![]() |
|
[19.09. ranek] Lothlórien - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [19.09. ranek] Lothlórien (/showthread.php?tid=5151) |
[19.09. ranek] Lothlórien - Lorien Mulciber - 21.09.2025 Ptactwo miało swoje miejsce w rozlicznych podaniach - czy to magicznych czy mugolskich. Słodkie jaskółki budowały gniazda w okapach świątyni Salomona, oddając bogom pod opiekę swoje pisklęta. Szczygieł wyjął ciernie z korony mugolskiego Mesjasza, ukrzyżowanego przez swych współbraci, a trzy dni później powitał go swoją pieśnią, gdy domniemanie powstał z kamiennego grobu. Synogarlice przez wieki składano w ofierze jako dowód pokory i uległości. Ptaki były symbolem życia, początku świata. Niosły za sobą fatum losu, spoglądały oczami znającymi przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Z ich kości wróżono wielkie rzeczy; w ich głosie i milczeniu doszukiwano się prawd ukrytych przed ludźmi. Melodii zaklętych przez wodę, wiatr i słońce - prawdziwych ptasich trzech kochanków. Wilgowron nadleciał znad Kniei. Nadleciał o poranku, choć jego droga była z pewnością dłuższa. Przysiadł w otwartym oknie. Podrapał pazurkiem o drewnianą ościeżnicę; na tyle głośno żeby skupić na sobie uwagę czarownicy, ale nieśmiało, jakby nie chciał narzucać się w jej przestrzeni. Nie stroszył piórek, pomiędzy którymi wciąż dało się dostrzec kwiecie wrzosu. Zamiast tego po prostu czekał. Potrząsnął upierzoną główką. Raz, drugi. Przestąpił niecierpliwie z nóżki na nóżkę, czekając na cień zainteresowania. Bo jak to tak, nie interesować się wilgowronem, gdy przyleciał? Jak to tak można nie dać mu wody po ciężkiej podróży z wrzosowisk Yorkshire? Wilgowrona należało wziąć na ręce, bo strasznie się swoim wilgowronim życiem zmęczył. Ciężko było stwierdzić czy sam wilgowron wiedział co robił w jej oknie. Nie zastanawiał się nad tym. Ale pojawił się tutaj, bo pojawić się najwyraźniej musiał. Potrząsnął skrzydłami. Zaskrzeczał. Jestem tu. Interesuj się mną. Kim była ta czarownica? Wilgowron nie wiedział. Znaczy wiedział. Nie on. Ale ona wiedziała. Znali ją. Gdyby wilgowron rozróżniał ludzkie imiona pomyślałby, że tak wygląda Helloise Ligeja Rowle. Pomyślałby, że ma te same blond włosy i gęste loki. Że jej oczy są błękitne jak tafla rzek, których tak zręcznie unikał w swojej podróży pod ciężkim wrześniowym niebem. Ale wilgowron nie myślał o takich rzeczach. Ona myślała. Ale ona teraz spała, śniąc sen którego wilgowron nie rozumiał. W śnie był złoty las. A raczej las pełen złotych kwiatów, których wilgowron nigdy nie widział. W śnie ona przechadzała się między kwiatami nucąc jakąś melodię. Moczyła dłonie w strumieniu, który odbijał jej smutne oczy. Gdyby wilgowron rozumiał kolory, wiedziałby że jej oczy są koloru wilgowronich skrzydeł. Błyszczą tym samym odcieniem. Ale nie rozumiał. Więc pozwalał jej śnić ten sen, gdzie wiatr rozwiewał ciężkie loki, a promienie słońca gubiły się w złotych błyskotkach we włosach. Wilgowron uważał, że sen był szalenie głupi, ale wilgowrona nikt o zdanie nigdy nie pytał. Przestąpił jeszcze raz z nóżki na nóżkę. Wsadził jeszcze ostrożnie ptasi łeb do środka upewniając się czy nie ma gdzieś tu kotów albo wielkich, strasznych ptaszysk, ani czegokolwiek innego co by chętnie na takiego wilgowrona sobie zapolowało. RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Helloise Rowle - 23.09.2025 Ciężko śniło się pod Knieją, szczególnie od kiedy Helloise zbliżyła się do niej za bardzo. Nocami czuwała teraz półprzytomnie pod cieniutką, dziurawą warstwą snu. Spoglądała przez szkło karafki na mętną nalewkę opium z rosnącym wstrętem. Samo wspomnienie gorzkiego smaku na języku sprawiało, że czuła się bardziej i bardziej wycieńczona, ale brała-brała-brała, żeby przetrwać w tym wyklętym domu. Brała laudanum, brała eliksiry na bezsenność — byleby uszczknąć głębszego snu. Dużo leżała, a gdy wstawała, wpadała prosto w rozwleczone po chatce robótki. Kontynuowała tę z nich, o którą akurat się potknęła. Pracowała, dopóki nie brakło jej energii. Czasem szła dalej, do kolejnego małego projektu, a czasem zalegała godzinami tam, gdzie akurat dopadła ją niemoc. Lepiej jej było poza domem, choć nie pamiętała, ile dokładnie w ostatnich dniach z niego wychodziła. Dni nieznośnie rozlewały się i wpływały jeden w drugi, przenikając się nawzajem. Dostrzegała upływ czasu jedynie przez to, że wyczekiwała Mabon. Leżąc, dobrze postrzegało się niebo. To na tym porannym niebie, gdy Helloise leżała uziemiona w sennym odrętwieniu na wysłużonej kanapie w swojej pracowni, pojawił się ptak niosący na skrzydłach sen o szkole zakopany głęboko w bezdennej otchłani jej głowy. Niebo nad błoniami Hogwartu nie różniło się niczym od nieba nad Doliną, szczególnie gdy zagościła na nim ta ptaszyna wyfruwającą z obłoku wspomnienia. Zawsze tak bardzo zazdrościła jej skrzydeł. Zazdrościła jej klątwy, bo obserwując ją z zewnątrz, widziała w tym przekleństwie wolność. To powinna być ona. Crouch przecież tak dobrze odnajdowała się w świecie czarodziejów, w którym Rowle nie potrafiła żyć. Gdy Helloise siłą wciskano w świat, Lorien ów świat miał być siłą odebrany. Czy to nastoletnia Lorien Crouch wystrojona w futerko z pufków była wilgowronem, którego Helloise odnalazła tego ranka na niebie? Właściwie nie miało to znaczenia. Domek na kurzej stopie przyjąłby każdego ptaka. Łaknął ptaków, bo wszystkie zniknęły. Podwórze było martwe, drzwi kurnika smętnie wyłamane. Okno, przez które zaglądał wilgowron, otwierało widok na