Secrets of London
[08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) (/showthread.php?tid=5229)



[08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Astoria Avery - 12.10.2025

08.09.1972
ulice Pokątnej, mieszkanie Astorii

Wypadła z tylnego wyjścia galerii, niemal potykając się o nierówny bruk. Powietrze na zewnątrz było gęste i ciężkie, przesycone dymem, który wdzierał się do płuc jak trucizna. Astoria uniosła kołnierz płaszcza i zasłoniła usta przed gryzącym powietrzem, czując, jak oczy zaczynają łzawić od pyłu i sadzy unoszącej się w powietrzu. Pod materiałem, na jej ramieniu, poruszył się Vulcor. Smogocznik syknął cicho, czując niepokój i napięcie bijące z miasta. Jego drobne pazurki wczepiły się w tkaninę, ale kobieta nie zwracała teraz na to uwagi. Sama walczyła, by utrzymać rytm oddechu.
Ulica Pokątna przypominała piekło. Wzdłuż ulic biegali czarodzieje, popychając się nawzajem, próbują znaleźć jakiekolwiek schronienie. Niektórzy nieśli dzieci, inni trzymali w dłoniach różdżki, gotowi do obrony lub ataku. W oddali rozbłyskiwały zaklęcia niczym świetliste rany na tle dymiącego nieba. Wybuchy rozbrzmiewały echem między kamienicami, a czarny dym płynął przez ulice jak żywy organizm.
Astoria szła szybko, choć każdy krok wydawał się coraz cięższy. Serce waliło jej w piersi jak młot, a płuca paliły przy każdym oddechu. Odkaszlnęła i wyciągnęła z kieszeni płaszcza materiałową chutstkę. Zmoczyła ją wodą używając zaklęcia i zawiązała wokół ust, co dawało iluzję czystego oddechu i pozwalało przetrwać kolejne kroki. Miała świadomość, że jej ciało nie wytrzyma długo - genetyczna słabość znów dawała o sobie znać, ale nie mogła się zatrzymać.
Ktoś ją potrącił, popychając brutalnie w bok. Zachwiała się, opierając o ścianę, by nie upaść. Ktoś inny przebiegł tuż obok, krzycząc coś niezrozumiale, z pochodnią w dłoni. Dym i iskry wzbijały się w powietrze, a Vulcor syknął ostrzegawczo, zaniepokojony. Astoria przymknęła oczy na ułamek sekundy tylko po to, by zebrać siły i znów ruszyć przed siebie.
Na skrzyżowaniu mignęły jej sylwetki walczących czarodziejów. Zaklęcia przecinały przestrzeń z przeraźliwym świstem, rozbijając się o ściany domów. Kiedy jedno z nich eksplodowało zbyt blisko, musiała uskoczyć w bok. Gorąco uderzyło w jej twarz i upadła na kolano, drżąc. Nie była wojowniczką, wiedziała o tym aż za dobrze. Strach odbijał się echem w jej skroniach i modliła się w duchu, by nie stracić przytomności. Podniosła się powoli, zaciskając palce na różdżce ukrytej w rękawie. Nie zatrzymywała się już.
W końcu kamienica wyłoniła się z półmroku, nienaruszona. Żadnego ognia, żadnych śladów wybuchu. Tylko cienka warstwa pyłu osiadła na oknach i balustradach balkonów, jakby dym owinął budynek w protekcyjny kokon. Przymknęła oczy, pozwalając, by ulga wymieszała się z bólem.
Wbiegła po schodach, niemal po omacku, chwytając się poręczy która była chłodna i śliska od sadzy. Otworzyła drzwi i zamarła. Ogień rzeczywiście nie sięgnął tego miejsca, ale za to dym wypełniał całą przestrzeń. W powietrzu unosiła się woń starego kurzu i spalenizny, ciężka i dławiąca, tak intensywna, że aż kręciło jej się w głowie. Na suficie widać było ciemne, nieregularne zacieki. Próbowała zaklęć, ale żadne nie przyniosło skutku. Jej płuca nie wytrzymywały, zaczęła się dusić, zrobiło jej się słabo. Z szafki aptecznej wzięła kilka eliksirów do kieszeni - zupełnie na ślepo. A potem wybiegła z powrotem na korytarz, każdy krok odbijał się echem, a przed oczami mignęły ciemne plamy. Wypadła na zewnątrz, a choć powietrze dalekie było od ideału, to jednak nieporównywalnie lepsze niż w mieszkaniu.
Pochyliła się, opierając dłonie na kolanach, kaszląc cicho. Próbowała się wyciszyć i opanować zawroty głowy. Vulcor wychylił się z fałd płaszcza, trącając jej policzek pyskiem, jakby chciał się upewnić, że żyje.


RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Renigald Malfoy - 14.10.2025

Przebywał w swoim mieszkaniu, kiedy doszło do ataków. Jego mieszkanie, nie uniknęło spotkania z ogniem. Cudem, a raczej w łucie szczęścia, udało mu się ugasić pożar. To jednak sprawiło, że część dóbr materialnych stracił. Zapach spalenizny unosił się w całym mieszkaniu. Zostało jedynie upierdliwe przesuwające się krzesło. Wyszedł także na zewnątrz, aby zaczerpnąć powietrza, które jednak.. było zadymione. Wtedy także doświadczył nienawiści ze strony szlam i szlamolubców. W takiej sytuacji, to potrzebowałby Aidana, który by och odpierdolił od swojej osoby. Ale na szczęście, skończyło się tylko na wyzwiskach. Zdecydował się wrócić do swojego mieszkania, aby zabrać ze sobą to, co przetrwało. Nim jednak wrócił do wnętrza swojej kamienicy, obejrzał się na tę, która stała na przeciwko. Ktoś o resztkach sił, wracał do środka. Sylwetka była mu bardzo znana.
Dała radę.

Uniósł spojrzenie w górę, nie dostrzegając dymu. Więc możliwe, że jej mieszkanie miało więcej szczęścia niż jego. Ogień go nie pochłonął. Wrócił do siebie. Na swoje piętro, do swojego spalonego gniazda. Ubrał się to, co było wstanie do noszenia z odzieży wierzchniej. Upewnił, że ma różdżkę i dokumenty, także sakwę z pieniędzmi. Zabrał także swoją ukochaną laskę, co może pomoże mu wytępić zło nieczyste w postaci szlam na drodze. Jakaś cholerna rewolucja się wywiązała.

Wychodząc znów na zewnątrz, trafił na nią. Znów ją dostrzegł naprzeciwko, ale tym razem stała pochylona. Obejrzał się po obu stronach, czy jedzie jakieś magiczne wariactwo albo leci, biegnie, a następnie przeszedł szybkim krokiem na drugą stronę.

- W porządku?
Zapytał, dotykając dłonią w rękawiczce ramienia swojej znajomej. Upewnił się, że to Astoria, kiedy spojrzała na niego. W takiej sytuacji nie obchodził go jej foch i uraz do jego osoby, po tym jak ostatnim razem rozmawiali. Dzisiejsza noc, była inną sytuacją. Sytuacją, przetrwania.





RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Astoria Avery - 15.10.2025

Poczuła nagle ciężar dłoni na ramieniu i podskoczyła, odruchowo cofnęła się o krok. Podniosła wzrok, a jej oczy, piekące od dymu, natrafiły na znajomą postać.
Renigald.
Biorąc pod uwagę horror rozgrywający się na ulicy Pokątnej, widząc go, poczuła nagłą ulgę, jakby ktoś podniósł ciężar z jej ramion. Nie pamiętała, że ostatnim razem, gdy się widzieli, doszło między nimi do okropnej kłótni. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Jego obecność przyniosła chwilowe ukojenie w wirze dymu, krzyków i paniki. Chwyciła go instynktownie za przedramię, mocno, by się ustabilizować.
- Wszędzie ogień... dym... w mieszkaniu - wskazała na okna kamienicy. W tym samym momencie kaszel wstrząsnął jej klatką piersiową, gwałtowny i dręczący, wyrywający powietrze z płuc w bolesnym rytmie. Każdy wdech był trudny - powietrze było zbyt gęste, zbyt ciężkie, i zbyt gorące. Jej płuca protestowały, kurcząc się mimowolnie. Zawirowania w głowie sprawiały, że świat wokół drżał i pulsował, a obraz ulicy w ruchu wydawał się nierzeczywisty - wszystkie kolory i ruchy mieszały się w nieprzeniknioną plamę chaosu. Odruchowo poprawiła chustkę wokół ust i przesunęła Vulcora bliżej siebie. Miała nadzieję, że Ren rozumie, że przez dym nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie miała siły, by tłumaczyć więcej.
Na jego pytanie potrząsnęła przecząco głową. Nie było w porządku, wręcz przeciwnie, wszystko było bardzo nie w porządku. Czuła sadzę na dłoniach i na twarzy, popiół przyklejony do skóry, który gryząco drażnił zmysły, a mimo to pozwalała sobie na krótką chwilę stabilizacji.
- Nic ci nie jest? - wychrypiała, a jej głos zabrzmiał niemal obco. Patrzyła na niego z błyskiem troski, choć nie widziała żadnych ran na pierwszy rzut oka.
Z każdym kolejnym oddechem jej ciało zaczynało się stabilizować, choć powoli. Nie było jednak czasu, żeby przesadnie się regenerować. Na końcu ulicy dostrzegła grupę czarodziejów z pochodniami. Instynktownie poczuła, jak adrenalina znów napływa do jej żył. Chwyciła Renigalda za rękę i pociągnęła w stronę wąskiego zaułka obok swojej kamienicy. Zza wysokiego murku spoglądała na ulicę, starając się ukryć ich sylwetki. Powietrze w zaułku było minimalnie lepsze, mniej przesycone sadzą, choć wciąż drażniło gardło i nos. Zamknęła oczy na kilka sekund, pozwalając, by zawirowania w głowie powoli ustępowały pod naporem koncentracji. Jej palce zacisnęły się mocno na przedramieniu Renigalda, nie tylko dla równowagi, ale i dla poczucia, że w tym chaosie ktoś jeszcze był przy niej.
- Muszę wrócić z powrotem do galerii - oznajmiła. Musiała jednak chwilę odpocząć, ledwo oddychała, szybkie tempo marszu osłabiało jej serce. Nie mogła sobie pozwolić na przeciążenie, jeśli nie chciała paść na środku ulicy. - Jak twoje mieszkanie?

@Renigald Malfoy


RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Renigald Malfoy - 17.10.2025

Malfoy zabrał rękę, kiedy dziewczyna odskoczyła o krok przy jego dotyku. Może nie powinien tego robić, ale upewniał się, czy jest wszystko okej, nawet jak nie było. Musiał dać jej chwilę na przetrawienie jego obecności, czy go rozpoznaje. Różne sytuacje mogły mieć miejsce przy takich chaosie w mieście, jak oberwanie nawet zaklęciem wpływającym na umysł ludzki. Astoria jednak pod względem pamięci, miała się dobrze, gdyż widząc go, czuła dziwną ulgę i sama go chwyciła za przed ramię, na co przeniósł wzrok, jakby chciał się upewnić, czy tylko trzyma, czy chce coś więcej zrobić.

Gdy wspomniała o ogniu, dymie i wskazała mieszkanie, Renigald powiódł wzrokiem w tamtejszym kierunku. Na krótko, by znów spojrzeć na dziewczynę, którą dopadł silny kaszel. Zmarszczył brwi i podszedł bliżej, aby ją ramieniem objąć, dając swoje wsparcie, możliwe że beznadziejne, bo przecież uzdrowicielem nie był. Dostrzegł jej małego przyjaciela, widząc że pewnie ma się dobrze, ale nie ona. Tłumaczyć niczego nie musiała. Rozumiał. Sam chwilę temu zmagał się z ogniem i siebie w mieszkaniu, że nawet jeżeli zmył z siebie brud dymu, wychodząc na zewnątrz, mógł znów zebrać na siebie popiół. A ten na pewno znajdzie sobie dobre miejsce na jego szlachetnych blond włosach.

