![]() |
|
[9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer (/showthread.php?tid=5226) |
[9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Stanley Andrew Borgin - 12.10.2025 9 września 1972, mieszkanie Francisa
Stanley Andrew Borgin & Cynthia Flint To była bardzo ciężka noc. Fizycznie, psychicznie - we wszystkich aspektach. Stanley nie zdążył nawet szczególnie odpocząć, a już musiał się przemieścić do mieszkania Francisa, który był jego oddanym i wiernym barmanem. Człowiekiem, który pomagał mu prowadzić biznes, a zarazem go pilnował, spędzając czas w Głębinie podczas nieobecności Borgina. Panowie się dobrze dogadywali, więc nic dziwnego, że poczciwy Czech udostępnił klucze swojemu szefowi. Cała klatka schodowa była w stanie rozkładu. Żaden ze schodów nie był pewny, więc należało zachować szczególną ostrożność, co by przypadkiem nie zgubić tutaj zębów. Ściany były osmalone, a okien nie było w ogóle. Mieszkanie Francisa też nie oparło się ognistej pożodze, która dotarła również tutaj. Drzwi wejściowe zostały prowizorycznie naprawione, a korytarz prowadzący do wewnętrznych pomieszczeń, całkowicie poddał się żywiołowi, przybierając czarne jak smoła odcienie. Dało się dostrzec, że niszczycielska siła została dopiero powstrzymana gdzieś na wysokości salonu, o czym informował przypalony dywan z drewnianą posadzką i szafką na książki. Cała reszta nadawała się względnie do mieszkania, chociaż zapach spalenizny wdzierał się ze wszystkich stron. Kuchnia, łazienka i pozostałe pokoje zdawały się być w stanie pozwalającym na użytkowanie, nie wspominając jedynie o braku okien, które zostały zablokowane, co by chłodny, jesienny wiatr nie wpadał do środka. Borgin siedział na kanapie, palił papierosa, który był wytchnieniem i jedynym, co trzymało go aktualnie przy życiu. Nie odczuwał z tego powodu żadnego entuzjazmu czy euforii, tak jak to miewał w zwyczaju. W tej chwili było to czyste uzależnienie i nic więcej. Ubrany był względnie schludnie, chociaż uwalony pyłem płaszcz zdradzał, że nie było łatwo dotrzeć do tego miejsca. Koszula, którą miał pod spodem, również nie należała do śnieżnobiałych, wszak bliżej było jej aktualnie do szarości. Spodnie miały podobny problem. Nie wspominając nic o butach. Te były w całości uwalone i ich dawny blask przeminął. Po za papierosem w ustach, Stanley bawił się również metalową zapalniczką, którą przekładał między swoimi palcami jakby był w jakimś transie. Jego wzrok tkwił ukryty w holu prowadzącym od drzwi. Różdżkę też musiał mieć gdzieś pod ręką, chociaż nie było jej widać na pierwszy rzut oka. Ten oręż dzielnie wspierał go przez całą noc i nie mógł zostać odłożony na bok, ponieważ dalej znajdowali się na terenie wrogim dla Borgina. RE: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Cynthia Flint - 03.11.2025 Po ciężkich i długich nocach zwykle nastawał krótki dzień, który odsłonić miał skalę zniszczenia i tragedii. Spustoszenie pozostawione przez wyznawców Voldemorta razem z pierwszymi promieniami słońca dotrze do najdalszych zakątków Zjednoczonego Królestwa, rozbudzając grozę równie mocną, co trawiące wcześniej stolice płomienie. Cynthia była pewna, że zgliszcza będą tlić się jeszcze kilka dni, a wiele ofiar nigdy nie zostanie odnalezionych. Ich prochy zostaną porwane z wiatrem, odejdą po cichu. Zwykle świt kojarzył się z nadzieją, nowym początkiem i myślą, że będzie lepiej, tym razem jednak było inaczej. Powietrze przepełnione było nie tylko spalenizną i odorem palonych zwłok, ale również nieszczęścia i łez. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zmęczona, tak brudna. Jej jasne włosy pokryte sadzą i popiołem mieniły się wszystkimi odcieniami szarości. Siedziała na jednym z murków nieopodal miejsca, gdzie gromadzili się aurorzy oraz uzdrowiciele, patrząc pusto w jedną ze spalonych kamienic, nie czując absolutnie niczego. Nie mogła sobie pozwolić na emocje, strawiłby ją podobnie, jak ogień ten dom. Zwilżyła usta, tak suche i spierzchnięte od gorącego powietrza, przymknęła oczy, starając się ignorować drżenie mięśni i dłoni, szczypanie poparzonych fragmentów skóry i krwawiących zadrapań – mniejszych i większych. Miała mnóstwo pracy. Koniec nocy nie oznaczał odpoczynku, znów musiała wrócić do bycia koronerem, współpracować ze śmiercią. I nie miała wcale na to ochoty. Poleciła swoim ludziom odpocząć, zregenerować się trochę i zjeść coś ciepłego, bo wycieńczeni będą tylko przeszkadzać. I wtedy właśnie dotarł do niej liścik, na którego treść zacisnęła usta, podnosząc się z miejsca. Miała coś jeszcze do zrobienia, zanim zacznie się sprzątanie i identyfikacja. Dotarcie do mieszkania starego barmana- jak to zwykle miała w zwyczaju nazywać Czecha w myślach, nie zajęło jej długo. Dobrze znała drogę. Poprawiła kaptur na głowie, ostrożnie wchodząc po skrzypiących stopniach. W klatce śmierdziało, ale na tle tego intensywnego zapachu rozpaczy, w którym przebywała ostatnie godziny, przypominało to perfumy. Coś przyjemniejszego niż pieczone, ludzkie mięsoł. Do mieszkania weszła cicho, ostrożnie zamykając za sobą drzwi i dodatkowo zabezpieczając je zaklęciem. Rozglądała się, kierując do kolejnych pomieszczeń w poszukiwaniu bruneta. Francis miał rację. Gdy tylko napotkała jego siedzącą na kanapie sylwetkę, wiedziała, że potrzebował pomocy. Cynthia wiedziała też, że tylko jej na to pozwoli. Coś zacisnęło się jej w okolicy żołądka, wzięła głębszy oddech, zdając sobie sprawę, że musi się ruszyć. Nie chciała go straszyć, więc zsunęła z głowy kaptur, a z ramienia zsunęła jej torba. Wolno zmierzyła go wzrokiem, brew jej drgnęła, a w pustych, jasnych oczach zalśniła iskra złości – jak zwykle, gdy pakował się w kłopoty. Przesunęła palcami wolnej dłoni po szyi, przymykając oczy i wzdychając ciężko, starając się skupić na tym, że żył – przynajmniej pozornie, bo znała go na tyle, aby wiedzieć, że i jego trochę strawił ogień tej nocy. W sposób poważniejszy, głębszy, niż widoczne rany. Niewidoczny dla oka, ale pozostawiający głębokie oparzenia. On też był tu ofiarą. Oprawcą i ofiarą jednocześnie. Niedbale rzuciła płaszcz i podeszła do kanapy, kładąc obok mężczyzny swoją torbę. Kucnęła przed nim i przyjrzała mu się bliżej, kręcąc głową. - Pomóc Ci się rozebrać z płaszcza i koszuli, czy dasz sobie radę z tym sam? - zapytała cicho, przekręcając głowę na bok. Szare pasmo spłynęło niedbale, przylepiając się do brudnego policzka. Jej ton oczywiście nie zniósłby sprzeciwu, był na przegranej pozycji. Nie musiała pytać, jak się czuł, a ból fizyczny był tylko kroplą w morzu tego, co działo się w jego głowie, może trochę w sercu. Otaczała go aura sugerująca, że nie raz korzystał z czarnej magii, wyczuwała ją głównie przez to, jak intensywnie ona tej nocy korzystała z nekromancji, a te się przecież splatały. Nie czekała długo na odpowiedź, dostrzegając drżenie jego szyi i ramienia, a potem czerwony, świeży ślad na skórze ręki i wyciągnęła dłonie, odpinając guziki płaszcza i chcąc zsunąć go ostrożnie gdzieś na bok, tylko przeszkadzał. - Jak zaczniesz krwawić mocniej, zemdlejesz. Jesteś wykończony. - mówiła cicho, jakby tłumaczyła się dziecku ze swojego działania, głównie