![]() |
|
[28.09.72] Blood is life | William & Lorien - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [28.09.72] Blood is life | William & Lorien (/showthread.php?tid=5190) |
[28.09.72] Blood is life | William & Lorien - William Lestrange - 01.10.2025 Chciało mu się płakać. Zaskakująco wcale nie dlatego, że stał przed wejściem do gabinetu Sędziny Lorien Mulciber. Chłodna ściana gniotła materiał koszuli, gdy kolejne osoby przewijały się przez korytarze gmachu Ministerstwa; łączące się w buczącą jedność urzędnicze pogawędki ginęły w pędzie dnia, uderzeń obcasów o posadzki cichnąc wraz z dzwonkiem windy, rejwachem ziaren kawy, okalających człowieka zapachów ogólnego przeciążenia sensorycznego. Zawsze chciało mu się płakać, gdy był w Ministerstwie - nie miało to nic wspólnego z samą instytucją, tym co sobą reprezentowała, nie były to również jego traumy, ot, znajdował się po prostu w stanie wysokiego dyskomfortu, spięty i osaczony; niewidoczny na widoku, wśród setek białych kołnierzyków i dziesiątek wymijających go mundurów. Rozpacz wydawała się jedyną odpowiedzią, gdy ciało odmawiało posłuszeństwa, przygniecione i bezużyteczne. Czy mógłbyś przestać?, targował się ze samym sobą; personalnym komfortem i chęcią osiągnięcia czegokolwiek, wyściubienia nosa spoza granic zatęchłej piwnicy. Obserwował, choć każdy szczegół mu umykał; puste spojrzenie ciemnoniebieskich oczu ugrzęzło na wysokości wiszącej lampy, czy tez żyrandolu, William nie był pewien co do odpowiedniego słownictwa. Zbyt jasne światło korytarza wbijało się igłami dyskomfortu w spojówki; tygodnie temu, chłód nakrapianej poranną rosą trawy mieszał się z ciepłem odchodzącej nocy, drzewa Kniei bujały się leniwie, oddane swym własnym sprawunkom. Zapach lata spędzonego w Dolinie Godryka zdawał się go nie opuszczać, odciągając od rzeczywistości, odcinając źródło tlenu upałem komfortu, brakiem materiału opinającego ramiona, szurającego w idiotycznej przykładności hipokryzji społeczeństwa. Jutro zapomni o tym, że tonął, pogrąży się we wtedy, a nie teraz, kiedyś, nie dziś. To tylko kolejny z momentów, w którym musi poświęcić swój dyskomfort dla sprawy, prawda? Dla sprawy swojej własnej, dla funkcjonowania, dla bycia częścią społeczeństwa nie na swoich własnych zasadach. Nie, nie tym razem - czym był jego dyskomfort w perspektywie straconego istnienia? Życia, być może, bo cóż to za los, kontynuować swą obecność na świecie pod pióropuszem narzuconego przekleństwa? Wydawało mu się, że przemiana w ptaka prawdopodobnie oswobodziłaby go ze wszystkich doczesnych problemów, z którymi się borykał nie mogąc postawić kroku w przód, aczkolwiek wątpił, że Sędzina podzielałaby jego entuzjazm. Cóż, wystarczyło tylko przekroczyć rzekę czarnych jak Styks garniturów. Przedostał się do gabinetu Lorien. Widząc odwróconą do siebie kobietę, zajętą czymś o wiele ważniejszym niż jakakolwiek myśl, która przesunęła się przez jego własną głowę w ostatnich trzydziestu minutach, które zmarnował na wewnętrzny monolog, uświadomił sobie, że absolutnie nie przemyślał opcji dialogowych. Na Merlina, co mówi się po wejściu do czyjegoś gabinetu? Zazwyczaj istnieje ktoś, kto powinien go doń wprowadzić, acz uświadomił to sobie zbyt późno - nie było odwrotu, zamknął za sobą drzwi. - Daj mi swoją krew - wypalił, uznając, że jak nie teraz to nigdy. Zmarszczył brwi, stwierdzając, że wypowiedź była raczej wybrakowana - ... proszę - dodał jakby niepewny, czy jest to słowo, którego szukał. RE: [28.09.72] Blood is life | William & Lorien - Lorien Mulciber - 11.11.2025 Przecież znała kroki swojego brata. Wiedziała dokładnie jak puka do drzwi (choć z reguły nie pukał wcale). Spędziła z tym człowiekiem niemal całe swoje życie, więc naprawdę wystarczyło tylko zerknąć kątem oka, żeby mieć pewność, że to właśnie Jaśnie Pan Niewymowny, Jego Ekscelencja Największy Nierób w Ministerstwie Magii, Alexander Mulciber stanął na jej progu. A potem zaczął wysuwać jakieś dzikie żądania. - Alex, miejże litość.