynnie w mechaniczne schody, podobne do zejścia do dormitorium Ślizgonów, choć dla Anthony'ego bardziej domyślna powinna być wysoka krukońska wieża. To rozwiązanie jednak (nie jedyne, które skopiował ze szkoły, której ponoć tak bardzo nie lubił) stanowiło przejście do piwnicy. Do skarbca. Do bunkra.

Do grobowca.

Momentalnie rozświetliły się pochodnie, odsłaniając piękną mozaikę przedstawiającą niebiańskiego chińskiego smoka, władcę oceanów. Korytarze rozwidlały się, drzwi mnożyły w chaosie. Było ciaśniej niż na piętrze, ale też intymniej. Niski sufit, migoczący płomień. Ominął bez słowa wejście łudząco przypominające hogwardzkie drzwi prowadzące do łazienki prefektów i poszedł dalej.

– Mam tu kilka eksponatów, na których szczególnie mi zależy, które być może chciałbym Ci pokazać, ale pójdziemy myślę do sali lustrzanej. Ona... wymusza dobrą koncentrację bardziej niż cokolwiek czego doświadczyłem w życiu. – tam był tylko moment zawahania, sekunda zawieszenia głosu. Był rzeczy ważne i ważniejsze i tak już prowadził ją w serce swojego istnienia, pokój, w którym spędzał więcej czasu niż chciałby komukolwiek się przyznać.


Srebro znajdowało się wszędzie. Podłoga. Ściany. Sufit. Nieregularne ramy dawały wrażenie chaosu podobnie jak elementy przypominające kamienne płytki, które leżały porozrzucane, chaotyczne, jakby jednak pożar sięgnął i dna. Anthony zamknął drzwi, które momentalnie wpasowały się w prezentowany obraz, pozbawione klamki i ramy, za to z pewnością zawierające na sobie lustrzaną taflę.

Zwilżył wargi z uwagą przyglądając się Eden. Było w jego zmęczonej ostatnimi tygodniami twarzy zaszyte pytanie, zmieszane z nadzieją, że nie jest to krok za dużo. Wyjątkowe czasy wymagały jednak wyjątkowych kroków. Szybkich kroków. Skutecznych.

Eden chciała, aby traktował ją po partnersku, chciała dowodów jego zaufania i właśnie - według pokrętnej dość logiki gospodarza - to właśnie złożył w jej dłonie.

– Sala luster wymaga od człowieka zdecydowanie więcej, ale i odpłaca... Pomaga nabrać perspektywy. Przyjrzeć się sprawie z różnych stron. – wyciągnął dłoń i część "kamiennych bloków" uniosła się, po czym ułożyła w idealny sześcian, który stanął przed niewielkim skórzanym zydlem znajdującym się w samym centrum pokoju.

Anthony westchnął i uśmiechnął się blado, gestem dłoni wskazując przestrzeń. Eden mogła wybrać na czym usiądzie. Nie było w tym nakazu. On usiadł za nią, na tym, co mu pozostawiła.

– Zaczniemy od czegoś prostego. Rozpraszanie cudzej magii, nawet przy użyciu różdżki, to pierwsze kroki w obronie swojego umysłu. Trening, który pozwala wyrobić odruch. Coś łatwego w niełatwym otoczeniu. – uśmiechnął się i poruszył palcami jak zawodowy sztukmistrz iluzjonista. W jego dłoniach pojawiła się biała, całkiem rzeczywista kulka, wyglądająca jak bila. Patrzył się prosto na nią. Ale odbicia. One też zdawały się patrzeć.



RE: [Jesień 17.09, Eden & Anthony] not always sweetest - Eden Lestrange - 08.11.2025

Tak, tydzień.

A jednak Eden wydawało się, że minęła cała pora roku - może nawet dwie - odkąd świat zajaśniał płomieniem i skurczył się w do wypalonego kształtu tego, co zostało po Spalonej Nocy. W epicentrum zniszczenia, tam gdzie powietrze wciąż miało smak metalu i umierającej magii, nie znalazła niczego, co mogłaby uznać za własną stratę. Tak, spłonęły mieszkania, których rzekomo była właścicielem, ale przecież to wszystko były pieniądze jej ojca. Poniekąd cieszyła się, że własnymi poczynaniami sprawił, że w powietrze poszedł jego własny majątek, a jednak coś w niej pękło. Może nie tak spektakularnie jak w życiu Anthony’ego, bez utraty bliskich, bez pogrzebów, które nosi się w sercu jak ołowiane obrączki. Ale pęknięcie było prawdziwe - drobne, wewnętrzne, niewidoczne dla świata.
Coś, co przypominało jej, że nawet ona może nie być niezniszczalna.

Przez tydzień wchłaniała każde westchnienie Londynu, każdy szept zgliszczy, każde wspomnienie, które niosło się echo po pustych ulicach. Czuła, jakby sama coś utraciła, choć nie potrafiła wskazać palcem czego. Może ostatnią iluzję bezpieczeństwa, może resztki wiary, że przyszłość daje się poskromić siłą woli. Może status quo, który wyznała rzewniej niż jakiekolwiek bóstwo. Gdy otrzymała list Anthony’ego, słowa unosiły się nad pergaminem jak odłamki popękanego od gorąca szkła - ostre, pełne przemilczeń, a jednak prowadzące ku obietnicy.

W Little Hangleton panowała cisza cięższa niż noc. Rezydencja wydawała się snem, w którym ktoś powycinał żywe elementy i zostawił jedynie puste przestrzenie. Krótkie zaklęcie zawiesiło wodę w fontannie; Eden obserwowała, jak tafla zamiera w powietrzu, jakby czas zatrzymał oddech. A potem ziemia przełamała się, odsłaniając schody.