zabałaganioną pracownię kniejowej wiedźmy. Nie było tam żadnego drapieżnika, chyba że wliczyć ległą na kanapowych poduchach czarownicę w wymiętych szatach. W pomieszczeniu aż ciemniało od podwieszanych pod sufitem na różnych wysokościach roślin. Ścianę naprzeciw okna porastała gęsto hoja pnąca się po kracie. Mięsiste liście błyszczały od miodu wypływającego z białych kwiatków. Pozostałe drewniane ściany pokryte były nieregularnymi, rozmazanymi plamami węgla. Były dość świeże, czas zatarłby je, gdyby tak nie było. Na niektórych ścianach poprzypinano oprócz tego pinezkami zapisane karteczki, wśród nich była mapa północnego nieba, na której najjaśniej lśnił Saturn. W centrum pracowni ustawiono spory stół roboczy, lecz nie ograniczał on bynajmniej samej przestrzeni roboczej. Łatwo było tu wdepnąć w stos szkiców i fruwających luzem notatek, potknąć się o nóż czy dłuto, kopnąć puszkę farby bądź pustą donicę, zaplątać się w rzucony luźno sznur, potrącić wór nawozu lub ziemi. W kącie stały nawet grabie, a nadgorliwy doliczyłby się z pięciu upchniętych gdzie bądź łopatek ogrodniczych (z czego jedna wygięta tak, że nie nadawała się już do niczego). Pod stopami chrupało ziarno. Wędrowne ptaki miały w czym ucztować. Gdy wilgowron zażądał uwagi, Helloise przeniosła na niego mętne spojrzenie i uśmiechnęła się niemrawo — nie była nieszczera, po prostu trochę… powolna. Spłynęła z kanapy na podłogę i stamtąd dopiero wstała, aby podejść do okna. Wobec przestrzeni osobistej ptaków okazywała więcej szacunku niż wobec tej ludzi. Zbliżała się więc stopniowo i dopiero gdy zobaczyła, że ptaszek nie ucieka, wyciągnęła palec, żeby pogładzić małą ptasią główkę. Wyciągnęła do swojego gościa złożone ręce, aby sam zdecydował, czy chce z nich skorzystać, a gdy cienkie nóżki wskakującego wilgowrona połaskotały jej nadgarstki, można by odnieść wrażenie, że pojaśniała. Odgarnęła z fragmentu stołu bałagan i tam usadziła ptaszynę. Zawsze miała dla pierzastych gości ziarna w kieszeniach sukni, więc już po chwili ptaszek mógł przebierać wśród obfitości wysypanych przed nim zbożowych przekąsek. Zaoferowano mu również spodeczek napełniony wodą z konewki. — Deszczówka. Helloise uklękła przy stole, opierając podbródek o ręce złożone płasko na blacie, i rozmarzona przyglądała się z bliska ptasim piórkom. Wyjęła spomiędzy pierza zagubiony kwiat wrzosu, w zamyśleniu bawiła się nim przez chwilę leniwie w palcach, aby na koniec zjeść go. — Czego szukasz? RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Lorien Mulciber - 19.10.2025 Wilgowron był nieufnym stworzeniem. Ale ta kobieta pachniała znajomo. Pachniała tak jak lubił, kiedy pachnieli ludzie. Dlatego powoli przeskoczył na jej wyciągnięte dłonie, starając się nie zranić jej za bardzo. Nie lubił ranić takich miłych pań, co dawały ziarenko i wodę. Czego szukasz? Pewnie gdyby wilgowron potrafił mówić powiedziałby “Ciebie”. Ale nie potrafił. Potrafił tylko wpatrywać się w błękitne oczy kobiety w dziwnym domku. Ale czas uciekał. Jego czas. Nadchodził jej czas i czyniło to wilgowrona szalenie smutnym. Przynajmniej na tyle na ile ptak mógł ów smutek odczuwać. Otworzyła oczy, gdy ciepłe promienie zachodzącego słońca musnęły jej policzek. W chwilach takich jak ta las przybierał odcienie złota i czerwieni jak gdyby płonął żywym ogniem. Pod sobą miała gruby koc (“nie będę leżeć na ziemi!”), na podołku zamkniętą książkę. Musiała przysnąć. Lubiła, kiedy ojciec i wuj wybierali się na polowanie. Zostawiali ją z Alexandrem na tej jednej polanie przy rzece, a potem znikali na kilka godzin. Gdzie był Alex? Wieczorem na kolację zawsze była dziczyzna. - Kopernik! Uśmiechnęła się, gdy ciekawski pies wpakował jej łeb pod ramię. Nie lubiła psów, ale ten jeden był… inny. Nie polował na ptactwo, nie ganił za nią. Pewnie dlatego, że był stary, ślepy i nieprzydatny do polowań. Ale był dobrym psem. Czy to dlatego było jej tak przykro, gdy zdechł? Miłym, nigdy nie szczekał, a za szczeniaka wykopał kość jakiegoś wujka i nie mogli go złapać. Pies odbiegł, więc i ona podniosła się z miękkiego koca. Pierwsze krople deszczu spadły na jej odsłonięte ramiona. Dziwne. Nie pamiętała, żeby miało padać. Stanęła nad brzegiem strumienia, mocząc w nagrzanej promieniami słońca wodzie stopy. Spojrzała w jasną toń. Nie widziała swojego odbicia. Nie widziała swojego odbicia. Nie widziała swojego od… Woda zmieniła kolor z jasnego, połyskującego błękitu w coś głębszego - w odcienie morskiej szarości, białej piany, rozbijającej się o jej nagie stopy. Nie musiała się odwracać. Czuła chłód czarnego kamienia, z którego wzniesiono Azkaban. Słyszała szelest szat, ruch ptasich piór; kościste dłonie zaciśnięte na własnych ramionach. Któregoś dnia - pociągną ją za sobą, a ona nie będzie stawiać oporu. Zbierało się na sztorm. Wyspa nigdy nie była bardziej niebezpieczna niż podczas sztormów. Wyciągnęła przed siebie dłoń. Ciemne ptaszysko wbiło się szponami w skórę. Przechyliło łeb, Lorien zrobiła to samo - w swej ptasiej przywarze. Wyciągnęła spomiędzy czarnych piór pojedynczy kwiat wrzosu. - Przebyłeś długą podróż mój słodki.- Szepnęła. Złożyła czuły pocałunek na wilgowronej główce. Chłonęła zapach rosy, lasu, wiatru i słońca. Ptaszysko wydało z siebie płaczliwy skrzek i poderwało się do lotu. Nie zwracała uwagi na krew brudzącą ją letnią suknię. Zrobiła krok w przód po śliskich, ostrych kamieniach. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Aż wreszcie nie poczuła pod stopami dna, tylko morderczą toń Morza Północnego. Przemiana nigdy nie była przyjemnym dla oka widokiem. Nie była tak płynna jak tak wyszkolonych w sztuce transmutacji animagów, ale przypominała trochę występ w gabinecie osobliwości- nieważne jak krwawy i odzwierzęcy, trudno było odwrócić od niej wzrok. W jednej chwili wilgowron zajadał chętnie ziarno ze stołu, popijał je podstawioną pod dzióbek deszczówką; w kolejnej - szarpnął się boleśnie, skulił w sobie. Zatoczył z jednej nóżki na drugą; rozłożył skrzydła, ale zamiast wznieść się do lotu, po prostu spadł z hukiem na podłogę. Bolesny skrzek zagłuszyły inne dźwięki - trzask przywodzący na myśl łamanie kości, chwile rozpaczliwe drapanie pazurami o podłogę, coś pomiędzy jękiem i płaczliwym zawodzeniem, przerwanym jak ucięty nożem. A potem - cisza. I nim człowiek zdołał pojąć całą tą groteskową filharmonię zmysłów, na podłodze na miejscu wilgowrona leżała Lorien; obleczona w czerń koszuli nocnej, burzy loków i własnych piór, osypujących się na podłogę. Niewiele było w niej z tej poważnej sędzi, z urzędnika czy nawet porządnie prowadzącej się panienki Crouch, wróć, Pani Mulciber. Martwy wzrok miała utkwiony we wszystkich roślinach pnących się po kracie na ścianie. Liściach i kwiatach hoi. Prześlizgnęła go na pojedyncze karteczki, zatrzymała na dłużej na mapie nieba. Sama musiała leżeć na kilku luźnych szkicach. Palcami mogłaby zebrać rozsypane ziarno, czuła je wpijające się w pokaleczone ramiona. Z kilku ran nadal sączyła się skażona klątwą krew; Nie wydawała się tym wszystkim szalenie przejęta. Ba. Nie przejmowała się tym wcale. - Śniłam o czasach minionych.- Powiedziała cicho, niemal z żalem, niczym dziecko wyrwane z wyjątkowo pięknego snu. Przekręciła z trudem głową, by wreszcie spojrzeć na klęczącą przy stole czarownicę.- Dzień dobry, Helloise. Nadal ukrywasz się przed światem i ludźmi? RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Helloise Rowle - 24.11.2025 W oczach, które patrzyły na wilgowrona, malowały się dziecięce pokłady świeżej fascynacji oprawione w okrzepłe warstwy przyrodniczej mądrości. Każde piórko widziały osobno, podążały ciekawsko za krzywizną ptasiego dzioba, jakby nie wiedziały, gdzie się skończy. Oczy Helloise chwytały każde skubnięcie ziarenka — zastanawiały się, dlaczego padło akurat ten okruch, a nie drugi leżący tuż obok. Próbowała zrozumieć, w jakich kierunkach fruwały leciutkie ptasie myśli. Oto oczy, które potrafiły się zachwycić. Serce, które wzruszało cierpienie drugich istot. Dusza, która chłonęła ich ból z przejmującą intensywnością. Ciało, które szukało drogi, by go wyciszyć — ukoić czy położyć kres. Leniwe i półprzytomne wcześniej spojrzenie Helloise stężało, gdy ptaszek padł w konwulsji. Miniaturowy horror rozgrywający się na podłodze jej chaty przypominał surrealistyczny sen czy halucynację, a żadne nie było jej przecież obce. Jakie były szanse, że na podłodze jej chaty trzaskały właśnie kości szkolnej koleżanki? Jakie były szanse, że to wszystko jest jedynie w jej głowie? Granica między światem a jej umysłem dawno nie miała znaczenia. Czarownica tylko więc patrzyła, pochłonięta makabrycznym spektaklem. Kaleczył jej uszy bolesnym zawodzeniem, którego nie dało się zignorować. Przytrzymywał wzrok dziwacznym, niekomfortowym dramatem. Ręce czarownicy zastygły w pół gestu niezdecydowanego, czy będzie niósł ratunek, czy koniec. Przytłoczyła kobietę intensywność — nie zrobiła więc nic prócz patrzenia. I patrzyła w milczeniu wciąż jeszcze, gdy Lorien zaczęła mówić. Helloise klęczała nad Crouchówną. Próbowała zrozumieć, czy gdy spuści dłoń na poranione ramię, czy trafi w zimną mgłę majaków, czy poczuje wtedy krew — prawdziwą, ciepłą, lepką między palcami. Nie odważyła się początkowo. Złapała jedno z piórek rozsypanych po podłodze, aby oglądać je z natarczywą ciekawością. Przesunęła palcem w górę jego cieniutkiego kręgosłupa, od którego odchodziły delikatne chorągiewki. Tak łatwo byłoby zniszczyć ich gładki układ. Ułożone teraz promyk przy promyku — a wystarczyłoby przeczesać je mocniej paznokciem pod włos, nastroszyć. Nigdy nie wróciłyby już do poprzedniego kształtu. Helloise westchnęła i spojrzała na Lorien z jakąś mglistą przytomnością mogącą świadczyć o tym, że wreszcie zrozumiała, co się stało i kto znalazł się przed nią. Otworzyła usta, ale zamknęła je zanim wydobył się z nich jakikolwiek dźwięk — zrezygnowała. Szeleszcząc szatami, położyła się obok Lorien na podłodze. Jasne loki rozsypały się w skołtuniony nimb wokół jej głowy, pomieszały z ciemnymi puklami. Leżała z ramionami spuszczonymi wzdłuż ciała, a pod opuszkami palców czuła kłujące końcówki piórek — nie potrafiła powstrzymać się przed maltretowaniem ich, jedno znalezisko po drugim. Nie spuszczała przy tym wzroku z sylwetki panny Crouch. Cisza się przedłużała. — Jak wyglądają twoje czasy minione? — zapytała w końcu cicho. — Były ładne? Powinny być ładne, jeśli masz je kiedyś śnić już zawsze. — Zamyśliła się znów. Tym razem, odpływając, odwróciła głowę. Patrzyła na smutną garstkę piór, które bezwiednie połamała — ptasie strzępki opadłe na wytarte deski parkietu, wmieszane między kurz a drewniane strużyny. — Nie chowam się przed światem — odparła mętnie. Śledziła wychodzącego spomiędzy donic pajączka. Długie odnóża stąpały na wysokości wzroku czarownicy przytulającej do podłogi policzek. Prawie tak, jakby widzieli ten sam świat. Och, chciała zobaczyć jego świat. Jak widział jej własne oczy mały pajęczak, gdy stawał naprzeciwko? Czy gdyby ścisnęła