- Odburknęła. Czy powinna była się obrócić i upewnić, że to na pewno Mulciber stoi w drzwiach jej gabinetu? Pewnie tak. Ale była zajęta… no właśnie czym dokładnie była zajęta pani sędzia w ten piękny poranek? Otóż jeden z dementorków utknął pomiędzy ciężkimi tomami brytyjskiego prawa międzynarodowego i wisiał, zaczepiony na pelerynce, rozpaczliwie machając łapkami i nóżkami. Lorien rzeczywiście stała odwrócona plecami do wejścia, próbując wysupłać szamoczącego się jak wściekła osa podopiecznego spod książek. W dodatku miała publikę - z reguły grasujące po gabinecie dementorki, siedziały teraz jak jeden mąż na biurku obserwując akcję ratunkową. Tylko jeden odwrócił się, gdy otworzyły się drzwi - ale tylko pomachał Williamowi kościstą łapką. Tymczasem Lorien nie dała swojemu niespodziewanemu towarzyszowi odpowiedzieć czy wyjaśnić pomyłkę. Jeszcze żeby chociaż podszedł i pomógł! To nie. Sterczał jak kołek przy drzwiach. Wcale jej to nie dziwiło. -Czy ciebie do reszty pojebało? Już nie jasnowidz a wampir?- Kontynuowała więc, cedząc przez zęby. Uwięziony dementorek wczepił się w jej palce, dodatkowo utrudniając całą sprawę.- Krwi mu się zachcie… Zamilkła. “Proszę.” Alexander w życiu nie powiedziałby sam z siebie “proszę”. Przyduszony poduszką do podłogi - może, ale sam z siebie? Nigdy. W dodatku… Kiedy ostatnio wyściubił nos z Departamentu Tajemnic? Gdyby chciał krew przysłałby Nostradamusa z fiolką i krótkim “dawaj krew”. I pewnie jakąś kartą z uno czy innego monopoly. Więc to nie mógł być Alexander Mulciber. Ale jeśli nie on to... kto? Jak w zwolnionym mugolskim filmie, Lorien odwróciła głowę. Nawet dementorek przestał się na moment szamotać. W pokoju przepełnionym cichym brzęczeniem papierowych figurek zapanowała głęboka cisza. Wiedźma znalazła swoją ofiarę. Otaksowała uważnym spojrzeniem gościa. Od jego kręconej czupryny przez lekko przygarbioną postawę. To nie był Alexander Mulciber. Na jej progu stał za to ktoś którego pismaki uwielbiali z nim mylić. - Wiliam Lestrange we własnej osobie.- Powiedziała powoli. Zamrugała, reflektując się do czego właśnie doszło w jej gabinetu. Przełknęła z trudem ślinę, czując jak na zwykle białych policzkach wykwita jej rumieniec zawstydzenia. - Ja…- Zaczęła.- Moment.- Westchnęła głęboko. Poświęciła kolejnych kilka cennych sekund na wyswobodzenie dementorka spod książek. W końcu, ostrożnie odcięła zaklęciem kawałek czarnej szaty. Zakapturzona istota odleciała kawałeczek, żeby złapać za swoją pelerynkę, w której miała aktualne wielką dziur i zacząć fuczeć oburzony na niesprawiedliwość losu. Dopiero teraz Lorien zeszła z krzesła na którym cały czas stała. - Panie Lestrange… Jestem winna panu przeprosiny. Moje zachowanie i słowa były nieakceptowalne.- Powiedziała powoli. Nawet nie próbowała się tłumaczyć.- Proszę, niech pan siada. Wskazała dłonią na jedno z krzeseł dla petentów ustawionych przy ciemnym, mahoniowym biurku. Sama zasiadła na drugim. Założyła nogę na nogę.Nadal jeszcze nie wyrzuciła go z gabinetu. Nie powiedziała nawet kategorycznego “nie” na dziwaczną prośbę. Już słyszała w głowie głos Aarona burczący coś o stalej czujności i wiecznym zagrożeniu. Ale wyglądała na bardziej… zaintrygowaną niż przestraszoną. - Po co panu moja krew? Eliksir wielosokowy? Nie podejrzewam pana o jakiejś czarnoksięskie rytuały… Mam nadzieję, że słusznie?- Zaśmiała się, wciąż jeszcze niezręcznie. Oj Lorien, głupia gąsko. Przynajmniej już się przestała rumienić jak nastolatka przyłapana na ściąganiu na egzaminie z historii magii. |