![]() |
|
[9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan (/showthread.php?tid=5174) |
[9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Faye Travers - 29.09.2025 9 września 1972
noc z 8 na 9 września Nie spodziewała się, że to wszystko tak się potoczy. Nie spodziewała się, że wieczorem 8 września Londyn oraz sąsiadujące miasta zajmą się ogniem, a z nieba posypie się popiół. Nie spodziewała się, że w jej dom uderzy niszczycielska siła ognia. Nie spodziewała się tego, że gdy upora się ze wszystkim i pośle listy, a potem pójdzie do Rejwachu, ktoś ją zaatakuje. Nie spodziewała się odnalezienia Maddoxa i ostrej wymiany zdań. Nie spodziewała się też wcześniejszego spotkania z Leviathanem. I zdecydowanie nie spodziewała się, że Rowle ją odwiedzi tak szybko. Piętro jej domu zostało ugaszone całkowicie - nie tylko przy pomocy jej i Dory, ale także mugoli i czarodziejów, którzy rzucili się na pomoc. Jej sąsiadka została zabrana do szpitala, a Faye zastanawiała się, czy starowinka to przeżyje. Była okropnie, okropnie stara, a takie osoby były wrażliwe na każdą fizyczną zmianę w ich ciele - kobieta nałykała się dymu, została też mocno poparzona, a i sama Travers nie była zbyt delikatna, gdy ratowała jej życie i wywlekała kobiecinę na zewnątrz. Pewnie złamała jej to i owo, bo kości starszych ludzi były bardzo kruche. Zamiast rzucać się w wir sprzątania, siedziała przed wejściem do domu, na ziemi, i paliła papierosa. Była cała uwalana czymś czerwonym, co już wcześniej Levi zidentyfikował jako farbę, nie krew. Do tej mieszanki dołączył pot oraz popiół. Włosy Faye, w tak ładnym kasztanowym kolorze, były teraz pozlepiane w strąki. Miała pełno kołtunów, ale nie wyglądało na to, by się tym przejmowała. Po prostu siedziała na ziemi i paliła papierosa, patrząc na dom. Zastanawiała się, jakim cudem ogień zniszczył wszystko na dole, a górę zaledwie liznął? Nie doszukiwała się w tym co prawda jakiejś magicznej siły: raczej Losu, boskiej opatrzności. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Leviathan Rowle - 09.10.2025 Pan go nagrodził za wierną służbę, pozwalając uchronić domostwo i bliskich od kary, jaką była Spalona Noc. Matka natomiast pokarała tymi wszystkimi obietnicami i interakcjami, których musiał dzisiaj doświadczać. Mógł się nie wychylać i nic jej nie obiecywać - Faye znaczy. Mógł grzecznie udać się w przeciwnym kierunku, życząc jej szczęścia, ale przecież spodziewałaby się tego. Najgorsze jednak było to, że nie był pewien czy to co ugrał swoją dobrą wolą, w ogóle było czegokolwiek warte. Aportował się z charakterystycznym trzaskiem, parę metrów od rudery, która nazywała domem. Domek stał, dokładnie tak jak zaplanował, ale jego parter nie nadawał się do niczego. Piętro natomiast było osmalone, ale w gruncie rzeczy oszczędzone przez płomienie. Wyglądało to więc, jego skromnym zdaniem, absolutnie komicznie ale chyba podlegało też pod parę paragrafów bezpieczeństwa budowlanego. Przez moment lustrował ponurą sylwetkę, zanim opadł spojrzeniem gadzich oczu niżej, na drobną sylwetkę usadowioną na schodach. Nie był pewien w jakim stanie spodziewał się, że ją znajdzie, albo co będzie robić, ale spokojne palenie papierosa chyba nie znajdowało się w tym zestawie. - Miałaś niesamowite szczęście - rzucił, podchodząc do niej powoli, przeciągając znacząco wzrokiem po konstrukcji budynku. - Wygląda jakby zaraz miał się zawalić. