Secrets of London
[17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie (/showthread.php?tid=5232)

Strony: 1 2


[17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Helloise Rowle - 13.10.2025

17 września, przedpołudnie
Helloise i Ceolsige załatwiają biznesy



Przyszły jesienne deszcze i obmyły podwórze chaty na kurzej stopie. Było pusto, nie pozostał ślad kurczaków, które zwykle panoszyły się pomiędzy krzywymi sztachetami ogrodzenia. Wśród zwyczajowego chaosu gratów, na działce zalegały teraz również większe odłamki szyb oraz resztki framug okiennych spuchniętych od podwórzowej wilgoci — a przynajmniej te, które nie zostały doszczętnie spopielone. Do chaty wstawiono nowe okna oprawione w jasne drewno kontrastujące świeżością z resztą wysłużonego budynku. Spalona Noc nie ominęła nawet tak odsuniętego od siedzib ludzkich zakątka jak ten Helloise.
Czarownica przekopała niedawno swoje warzywne poletko, na którym teraz nieśmiało kiełkował żytny poplon. Dzięki temu intensywniejsza była po deszczowym poranku uderzająca nozdrza woń petrichoru. Wszystkie oleje eteryczne uwięzione w glebie wydostały się z niej i wypełniły ziemistym zapachem ów jesienny, wiedźmowy zakątek.
Zapach ziemi po deszczu koił zmysły Helloise, która stała w drzwiach przycupniętego nisko przy ziemi domku. Kobieta znajdowała się ni to wewnątrz, ni to na zewnątrz. Przyczaiła się przy framudze wpatrzona w dal, ku lasowi — spięta, jakby gotowa w każdej chwili zaryglować drzwi i zniknąć w głębi domu. A była to wiedźma, która zwykle czarowała niezmąconą, leniwą swobodą. Obnosiła się wręcz z lekceważącą postawą wobec ryzyk — ile to razy goście trafiali do niej i zastawali beztroską gospodynię śpiącą podejrzanie twardym snem na hamaku pod drzewami bądź wyotwierany pusty dom zapraszający złodzieja. Teraz była niecodziennie czujna. Wyglądała z chaty nieco lękliwie, lecz nie potrafiła powstrzymać pokusy obserwowania tego, co działo się poza jej czterema ścianami. Wystarczyło, aby z jednej z dzikich jabłonek spadło malutkie jabłuszko, a już mierzyła je podejrzliwym wzrokiem, jakby spodziewała się, że sam czart przechadzał się po ogrodzie i trącał gałęzie.
Nie czart — widma.
Miotlarkę ujrzała, ledwie ta pojawiła się na horyzoncie chmurnego przedpołudnia. Ostatni miotlarz, jaki przeciął niebo nad jej domem, okazał się Śmierciożercą i otworzył wieczór, który zaprowadził ich oboje pod próg Kniejowej zgrozy — to widmo strachu czarownica wciąż czuła od czasu do czasu na karku. Obserwowała więc zbliżającą się sylwetkę w napięciu, które rozproszyło się, ledwie rozpoznała w niej znajomą twarz.
Gdy Ceolsige zbliżyła się do domku, Helloise nie próbowała na siłę kryć tego, że była nieco bardziej zmęczona niż zwykle. Wszyscy w Anglii byli zmęczeni. I choć nie ukrywała ani zmęczenia, ani czujności w skoncentrowanym spojrzeniu — tym spojrzeniu, które zwykle błądziło swobodnie po wszystkim dookoła — to nie dała po sobie poznać samego zdenerwowania.
Wyszła jej na powitanie, powłócząc po deskach tarasu przydługą spódnicą wymiętej ochrowej szaty. Łapała kontakt wzrokowy z Burke w swoje oblicze łagodne i zapraszające; niezdradzające tego, jak wytrącona z równowagi była ostatnio czarownica.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Ceolsige Burke - 13.10.2025

Niedzielny poranek zastał ją w pokoiku gościnnym rodziców. Po spalonej nocy starała się ich częściej odwiedzać... z różnych powodów. Niestety poranki u rodziców miały w sobie coś kusząco rozleniwiającego i powolnie uspokajającego. Trochę jak wieczór przy kominku z książką albo konkretny eliksir.

