Secrets of London
[po Beltane 72] W ogniu widzieli… nie, nic nie widzę, bo zasłaniasz mi palnik - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [po Beltane 72] W ogniu widzieli… nie, nic nie widzę, bo zasłaniasz mi palnik (/showthread.php?tid=5166)



[po Beltane 72] W ogniu widzieli… nie, nic nie widzę, bo zasłaniasz mi palnik - Helloise Rowle - 25.09.2025

Czym William Lestrange i Helloise zajmowali się po Beltane?



Beltane zostawiło tego roku nad Knieją smród paniki i głośne, powracające echem poruszenie, którego strzępy docierały również do odosobnionego zakątka Helloise. Kilka razy przywiało na jej podwórze również zabłąkanych wolonatriuszy poszukujących kogoś, kogo mogliby uratować, lecz wiedźma spod Kniei z całą pewnością ratunku nie potrzebowała. Potrzebowała, aby uspokoiła się wreszcie ta niepotrzebna histeria, a Ministerstwo wyniosło z lasu. Był to wciąż okres, gdy żyła w przekonaniu, że sytuację wystarczy przeczekać, ponieważ wszystko samoistnie się wyreguluje.
Cieszyła się więc w międzyczasie piękną wiosenną pogodą, ocieplającymi się nieśmiało dniami i wieczorami. Nie puszczano ludzi do lasu, lecz było co robić w ogrodzie, toteż początkowo rządowy zakaz kwitowała jedynie wyrazem niesmaku na twarzy, klątwą mamrotaną pod nosem i powrotem do domu. Wiosna, to sadzić trzeba, poprzycinać drzewka oraz krzewy, rośliny porozmnażać w szklarniach. Pracowała więc w ogrodzie od bladego świtu w cieniu rozkwitających na biało drzew i młodych zielonych listków, mimo że tej wiosny nad wyraz uciążliwe okazały się wiatry. Między zajęciami przygotowywała dla pałętających się po podwórzu kurczaków specjały: twarogi z ziołami i sałatki, a gdy słońce w południe przypiekało, wynosiła im do misek na wodę lodu z mrożoną porzeczką. Jadała na dworze, pracowała na dworze, czasem drzemała pod dzikimi jabłonkami z uchem przy ziemi, dając się obłazić mrówkom. Siedziała długo po zmroku, mimo że wieczory wciąż były chłodne i po pewnej godzinie musiała owinąć się szalem. Nie czuła jeszcze grozy nadciągającej z głębi Kniei, a przynajmniej nie w pełni.
Gdy w okolice chatki na kurzej stopie zawędrował niespodziewany gość, ognisko ze ściętych tamtego dnia starych gałęzi już dogasało, wciąż jednak wesoło czerwienił się żar, a w popiele dopiekały się ziemniaki na kolację. Obok stał kocioł pełen ciepłej wody, przy nim na trawie rozłożono dużą ścierkę: suszyły się na niej wygotowane we wrzątku szkła laboratoryjne. Być może nie był to najbardziej zgodny ze sztuką sposób sterylizacji narzędzi, szczególnie gdy do jednej z kolb podszedł zaciekawiony bezpański kot i niebezpiecznie blisko niuchnął noskiem. Helloise w przeciwieństwie do Williama Lestrange’a nie szukała jednakże cudownego remedium na śmierć, nie przejmowała się toteż nadto własną niedbałością.
Czarownica wciąż żyła Beltane. W świetle ubywającego księżyca, pogrążona w modlitwie do Matki, stała boso na szczycie spadzistego dachu kurzej chaty, przyciągając spojrzenia usadowionych na rynnach i kominie kawek. W zwiewnej spódnicy balansowała to na jednej, to na drugiej nodze, czasem robiła drobny, ostrożny kroczek. Jej ręce tańczyły tańcem gałązek na bujanym łagodnym wiatrem drzewie, a nocne światło srebrzyło jasne włosy płynące za kołyszącą się powoli głową.
Pani Księżyca wycofywała się — należało wykorzystać każdą szansę bliskości z Nią.


RE: [po Beltane 72] W ogniu widzieli… nie, nic nie widzę, bo zasłaniasz mi palnik - William Lestrange - 12.10.2025

Minęły minuty, potem godziny.

'William, idziesz?' głos Perseusza odbił się echem pośród drzew, gdy ostatnie kroki znajomych twarzy zgasły wraz z zasłoniętym chmurami słońcem. Odszedł ghoul, jego kochanka, a także, i całe szczęście, ta przeklęta, wydzierająca się baba. Zostawili jej dom w tyle, wydostali się z tej części lasu podążając ku cywilizacji. Ale czy William Lestrange chciał doń wracać?