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Faye Travers - 09.10.2025 Słyszała trzask aportacji - ale nie zrobiła nic więcej poza uniesieniem wzroku. Widząc Leviathana, nie uniosła kącików ust. Zamiast tego powoli podniosła papierosa i wetknęła go między wargi. Faye zaciągnęła się dymem, tak jakby chciała się ukarać za to, że dopuściła do spalenia całego parteru. Jakby to miała być jej wina. Gardło, i tak już podrażnione przez dym w Londynie, zadrapało nieprzyjemnie, a mięśnie skurczyły się, gdy dowaliła im dymem tytoniowym. Traversówna zaniosła się kaszlem, a jej oczy nabiegły łzami. - Ja owszem. Sąsiadka - nie. Jest w szpitalu - odpowiedziała cicho, wypuszczając papierosa spomiędzy palców. Po chwili namysłu zgniotła niedopałek butem, rozprawiając się z nim dość brutalnie. Po jej ruchach widać było zdenerwowanie - dłonie, którymi wycierała teraz oczy, trzęsły się, a te łzy to nie wiadomo było czy od kaszlu, czy z bezradności. Bo na tyle, na ile zdążył poznać Faye, to musiał wiedzieć, że nie znosiła bezradności. Była kobietą, która chciała działać, która wręcz się do tego rwała - a teraz... Teraz nie mogła zrobić w zasadzie nic. Wstała jednak, a potem weszła głębiej do środka, mimo że faktycznie budynek wyglądał, jakby miał się zawalić. - Ściany nośne są nienaruszone, ogień nie strawił kamienia - powiedziała, nie odchodząc od niego specjalnie daleko. Nawet pokazała jedną z głównych ścian, jakby to był dowód na jej rację. - Spłonęła podłoga, meble, drzwi, w sumie wszystko co drewniane. Okna wywaliło, ale kamień został. Czy dałoby się tu cokolwiek odbudować? Cholera jasna, nie miała pojęcia, nie znała się na tym. Kopnęła bez przekonania nadpalony kawałek czegoś, co chyba kiedyś było stołem. - Tak, miałam szczęście w nieszczęściu - powiedziała przeciągle, ale dużo słabszym i mniej pewnym siebie głosem niż zwykle. Patrząc na ostatnie miesiące, to zdecydowanie mogła uważać, że przyciągała pecha. Spojrzała w końcu na Leviathana, a w jej oczach czaił się ból. - Myślisz, że przyciągam nieszczęścia? RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Leviathan Rowle - 16.10.2025 - Oby szybko wyzdrowiała - skomentował. Brakowała tam jakiegoś ładnego słowa, że miał nadzieję że szybko wróci do zdrowia, ale w Leviathanie próżno było szukać współczucia dla tej kobiety. Nie znał jej i była mu zupełnie obca, a przez to i obdarta z wszelkich cech, które sprawiały że była człowiekiem wartym zainteresowania. Ale Faye na niej zależało, więc musiał powiedzieć cokolwiek. Przyglądał jej się uważnie, kiedy stawiał kolejne kroki w jej stronę. Drżała, a w oczach perliły się łzy, ale Rowle nie był w sumie taki pewien, czy przyjęłaby jakąkolwiek formę pocieszenia z jego strony. W końcu zawsze był okropny i zwyczajnie nieczuły, a przynajmniej tak go postrzegała jego zdaniem. Podążył za nią, do wnętrza budynku, który był cały poczerniały od sadzy, uważnie przyglądając się temu, co sam zaprojektował. Ale nie czuł nic - żadnej satysfakcji albo refleksji, że może mógł to lepiej zaplanować. Wszystko było teraz kupką popiołu sadzy, potrzebując ze sobą wszystko to, co doprowadziło go do takiej, a nie innej decyzji. - Nie powinno więc być aż tak źle z odbudową - zawyrokował w odpowiedzi na jej słowa, przejeżdżając palcami po najbliższej ścianie i rozcierając poczerniały osad opuszkami. Nie spodziewał się chyba takiego samobiczowania. Spojrzał na nią, powoli unosząc wzrok znad własnej dłoni, z pewnym zastanowieniem