Toteż swobodnie wybrała się w podróż do Doliny na miotle. Pęd lodowatego, wilgotnego powietrza przynosił życia niemal jak chłód nadchodzącej śmierci. Leciała zaraz za deszczowymi chmurami, które zdawały się zraszać ziemię specjalnie przed nią, wypełniając powietrze charakterystycznym zapachem. Poświęciła tą chwilę by oddać się dziecięcej radości z nieskrępowanego latania zanim poważne sprawy wyciągną ku niej swoje kuszące dłonie. Jeszcze w locie zrezygnowała z kaptura i szala na rzecz chłodnych podmuchów na policzkach, które szarpały jej gruby luźnym warkoczem blond włosów.

Prawie z żalem przyjęła widok znajomej, dziwacznej, wiedźmiej chatki. Spowolniła lot, składając się do lądowania niemal jak w szkole. Dobrze jest poszaleć na wysokości ale przy ziemi manewrowała ostrożnie i z rozwagą. Butami, z chlupotem błota dotknęła ziemi i zsiadła z miotły. Specjalnie na ta okazję dobrała szarą spódnicę sięgającą ledwo za kolana oraz szary miotlarski płaszcz. Poprawiła spora skórzaną torbę przerzuconą przez ramię i przestawiła wajchę na miotle, która momentalnie zgięła się w dwóch przegubach z charakterystycznym klikiem ukrytych zapadek i trybików. Miotłę, która teraz przypominała zgrabną witkową paczkę, przerzuciła na pasku, przez ramię.

Na widok Helloise wyraźnie się rozpromieniła na rumianej od chłodu twarzy. Reakcja byłą dość szczera niezależnie od tego czy wynikała z widoku ekscentrycznej czarownicy czy z adrenaliny towarzyszącej podróży. Zaciągnęła się  charakterystyczną mieszaniną zapachów. Ruszyła do wiedźmy dziarskim krokiem, niepomna na chlapanie butów.

- Cieszę się widząc Cię w dobrym zdrowiu moja droga. - Przywitała się zwyczajowym melodyjnym, uprzejmym głosem. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam o tak wczesnej porze. Musiałam koniecznie sprawdzić na własne oczy jak przygotowania do Mabon. Sprawy wydają się stabilizować?