po to, aby uniknąć protestu. - Będę musiała wysłać Francisowi coś w podziękowaniu za to, że mnie wezwał. RE: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Stanley Andrew Borgin - 02.12.2025 Prawdę mówiąc, Stanley nie miał pojęcia o planach Francisa. Ten stary, poczciwy Czech powiedział tylko, że będzie lepiej jak odpocznie od tego wszystkiego z dala od innych problemów czy incydentów. Zapewnił, że nie ma co się martwić o własny biznes, ponieważ będzie on w dobrych, Francisowych dłoniach. Borgin był już gotów dopalić papierosa, a następnie udać się na spoczynek. Rany dawały o sobie znak ale były prowizorycznie owinięte, sprawiając, że krwawienie ustało. Daleko było mu od komfortowego położenia się spać. Było to jednak wystarczająco w tej chwili, wszak zmęczenie brało powoli górę nad jego przemęczonej duszy i ciele. Widząc jak jakaś istota wchodzi do środka, spiął się, chociaż nie zrobił żadnej akcji. Nie podniósł się, ani nie uniósł różdżki. Gdyby byli to siepacze Moody, mieliby nad nim całkowitą przewagę. Na całe szczęście osoba, która właśnie przekroczyła próg, nie była związana z wymiarem sprawiedliwości, a na pewno nie w stopniu, który mógłby mu zaszkodzić. Stanley, widząc że to Cynthia, rozszerzył mimowolnie oczy. Myśli od razu podsunęły mu jedno słowo - "żyjesz". Nie wypowiedział ich jednak, a jedynie zamrugał kilkakrotnie z pewnym niedowierzaniem, które nie miało żadnego uzasadnienia. Thia zawsze sobie dawała radę - nie ważne jak wielkie kłody lądowały pod jej nogami. Flint podeszła i kucnęła przed nim, a Borgin jedynie westchnął. Nie miał nawet siły aby wykrzesać z siebie coś więcej. Zbierał się w sobie. Zbierał resztki sił, które mu zostały po ostatniej nocy, a tych nie było zbyt wiele. Śmierciożerca pokiwał głową. Nie było wiadome na co się zgadza - na zdjęcie płaszcza, czy na to, że da radę zrobić to sam. Mimo potwierdzenia, nic się nie stało przez dłuższą chwilę, ponieważ zbierał się w sobie do tego, co miało go czekać za chwilę. Teraz, kiedy Cynthia była bliżej, bez trudu mogła zauważyć jak na prawym rękawie, widać odrobinę zaschniętej krwi, ewidentnie sugerującej, że nie należy ona do osoby postronnej. Czy dało się wyczuć aurę czarnej magii wokół niego? Pewnie tak - nigdy się nad tym szczególnie nie zastanawiał, a już na pewno nie w tej chwili. To nie był pierwszy raz kiedy skorzystał z tej zbrodniczej dziedziny magii. To nie był najpewniej też ostatni raz, kiedy to zrobił. Dodając do tego fakt udanego użycia avady, unosząca się aura mogła dawać więcej informacji, niż powinna. Stanley dalej nie zdejmował płaszcza, dopalając papierosa w spokoju. Cynthia ewidentnie nie mogła już dłużej czekać i sama zaczęła próbę pozbycia się odzienia wierzchniego. Z początku szło jej całkiem dobrze, aż do momentu kiedy złapała za drugi guzik. Nogi mężczyzny się zatrzęsły, a z ust wyleciał stłumiony syk bólu. Bez trudu dało się zauważyć wyostrzony wzrok, cięższy oddech i krople potu, które zaczęły spływać po zmęczonej twarzy. Tyle czynników, a to wszystko spowodowane raną ciągnącą się od nadgarstka, przez przedramię, aż do łokcia. - Cz... - zaczął, łapiąc nadgarstek Thii swoją lewą dłonią - Czekaj, proszę - rzucił wręcz błagalnym tonem, ściskając odrobinę mocniej szorstką dłoń - Chwila, proszę - powtórzył, łapiąc oddech. Z tego wszystkiego zamknął oczy i opuścił swoją głowę. Flint nie musiała robić nic, aby dostrzec ulgę, która zagościła na jego twarzy po przerwaniu próby zdjęcia płaszcza. - Jeszcze sekunda - poprosił, wypuszczając ciężko powietrze z płuc. W tym całym zamieszaniu, końcówka