- Mnie nie, ale z Tobą widzę jest tragicznie.
Przyznał, zapewniając ją iż obrażeń nie doznał i być może jakoś lepiej znosi tę całą sytuację z dymem. Przynajmniej, na razie. Wciąż stał przy niej, czekając aż dojdzie do siebie, aby mógł zaproponować jej udanie się do Munga. Bądź nawet ją tam zaprowadzić.

Pociągnięty nagle za rękaw, w pierwszej chwili nie bardzo wiedział co ona kombinuje. Zrozumiał później, kiedy się schowali w zaułku między budynkami kamienic. Obejrzawszy się, dostrzegł mijającą w oddali grupę osób z pochodniami. Co znaczyło, że ich dostrzegła i uchroniła od interwencji. Chwycony znów za przedramię, a raczej wciąż trzymany, spojrzał na rękaw, mając nadzieję, że mu nie pogniecie bardziej już jest. Westchnął, uspokajając siebie wewnętrznie, aby nie zwariować za naruszenie jego jedynego odzienia na sobie.

- Częściowo spłonęło i nawiedziło je krzesło.
Odpowiedział pierw na temat swojego mieszkania, aby następnie zwrócić jej uwagę na stan zdrowia w jakim się znalazła.
- W takim stanie to powinnaś iść do szpitala, aby uzdrowiciel Cię przebadał. W Galerii raczej go nie znajdziesz.
Nie miał pojęcia po co chce tam wracać. Z tego miejsca mogli się spokojnie teleportować na teren w pobliżu szpitala. Do galerii także, ale po co?





RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Astoria Avery - 21.10.2025

Astoria uniosła na niego spojrzenie, wciąż nie do końca łapiąc oddech, oczy miała zaczerwienione od dymu, a kaszel wstrząsał jej ciałem w krótkich, bolesnych seriach. Czuła, jak ramiona Renigalda oplatają ją z boku - nie za mocno, lecz wystarczająco, by poczuła stabilność, której tak bardzo brakowało jej od momentu, gdy wybiegła z galerii. Początkowo chciała zaprotestować, powiedzieć, że da sobie radę, ale gdy tylko spróbowała coś powiedzieć, z gardła wydobył się chrapliwy dźwięk i kolejny napad kaszlu. Pozwoliła więc, by jego obecność ją podtrzymała. Oddychała płytko, ostrożnie, próbując unormować rytm oddechu, choć każdy wdech przypominał wciąganie pyłu z rozżarzonego kominka.
Skinęła głową w cichym potwierdzeniu, że rozumie. Przez moment poczuła ulgę - nic mu się nie stało, nic poza dymem i chaosem go nie dotknęło. Vulcor wychylił się spod jej płaszcza, jakby również próbował zaczerpnąć świeższego powietrza. Astoria pogładziła go odruchowo po grzbiecie, drżącymi palcami, po czym znów oparła się lekko o Renigalda.
- Przykro mi - wychrypiała. Wiedziała, jak bardzo Renigald przywiązuje uwagę do rzeczy materialnych i do tego, co uważa za wartościowe. Tym bardziej doceniała jego troskę. - Krzesło? - nie rozumiała, co miał na myśli. Kaszel powoli ustępował, choć wciąż czuła drażniący smak sadzy w ustach i gardle, a płuca paliły jakby zbyt mocno wciągnęły dym. Czuła się odrobinę lepiej, mając przy sobie znajomą twarz. Paradoksalnie w tej sekundzie świat wydawał się choć trochę mniej groźny. Zsunęła dłonie z twarzy i przetarła nimi przekrwione oczy.
- Nie, zaczekaj - opadła na murek przy zaułku, czując, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Chwilę siedziała w milczeniu, pozwalając, by oddech powoli się wyrównał. Każdy wdech był ostrożny, głęboki na tyle, na ile płuca pozwalały. I w tym spokoju, choć chwilowym, zebrała myśli, by móc wreszcie rozmawiać i podejmować decyzje.
- Nie mogę się teleportować - była za słaba, to logiczne. Nie chciałaby się jeszcze do tego rozszczepić. Renigald mógłby jej w tej kwestii pomóc, jednak nie chciała iść do Munga. W tej chwili każdy krok w kierunku kliniki wydawał się stratą czasu, gdy z pewnością byli przeładowani pacjentami przez dużą liczbę urazów podczas trwających pożarów. Nie będzie bezczynnie siedziała w poczekalni, kiedy mogła wrócić do galerii, do ojca, który przejął kontrolę nad sytuacją i wciąż tam działał. Chciała mu pomóc, ale wiedziała też, że będzie tam najbezpieczniejsza. Miała tam też zapasowe eliksiry lecznicze, które mogły choć trochę postawić ją na nogi. Mimo że siła jej ciała była ograniczona, a serce biło nierówno, poczuła determinację: musiała się dostać z powrotem, zobaczyć, co dzieje się w galerii, i upewnić się, że ojciec ma wszystko pod kontrolą. Mung mógł poczekać.
- Teraz w Mungu będzie chaos. Muszę wrócić do galerii, do ojca. Pomożesz mi? - jej głos drżał, chwilami gasł, a każda pauza między słowami była jak cichy oddech, w którym łapała siłę na kolejny fragment zdania. Potrzebowała jeszcze chwili, żeby dojść do siebie. Krzyki i wybuchy na ulicy nasilały się i nie była pewna, czy sama zdoła się tam dostać, ale była na tyle zdeterminowana, by spróbować.


RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Renigald Malfoy - 24.10.2025

Nie mógł pozwolić, aby dama upadła. Lecz z drugiej strony, byłby to całkiem ciekawy widok, patrząc na nią z góry jak klęczy. Sytuacja w tej chwili była zupełnie inna. Podtrzymywał ją i pozwalał się o dziwo podeprzeć, aby miała możliwość utrzymania równowagi. Co więcej, poczucie bezpieczeństwa. Nawet, jeżeli wewnętrznie bolał go fakt, iż mogła pognieść mu ubranie. Musiał to przeboleć. Jak fakt, spalonej garderoby i sypialni.

Był cierpliwy. Ale też nie ukrywał swojego zaniepokojenie jej kaszlem. Widocznie była mocno uczulona na opadający pył z nieba. Albo sam dym ich otaczający. Ogień musiał być inny. W świecie czarodziei nie było to zdziwieniem. Mogli przecież wszystko. Byli ponad mugolami. Mieli coś, czego oni nie mogli i nie powinni posiadać.

Nie zdziwił się, że zapytała o krzesło. Każdy by się zdziwił i wziąłby go pewnie za jakiegoś idiotę, który widzi samochodzące krzesło. Gdyby znał powieść "Pięknej i Bestii", zacząłby się obawiać o pozostałe meble w swoim domu, czy nie zaczną do niego mówić. To krzesło, na szczęście milczało.

- Jakby to powiedzieć…
Podrapał się trochę po głowie, główką swojej laski, jaką trzymał w drugiej dłoni. Gdyż jedną ręką podtrzymywał towarzyszkę. Szukał po prostu odpowiednich słów.
- Coś sprawiło, że gdy ugasiłem ogień, zaczęło się samoistnie poruszać. W dodatku wygląda na nietknięte.
Wyjaśnił najprościej jak potrafił i jak to sam widział. Nie miał jeszcze czasu temu dokładniej się przyjrzeć. Ale na pewno go denerwowało. Co, jeśli go w nocy podczas snu zaatakuje? Tylko tak właściwie, nie miał na czym spać w swoim mieszkaniu.
Na tym krześle nie będzie próbował…

Chciał, aby Astoria w pierwszej kolejności udała się do Munga. Z tym kaszlem, może być gorzej, jeżeli nie otrzyma pomocy od razu. Avery jednak zaprotestowała. Odsunęła się pod ścianę i usiadła pod nią. Renigald obserwował ją z góry, słuchając. Była uparta. Jak zresztą każda kobieta. Mógłby spróbować ją wcisnąć do uzdrowiciela bez kolejki i nie musiałaby czekać w poczekalni, gdyby do tego miało dojść.

- Niech będzie. Mogę nas teleportować prosto do Galerii.
Zgodził się, nauczony tym, aby z kobietami nie dyskutować a robić jak chcą. Czy nie tak było w przypadku jego koleżanki Penny? Ile razy było, że miała w czymś rację? Albo też musiała robić po swojemu a on na to się zgadzał?