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Helloise Rowle - 15.10.2025

Helloise doskonale rozumiała radości latania na miotle — tego, jak wolnym było się w powietrzu, mimo że wiatr szarpał bezlitośnie włosy i kąsał czerwieniące się pod nim policzki. Pozazdrościła patrząc na zarumienioną, uśmiechniętą twarz Ceolsige. Sama w ostatnim czasie rzadko opuszczała dom, w którym obwarowała się ze swoim szaleństwem podsycanym przytłaczającą bliskością nawiedzonego lasu. Powinna polecieć do księżyca, musiała wyjść — tak, kolejnej nocy i ona pofrunie, chociaż na chwilę. Podjęła tę decyzję, gdy patrzyła, jak Burke wprawnie manewruje nad jej podwórzem, przymierzając się do lądowania.
W chacie na kurzej stopie błocenie nigdy nie było problemem, więc ani przeszło Helloise przez myśl oglądać się na to, w jakim stanie były buty kobiety. Ile to razy sama, nie myśląc nad tym wiele, wyszła na podwórko boso, żeby coś drobnego naprędce załatwić — uszczknąć potrzebnych do eliksiru listków z ogrodowej szklarni czy zebrać narzędzia — i taką ubłoconą stopą przebiegała potem beztrosko po podłodze domu. Czyż było się zresztą czym przejmować, gdy prostym zaklęciem chłoszczyść izbę można było doprowadzić w sekundy do porządku?
Ani więc błoto, ani pora dnia nie miały znaczenia. Taki był urok kurzej chatki, że można było przynieść tu cokolwiek o dowolnej porze. Choćby i przyszło komuś do głowy wyrwać z Helę ze snu, to nigdy nie była o to zagniewana, nigdy się jej nie przeszkadzało.
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech Ceolsige, choć nie wyglądała aż tak rumianie i radośnie jak ona.
— Nie przeszkadzasz, skądże. Drzwi są zawsze otwarte. — Ledwie Burke znalazła się w zasięgu Helloise, ta położyła ręce na jej ramionach i spuściła je w dół rękawów szaty, mierząc czarownicę wzrokiem z góry na dół, jakby upewniała się, że i ta rzeczywiście jest w dobrym zdrowiu. — Czy wciąż masz dom? — zapytała może niezbyt subtelnie, lecz z troski, a nawiązywała rzecz jasna do pożarów.
Helloise obeszła kobietę dookoła i stanęła za nią, rozsnuwając wokół siebie intensywny zapach dymu palonego opium. Jego wspomnienie zawsze czaiło się gdzieś w załamaniach jej szat i skręcie blond loków, lecz w ostatnich dniach skumulowało się tej woni nadzwyczaj dużo.
Ceolsige została popchnięta lekko i zapraszająco w stronę wejścia do chaty, gdzie faktycznie trwały intensywne przygotowania do sabatu. Choć najwięcej materiału i napoczętych robótek było w jej pracowni, to i kuchni, w której znalazły się po wejściu, nie ominęło świąteczne szaleństwo. Na palenisku bulgotały jednocześnie dwa kociołki, kolejne trzy stygły za progiem na tarasie. Na blatach tłoczyły się słoiczki z proszkami i ziołami oraz flakony i buteleczki — jedne z fantazyjnie kolorową zawartością, inne z zupełnie nudną, przezroczystą. Drzwi niewielkiej spiżarki były uchylone — jaki sens je zamykać, skoro wiedźma co chwilę z tych zbiorów korzystała? Po mieszance zapachów kadzidlanych i korzennych poznać szło, że nie pichcą się tu tego dnia zwykłe apteczne specyfiki, lecz rytualne, świąteczne dobra.
Sprawy nie ustabilizują się, dopóki w Kniei pozostają widma — rzuciła gorzko czarownica, której to ta sprawa zdecydowanie więcej snu spędzała z powiek niż ognisty incydent. — Czego ci trzeba, kochanie? — Zaraz rozpędziła kiełkujące chmurne myśli. Oparła się biodrami o kuchenny blat, mimochodem ścierając z niego palcami pomarańczową plamę po czymś, co wcześniej się tu rozlało.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Ceolsige Burke - 16.10.2025

Zaskoczył ją nieco gest Helloise. Nagłe, badawcze dłonie na ramionach i to lustrujące spojrzenie. Ceolsige poddała się jednak tej inspekcji bez oporu, jedynie przekrzywiając lekko głowę z wyrazem cichego, rozbawionego zaciekawienia. Szary, gruby materiał jej płaszcza miotlarskiego zamarł pod dotykiem wiedźmy, a krótsza spódnica zafalowała nieznacznie, gdy ta ją obeszła.

Pytanie o dom niemal wyrwało z niej groteskowy, zduszony chichot. Przez ułamek sekundy jej błękitne oczy rozszerzyły się w teatralnym niedowierzaniu, a kącik ust drgnął, tłumiąc wesołość, która w obecnej sytuacji wydawała się co najmniej niestosowna. Miała dom, które teraz lepiej wpasowywał się czarnoksięskie zapachy okolicy. Kataklizm nie był wycelowany w czysto krwistą mieszkankę Nokturnu. Szybko jednak przywołała się do porządku, zastępując rozbawienie wyrazem uprzejmej powagi.

Delikatne pchnięcie w plecy przyjęła jako zaproszenie. Zanim jednak jej but przekroczył próg chaty, jej dłoń już spoczywała na rękojeści różdżki ukrytej w kieszeni spódnicy. Płynnym, niemal niedbałym ruchem nadgarstka wysunęła ją i cichym zaklęciem oczyściła ubłocone buty, które wylądowały na drewnianej podłodze już bez niechcianego balastu.