obracając w głowie jej słowa. Brakowało szybkiej reakcji i zapewnienia, że na pewno tak nie było - może ktoś inny, o wiele lepszych instynktach społecznych, tak by zareagował, ale on wyglądał jakby i ten drobny aspekt musiał poważnie rozważyć. - Nie wygłupiaj się - powiedział wreszcie, wycierając rękę w skrawek szaty i zbliżając do niej powoli. - Londyn, Dolina Godryka i Matka jedna wie jeszcze, co tak naprawdę ucierpiało tej nocy. Nie mogłaś ściągnąć nieszczęścia na całe miasta - pokręcił głową, kładąc jej łagodnie dłoń na ramieniu. - Myślę, że nieszczęścia czasem przyćmiewają wszystko inne i dlatego tak uważasz. Żyjesz. Twoja sąsiadka żyje. Ci twoi znajomi o których się martwiłaś, też mają się dobrze. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Faye Travers - 27.10.2025 Nie mogła ściągnąć nieszczęścia na całe miasto... Nie była tego taka pewna. W głębi duszy wiedziała, że Leviathan miał rację, ale patrząc na to, jak nieszczęścia przylepiały się do niej ostatnio, to naprawdę wątpiła. Wątpiła w to wszystko i jednocześnie w swoją poczytalność. To, co mówił Rowle, miało dużo sensu, ale naprawdę ciężko jej było w to uwierzyć. Tej nocy zginęło tyle osób... Ale w jednym się nie mylił: wszyscy ci, na których jej zależało, byli bezpieczni. Odnalazła nawet Maddoxa, chociaż ten wymagał pomocy medycznej, z której nie chciał skorzystać. Był bardziej uparty niż ona sama i Faye zaczynała wątpić także w sens tego związku. Co będzie z nimi dalej, jeżeli nie znajdą jakiegoś złotego środka? Owszem, nie była przyzwyczajona do tej czułości, którą teraz ociekał. Może i jego głos nie był słodki jak miód, ale słowa niosły otuchę, a gdy położył jej dłoń na ramieniu, po prostu pękła. Coś w niej pękło po raz kolejny i zamiast strącić dłoń Leviathana, po prostu się do niego przytuliła. Nie potrzebowała teraz suszenia głowy, to będzie miała od brata. Nie potrzebowała opierdolu, to będzie miała od rodziny. Nie potrzebowała agresji, bo to miała od Maddoxa. Potrzebowała ciepła i czułości, a pech chciał, że jedyną osobą, która mogła jej to w tej chwili dać, był właśnie Rowle. Ręce Faye otoczyły go w pasie, a twarz ukryła się w klatce piersiowej. Drżała, a kapiące po policzkach łzy moczyły jego szatę. - Nie mam już siły, Levi - powiedziała stłumionym głosem, zaciskając dłonie na materiale jego ubrania. - Wszystko wokół się wali, ledwo co wróciłam do kraju, a nieszczęścia mnie ścigają, jakby ktoś rzucił na mnie klątwę. Najpierw te pieprzone gówna w Kniei, przemiana na oczach mugoli, a teraz to... Nie zastanawiała się już nad tym, czy Rowle wiedział od ojca, co się stało pod koniec sierpnia z Faye. Czy wiedział, że drzemała w niej bestia. Czy wiedział, że przemieniła się niekontrolowanie i uciekła do Kniei. Nie obchodziło jej to, nie w tym momencie - teraz potrzebowała po prostu wyrzucić z siebie wszystko to, co siedziało w niej od połowy sierpnia i nie dawało jej spokojnie spać. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Leviathan Rowle - 10.12.2025 Czasem zapominał że inni ludzie byli... nie chciał określić tego słowem 'ludzcy', ale zdecydowanie bardziej skorzy do okazywania uczuć. Jego dom był chłodny i uczyło się w nim, że liczył się przede wszystkim obowiązek. Obowiązek wobec krwi, tradycji i nazwiska. Nie można było się przy tym zasłaniać uczuciami, ani też pozwolić im zanadto rozlać się dookoła, bo zwyczajnie przeszkadzało to w wiedzeniu czegokolwiek poza nimi. Rowle więc