płuca, jej oddech byłby zawieruchą? Zaległa na ziemi czarownica wyznaczała granicę jego świata. Był zbyt mały, by spojrzeć poza nią. — Tutaj naprawdę go doświadczam… bez tego… co powinnam tam właściwie robić? — Na chwilę jej twarz rozjaśnił pobłażliwy uśmiech wizji alternatywnego świata, w którym kroczyła co rano korytarzami Ministerstwa. — Co ty robisz? Czy tatuś dał ci prawdziwe więzienie? — zapytała dorosła kobieta słowami dziecka, które wierzyło we wszechmoc rodziców potrafiących świat ukształtować w idealny plac zabaw dla swojej małej księżniczki. Jej własny tatuś dał jej przecież ów wymarzony domek dla lalek na odludziu, żeby zamknąć usta swojemu rozwydrzonemu potworkowi. Helloise postawiła dłoń na drodze pajączka. Przestawiała ją niczym ściany więzienia, dopóki nie odważył się wspiąć na jej palce. Odwróciła się wówczas z powrotem do Lorien. — Może trochę chowam się przed ludźmi, ale… są tu więcej niż mile widziani, jeśli tylko zechcą mnie poszukać. Pozwoliła obłazić się pająkowi. Między palcami i nadgarstkami splatała dla niego na odbarwionej kolorami ziemi skórze pagórki i doliny, małe przełęcze, mosty. Wędrował po ruchomej wyspie jej uniesionych rąk, dopóki jej dłoń nie spłynęła ostrożnie na obojczyk leżącej obok czarownicy, aby dać pajęczakowi nowe miejsce do eksplorowania. Pozostawiła go na wyeksponowanej kości i pilnowała jego ścieżek kątem oka, gdy jej ciepła ręka przesunęła się nieco dalej, w miękkie zagłębienie u podstawy szyi Lorien. Wiedźma szukała pod skórą pulsu. Patrzyła na unoszącą się pierś, słuchała oddechu. Wypatrywała znaku, że pod żebrami Crouch szamocze się uwięziony wilgowron, że to trzepot jego skrzydeł wyznacza rytm jej serca. RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Lorien Mulciber - 26.11.2025 Świat, który ją zastał nie był jej światem. Nie obudziła się w miękkich pościelach chroniących ją przed chłodem wieczorów w Mulciber Manor. Nie widziała nad sobą szarego nieba, a jej dłonie nie muskały kwiatów wrzosów, pachnących rosą i mokrą ziemią. Nie czuła pod palcami zimnego kamienia, z którego wykuto jej własny grób. Przemiana nie poszła… strasznie źle. Bywały gorsze. Wciąż jeszcze mogła poruszać palcami u dłoni; podciągnąć kolano bliżej, pozwalając koszulce zsunąć się po skrwawionym udzie. Ból kości nie był tak straszny. Czuła się po prostu słabo. Musiała chwilkę jeszcze poleżeć. Przymknąć na moment powieki i spróbować odzyskać rozmyte wspomnienia. Jeszcze pięć minut. Godzin. Dni. Lat. O czym śniła dzisiaj? Nie odsunęła się, gdy Helloise postanowiła zająć miejsce obok. To było nawet miłe, czuć ciepło jej ciała; jej zapach; oddech. A potem Rowle zapytała o sny, a ona poczuła piekące łzy, zbierające się w kącikach przesuszonych oczu. - Są… ładne. - Zdołała wydukać.- Śniłam o złotym lesie, do którego zabierał mnie ojciec. O cieple lata. O psie, który nigdy mnie nie ugryzł. I o człowieku bliższym mi niż rodzony brat. Wyciągnęła przed siebie dłoń, rozdzierając palce, pomiędzy którymi przepłynęły promienie słońca. Miękkie i ciepłe. Zdawało mi się, że przechodzę przez wysokie okno, z którego wygląda się na utracony świat. Nie widziałam barw innych niż te, które mi znane – złoto, biel, błękit, zieleń – lecz były świeże i przenikające, jakby je pierwszy raz ujrzeć i nadać im nowe, cudowne imiona. - Zacisnęła palce, ale słońce jak to słońce, nie dało się pochwycić. Rozżalona tym faktem opuściła dłoń z powrotem. Promienie zniknęły. Może ich nigdy tam nie było? - Jaki jest twój świat?- Zapytała cicho. Choć odzyskała kontrolę nad głosem, a po łzach pozostały dwie małe smugi na brudnych policzkach, nie była w stanie mówić głośniej. Dźwięki drżały, łamiąc się między ludzką mową, a ptasim trelem. Co ty robisz? - Znikam. Umieram. Powracam. Wybierz sobie.- Odpowiedziała tylko. Czy tatuś dał ci prawdziwe więzienie? Na to pytanie nie odpowiedziała. Lekki ruch głową i pociągniecie nosem były jedynymi wskazówkami, że to jedno marzenie małej panny wciąż pozostawało poza jej zasięgiem. - Dał mi swoje księgi, regalia i głos, który może skazać na śmierć i darować życia. Dał mi…- Zamilkła, nie kończąc myśli. Gdy dłoń Helloise zsunęła się na jej nagi zroszony szkarłatnymi kroplami obojczyk, Lorien odsłoniła szyję odrobinę bardziej. Ciało wciąż żyło, krew krążyła w tętnicach, które pulsowały sobie tylko znanym rytmem; pierś skryta za cienkim materiałem koszulki unosiła się i opadała wraz z ledwo słyszalnym dla ucha oddechem. Puls był nierówny, momentami zbyt szybki, momentami zbyt powolny. W pierwszej chwili nie zwracała uwagi na pajączka. Nieszczęsną istotę, która wiedziona głupim, dopiero co odkrytym zaufaniem, wędrowała po jej szyi, zręcznie omijając świeże rany pachnące metalem, potem i przegniłym jaśminem. Zapach był ciężki, uciążliwy dla znużonych zmysłów. W końcu jednak pajączek zrobił ostatni, nieprzemyślany kroczek, a ostre spiłowane pazury zacisnęły się na jego małym ciałku. - Czy oni cię szukają Cię słodka Helloise?- zapytała, nie odwracając wzroku od swojej nieszczęśliwej ofiary. Im bardziej pajączek się miotał tym mocniej zaciskała pazury, wciąż jeszcze sprawiające wrażenie ptasich, zakrzywionych szponów. W końcu przebiły chitynowy oskórek, ale wciąż jeszcze żył. Nie dała mu łaski szybkiej śmierci, tak jak nie dała Heli szansy na milczenie. Podniosła się powoli na łokciu, by móc nachylić się nad leżącą czarownicą. Kilka ciemnych pukli opadło na jej ramię, osłaniając kobiety przed całym światem. Uniosła trzymanego w palcach pająka. Taki mały. Taki bezbronny. Taki stracony. – Kogo gościsz w swoich progach? Wiatr? Strumienie? Słońce?