Wnętrze chaty, jak zawsze, uderzyło w jej zmysły chaosem zapachów, kształtów i faktur. Rozejrzała się badawczo, ale szybko zrezygnowała z próby ogarnięcia tego obrazu. Zawsze jak tu przybywała to wydawało się jej, że to miejsce żyło własnym życiem, a próba jego zrozumienia była z góry skazana na porażkę. Dla własnego spokoju umysłu, potraktowała otoczenie jako dynamiczne, barwne tło dla ich spotkania. Gorzka uwaga o widmach w Kniei na moment przykuła jej uwagę. Spojrzenie paserki wyostrzyło się, ale widząc napięcie na twarzy Helloise, uznała, że to nie czas na drążenie tematu.

— Cóż, przede wszystkim musiałam się przelecieć i sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku. — Odpowiedziała na pytanie, a jej głos znów nabrał melodyjnej, ciepłej barwy. Zsunęła z ramienia sporą, skórzaną torbę, która z cichym skrzypnięciem osiadła na jej biodrze. Sięgnęła do jej wnętrza i wyjęła butelkę ciemnego wina z elegancką, odręcznie wypisaną etykietą. — A przy okazji rodzice podzielili się ze mną czymś zacnym. Byłam ciekawa, czy przypadnie ci do gustu.

Postawiła butelkę na jednym z nielicznych wolnych fragmentów blatu.

— Poza tym, interesy. Zwykła dostawa ziół i maści byłaby mile widziana. Ostatnio popyt na wszystko dziwnie wzrósł. — Wzruszyła lekko ramionami jakby nie widziała jak zmienił się ich magiczny świat w ciągu ostatnich dni. — Mam też specjalne zamówienie. Elegancka świeca. Dla pewnego klątwołamacza, do jego... eksperymentów. — Dodała z niewinnym uśmiechem i błyskiem w oku. — Jeśli mu się powiedzie, spodziewam się, że będziemy potrzebować ich znacznie więcej.

Po chwili jej postawa uległa zmianie. Wyprostowała się, a jej spojrzenie powędrowało w stronę porozkładanych wszędzie przygotowań do sabatu. Jej wyraz twarzy spoważniał, a w głosie pojawiła się nuta głębszego zastanowienia, kontrastująca z wcześniejszym, handlowym, nieco rozbawionym tonem.

— Ale tak naprawdę, poza interesami, mam też sprawę bardziej prywatną. Jeśli oczywiście nie jesteś zbyt zarobiona... Chodzi o Mabon. - Kontrast tonu i postawy w stosunku do poprzednich wypowiedzi sprawiał, że dostawa maści na nawet interes ze świecą jawiły się obecnie prawie jak hobby lub rozrywka.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Helloise Rowle - 21.10.2025