papierosa spadła gdzieś na blat ławy, ale na całe szczęście, samoczynnie zgasła i nie spowodowała kolejnego pożaru. - Powoli - otworzył oczy, przełykając ślinę - Spróbujmy powoli - kontynuował, klarowna jej dłoń i wpatrując się w jej oczy na tej równie zmęczonej twarzy. "Też musiała wiele przejść tej nocy" Był tego pewien, jak tego, że 2+2=4. Borgin zrzucił najpierw płaszcz z lewego barku, odkrywając kolejną, niemalże szkarłatną plamę na swojej koszuli. Druga rana była gdzieś na wysokości połowy brzucha. - Na raz, dwa, trzy... - rzucił, zaciskając zęby. Stanley wiedział co się szykuje, a po jego skroni zaczęło spływać kilka dodatkowych kropel potu. Flint mogła zauważyć, że on się po prostu przygotowywał do zdjęcia tego rękawa. - Raz... - zaczął odliczać - Dwa... Trzy... - doliczył, a następnie ściągnął całkowite swoje odzienie wierzchnie, odkrywając długą na całe ramię czerwony materiał koszuli. To raczej nie był kolor fabryczny, wszak ten był raczej śnieżnobiały. - Żyje - ledwo wysapał, opierając swoje czoło o czoło Thii. Tkwił tak przez kilka sekund. Cynthia mogła słyszeć jak powtórzył kilkakrotnie te słowo pod nosem, a następnie osiadł na kanapie, odchylając się do tyłu. RE: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Cynthia Flint - 03.12.2025 Cynthia przyglądała mu się chwilę, gdy tak tkwił na kanapie, wyglądając, jak siedem nieszczęść. Niedoświadczony człowiek pomyślałby, że Stanley jest po prostu zmęczony, bo przecież nie wyglądał na rannego na pierwszy rzut oka. Brudny, pokryty krwią i sadzą, jak większość mieszkańców Londynu. Gdy rozmawiali kilka godzin wcześniej, wszystko było w porządku, a jednak list od Francisa wskazywał na to, że jego pracodawca potrzebował pilnej pomocy. I miał rację. Sposób, w jaki siedział i w jaki oddychał – wszystko to pokazywało Flint, jak walczył ze sobą. Miał szczęście, bo ona była doświadczona. Spotkanie z nim pozwalało jej skupić się tylko na tym, żeby mu pomóc, a nie na tym, że wciąż tkwiła wśród płonących budynków, a dłonie miała we krwi. - Nie uważałeś. - rzuciła cicho, przyglądając mu się z bliska, mając obok siebie torbę. Całe szczęście, że uzupełniła wszystkie zapasy w domu. Jej wzrok utkwił w zaschniętej krwi, a mroczna energia bijąca od mężczyzny sprawiła, że przebiegł ją dreszcz. A więc przekroczył granicę. Czy w nim też coś to zabiło? Zwilżyła usta, ciągle spierzchnięte po zbyt długim przebywaniu wśród zgliszczy i popiołów. Brak odpowiedzi uznała za zgodę do działania, zwłaszcza gdy nie mogli długo czekać. Nie cofnęła dłoni, gdy syknął, ale zatrzymała palce w bezruchu, podnosząc na niego wzrok. Jego ciałem wstrząsnął spazm bólu, wprawiając mięśnie w drżenie. Dopiero teraz zauważyła, że trzymał jej nadgarstek, sprawiając, że tkwiła posłusznie w bezruchu, dając mu kilka momentów oddechu i spokoju, zanim przejdzie do działania. Bo nie mógł mieć wątpliwości, że w zaistniałej sytuacji zrobi to, co uzna dla niego za najlepsze, nawet jeśli miałoby to oznaczać, że Borgin rozpłacze się, niczym mała dziewczynka. - Im dłużej zwlekasz, tym gorzej będzie. Wzruszyła delikatnie ramionami, unosząc wolną dłoń i przesunęła po jego policzku, ścierając z niego pot i sadzę. - Zaraz dam Ci coś na ból. Mocnego. - dodała ciszej, nieco łagodniej, upominając samą siebie, że dla chorego i cierpiącego człowieka, należało być łagodnym i wyrozumiałym. Cierpliwym. Palce ją świerzbiły, rosła w niej irytacja, ale go nie poganiała. Kiwnęła głową. - Powoli. To wcale nie znaczyło dobrze, bo jeśli materiał przykleił się do ran, powolne odrywanie tylko je