Z letargu własnych myśli wybudziło go hukanie sowy. Było późno, później niż mu się z początku wydawało. Długość dźwięku samotności zrelaksowała mięśnie, pozwoliła wziąć buty w rękę i dotknąć nagimi stopami miękkości wczesnej, wiosennej trawy, chropowatości wyłamanej kory zatopionej w runie leśnym; niepokój przesmykujący się pomiędzy drzewami, gromadzący się w koronach drzew i czyhający w ciemniejszych zakątkach stał się podstawą tego, co odczuwał, nie było nic ponad nim, nie było też poniżej. Odgłosy lasu, zmienność rytuałów i nut jego głuszy, szelestu i pór, nie był z nimi jednością, wydawał się ciałem obcym w funkcjonującym organizmie, ale fakt, że nie był jedynym, niepożądanym gościem, sprawiał, że knieja zezwalała mu na swobodne wałęsanie się w celu ... Właściwie jakim celu? Powinien stąd jak najszybciej wyjść, ale nie był pewien gdzie jest. Może zostanie w tyle i pozwolenie reszcie iść bez niego było błędem? Ale czy wtedy odnalazł by to, czego szukał od dawna? Zaczątki spokoju i akceptacji, podgrzane ogniem adrenaliny, wypływały na górę, buzując, w swoim naturalnym ruchu wykonując koło; był na dnie tyle samo razy, ile zdobył szczyt, nie było w tym niczego wstydliwego, a nawet jeżeli pomylił się w kalkulacjach, kolejna tura miała nadejść szybciej niż mu się wydawało.

Podparłszy się stabilności drzewa, ugiął kolana przekraczając granice polany. Przyjemne ciepło dogasającego ogniska majaczyło w oddali i, choć było tylko pare kroków od niego, wydawało się oddalone o dziesięciolecia; siła, którą czuł przemierzając gęstwiny wydawała się chuchać mu na kark, osadzać na opuszkach palców i tak, jak sama knieja pchała go ku bezpieczeństwu, tak niezmierzona ciekawość nie pozwoliła nie odwrócić się po raz ostatni, by zobaczyć... absolutnie nic, rozczarowanie przeciągane rytmem skrzypiącego dachu chaty na kurzej stopie. Westchnął, poddając się powiewowi chwili, zostawił za sobą historię ghoula i nieszczęśliwej miłości, nie zdając sobie sprawy, że odciśnięte piętno zostanie z nim na dłużej.

Ślamazarnie popełnił ostatnie kroki, oddając się atmosferze rozpościerającej się przed nim chaty. Znajomość rozłożonych na ścierce przyrządów przykuła jego uwagę na tyle intensywnie, że zgubił skupienie całym światem. Przykucnął przy narzędziach i przekrzywiwszy głowę, przyglądał się ich zgubionemu blaskowi, topiącemu się w majaczącym z góry świetle księżyca. Odrzucił buty, opierając ręce na kolanach i czując jak rzeczywistość powoli odpływa, jak ciemność odbija się kropkami na zmyśle wzroku, stracił równowagę i odetchnął ciężko, nie wydając z siebie ani dźwięku. Przymknął oczy słysząc przyśpieszone bicie własnego serca, dotarł doń impuls dotyku, chłodu smyrajacej trawy, wilgotnej gleby ocierającej się o szorstkość wnętrza dłoni; zapach popiołu, pieczonych ziemniaków i kwitnących za dnia roślin. Był zmęczony, głodny, ale wolny, tak bardzo wolny, jakim nie był od dawna. Trwaj chwilo, zdawał się powtarzać do swych myśli, gdy bez przymusu utrzymywał drgające powieki w dole, zatrzymując jakiekolwiek obrazy przed dotarciem do umysłu. Nie było rzeczywistości, nie potrzebował jej; było tu i teraz, odgłosy nocy; miało przyjść jutro, ciepło dnia i rytuały słońca.

Ile godzin nie spał? Ile dni nie widział pościeli? Ile czasu ma jej jeszcze nie uświadczyć? Trawa wydawała się lepsza, chłód nocy orzeźwiający. Przełknął ślinę otwierając oczy, obnażając się przed powoli zasłanianą chmurami taflą księżyca; jasna łuna wydawała się krystalicznością lustra, jutrzenki jeziora, w którym zobaczyć można było błądzące ja - był zmęczony uciekaniem. Czując niezidentyfikowany przypływ siły, wstał, podpierając się na dłoniach. Materiał koszuli, choć irytował, pozostawał na swoim miejscu. Choć zdawać by się mogło, że brakowało mu piątej klepki, w całym tym chaosie, nie chciał nabawić się przeziębienia, tylko dlatego, że przeszkadzała mu ubrana koszula. Nie konkurowali też z czarownicą tańczącą na dachu o tytuł 'najdziwniejszej osoby roku', wystarczyło że ona tańczyła na dachu, on nie musiał paradować bez koszuli wokół dogasającego ognia, nawet po Beltane... ile dni temu ono było? Nie miał pojęcia.