Na samej osobie Helloise Spalona Noc nie odcisnęła żadnego trwałego śladu — a przynajmniej żadnego śladu nie dało dopatrzeć się na jej ciele.
Nie martw się. Nic, co ważne, nie ucierpiało tu od ognia. — Do rzeczy ważnych nie zaliczał się bowiem stan chaty Helloise; z pokorą i spokojem czarownica przyjęła fakt, że na czas jakiś w jej domu z wybitymi oknami zamieszkała jesienna słota i wichry, mimo że kobieta przypłaciła to kilkoma dniami przeziębienia. Kluczowe było, że gdy podczas ataków zaczęło trzaskać szkło na posesji, ocalały cenniejsze od dachu nad głową szklarnie dające schronienie jej roślinom.
Helloise podniosła przyniesioną przez Burke butelkę i chwilę obracała ją w dłoniach.
Och, wiesz coś o moich smakach — skomentowała prezent z uśmiechem, po czym odstawiła wino. — Popyt... Wszyscy dziś czegoś szukają, bo wszystkim dziś czegoś brakło. Widzisz, moja droga, to spustoszenie spadało gwałtownie i dlatego ujrzeli je. Te braki posypały się lawiną, wstrząsnęły nimi, dlatego raczyli je dostrzec. Nie denerwuje cię to? — Pytała wpierw enigmatycznie, jak to miała w zwyczaju, później dopiero przeszła do wyjaśnienia swojej myśli: — Bo będzie brakować bardziej i bardziej, a nikt nic nie robi. Niektóre zioła są unikalne dla Kniei, a nikt się po nie dziś nie zapuści. O tym ludzie nie chcą słyszeć, bo na razie są zapasy z zeszłych lat, więc nie widzą braku. Wciąż im ktoś je sprzeda, więc nie widzą problemu. A spiżarnie zielarzy to nie worek bez dna. — Helloise wzięła głębszy wdech, który zatamował słowotok kipiący oschłym zdegustowaniem postawami społeczeństwa. — Zatem ten sam zestaw, co zwykle? — zapytała, otrząsnąwszy się.
Czarownica zakrzątnęła się po kuchni, przygotowując herbatę. Zapowiadało się na to, że wizyta chwilę potrwa; szczególnie że odpowiednich świec nie miała przygotowanych i dorobić je musiała na bieżąco. Miotlarkę po podróży w taką pogodę należało zresztą odpowiednio rozgrzać.
— Elegancka świeca? — Powtórzyła leniwie za Ceolsige, zalewając wrzątkiem ulubiony napar Burke, który, co pozwolę sobie założyć, Helloise znała. — Mam jeszcze resztki bielonego wosku pszczelego. Monochrom, zdaje się, jest waszą definicją elegancji. — Sama Helloise lubiła bowiem świece w naturalnym, musztardowym kolorze. Wbrew obawom Ceo, nie była również zarobiona, nie uczestniczyła w odbudowie po pożarach. Jak przystało na wiedźmę-pustelnicę trzymała się swojej chaty, a szukający pomocy musieli sami zapuścić się po nią do wiedźmowej gęstwiny i o nią poprosić. — Cóż to? Czegoś brakuje na twoje obchody Mabon? — Helloise doceniła powagę, jaka pojawiła się w głosie Ceolsige, gdy ta poruszała temat świąt.
Gospodyni wręczyła gościowi kubek parującej herbaty, podsunęła ceramiczną miseczkę o wyszczerbionym brzegu pełną suszonych owoców w ramach poczęstunku i wskazała krzesło przy stoliku zarzuconym kwiatowym obrusem — zaproszenie było nienachalna, bo i ona sama nie rwała się ku siadaniu.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Ceolsige Burke - 22.10.2025

Na jej ustach pojawił się ledwo zauważalny, ironiczny uśmieszek, który szybko zniknął. To doprawdy ironia losu, pomyślała, obserwując swobodny chaos panujący w chacie wiedźmy. Obie wyszłyśmy z tego bez większych strat, a jednak to mój uporządkowany kantor nosi teraz piętno mrocznej magii, podczas gdy chata po prostu... cóż, bardziej przypomina samą siebie, tylko z wspomnieniem po przeciągach.

Gdy Helloise podjęła temat popytu i braków, uwaga Ceolsige skupiła się nieco bardziej na rozmówczyni. Na pytanie "Nie denerwuje cię to?" zareagowała powolnym, przemyślanym skinieniem głowy. Gest ten mógł oznaczać zarówno potwierdzenie, jak i ciche uznanie dla słuszności wywodu. Zastanawiała się przez, krótką chwilę, czy to typowe pytanie retoryczne. Słuchając dalszego wykładu na temat Kniei i ludzkiej krótkowzroczności, pozwoliła sobie na cień uśmiechu zrozumienia. Oczywiście, że braki były irytujące. Bywały też opłacalne. Rzadki towar to żyła złota dla zaradnych i zuchwałych, takich jak ona. Ale Helloise miała rację – całkowite odcięcie źródła było problemem. Kiedy towar robi się zbyt rzadki pojawia się monopolista zbyt potężny by go skubać. Czyżby miły przytyk? przemknęło jej przez myśl.

Spokojny powrót wiedźmy do spraw biznesowych przyjęła z ulgą, której objawem był cieplejszy uśmiech zmazujący zamyślenie z twarzy. Jej postawa stałą się bardziej swobodna.