- Uporczywie wpatrywała się w oczy starej koleżanki ze szkolnej ławy. Trzask. Pękł mały pajęczy szkielecik; chude nóżki opadły jak ramiona pacynki, której ktoś odciął podtrzymujące sznureczki. Paznokciem oderżnęła odwłoczek. Zastanowiła się. Sekundę. Dwie. Może wahała się czy wypada się podzielić. Ale skoro ona go upolowała… Rozchyliła powoli usta. Coś zgrzytnęło nieprzyjemnie, gdy ciało uczyło się na nowo jak działają jego własne stawy. Docisnęła martwe ciałko pająka do języka. Zbyt mocno. Ostry paznokieć rozciął miękki mięsień. Krew zmieszana ze śliną i sokami wypływającymi z kwasowymi sokami trawiennymi pajęczaka była dziwnym przysmakiem. Nie złym, nie dobrym. Po prostu dziwnym. Przełknęła niewzruszona, cmokając parę razy, gdy końcówką języka musiała wydłubać kawałek odnóża, który utknął jej między jedynkami. A potem… jak gdyby nigdy nic znowu opadła na plecy. Tym razem jednak odnalazła leżącą na ziemi dłoń Helloise i splotła ich palce razem. Może gdyby zamknęły na moment oczy znów znalazłyby się w Hogwarcie, a świat na nowo stałby się prosty? Ich jedynym zmartwieniem byłyby niekończące się prace domowe, lekcje i brzydka pogoda psująca plany leżenia nad jeziorem. Bo przecież czasem tak leżały – dokładnie jak teraz, kiedy słońce świeciło niemiłosiernie i nawet wielka kałamarnica nie chciała wyściubić ryja z wody. Lorien nie lubiła jeziora. Nie lubiła żadnej wody, ale kiedy tak leżała, niemal rozpaczliwie ściskając dłoń Heli, woda nie była aż tak mętna. - Zimą tam żadne serce nie tęskni za latem ani za wiosną.- Wymamrotała.- W niczym co rośnie na tej ziemi, nie sposób dostrzec ni choroby ni zniszczenia. Nie ma skazy na ziemiach złotych lasów Lórien. RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Helloise Rowle - 11.01.2026 — Bracia są różni — mruknęła lakonicznie czarownica, jakby przyciągnęła jej uwagę jedynie część o człowieku bliższym niż rodzony brat. Miała kilku braci, a z każdym odmienną relację. Trudno jej więc było zlokalizować precyzyjnie punkt, gdzie zaczynał się człowiek bliższy niż brat, lecz to był szczegół; samotna myśl brzęcząca w jej głowie irytującą niezgodnością, która potrzebowała zostać wyrażona. O wiele więcej jej uwagi pochłonęła Lorien opowiadająca o lasach, o lecie, o zwierzęciu — i widziała w tym Helloise utajoną tęsknotę za naturą, o której wierzyła, że drzemie w każdym człowieku. Dlaczego więc Crouch oddała się temu sztucznemu światu, zamiast całe życie spędzić wśród swoich sielskich lasach zalanych złotem lata? — Mój świat jest powolny — odpowiedziała jej — ale pełen. Pełen wszystkiego, co znalazła w świecie najintensywniejszego. Obfity w uniesienia religijne, narkotyczne i cielesne. Duchota ekstremów wypełniała gęsto chatę, dając złudzenie pełni. Czy mogła istnieć tu pustka, gdy każdego dnia trujący opar innej ekstazy pożerał wiedźmi umysł i spuszczał z niego siły, nie zostawiając przestrzeni na refleksje? Helloise doklejała się jak pijawka do każdego człowieka przekraczającego próg chaty, szczególnie gdy krew, którą mogła się częstować, była czysta. Trzymała ich przy sobie zawsze trochę za długo — przedłużała spotkania herbatą, rozmową, teorią tak szaloną, że aż zniewalającą uwagę. Wcześniej było to prostsze — wystarczyło zwabić gości w labirynt kniejowych korytarzy, gdzie miała wszelką przewagę nad tymi ofiarami swojej tęsknoty za obecnością drugiego człowieka. Mogła ich zwodzić po leśnych ścieżkach w nieskończoność. Jej świat był pełen wszystkiego, prócz towarzystwa w codzienności, ale nie zostawało jej czasu, aby mogła to odczuwać, bo goniła od wrażenia do wrażenia. Cykl, który przedstawiła Lorien, zdawał się — w kontrze do tego przepychu doznań — melancholijny i zwiędły. Co znajdowało się między zniknieniami a powrotami, o których mówiła Crouch? Czy tylko o tych punktach przejścia myślała? Jak odchodzi i jak wraca? A co pomiędzy? Pomiędzy było wszystkim, co miała Helloise. Pomiędzy jedną obsesją a drugą, pomiędzy jednym mężczyzną a drugim, pomiędzy dawkami narkotyku. Życie rozwleczone pomiędzy obrzydliwe przyjemności — nie patrzyła, kiedy jedna się kończyła, druga zaczynała, bo najlepiej odrętwiały zmysły i ducha, kiedy nakładały się na siebie. Odczuła pewien żal, gdy myślała o surowym rytmie życia Lorien, szukając go jednocześnie pod jej skórą, lecz była w tym i gorycz. Zniknienie-umieranie… powracanie — tylko po to, żeby skruszyć życie kogoś innego między kratami. Więzienia budziły w Helloise lęk i odrazę. Godnie było paść w walce, roztrzaskać się pod naciskiem silniejszego, odejść w krótkiej chwili. Tymczasem zgnić w ponurej twierdzy, tracąc stopniowo zdrowe zmysły — taki wyrok zakrawał w jej głowie na najwyższe okrucieństwo. Nie pasowała ta cywilizacyjna ohyda do dzikiego ptasiego majestatu kobiety, która pochyliła się nad nią z pająkiem między szponami — taka, jaka powinna być. To było jej miejsce. Lorien urodziła się, żeby polować i żeby pożerać kłapnięciem dzioba małe stworzenia, nie podpisywać wyroki zza biurka. Pierw trzasnęły kości Crouch, później: pająk, którym się uraczyła. Tak jak powinien ptaszek. Helloise nie śmiałaby nazwać tego, co działo się za kurtyną ciemnych włosów, spektaklem, bo nie było w tym sztuczności gry — a jednak fascynowało z mocą hipnotycznego przedstawienia wystawionego wśród zaklętej scenografii The Globe. I pociągała ją ta zroszona krwią i piórami kobieta, gdy pochylona przy twarzy Helloise