rozjuszy i będzie mocniej bolało, uszkadzając więcej fragmentów skóry. Cofnęła się nieco, wciąż tkwiąc na kolanach, ale chcąc mu dać więcej miejsca i swobody. - Naprawdę? - zapytała retorycznie, gdy zrzucił płaszcz z lewej strony, odsłaniając więcej koszuli i tym samym brzucha, gdzie jasny materiał miał głęboki, szkarłatny kolor. Jakim cudem on w ogóle siedział przytomny? Musiał stracić dużo krwi. A narządy? Czy były uszkodzone? Zacisnęła palce, a paznokcie naruszyły wrażliwą po kontakcie z płomieniami skórę, pozostawiając głębokie, małe nacięcia. - Na trzy. - zgodziła się, nie patrząc mu jednak w oczy, automatycznie wykonując polecenie i starając się pomóc mu najlepiej, jak umiała. Ostrożnie i delikatnie asekurowała jego ciało, gdy ściągał płaszcz, aby przypadkiem nie zleciał z kanapy lub nie uszkodził się bardziej, niż było to konieczne. - I tak zostanie. Będziesz żył. - potwierdziła, podnosząc na niego wzrok. Pozwoliła mu się oprzeć, czując jednocześnie bijące od niego gorąco i wilgoć, wymieszane z zapachem krwi. Musiało mu się kręcić w głowie. Czekała, a gdy opadł na kanapę, podniosła się i podwinęła rękawy, przysuwając sobie jedno z krzeseł, na którym położyła torbę. Wyjęła z niej fiolkę eliksiru uśmierzającego ból, którą odkręciła. - Wypij to. - poinstruowała jedynie, zbliżając się i przechylając szkło tak, aby było mu łatwiej, podtrzymując głowę Borgina, aby się nie zakrztusił. - To co Ci się właściwie stało? - zapytała, gdy odrzucała niedbale na bok szklane naczynie i sięgnęła po różdżkę, widocznie tracąc cierpliwość. Jeśli mieliby tak działać ze zdjęciem koszuli, to zapewne brunet zemdleje. Owszem, ułatwiłoby jej to życie, ale potem czułby się z tym zapewne okropnie. Niewerbalnym zaklęciem pozbawiła go górnej części odzienia, a potem pochyliła się nad nim, łapiąc go ostrożnie przy lewym boku. - Połóż się, muszę to obejrzeć. Eliksir zaraz zacznie działać, będzie Ci lepiej. Ufasz mi, prawda? Posłała mu krótkie spojrzenie w oczy, bo nie było ją w tym momencie stać na więcej. Przyglądała się jego ranom - głębokim i brzydkim, definitywnie wymagającym szycia. RE: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Stanley Andrew Borgin - 08.12.2025 Niby żył ale co z tego? Co to było za życie? Czy wieczna ucieczka, ukrywanie się i spoglądanie za siebie, aby upewnić się, że nikt ciebie nie goni, to było życie? Jeżeli ktoś uważał, że tak, cóż - wielce się mylił. Stanley też nie uważał tego za coś, co chciałby robić całe życie, ale jaki miał wybór? Żaden. Może trzeba było się wykrwawić aby mieć już święty spokój? Aby nie musieć dalej brać udziału w tym wszystkim? W tej wojnie, konflikcie czy całości zamieszania, która dotyczyła jego osoby? To było piękne rozwiązanie... ale nie dla Borgina. On nie był tchórzem i nie miał zamiaru zginąć w tak nieznaczący sposób. Śmierć w jakiejś bocznej alejce z wykrwawienia? O nie, nic z tych rzeczy. Śmierć w walce? Jak najbardziej, chociaż tutaj też by się znalazły osoby, które były przeciwko tego typu pomysłom. Przez kilka chwil przyglądał się flakoniku, który wyciągnęła ze swojej torby. Co to w ogóle było i dlaczego Flint biegała z takimi rzeczami w swojej torbie? Już nie miała czego nosić, że akurat padło na wszelkiej maści eliksiry i Merlin jeden wiedział jeszcze co. Nie protestował i powoli wypił zawartość tej buteleczki. Nie było to szczególnie dobre, a już na pewno nie smakowało jak schłodzona ruda, co tylko utrudniało spożycie tego ustrojstwa. Z drugiej strony nie był w pozycji aby podnosić niezadowolenie na otrzymany napitek. I co miał jej powiedzieć? Że