— Tak, ten sam zestaw co zwykle, moja droga — potwierdziła, opierając się nonszalancko biodrem o krawędź jednego z mniej zastawionych mebli. Jej szary płaszcz zafalował przy tym ruchu. — Ale co do Kniei... Masz rację. Ta sytuacja to prawdziwa okazja dla wielu. — Zrobiła krótką pauzę, a jej spojrzenie na chwilę uciekło w bok, jakby szukając jakiejś dodatkowej inspiracji w losowych zbiorach chatki. — Choć przyznam, że jestem trochę zdziwiona. I rozczarowana — dodała już ciszej, z nutą autentycznej frustracji — że od maja nic się w tej sprawie nie ruszyło. Żadne rozwiązanie nawet nie majaczy na horyzoncie. — Niemal jakby nikt nie chciał, żeby się pojawiło, dokończyła w myślach.

Z wdzięcznością przyjęła ciepły, parujący kubek. Jej palce delikatnie objęły rozgrzaną ceramikę. Zanim usiadła, przysunęła naczynie do twarzy, zaciągając się głęboko znajomym, kojącym aromatem naparu, który Helloise, jak widać, doskonale pamiętała. Wskazane krzesło przyjęło ją z cichym skrzypnięciem.

— Dziękuję. — Uśmiechnęła się uprzejmie, siadając. — Jeśli pozwolisz, omówmy najpierw interesy. Wolę nie zaprzątać sobie nimi głowy podczas... interesującej rozmowy, która nas czeka.- uśmiechnęła się niemal przepraszająco.

Ogrzewając dłonie o kubek, podjęła temat świecy.
— Co do świecy — jej głos był znów rzeczowy choć z tą typową dla interesów nutką rozbawienia — wcale nie musi być biała. Monochromatyczność nie jest tu kluczem. — Jej spojrzenie stało się bardziej sugestywne, przenikliwe, a w głosie zabrzmiało ledwo słyszalne pochlebstwo. — Tym, co jest wymagane, jest mistrzowski dotyk prawdziwej specjalistki. Twój naturalny, musztardowy odcień wosku pasowałby idealnie do zadania.

Upija niewielki, niemal ceremonialny łyk herbaty. Odstawiła kubek na stół, a jej postawa i wyraz twarzy ponownie uległy zmianie. Zniknęła handlowa swoboda, a powróciła powaga, którą Helloise zauważyła wcześniej.

— A teraz Mabon. — Zaczęła powoli, a jej melodyjny głos nabrał głębszego, poważnego tonu. — Zazwyczaj nie przywiązuję do tego aż takiej wagi. Wiesz, jakie są moje dary... — Lekki, niemal przepraszający uśmiech mignął na jej twarzy na wspomnienie mechanicznych ofiar, które zapewne składała w poprzednich latach. — Ale mojej matce... cóż, po ostatnich wydarzeniach bardzo jej zależy, żebym w tym roku postarała się o porządny, tradycyjny wianek ofiarny. Coś... bardziej związanego z naturą.

Spojrzała prosto na Helloise, a jej błękitne oczy nie zdradzały już ani śladu rozbawienia.
— Chciałabym, żeby spokojniej spędzała czas na emeryturze. Pomyślałam, że może zechciałabyś mi pomóc.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Helloise Rowle - 27.10.2025