Poczekał, aż Astoria dojdzie do siebie i kiedy byłaby gotowa, wyciągnął w jej stronę wolną dłoń, aby pomóc wstać i chwycić mocno. Teleportowałby ich od razu. Znał to miejsce. Nie raz tam bywał. Czasami odwiedzał Galerie, szukając dla siebie czegoś niespotykanego. Interesującego.






RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Astoria Avery - 01.11.2025

Astoria uniosła na niego wzrok, wciąż z trudem łapiąc powietrze, ale już nieco spokojniejsza. Czuła, jak jego ramię podtrzymuje ją pewnie - stabilny punkt w świecie, który właśnie płonął i chwiał się w posadach. Miała świadomość, że jego eleganckie ubranie zapewne nie przetrwa tego spotkania w idealnym stanie, że pył, sadza i popiół zostawią na nim ślady, tak jak zostawiały na wszystkim wokół. A jednak nie odsunął się. Nie zaprotestował. Tylko trwał obok niej, dając oparcie, którego naprawdę potrzebowała. Zaskoczył ją, bo przecież dbał o dobra materialne ponad wszystko inne. W normalnych okolicznościach nie podejrzewałaby go o podobny sentyment, ale teraz nie miała nawet siły, żeby wchodzić w jakiekolwiek dyskusje.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, gdy wspomniał o krześle - absurdalnie, w tej chwili, wydało jej się to prawie komiczne. Na krótką chwilę, mimo bólu w klatce piersiowej, w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. W tej chwili wydawało się to drobiazgiem, błahostką pośród popiołów Londynu, a jednak coś w jej instynkcie kazało jej zapamiętać ten szczegół i w najbliższej przyszłości dokładnie wypyta, jak do tego doszło i co zamierza z nim zrobić. Nie chciała myśleć o własnym mieszkaniu. O ubraniach, które przesiąkły dymem, o księgach pokrytych sadzą, o zasłonach, które nigdy nie odzyskają dawnego koloru. W tej jednej chwili próbowała szukać w tym wszystkim czegokolwiek pozytywnego - choćby tego, że jej dom nie płonął. Że mury wciąż stały. To musiało wystarczyć.
Zanim chwyciła jego dłoń, uniosła do twarzy wilgotną chustkę, którą wcześniej zawiązała wokół ust. Materiał był chłodny i przesiąknięty zapachem kurzu oraz popiołu, ale wciąż lepszy niż duszące powietrze wokół. Przymknęła oczy, skupiając się na rytmie oddechu: wdech przez tkaninę, wydech przez nos, znowu wdech. Powoli serce przestawało bić jak oszalałe, zawroty głowy słabły, choć dreszcze nie ustępowały.
Nie ma co zwlekać. Jej palce, chłodne i lekko drżące, złączyły się z jego pewnym uściskiem. Myśl o galerii i o ojcu przebiła się przez zmęczenie niczym iskra. Zamknęła oczy, a w tej samej chwili powietrze wokół nich zatrzeszczało, skręciło, i świat rozpadł się w szarpnięciu teleportacji. Zrobiło jej się niedobrze, gdy wylądowała z powrotem przed galerią.
- W-wejdę tylnym wejściem - wychrypiała blisko jego ucha, żeby jak najmniej obciążać gardło. Zresztą jej głos i tak nie zdołałby się przebić przez hałasy ulicy pogrążonej w chaosie. - Powinieneś iść.
Czuła ciepło jego ramienia, ciężar dłoni, który dawał jej oparcie, choć nie powinna była go potrzebować. Z bliska dostrzegła drobiny sadzy na jego policzku i własnym płaszczu, wszystko w tej chwili wyglądało jak z innego świata. Przede wszystkim nie chciała, żeby widział, jak bardzo jest osłabiona, jak bardzo jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Gdzieś w oddali wybrzmiał huk kolejnego zaklęcia, a ona wiedziała już, że dłużej nie mogą tu stać.
- Idź - powtórzyła. W oczach miała to charakterystyczne zacięcie, którego nie sposób było zignorować - błysk twardej determinacji, podszyty dumą i uporem, tak dla niej typowym.