zamordował kogoś tej nocy? Że użył avady, pomijając fakt czy było to konieczne, czy też nie? Że tą całą pożogę ze zniszczeniem to tak naprawdę jego wina i innych ludzi, którzy też opowiedzieli się po stronie Czarnego Pana? Czy naprawdę musiał to mówić? Zwłaszcza, że Cynthia bardzo dobrze wiedziała co robił, gdzie był i dlaczego mógł mieć takie rany. Nie był żadną ofiarą i te wszystkie sznyty nie wynikały z faktu, że został napadnięty przez Śmierciożerców. To znaczy został zaatakowany ale jako forma obrony przed czynami Stanleya i jego "pobratymców" spod czarnej szaty. To była próba stawienia oporu przed złem, które zostało wyrządzone zeszłej nocy. - Nic wielkiego - rzucił mało wylewnie, ewidentnie zamylając temat - Nie wszystko idzie zawsze po nasz... - syknął, kiedy Cynthia złapała go przy lewym boku - Po naszej myśli- dokończył. Rany wskazywały na co innego ale nie potrafiły mówić, co było akurat na rękę Borginowi. Ostatnią rzeczą na jaką chciał pozwolić to fakt, aby miała się zamęczać tym co miało miejsce zeszłej nocy. Najważniejsze było to, że jeszcze żył. Jakoś żył, bo oddychał i miał szansę na wylizanie się z tych wszystkich okaleczeń. Jak to się mawiała - do wesela się zagoi. Zgodnie z jej prośbą, położył się, chociaż nie odezwał się słowem, popadając w zadumę. Jego wzrok utkwił na suficie, który nie był jakimś szczególnie ciekawym obiektem do zawieszenia oka. Nie chciał jednak utrudniać jej pracy, wiedząc jak to się może skończyć - niepotrzebną reprymendą, która nic by nie zmieniła w zaistniałej sytuacji. Ufasz mi prawda? To było bardzo dobre pytanie i Stanley nie potrafił w zasadzie odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Z jednej strony wiedział, a raczej chciał wierzyć, że nie zrobiłaby nic przeciwko niemu - nie skrzywdziła, nie wydała Ministerstwu czy nie zrobiłaby niczego innego, co skazywałoby Stanleya na niekorzystny rezultat sprawy. Z drugiej strony, był przekonany, że oddawanie pełni władzy w ręce Flint byłoby błędem. Gdyby tylko mogła decydować o kolejnych krokach dotyczących jego osoby, wiedział, że to byłby już koniec. Koniec wojny, koniec cierpienia, koniec wszystkiego co było mu znane do tej pory... ale ta toksyczna męskość kazała mu dalej walczyć do samego końca. Do chwili, aż zabraknie mu tchu albo aż ta cała wojna się po prostu zakończy. Środek wojny to nie był czas na zmianę stron i Stanley dobrze o tym wiedział. Opowiedział się po jednej ze stron, musiał przy niej tkwić do końca, bo był człowiekiem, który dotrzymywał swoich słów. Mógł się nie zgadzać z całą ideologią Czarnego Pana, bo tak naprawdę to był zwolennikiem wyższości rasy czysto magicznej i pozostawienia świata magii w ich jurysdykcji, a ta cała nadmiarowa przemoc była niepotrzebnym elementem w jego opinii. Niestety jego zdanie nie miało żadnego znaczenia. - Tak - dodał po dłuższej chwili, starając się pozostać w bezruchu, co by nie utrudniać jej pracy. Już i tak za bardzo wykorzystywał jej dobroć, a Francis musiał dostać reprymendę za swoje zachowanie - Zróbmy to co konieczne i miejmy to już za sobą - stwierdził, ciężko wzdychając. RE: [9 IX 1972, mieszkanie Francisa] Why are we here? Just to suffer - Cynthia Flint - 07.01.2026 Z czasem konsekwencje podejmowanych wcześniej decyzji mogły być przytłaczające. Zastanawiała się wielokrotnie, czy Borgin żałował tego, jak mocno wplątany był w wojnę, jak zaangażowany w sprawy Śmierciożerców, które przecież częściowo tylko zgadzały się z tym, w co wierzył. Znała go. Nie był zwolennikiem bezsensownej przemocy, nie mógł mu się podobać ten pożar