rozgryzała żywe stworzonko, okolona miękkim pióropuszem czarnych loków pachnących wrzosem, ze skórą pokrytą wonią ranionego zwierzęcia. Wiedźma była koneserką ptasich wdzięków, nieruchomą obserwatorką, która ptasie oczy bystro wyławiała na co dzień spoza parawanów liści i gałęzi. Patrzyła, dopóki nie odwróciły wzroku. — Ślicznie — pochwaliła, lecz zdawało się to raczej wyrazem jej własnego zadowolenia z aktu niż faktyczną aprobatą skierowaną ku drugiej czarownicy. Helloise uśmiechnęła się, gdy Lorien, opadnąwszy z powrotem na podłogę, złapała ją za rękę. Delikatne palce kobiet zawsze były dla niej ciekawe. Lubiła kobiece ciała, choć lubiła je nieco samolubnie, bo często zastanawiała się przy nich, czy ona sama taka właśnie jest dla mężczyzn — słaba. Przy mężczyznach nie znała limitów, nie było takiej siły, której nie mogłaby użyć, a gruba skóra i mięśnie zdawały się brać wszystko bez zająknienia. Z kobietami była uważniejsza, delikatniejsza. Czuła kosteczki dłoni kruche jak u ptaszka, drobne przeguby. Helloise ramiona rozkładała zawsze siłą nawyku szeroko, żeby owinąć je wokół szerokiego torsu, i zawsze była jednakowo zdumiona tym, jak łatwo układały się na wąskiej kobiecej talii. Ta łatwość budziła w niej perwersyjnie okrutne podszepty. Mężczyzn musiała zwyciężać psychologicznie, bo zawsze istniała szansa, że skończy pod kimś, kogo nie da rady z siebie zrzucić. Z kobietami, szczególnie drobnymi, mogła szukać posmaku tej prymitywniejszej dominacji, fizycznej. A Lorien Crouch była wyjątkowo małą kobietą. Tym razem to Helloise uniosła się na łokciu, żeby prześlizgnąć się spojrzeniem po koszuli nocnej sędzi. Naprostowała zawinięty skraj czarnej sukienki, zabrała przyklejone krwią do uda Lorien piórko, które zaraz zniknęło między fałdami długiej spódnicy gospodyni, zachowane w kieszeni. — To byłoby piękne. Gdyby tak znajdowały mnie tylko wiatr, strumień i słońce. — Zaśmiała się głucho, niewesoło. Przełożyła nogę przez pas czarownicy, dociskając ją tym ciężarem lekko do podłogi. Resztę ciała rozciągnęła niemal leniwie nad kobietą, wsparła się na rozstawionych rękach tak, że teraz to ona górowała nad Lorien. Zamknęła ją pod sobą jak ptaszka złapanego w koszyczek z dłoni. — Byłoby pięknie. Zawisła nad nią nisko ze swoim głodnym oddechem ostrym i suchym, wyjałowionym ziołową herbatą, zdezynfekowanym alkoholem. Oczy miała zmętniałe i dalekie, mimo że wpatrzone w Lorien. Było w Helloise coś obcego, niepodobnego do tamtej dziewczynki znad jeziora w Hogwarcie. Od tamtego czasu minęły długie lata. Jako nastolatka Hela była gniewna, ale w tym gniewie nieporadna i szczera. Teraz trudno było cokolwiek konkretnego zza oparów jej zamroczenia dostrzec. Trudno było ocenić, co chodziło jej po głowie i czy tylko drażniła się z dawną koleżanką. — Niestety, mogłaś słyszeć… musiałaś słyszeć. Widma-widma-widma — powiedziała to melodyjnie, jakby zaczynała śpiewać wynaturzoną dziecięcą rymowankę. — To mnie ostatnio znalazło. — Tak jak na mocy praw natury ptaszek skonsumował pająka, tak sam mógł zniknąć w paszczy drapieżnika. Kuny nie były od ptaków wiele większe. Tylko na tyle, żeby dały radę zadusić pierzastą ofiarę i z łatwością dostały się pod piórka. A choć gdy Helloise spierzchniętymi wargami pocałowała Lorien, wciąż podekscytowana tym, że chwilę wcześniej w tych samych ustach ginęła inna istota, nie była ani trochę agresywna. W chwytaniu zwierząt najbardziej bowiem lubiła myśl o tym, co mogłaby zrobić, ale nie zrobiła, szlachetnie obdarzając je łaską swojej troski. Był to więc ledwie krótki, słodki moment, po którym uniosła głowę, delektując się wciąż w myślach drobnym podbojem. — Ale nie spodziewam się, że to one cię tu dziś przywiały i że nie niesiesz żadnych wieści z Ministerstwa. RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Lorien Mulciber - 09.03.2026 Prawem małej dziewczynki pozbawionej rodzeństwa było dobierać sobie ludzi, których za braci mogła i chciała uznawać. Nie było w tym przymusi krwi. Nie było nierozerwalnych nici powiązań na drzewie genealogicznym wyszytym złotymi i srebrnymi nićmi. Prawem młodej kobiety było robić dokładnie to samego z jej kochankami. Chcę tego do całowania moich dłoni i noszenia za mną palta. Tamtego do nakładania na moje skronie wianka z białego kwiecia. Jeszcze jednego do oddania mi nazwiska i dzielenia z nim łoża. Może innego do poznania czym jest słodki smak niespełnionej miłości. Prawem starej sędzi było wiedzieć lepiej - wiedzieć, że nie ma się w tym czy innym życiu niczego, co czyniłoby ból istnienia w takim społeczeństwie milszym. Ale nie zazdrościła nigdy Helloise jej świata. Nie był pełen. Nie był powolny. Ów świat był urzeczywistnieniem chaosu natury, przymusu podporządkowania się prawom przemijania sezonów i pór roku; życia w sprzeczności z tym co czyniło ich panami nie poddanymi - z hierarchią ważności. Równa była w swojej uległości naturze Rowle’ówna do pierwszego lepszego mugola, który z utęsknieniem wypatrywał deszczu i wznosił modły do swoich bogów, by przynieśli mu obfity rok. Równa mu w swej bezradności, gdy przyszła władza i zakazała jej wstępu do Kniei. Ministerstwo zakazało. Każdy powinien słuchać reguł Ministerstwa Magii, bo reguły te były dobre. Kontrola była dobra. Każdy kto sprzeciwiał się ich kontroli był przestępcą, degeneratem i buntownikiem, którego należało zresocjalizować. Gdzie jednak kończyła się resocjalizacja, a zaczynał bat? Na to Lorien nie znała odpowiedzi. Chyba nawet nie zależało jej, co by odpowiedź