Gdy Helloise myślała o sytuacji w Kniei, troszczyła się w pierwszej kolejności o kondycję lasu, o zaburzenia jego naturalnej równowagi, o zburkanie miejsca, w którym drzemały pradawne moce. Niedługo zajęło jej jednak zrozumienie, że te argumenty nie trafiają do ludzi. Ludzie nie wyściubiali nosa poza swoje interesy, więc należało zadbać o to, aby wiedzieli, że i te ich interesy ucierpią. Tylko dlatego zwracała uwagę na to, że odcięcie dostępu do Kniei zaburzy rynek składników eliksirów, o który sama nie dbała. Jednocześnie w głębi swojej bezwzględnej duszy wierzyła, że podobny kryzys był dokładnie tym, na co wszyscy oni zasługiwali — za swoją bierność angielscy czarodzieje winni jeden po drugim umierać w cierpieniu, na które antidotum rosło na krzewach ukrytych w najgłębszych gęstwinach Kniei. To byłby sprawiedliwy wyrok.
Okazja? — powtórzyła za Ceolsige oburzona Helloise, zaabsorbowana przebieraniem słoiczków i flakoników w poszukiwaniu produktów do skompletowania zestawu dla czarownicy. — To tragedia. — W roztargnieniu powodowanym połączeniem zmęczenia ze wzburzeniem, kobieta trąciła buteleczkę z zielonkawą miksturą, która potoczyła się po blacie. Gospodyni cudem ochroniła flaszeczkę przed upadkiem. Przerwała pracę, wbijając zamyślone spojrzenie w stół. — Absolutna tragedia. Ministerstwo nic nie robi — przyznała Burke rację. — Zapewne jest im to na rękę. Poczekać, aż las zniszczeje, i postawić tam coś nowego. Muszą mieć jakąś korzyść w tym, że nic się nie dzieje. Z tymi wszystkimi specjalistami, naukowcami, cuda-wianki, geniusze rządowi. I mam wierzyć, że nikt nic nie zdziałał? — Wypluła te słowa jadowicie.
Dłuższą chwilę wiedźma stała w milczeniu odwrócona do Ceolsige tyłem. Jej ramiona unosiły się miarowo, gdy brała kolejne głębokie wdechy. Temat Kniei przyniósł bowiem wspomnienia sprzed kilku dni, gdy czarownica stanęła z owymi diabłami niemalże twarzą w twarz, gdy chłonęła ich mroźną grozę, która wżarła się w głowę Helloise i ciągnęła za nią do teraz jak cień.
W końcu wytrząsnęła się powoli z letargu i wróciła do pracy, jak gdyby nigdy nic.
— Zrobimy cztery świece. Nie ma co grzać wosku na jedną — zdecydowała, kucając przy szafce, aby wydobyć z niej plaster wosku. Włożyła go do wąskiego, wysokiego garnuszka, który umieściła nad ogniem w palenisku. — Co to za eksperyment? — zapytała niezobowiązująco.
Nie bywała zwykle wścibska dla samego wścibstwa. Poznanie celu, do jakiego użyty będzie przedmiot, potrafiło jednak pomóc go udoskonalić. Helloise mogła wówczas dodać do wosku olejki o odpowiednich właściwościach czy zatopić w nim magiczne zioła. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, aby świeca była przygotowana do uniwersalnych zastosowań magicznych.
Czarownica ze swoją herbatą przysiadła na skraju krzesła naprzeciw Ceolsige, aby przy stole docinać knoty do świec i wysłuchać dalszej części rozmowy w oczekiwaniu, aż wosk się upłynni.
Twoje dary były twoje — powiedziała leniwie Helloise, szczekając nożyczkami, które wprawnie porcjowały sznureczki równej długości. — Bogini ceni pracę własnych rąk. Lecz i twoja matka ma słuszność. W Mabon dziękujemy za dary minionego lata, zawsze to dobrze, aby i dar dziękczynny był bliski Naturze. Mogę więc pomóc — zaakcentowała to ostatnie słowo, unosząc wzrok na Ceolsige. Odłożyła nożyczki i, trzymając kubek w obu dłoniach, napiła się herbaty, nie oglądając się na to, czy nie parzy gardła i języka. — Mogę być twoimi rękami, ale zioła, drewna, zapachy… wszystko musisz wybrać ty, tak jak czujesz. — Kobieta położyła rękę na sercu. Rzeczy święte nie były nigdy w tej chacie przedmiotem żartów. — Porozmawiamy o tym jeszcze za chwilę. Pierw świece.
Czarownica wstała i podeszła do ognia, aby sprawdzić wosk. Pochyliła się nad kociołkiem, odgarniając materiał spódnicy swojej szaty tak, aby przypadkiem nie zajął się od płomieni.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Ceolsige Burke - 29.10.2025