i ilość nieszczęść, w które obfitował. Cynthia patrzyła na niego, a jej stalowe oczy zdawały się przenikać przez jego fasadę nonszalancji. „Nic wielkiego”. Parsknęłaby śmiechem, gdyby sytuacja nie była tak ponura. Te rany krzyczały o walce na śmierć i życie, o czarnej magii i brutalności, której był zarówno sprawcą, jak i ofiarą. Wiedziała, że nie powie jej prawdy. Nie teraz. Może nigdy. Mężczyźni tacy jak on, ulepieni z dumy i buntu, woleliby się wykrwawić, niż przyznać do słabości czy strachu. Stanley nie był potworem. Problem polegał na tym, że ludzie się zmieniali i tak, jak dotychczas wierzyła, że i ona nie była potworem, tak wczorajsza noc sprawiła, że nie była już tego taka pewna. Nie miała pojęcia, jak poradzić sobie z myślami, jak oswoić się z widokiem krwi na dłoniach, utknięciem wśród płomieni.. Dlatego właśnie musiała się wyłączać, otaczać lodowym murem mocniej niż zwykle, bo jedna rozmowa mogłaby sprawić, że rozpadłaby się na kawałki. Dlatego też nie mogła się zastanawiać nad tym, jakie mieli życie i co czekało na nich za drzwiami mieszkania poczciwego barmana, musieli skupić się na tym, co było teraz – musiała mu pomóc. Nic innego nie miało znaczenia, bo gdyby jeszcze on odszedł, wyślizgnął się z jej palców, to by przepadła. - Myślisz, że bym Cię otruła? - zapytała z uniesionymi brwiami, łapiąc go na tym, jak przyglądał się torbie. Powędrowała za jego spojrzeniem i westchnęła, kręcąc głową. - Wiem, że zwykle zajmuje się trupami, ale ostatniej nocy Ministerstwo wezwało mnie jako uzdrowiciela, żeby pomóc ofiarom. - kontynuowała, zbliżając do niego flakonik, bo przecież i tak nie miał wyjścia, musiał to wypić, nawet jeśli miałaby go do tego zmusić. Nie miał na pewno wątpliwości, że by to zrobiła. - Zanim dostałam list, byłam w domu uzupełnić zapasy, a potem jeszcze na chwilę w jednym ze szpitali polowych. Wypił bez marudzenia, co uznała za mały sukces – jeden z wielu, którego zamierzała dokonać na brunecie w przeciągu następnych kilku godzin. Wiedziała, ale próbowała podtrzymać w jakikolwiek sposób rozmowę, a myśl o tym, że mógłby kogoś potraktować avadą – pomimo tego, że aura czarnej magii była niemalże namacalna, wolała ignorować. - To prawda. Nie idzie. - przytaknęła cicho, nie mając jednak skruszonego wyrazu twarzy, jeśli nawet była powodem jego chwilowego dyskomfortu. Ani Stanley, ani Cynthia nie mogli jeszcze wiedzieć, jak bardzo będzie zapętlona w tej pogrążonej w chaosie i płomieniach nocy. Jego wahanie w odpowiedzi na pytanie o zaufanie było niemal namacalne. Widziała tę walkę w jego oczach, ten ułamek sekundy, w którym jego instynkt kazał mu zaprzeczyć, odrzucić pomoc, by zachować kontrolę. A jednak ból i wyczerpanie ostatecznie wygrały. Uśmiechnęła się łagodnie, pochylając nad nim – przez ułamek sekundy cały ciężar z jej ramion zdawał się zniknąć. - Cieszę się, że to słyszę. Ja też Ci ufam. Nie wiem, czy nie bardziej, niż sobie. To była prawda. W całym tym szaleństwie, w tym świecie pełnym kłamstw i zdrad, ten chaotyczny, irytujący chłopak był jedną z niewielu osób, co do których miała tę irracjonalną pewność. Był kimś, na kim mogła polegać, był lojalny – wszak od lat uważał, że to największa z wartości. – Dobrze – odparła, a jej ton znów stał się bardziej stanowczy, ale tym razem pobrzmiewa w nim troska, a nie chłód i obojętność. – W takim razie teraz zrobimy to po mojemu. Zamknij oczy. Jej dłoń, która wcześniej badała jego rany, teraz delikatnie spoczęła na jego czole. Była chłodna na tyle, że jej dotyk zdawał się przynosić ulg rozgrzanej skórze.