znaleźć. Nie wolno, nie wolno, nie wolno. Nie zazdrościła Helloise jej uniesień - czy to narkotycznych czy religijnych. Wszak sztywny gorset zasad moralnych był często jedyną rzeczą, która trzymał ją w pionie. Jej praca przynosiła ukojenie dla duszy - pozwalała smakować władzy nad życiem i śmiercią tych, których za ludzi już dawno przestała uważać. Więcej było w byciu sędzia podobieństw do rozsmakowanych w łowieniu zwierzyny kłusowników, niż ludzi dążących do tak absurdalnych rzeczy jak prawo czy sprawiedliwość. Nie dbała o to. Już dawno przestała dbać. Ale przecież i Lorien zdarzyło się łamać jej własne przyrzeczenia. Zwłaszcza teraz, gdy straciła wszystko, a stracić miała jeszcze więcej. Nie masz dziecka. Robert nie żyje. Donoś żałobę. Idź ponownie za mąż. Wynoś się. Wynoś. Zniknij. Czy dlatego zdrada smakowała tak słodko, choć pachniała najtańszą wodą kolońską? Lorien po prostu patrzyła, gdy Helloise znalazła się bliżej niż przyzwalało na to ich dobre wychowanie. Nie rwała się, nie szarpała. Nie żądała natychmiastowego uwolnienia. Nie poszła w swoich próbach wyzwolenia spod cięższego od swojego ciała w stronę żartobliwego dźgnięcia panny Rowle pod żebra. Nie zrobiła nic, w pierwszej chwili zbyt skupiona na dłoni swojej towarzyszki. Nie potrafiła określić co sądzi o jej dłoniach - nie były delikatne. Były… znoszone. Zupełnie jak zbyt często używane do grzebania w ziemi i taszczenia wody ze studni rękawiczki. Przeżarte życiem, którego nie powinna wieść dziewczynka z dobrego domu. Nie potrafiła powiedzieć czy są ładne czy brzydkie i szczerze powiedziawszy nie dbała o to. Po prostu trzymała ich splecione palce tak długo jak mogła. Gdy została puszczona, bo Helloise postanowiła zawisnąć nad nią jak sęp nad truchłem, Lorien wyciągnęła dłoń do góry, wodząc w zamyśleniu palcem po bladym policzku czarownicy, w dół jej żuchwy, nawijając nań jeden z blond loków. Były tu, w tej jednej małej bańce czasoprzestrzeni, odcięte od świata za zasłoną powiewającą w oknie, twarzą w twarz, a jednak… nie widząc się wcale. Widma, widma, widma. - Po co ci widma, gdy one są tam, a ja tutaj?- Zapytała przekornie, jak dziecko, któremu nie poświęca się wystarczającej atencji. Nie widziała różnicy między sobą, a duszami zaklętymi w kniei, ponad tym, że ona wciąż przyobleczona była w ciało, stertę niepotrzebnych kości i mięsa. W odpowiedzi przyszedł pocałunek. Pozwoliła się pocałować. Tak... “pozwoliła” było stanem, który najlepiej oddawał to co pogrążona w marazmie sędzia zrobiła. Nie uciekła spod dotyku, nie odwróciła spojrzenia. Ale nie było też żadnej reakcji. Po prostu została pocałowana i nie poświęciła tej myśli ani sekundy swojej uwagi. Jakiż smak miał podbój, gdy podbijana zdawała się go nie zauważyć? Nie było w Lorien lęku przed żywym kobiecym ciałem, więc nie było i gwałtu w geście Helloise. - Nie, nie przybywam z Ministerstwa. Nie jestem sową pocztową. - Stwierdziła po chwili czarownica. I znów zamilkła, w wyraźnej rozterce czy wyznać przed czarownicą prawdziwy cel swojej wizyty. Jeśli komuś powie… zamkną ich. Zamkną z daleka od świata, od domu, od pracy. Jej dni wypełnią białe ściany Lecznicy Dusz, monotonne pikanie aparatury medycznej, woń medykamentów i smak eliksirów na podniebieniu. A potem zatraci smak i powonienie i słuch i wzrok. To nie było bezpieczne. Ale bezpieczniejsze zdawało się rozmawianie z kimś takim niż z magomedykiem. Rowle nie miała jak bronić swojej reputacji - ot brudne dziewczę w brudnej chatce na kurzej brudnej stopce w brudnym, pozbawionym zasad świecie. Tak łatwo byłoby ją zdyskredytować. Dziewczę z kniei nie miało nad nią władzy. Ale miało wiedzę. Mogło pomóc. - Coś… się dzieje.- Powiedziała cicho, głosem zduszonym, jak gdyby próbowała coś ukryć. Przed światem? Helloise? Przed samą sobą, skoro uniosła się na tyle na ile pozwoliło jej osłabione ciało, przysuwając usta bliżej ust czarownicy? Była blisko, bardzo blisko - wciąż jeszcze czuła ziołową słodycz na wargach. Ale mówiła tak cicho, bojąc się, że własne myśli usłyszą co mówią usta.- Po pożarach. Ach słodka Helloise, po pożarach coś… coś we mnie… coś… ono słucha.- Zacisnęła rozpaczliwie palce brudne od krwi na jej bluzce. Mocniej niż wcześniej robiła cokolwiek.- Cały czas słucha. I żąda ode mnie…- Zamilkła. Spuściła powoli wzrok, pozwalając mu błądzić i gubić się w meandrach odsłoniętej skóry blondynki. Zatrzymała go dłużej na pulsującej pod skórą tętnicy i choć chciała więcej - jedynie musnęła Helloise w drugim - równie subtelnym, nieporadnym co wcześniej pocałunku. Próbowała zająć nią swoje myśli. Ale nie zdołała wydukać nic więcej. Więc po prostu, zbierając w sobie całą resztkę sił - po prostu blondynkę z siebie zepchnęła. - Słyszałam, że pleciesz wieńce do kowenu. Zrób mi jeden. Zapłacę ile będziesz chciała. Pojadę tam i poproszę bogów o…- nie wiedziała o co można prosić tych, w których się nie wierzy. Miłosierdzie? Nie chciała go. Łaskę? Nie, to było zbyt proste. Mogła poprosić o czas. Czasu zawsze było zbyt mało, zwłaszcza teraz, gdy lato ustąpiło jesieni, a po jesieni nadchodziła zima. Z zimą zaś śmierć. Nie chciała o nic prosić, ni bogów ni ludzi. Podciągnęła kolana pod brodę, wpatrując się w martwy punkt przed sobą. Drżące palce wplotła w swoje własne splątanie czarne loki. Bogowie. Bogowie byli okrutni, dlatego właśnie byli bogami. Alexander nie miał racji. Nie miał. Nie miał. Mylił się. Mówił przecież “żeby wiara była prawdziwie wiarą, obiekt kultu nie może być dostępny poznaniu, objęty rozumem, potwierdzony dowodami empirycznymi.” Mylił się. Bogowie byli na wyciągnięcie ręki. - Zrób go.