ściskał wszystko w środku. Bardzo, bardzo głęboko w sobie, na zewnątrz pozostając spokojnym, stoickim czy wręcz nieludzkim. Jej nagła reakcja spowodowała więc, że zwyczajnie zastygł na moment, jakby złapany w pułapkę, gdzie poruszenie się mogło wywołać ból. W końcu jednak poruszył się, powoli i jakby ospale, rękoma oplatając jej ramiona. Kusiło jej powiedzieć - inni mają gorzej. Wystarczyło przejść się nieco dalej i spojrzeć na posiadłość Lestrange'ów, bo teraz była to istna ruina. Podobnie miała się z resztą Warownia i niektóre inne miejsca tak samo w Dolinie, jak i Londynie. Ja, ja, ja - słyszał tylko nieszczęścia, jakie jej zdaniem ją prześladowały i chyba nawet by jej współczuł, gdyby nie zmieniła chociaż odrobinę tej narracji. - I co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał spokojnie, gładząc ją po włosach dłonią. - Teraz możesz płakać, nie zabraniam ci tego. Każdy czasem musi wyrzucić z siebie całą niemoc. Ale co potem? RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Faye Travers - 15.12.2025 - Nie wiem - odpowiedziała cicho, bo zwyczajnie nie wiedziała, co może zrobić. Ja, ja ja - to wszystko co mówiła faktycznie krążyło wokół niej, ale trzeba było być ślepym, by nie zauważyć, że faktycznie Faye miała ostatnio pecha. To, że inni mieli gorzej, nie umniejszało jej bólu. Dobrze jednak, że nie wypowiedział tych słów na głos, bo wtedy pewnie by się kompletnie załamała. - Nie będę dzisiaj o tym myśleć. Nie lubiła okazywać słabości, ale nie potrafiła już ukrywać łez, które kapały po jej policzkach. Wszystko wokół śmierdziało popiołem i spalenizną, a ona czuła się jak zwierzę złapane w klatkę. Sama była brudna, bo chociaż jej mieszkanie było nienaruszone, to chciała... Sama nie wiedziała czego chciała. Co chciała osiągnąć, patrząc na zgliszcza, próbując je posprzątać? Może chciała odzyskać częściowy spokój, może chciała sprawić, żeby starowinka miała dokąd wrócić? A może musiała po prostu się czymś zająć. Była zmęczona, zmęczona jak jasna cholera. Otarła łzy bezczelnie w szatę Leviathana, zanim nie odsunęła się od niego, zdając sobie w końcu sprawę z tego, do kogo się przytula. Nie wolno jej było go przytulać, nie po tym, co ich połączyło. Czasem zastanawiała się, czy w innych okolicznościach Leviathan byłby dla niej milszy, ale szybko dochodziła do wniosków, że cokolwiek by nie zrobiła - nigdy nie będzie wystarczająca. Odsunęła się więc, a potem odchrząknęła. Jakby chciała tym dźwiękiem sprawić, że wszystkie myśli znikną. Ona nigdy nie będzie wystarczająca dla nikogo - nie miało znaczenia czy to była jej rodzina, Maddox czy Leviathan. Dolna warga jej zadrżała, a ona odwróciła głowę i sięgnęła po papierosa. - Ale coś zrobię. Tylko nie dzisiaj - powiedziała cicho, odpalając peta. Poczęstowała Leviego, oczywiście, bo nie była chamem. A potem spojrzała na dogorywające bale drewna i przetarła oczy palcami. - Gdy kurz opadnie, będziemy musieli porozmawiać z kimś z konwenu. Zaczęła z głupia frant, nawet nie patrząc na swojego "męża". - Jak mam zacząć wszystko naprawiać, to muszę to zrobić po kolei, od początku - dodała jakby wyjaśniająco, skąd w ogóle pomysł na poruszenie tego tematu. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Leviathan Rowle - 24.12.2025 - Nic nie szkodzi - odparł, jakby miało to cokolwiek zmienić. Jakby fakt, że teraz była pogubiona i nie bardzo wiedziała w co włożyć ręce, wcale nie był aż tak istotny i dotkliwy. Może ktoś inny próbowałby ją naprowadzić na właściwe tory i wskazać priorytety, ale on nie miał zamiaru wyciągać do niej ręki w ten sposób. Nie interesowało go to. Im bardziej Faye czuła się pogubiona i niepewna, tym lepiej było dla niego. Tym pewniej się czuł, tym lepiej mógł grać i nie czuć na sobie tego wiecznie podejrzliwego spojrzenia, jakby był w jej życiu jedyną osobą, która z miejsca nie cieszyła się na cokolwiek ze sobą przynosiła danego dnia. Rowle mógłby się z nią prześcigać, kto był bardziej zmęczony, ale chyba nie wypadało. Noc spędzona na sianiu szeroko pojętego zniszczenia i chaosu, była niezwykle wyczerpującym przedsięwzięciem, szczególnie że nie walczyło się o życie tylko próbowało zadowolić oczekiwania Czarnego Pana. Sowia Poczta przestała funkcjonować na ten moment, przy wejściu do Munga też zostało wywołane odpowiednie poruszenie, a reszta akcji była równie nieprzyjemna. Potem natomiast czekała go z Mistrzem rozmowa, co również trzymało go na nogach i wymagało by ani na moment się nie poślizgnął w tym co mówił i myślał. Kiedy się od niego odsunęła, wygładził odruchowo szatę, ale jego twarz nie wyrażała niczego konkretnego, jak zwykle z resztą. Przyjął natomiast wyciągniętego w jego stronę papierosa. Odpalił, zaciągnął się i słuchał. Jej odchrząknięcie nie sprawiło, że wszystkie niepowołane myśli zniknęły, nie jego. Zastanawiał się, czy może nie powinien był pozwolić by ta rudera cała spłonęła, również z piętrem, żeby Traversówna poczuła jak bardzo pechowym można było być. - Nie z kowenu - powiedział, a trzecia powieka przesunęła się, nienaturalnie dla człowieka nawilżając oko. - Nie z naszego kowenu - poprawił się po chwili, łapiąc się na błędzie. - Kogoś spoza Londynu, najlepiej tam gdzie... to się stało. - ta jedna, bardzo nieprzyjemna dla nich rzecz, która goniła za nimi przez ostatnie lata. - Jeśli zaczniemy pytać u Macmillanów, będą z tego tylko nieprzyjemne pytania, szczególnie od naszych rodzin. A tego chyba nie chcemy, prawda? - on nie chciał bardzo. Podejrzewał też, że Macmillanowie wcale nie przyjęliby łagodnie tych wieści, wciąż mając w pamięci jego nieudane zaręczyny z Sarah. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Faye Travers - 28.12.2025 Faye nigdy nie oceniała go ze względu na przypadłość, która go trawiła. Nie była jednak pewna, czy Leviathan to wiedział - być może dla niego to było naturalne, że ludzie go odtrącali ze względu na wygląd, lecz dla niej... On był dla niej po prostu odpychający z charakteru. To, jak zachowywał się teraz, gdy była w potrzebie, a jak zachowywał się wcześniej, gdy wpadli na siebie w Londynie - to doprowadzało ją do furii. Jakby mężczyzna nie mógł się zdecydować, którą maskę przywdziać. - Masz rację - powiedziała, zaciągając się dymem. Zakaszlała - palenie papierosów tuż po tym, jak jej płuca napełniły się dymem ze spalonych budynków i ciał, nie było najmądrzejszym posunięciem, ale to był odruch. Odruch, który jeszcze nie był uzależnieniem, ale był o włos od tego, by takim się stać. Na powrót oczy kobiety zaszły łzami, lecz tym razem nie smutku, a bólu, który został wywołany nieprzyjemnym gryzieniem w krtań. - Źle się do tego zabieraliśmy. Powinniśmy iść tam, gdzie dokonaliśmy największego błędu w naszym życiu. Powinni anulować to małżeństwo, byliśmy pod wpływem. Powiedziała w końcu, nie patrząc na Leviathana. W zasadzie to zaczynała odczuwać gniew, bo to, co się stało, zdeterminowało