RE: [08.09.1972] Fire everywhere - Spalona noc #2 (Astoria Avery, Renigald Malfoy) - Renigald Malfoy - 08.11.2025

Sam nie rozumiał, nie umiał zrozumieć tego, co zadziało w jego mieszkaniu. Nagle wybito szybę. Potem pojawił ogień i strawił mu prawie całą połowę mieszkania. A na koniec, krzesło zaczęło dziwnie się zachowywać. Jakby opętano je jakąś klątwą. Lubże komuś nie udała się jakaś tam eksterioryzacja i zamiast wrócić do ciała, została w… krześle. Nie miał czasu nad tym się zastanawiać, ani z tym absurdalnie "żywym" krzesłem rozmawiać. Tak nisko jeszcze nie upadł. Dlatego też miał trochę problem ze znalezieniem odpowiednich słów, żeby przedstawić jego sytuację Astorii. To zaś sprawiło, że mimo podupadłego ciała na zdrowiu, odrobinę rozbawił pannę Avery.

Zdecydowanie zaskakujące, że nie marudził na swoje ubranie, kiedy go tak trzymała. Dla niektórych osób, potrafił poświęcić swoje dobra materialne, przegryzając policzki od wewnątrz. Znosząc ten trud. Sytuacja na zewnątrz, też mu nie pomagała w zachowaniu czystości na sobie. Bowiem jak dobrze zauważała Astoria, widząc jego ubiór lepiej niż on mógłby spojrzeć na siebie bez lustra, popiół osiadał na materiałach.

Odczekał cierpliwie, aż będzie gotowa. Nie ukrywając po sobie tej zatroskanej powagi o jej zdrowie. To jak się męczyła. Był gotów ją nawet w tej chwili, podczas teleportacji okłamać. Zamiast przenieść ich pod Galerię, znaleźć się przed Szpitalem Świętego Munga. Ktoś powinien ją natychmiast zbadać. W takim stanie istniało spore ryzyko, że nie przetrwa tej nocy. Udusi się od tego dymu. Co mógł zrobić, jak kobieta bywa uparta gorzej od osła? Bo przecież nie od niego.

Mając potwierdzenie z jej strony, że jest gotowa. Chwycił ją mocno, za dłoń. Tak jak chciała. Choć gotów był objąć ją w swoim ramieniu, mieć jej twarz blisko swojej. Tak jak kiedyś. Tak jak w zbliżonym tańcu. Tak jak wtedy ją pocałował. Wolała mocny, uścisk ich dłoni. Ich długich palców.

Teleportował ich przed Galerię, tak jak prosiła. Nie puszczał jej, domyślając, że z takim stanem zdrowia, mogłaby to nie znieść najlepiej. Wciąż był dla niej oparciem, aż nie przemówiła. Zaskakując go po raz kolejnym.

- Jesteś pewna?
Zapytał z powagą, nie ukrywając w głosie wątpliwości o to, czy ona sobie poradzi. Mógłby zostać z nią, do samego wejścia. Upewnić się, że będzie w środku.
"Powinieneś iść." – usłyszał. A te słowa jak echo odbiły mu się w głowie.
- Tak po prostu?
Znów zapytał zaskoczony. Jakby odczuł cios po raz kolejny. Pomógł. A ona go już nie potrzebowała.
- Mógłbym…
Próbował ją przekonać. Ale to na nic. Jej stanowcze Idź zatrzymało go w swoim miejscu. Stał jeszcze dłuższą chwilę, jakby liczył na zmianę jej zdania. Astoria była jednak nieugięta. Kiwnął głową, jakby rozumiał przekaz.
- Jak sobie życzysz. Panno Avery.
Ukłonił się w geście pożegnania. Wyprostował, cofnął o dwa kroki, odwrócił się i oddalał. Jego sylwetka znikała w dymie.
"Kobiety…" – pomyślał z wewnętrzną wściekłością. Otrzepując swoją szatę wyjściową, jakby chciał rozprostować zgniecenia.


Koniec sesji