- Zażądała nagle, głosem tak obcym i pustym, że niemal wrogim. RE: [19.09. ranek] Lothlórien - Helloise Rowle - 25.03.2026 Kto wierzył, że nie jest zależny od przyrody, ten mylił się. To w naturze czarodzieje poszukiwali składników wszelkich swoich eliksirów i leków. Patrzyli w niebo, aby szukać swoich ścieżek życia wśród wyroków gwiazd. Odczuwali skutki susz, upałów i powodzi. Zapadali i umierali na choroby, których uzdrowiciele nie umieli zwyciężyć. Wszyscy byli Naturze ulegli. Kto wierzył, że nie jest zależy od rządu, ten również mylił się. Rządowe zakazy i groźba sankcji nie powstrzymały jednak bynajmniej Helloise od zbliżenia się do Kniei, od zaglądania między drzewa i ujrzenia widm. Poszła tam mimo zasadom. Być w pionie utrzymywanym jedynie przez sztywny gorset zasad zakrawało w jej oczach na słabość. Być może ci, którzy nie umieli poruszać się bez narzucenia im z góry przykazów, zwyczajnie zasługiwali na spotykające ich niewolnictwo, skoro nie wykształcili w sobie na tyle dojrzałego ducha, aby samemu tyczyć własne ścieżki. Helloise zawsze dumna była z tego, że myśli sama za siebie, nawet jeśli czasem oznaczało to, że pobłądzi. Dumna była również ze swojego czystokrwistego dziedzictwa, które nie było budowane na fundamencie sprytnego rozdawania między sobą ministerialnych synekur i innych posadek. Jej przodek nie nawiązał legendarnej więzi ze smokami, wysławszy w tej sprawie zza biurka wniosek opatrzony odpowiednimi pieczątkami. Jej pradziadowie nie złączyli się z Knieją, bo podpisali na to umowy. Jej korzenie z każdej strony były blisko przyrody — blisko zwierząt, roślin i samej ziemi. Osiągnięć jej rodów nie można było rozwijać i pielęgnować, przesiadując wyłącznie na salonach. One wymagały, aby się ubrudzić. Helloise nie urodziła się czystokrwista, aby pławić się w luksusie i kultywować tradycję pielęgnowania białych rączek. Była wierna temu, na czym jej rody budowały swoją pozycję — na pracy blisko Natury. — Nie chcę widm dla siebie — odpowiedziała bez cienia zaczepnej przekory. Temat tego, co działo się w Kniei, nie wzbudzał w niej wesołości. Nie potrzebowała reakcji Lorien. Większość rzeczy, którymi zachwycała się na co dzień, nie odpowiadała na jej czuły dotyk — poddawały się jej palcom biernie kielichy kwiatów, chropowate pnie drzew, ostre krawędzie skał — co nie znaczyło, że nie cieszyło jej smakowanie ich tekstur i kształtów. Jakże mogłaby odmówić i Lorien prawa do bycia bierną, gdy teraz jej posmakowała. Helloise patrzyła na nagłą zmianę w Crouchównie łagodnie zaintrygowana, jakby wpadł w jej ręce nietypowy okaz. Żałowała jej, gdy słyszała tę rozpacz, gdy czuła palce ciągnące materiał jej bluzki, gdy widziała te oczy tuż przy sobie i chwytała oddechy drugiej kobiety towarzyszące jej desperacji. Żałowała każdego życia, które cierpiało. Zrozumiała z jej urywanych zdań tyle, aby wiedzieć, że cokolwiek zagnieździło się w Lorien, było złe. Jakaż to ironia, że pradawna siła natury pod postacią bestii zdołała wydać wyrok na sędzię obdzielającą wyrokami w imieniu społeczeństwa i uczyniła ją sobie uległą. Chata na kurzej stopie zdawała się ściągać zło i wynaturzenie — Śmierciożerców, Zimnego, wampiry, widma. Tym razem zawitał w jej progi maledict. Co kazało wszystkim potworom ściągać w tym domu maski? Atmosfera izolacji, oddalenia od ludzi, chęć zwierzenia się komuś spoza układu, w którym funkcjonowali na co dzień. A może szukali kogoś, kto na nich spojrzy: nie będzie udawał, że nie dostrzega problemu, ani nie odwróci się ze wstrętem. — A czy ty możesz od niego… żądać? — zapytała ciekawie Helloise, nim została zepchnięta. Nie protestowała. Czarownica wstała i poprawiła wymięte suknie. Głębokie zamyślenie nie znikało z jej twarzy, gdy rozważała w ciszy to, co jej powiedziano. Nie miała gotowych odpowiedzi; oczywiście, że nie miała. Przeszła przez izbę, obracając się co chwila na tę istotę skuloną na podłodze jej pracowni. Myślała o niej z żalem, gdy tak sędzi drżały ręce i przemawiała zdezorientowana, i żal ten nie zniknął, gdy spod strachu Lorien wyrwała się wrogość. Helloise potrafiła działać niezależnie od swojego żalu czy litości, jeśli tylko nie widziała w nich żadnego pożytku dla istot. Nie widziała pożytku z ulitowania się i tutaj: — Gdy będziesz szła przed oblicze bogów, pilnuj, żeby twoje prośby nie brzmiały tym tonem — zasugerowała z leniwą dobrotliwością. — Robię dary — zmarszczyła brwi — ale wydaje mi się, że ty… ty powinnaś tego Mabon zwrócić się do Bogini z czymś, co będzie wyłącznie twoje. Wzięcie na siebie odpowiedzialności stworzenia daru w intencji problemu tej natury… — Helloise zatrzymała się przy wiklinowym koszu w kącie pokoju i wyjęła z niego ptasią czaszkę; spojrzała uważnie w ptasi profil, w ziejący pustką oczodół. — Myślę, że ty sama najlepiej będziesz wiedzieć, jak powinna wyglądać twoja ofiara. — Czaszka z cichym gruchotem wpadła z powrotem do kosza. Helloise nie zamierzała odpędzać Crouch. Jeśli Lorien chciała zostać, mogła to uczynić. Dom Helloise był otwarty dla bestii. Lubiła je obserwować. — Jeśli chcesz ze mną mówić, wyjdźmy, żeby i las mógł słyszeć, o czym opowiadasz. Może wiatr zaniesie do niego wieść. Las poznał takie istoty. Były tutaj od dawna, z pewnością pamięta je. Trudno jednak ostatnio mówić z lasem. Chata zadrżała i siadła nisko przy ziemi. Czarownica otworzyła drzwi na martwe, puste podwórze. Koniec sesji
|