– Zaufaj mi. Nie będziesz czuł bólu. Obiecuję. Odpocznij. Była skupiona i przygotowana od momentu, w którym powiedział, że jej ufa. Różdżka tkwiła przy boku, trzymana w wolnej dłoni, zaciśnięta słabo palcami. Niewerbalny czar sięgał jej głęboko skrywanych umiejętności. Po prostu pchnęła w jego stronę odrobinę swojej woli, ciche, mroczne polecenie skierowane nie do jego umysłu, a do nici życia, która w nim pulsowała. To było jak delikatne przygaszenie płomienia świecy, uspokojenie wzburzonej wody. Czuła, jak jego świadomość powoli gaśnie, jak napięte mięśnie się rozluźniają, a oddech staje się głęboki i miarowy. Opadł ciężko na oparcie kanapy, pogrążony w śnie tak głębokim, że żadne koszmary tej nocy nie miały do niego dostępu. Wiedziała, że będzie zły i będzie marudził, ale z tym będzie musiała sobie poradzić później, najpierw czekały ją rany. Nie mogła pracować nad nim, gdy był przytomny. Musiał leżeć nieruchomo, jeśli miało to być zrobione dobrze. Dopiero gdy był już całkowicie nieświadomy, odsunęła dłoń i podwinęła swoje rękawy, trzymając wciąż magiczny patyk blisko siebie. Przesunęła dłońmi nad jego poszarpanym brzuchem, a jej analityczny umysł znów przejął kontrolę. Przymknęła oczy, słuchając tego, co miał do powiedzenia. Nić po nici musiała sprawdzić wszystko. Szepty jego ciała były coraz wyraźniejsze, niezakłócone przez ból i świadomość. Czuła gorąco infekcji, lodowaty chłód mrocznej magii i precyzyjnie zlokalizować wszystkie wewnętrzne obrażenia. - Masz więcej szczęścia, niż rozumu Stan.. - szepnęła cicho w przestrzeń, krzywiąc się nieco na to, jak szeroki był wachlarz cięć i jak wysoki poziom utraconej krwi. Najlepiej by było, gdyby przespał przynajmniej dobę. Cofnęła dłonie, przyglądając mu się chwilę w milczeniu, zanim wstała z posadzki. Przygotowała sobie miskę z ciepłą wodą, czyste materiały oraz ręczniki, a także zwiększyła ilości światła, które padało na Borgina. Słoneczne było zbyt słabe, potrzebowała mocniejszego płomyka, chociaż sam widok płonących świec znów próbował zabrać ją w przeszłość. Cynthia była jednak niewzruszona, zbyt skupiona na tym, co miała do zrobienia. Wyjęła z torby potrzebne rzeczy, ułożyła wszystko na krześle, na którym wcześniej stała, na białej bawełnie do obwiązywania ran. Jej palce poruszały się teraz z hipnotyzującą precyzją. Wyjęła igłę, nić nasyconą eliksirem regenerującym i zestaw sterylnych narzędzi. Pochyliła się nad nim, decydując, że najpierw musiała zacząć od rany na brzuchu, ciągle monitorując jego funkcje życiowe i spokojny sen. Zadbała o to, by pobudzone zostały te przyjemne wspomnienia, zamykając go w bańce pozbawionej ostatnich wydarzeń. Zaczęła szyć, leczyć i oczyszczać, a jej dłonie poruszały się z pewnością i delikatnością chirurga. W ciszy zniszczonego mieszkania, w blasku kilku świec szyła tak, aby blizny były, jak najmniejsze i żeby przypadkiem nie wyglądał, jak niedbale zszyty trup w kostnicy, chociaż akurat Flint zawsze była perfekcjonistką w tym zakresie. Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, gdy odłożyła na bok wszystkie narzędzia i wrzuciła do zakrwawionej już wody brudne, wykorzystane szmaty. Dookoła walały się słoiczki, leżała gdzieś jej różdżka i wymagające czyszczenia, ale rany były zabezpieczone, czyste i zawinięte sterylnym, wzmocnionym bandażem. Musiał po prostu odpocząć. Przesunęła palcami po twarzy, gdy zdjęła rękawiczki, rzucając je niedbale na ziemi i przysiadła przy kanapie, odchylając głowę do tyłu, przymykając oczy. Nie miała dużo czasu. Stanley miał spać najbliższe kilka lub kilkanaście godzin, tego była pewna. |