Schodząc w dół, czuła, że opuszcza świat, w którym miała jakiekolwiek maski.

Pomieszczenie przywitało ją odbiciami. Dziesiątkami odbić. Wszystkie wersje jej samej stały bez ruchu, nieme, z nienaturalną zgodnością. Srebro otulało wszystko; nawet powietrze zdawało się odbijać od ścian. Anthony zamknął drzwi, które natychmiast wtopiły się w otoczenie, i Eden poczuła, jak salę wypełnia oczekiwanie. Jakby podłoga, ściany, odbicia... Jakby wszystko czekało na jej reakcję.

Usiadła na zydlu, może z powodów estetycznych, może dlatego, że nie ufała siedziskom stworzonym chwilę wcześniej. Widziała, że Antek patrzył na nią z ostrożną nadzieją, jak człowiek, który właśnie dał komuś klucz do miejsca, którego nie otwiera się nawet przed rodziną.
- Wybacz, ale muszę zapytać. Po co właściwie ci takie pomieszczenie? - Przechyliła głowę, odzywając się wreszcie. Pomieszczenie na eksponaty rozumiała, sali pełnej luster już nie. Może nie zdziwiłaby się, gdyby zastała taką w Ministerstwie, może na takie próby wystawiali Niewymownych (co wyjaśniałoby, czemu Alexander jest taki skrzywiony), ale w prywatnym domu? Co tak właściwie robił Anthony w wolnym czasie? Czy rozmawiali o tym kiedykolwiek tak naprawdę?

Niemniej nie chciała odwrócić tym pytaniem uwagi od sedna sprawy - spojrzała na białą bilę w dłoniach Shafiqa, a potem kątem oka na jej odbicie w lustrze po swojej prawicy. W końcu sam wspomniał, że na pewne rzeczy trzeba spoglądać tutaj z innej perspektywy.
A potem wyjęła różdżkę zza pazuchy marynarki i spróbowała tę kulę rozproszyć.

[roll=PO]


RE: [Jesień 17.09, Eden & Anthony] not always sweetest - Anthony Shafiq - 02.12.2025

Kula pozostała.

Pozostało też wiszące w powietrzu pytanie.

Pozostały odbicia przypatrujące się porażce.

Nie było w tym wiele magii. Czysta psychologia. Urzeczywistniony koszmar bycia obserwowanym cały czas… Nieskończoną ilość razy. I w każdej chwili każda z Eden mogła wstać, zrobić, powiedzieć coś innego. Jakby dusza została porwana na kawałeczki, ułożone następnie z porażającą układ nerwowy precyzją.

Czy to co myślała, co czuła, nie było tylko odbiciem?

Czegoś.

Kogoś.

Anthony wpatrywał się w nią i czekał, a gdy uniosła różdżkę po to by ją finalnie opuścić, uśmiechnął się do niej. Ciepło i łagodnie. Dziwacznie i przerażająco w kontekście do miejsca w którym ją zamknął. Gdzie byłī drzwi? Za jej plecami, czy za jego?

— Rzeczy, które przychodzą nam z łatwością, tu stają się niebywałym wysiłkiem woli, ducha, a nawet ciała. Pewnego dnia, zostałem zabrany do podobnej sali, gdy byłem w Japonii. Opuszczając tamto miejsce zrozumiałem, że aby pojąć naturę magii, trzeba przekraczać siebie zawsze. Obserwować swoje działania z każdego kąta. Słuchać głosu największego krytyka, którym jesteśmy my sami, w swoich głowach, w swoich sercach. Wsłuchać się i poczuć… jak to przepływa i odpływa. A wtedy, gdy strach zdaje isę być tylko chłodnym deszczem, a nie pasożytem trawiącym nasze wnętrzności… Przychodzi wolność i zrozumienie.

Uniósł dłoń i skupił się, by samemu rzucić pozornie na ściany okrycie. Pozbawioną transparentności płachtę, mogącą ukoić przez moment dezorientację w tym niepokojącym pomieszczeniu. Tak na prawdę jednak, spróļował rzucić magię zauroczeń na nią. Czy jej umysł poczuje? Powinien, w końcu odbyła autorski staż. A może nie poczuje? Sam był ciekaw. Sam szukał, a odbicia obserwowały każdy ruch. A usta, jego własne usta, szeptały mu najsroższą krytykę, którą mógł usłyszeć. Koncentracja była kluczem.

Podjęcie próby wyczarowania prymitywnej iluzji ściany w kolorze szarym
[roll=O]

Pierwsza próba… nieudana. Zaśmiał się sam z siebie, podobnie jak pozostałe oblicza. Mistrz i uczeń, uczeń i mistrz, kto był odbiciem kogo? Zamiast jednak mówić coś więcej, spróbował drugi raz, ponownie bez różdżki.

Druga próba
[roll=O]

Tak. Tym razem był bliżej. Wciąż jednak umykał mu splot zauroczenia. Zabawne, jak wiele lat człowiek poświęcał, by chronić się przed tą magią aby teraz… szukać.

Odetchnął.

- Jeszcze raz. Najpierw Ty. Potem ja. Zainspiruj mnie. - To mogło brzmieć protekcjonalnie, Anthony jednak w swoich gestach i słowach dobieranych w te gęste warkocze znaczeń przypominał bardziej nieco ekscentrycznego nauczyciela i nawet dyskomfort tego miejsca, nie infekował go w żaden sposób. Chociaż tyle. Aż tyle.