jej kolejne lata życia i mocno odbijało się na teraźniejszości. A przecież to nie powinno się stać - nikt normalny nie powinien udzielać ślubu osobom, które były aż tak pijane. Nie było na to żadnego paragrafu albo coś? - Gdy to wszystko się uspokoi, zajmiemy się tym, dobrze? - spojrzała w końcu na niego, a w jej oczach po raz pierwszy od dawna pojawiła się namiastka spokoju. - Najlepiej przed Mabon. Uwolnisz się ode mnie. A ona od niego. Chciała coś jeszcze dodać, ale nadpalona belka odpadła od ściany i runęła na ziemię zupełnie niespodziewanie. Nie była duża, ale wystarczająca, żeby narobić hałasu. Faye aż podskoczyła, wypuszczając papierosa z dłoni. RE: [9.09.1972] Memories | Faye, Leviathan - Leviathan Rowle - 29.12.2025 Był dla niej okropny; chłodny, nieprzyjemny, szukający jakiejkolwiek słabości, by wcisnąć się w nią niczym ziarnko piasku do buta i niepomiernie irytować. Ale z jego punktu widzenia, wynikało to tylko i wyłącznie z tego, jak ona się zachowywała. Jeżyła się jak niezadowolony szczeniak, kiedy przychodziło do kontaktu z nim i Rowle faktycznie chyba nie był w stanie sięgnąć pamięcią do momentu kiedy nie czuł się, jakby miał przed sobą faktycznie wilka wyciągniętego z lasu. Zastanawiał się czasem czy była to jej własna natura, czy może ciągnąca na niej klątwa, a może coś jeszcze innego - oczywiście nic, co nie miało bezpośrednio wspólnego z jego charakterem. Byli dla siebie mili tylko raz i tylko wtedy, kiedy pogubili się w morzu alkoholu. Błąd - karygodny i ogromny, ale według niego wciąż sprowadzający się do zwyczajnej pomyłki, nawet jeśli niewymownej w swojej uciążliwości. W końcu żadne z nich nie chciało dzielić ze sobą życia, a mimo tego kiedy widział jak się wiła, jakby nagle skończyło się jej całe życie, coś w nim co rusz i na nowo burzyło się z oburzeniem. Bo jakże ona śmiała? Jak mogła odtrącać jego - czystokrwistego, dziedziczącego rodowy majątek, posiadającego status i przywileje, kiedy sama była tylko zbłąkaną powsinogą? Przyglądał się jej, trzymając papierosa pomiędzy palcami i powoli paląc, jakby z grzeczności i dla współdzielenia doświadczenia. Miło było słyszeć, że miał rację, tylko czemu z jej ust dawało to taki gorzkawy posmak. Może dlatego nie zabierał się do tej pory na poważnie, nie traktując tematu odpowiednio, bo im dłużej ona tkwiła z nim, tym bardziej mógł jej dopiec. Tym lepiej czuł, że ma nad nią jakąkolwiek kontrolę, nawet jeśli przecież nie potrzebował jej udziału w swoim życiu. - Kiedykolwiek ci pasuje - podsumował, wypuszczając kłąb sinego dymu z ust. W końcu jemu nic nie było. Jemu, jego rodzinie i domowi. Wszystko stało jak wcześniej, bezpiecznie ukryte pośród walijskich lasów i gór. A ona stała na zgliszczach swojego domu, który walił się praktycznie na ich oczach. Wyciągnął rękę automatycznie i pociągnął ją do siebie, robiąc kolejnych parę kroków w tył, a tym samym wyciągając ich na zewnątrz tej ruiny. - Na razie skoncentruj się na pozbieraniu po tej nocy. A kiedy już to zrobisz, załatwimy co trzeba. Gdybyś potrzebowała, to wiesz gdzie mnie szukać - nie uśmiechał się, ale wyraz jego twarzy był niemal łagodny, kiedy jeszcze przez chwilę patrzył na nią, aż chociaż nie przytaknie. Oddał jej swojego papierosa, na wpół wypalonego, rekompensując jej własną stratę i odsunął się od niej, omiatając jeszcze raz cały domek i to co tutaj stworzył. A potem teleportował się z trzaskiem, zostawiając Faye samą. Koniec sesji
|