- Nie chcę przeszkadzać ... - własny głos brzmiał obco, gdy słowa powiedziane głośno wystarczająco, aby być usłyszanymi mimo dzielącej ich odległości sprawiły, że zdał sobie sprawę, gdy resztka księżycowej łuny padła na twarz kobiety, że na pewno się znają - Ale nie wiem jaki jest dzień tygodnia ani miesiąca, tak właściwie. Nie, że to też nieczęste, ale ... - zgubił się we własnych myślach - wiesz, będzie łatwiej rozmawiać, chyba, jak zejdziesz - zaproponował, wciąż patrząc w górę, nie widząc już twarzy rozmówczyni, przez chmurę zasłaniającą taflę księżyca - albo jak ja wejdę do góry - nie był pewien, dlaczego zaproponował tę opcję. Zakryty księżyc utrudniał widoczność, może upadek z wysokości był tym, do czego ciągnęły go nadwyrężone zmysły?

Czy Helloise nie mieszkała gdzieś w tych okolicach?
Chyba tak,
przeszło mu przez omamiony umysł.


RE: [po Beltane 72] W ogniu widzieli… nie, nic nie widzę, bo zasłaniasz mi palnik - Helloise Rowle - 24.10.2025

Początkowo gdy obcy legł na jej podwórku, Helloise pozwoliła mu po prostu być tam, jakby to miejsce na trawie przy ognisku zawsze do niego należało. Nie wiedziała jeszcze, że to William Lestrange, lecz rzadko kiedy wybrzydzała w tym, kogo gości — kimkolwiek by nie był, mógł buszować po posesji dowoli.
Dopiero gdy się odezwał, jej taniec zawisł w momencie. Przyglądała się gościowi w milczeniu, po czym, balansując z rozłożonymi szeroko rękoma, przemaszerowała po szczycie dachu ku krawędzi. Tam czekała miotła, na którą kobieta przeniosła się wyćwiczonym ruchem i powoli podryfowała w dół.
Im bardziej obniżała lot, tym większa rosła w niej pewność: twarz była znajoma. Twarz była przyjazna.
Chatka na kurzej stopie znajdowała się na granicy tego, co należało do ludzi, i tego, co należało do lasu. Czasem słychać było z oddali turkocący wóz wracający z sadów lub okrzyki wędrujących po chaszczach dzieci. Cioteczna babka powtarzała Helloise, że to dobrze, bo czasem trzeba usłyszeć drugiego człowieka, aby do reszty nie zdziczeć. Helloise doceniała w tych echach ludzkiej obecności inny aspekt: stawiając człowieka obok lasu, pełniej mogła docenić potęgę Kniei.
I jak pięknie wyglądał przeżuty i wypluty przez las William Lestrange.
Piękniej niż w moich wspomnieniach — powiedziała sennie czarownica, schodząc gładko z miotły, która zawisła przed sfatygowanym czarodziejem. Lekkim krokiem wiedźma opłynęła przybysza dookoła, podziwiając dzieło lasu. Materiał jej szaty roztoczył wokół niego ciepły ziemisto-kwietny zapach. — Wyglądasz, jakbyś spędził tam cudownych kilka dni — rozmarzyła się, zazdroszcząc Willowi przygody, której przebiegu domyślać mogła się jedynie po śladach na jego osobie.
Pięknie go urządziła przyroda Kniei, wspaniałe sobie płótna znalazła w tej porządnej koszuli pracownika Ministerstwa czy czystokrwistego pana — kimkolwiek bardziej czuł się Lestrange, gdy ją ubierał. Miło Helloise przyjęła fakt, że mężczyzna przybywał bez butów. Coś mu musiało słusznego w głowie zaświtać po drodze, że je zdjął.
I czemu byś mi przeszkadzał? Dużo tu miejsca pod księżycem. Nie niszcz nam wieczora rozmową o czasie, dniach, datach. Gdzie ci się spieszy? — Zmarszczyła się, jakby urażona myślą, że tak długo niewidziany przyjaciel miałby mieć jakieś inne miejsce, w którym chciał się znaleźć. — Mamy teraz. Teraz wyglądasz, jakbyś był głodny, Williamie.
Nie zdradziła mu więc daty. Jeszcze by sobie przypomniał, że miał gdzieś być, że gdzieś go oczekiwali, a to było absolutnie zbędne, gdy ziemniaki lada chwila będą gotowe. Znalezionym w trawie patykiem Helloise wygrzebała z żaru pieczone ziemniaczki i jeden po drugim wrzuciła je do dużej zlewki laboratoryjnej, która zaparowała od gorącej strawy. Jeden ruch różdżki, a ze studni na skraju podwórza wyszło wiadro pełne zimnej, krystalicznie czystej wody, którą czarownica przelała do dwóch kolb stożkowych. Wzięła zlewkę ziemniaczków pod pachę, jedną z kolb wręczyła Williamowi, po czym przysiadła na zawieszonej w powietrzu miotle, patrząc na czarodzieja wyczekująco.
Chciałeś wejść do góry. — Było za nią na miotle miejsce akurat na jednego pasażera. — Jadłeś kiedyś kolację na dachu? Malowniczy widać stamtąd las. — Uśmiechnęła się po raz pierwszy, od kiedy się zjawił.