Ceolsige milczała, gdy Helloise dała upust swojej frustracji. Jej twarz pozostawała spokojna, może odrobinę zamyślona. Obserwowała, jak wiedźma niemal strąca buteleczkę, jak jej ramiona unoszą się wstrzymywanych emocjach. Pasja, z jaką mówiła o Kniei, była... interesująca. Paserka uniosła swój kubek, biorąc mały, cichy łyk ciepłej herbaty, jakby chciała dać rozmówczyni chwilę na zebranie myśli. Pozwoliła jadowitym słowom o Ministerstwie zawisnąć w powietrzu i opaść, nie komentując ich.

Interesujące, ale po kolei pomyślała, czując kojący aromat naparu. Temat Kniei i osobliwego spojrzenia, jakie najpewniej miała Helloise był najpewniej niezwykle zajmujący. Na tyle zajmujący w jej opinii, że wolała więcej przestrzeni na jego zgłębianie. Toteż najpierw konkrety a potem zbada swoje podejrzenia odnośnie związku wydarzeń spalonej nocy z sytuacją w Kniei.

Gdy tylko Helloise wróciła do pracy i tematu świec, Ceolsige odprężyła się wewnętrznie. Z niemal niesłyszalnym szelestem materiału spódnicy, założyła nogę na nogę, opierając się wygodniej na krześle. Jej spojrzenie podążyło za rękami wiedźmy, a potem powędrowało w stronę paleniska, w wyczekiwaniu na charakterystyczny, słodkawy zapach, który wkrótce powinien wypełnić kuchnię.

Na pytanie o eksperyment zamrugała raz, jakby szybko ważyła słowa.

— Klient, jak to klient, nie był zbyt wylewny w szczegółach — zaczęła dyplomatycznie, a w jej głosie znów pobrzmiewała nutka lekkiego rozbawienia, typowa dla rozmów o interesach. — Ale kontekst jest... cóż, bardzo aktualny. — Upiła kolejny łyk herbaty. — Na pewno wiesz, jak wygląda teraz Londyn. Wiele domów, nawet tych nietkniętych bezpośrednio przez ogień, nosi na sobie te dziwne... ślady. — Jej spojrzenie na ułamek sekundy stało się bardziej odległe, jakby patrzyła na ściany własnego kantoru. — Uparty swąd spalenizny, którego nie da się wywietrzyć. Czarne zacieki, powracające mimo prób ich usunięcia. Wygląda na to, że to jakaś paskudna, trwała klątwa.

Odstawiła kubek, przyjęła bardziej nonszalancką pozę.
— Znam kilku ludzi, którzy szukają sposobu, by to zdjąć, a świece są potrzebne jako katalizator do prób. — Wzruszyła lekko ramionami. — Rozumiem, że to nie jest usługa pierwszej potrzeby, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń. Ale wolę sama poszukać dostępnych rozwiązań, zanim wpadną w ręce kogoś... bardziej "zaradnego" i cena za zdjęcie zwykłego zacieku zwariuje lub stanie się niedostępna. - wypowiedzi towarzyszyło delikatne krążenie dłoni.

Gdy Helloise usiadła naprzeciwko i potwierdziła chęć pomocy przy wianku, na ustach Ceolsige pojawił się ciepły, szczery uśmiech. Oczy delikatnie zalśniły.

— Wiedziałam, że doskonale zrozumiesz, o co mi chodzi — powiedziała cicho, a jej głos był pełen wdzięczności, która brzmiała zupełnie szczerze — Dziękuję Ci. Właśnie na takiej pomocy mi zależało.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Helloise Rowle - 05.11.2025

Helloise zawsze z głęboką, szczerą pasją wyrażała się o Kniei. Było to bowiem przez lata sanktuarium leśnej weidźmy, w którym ta odnalazła łączność z mądrością przodków swojej matki. Wielka to była łaska dostąpić wtajemniczenia w sekrety pradawnego gaju, jednej z niewielu świętości, jakie czarownica uznawała. Słyszała dawne sekrety w szepcie liści, nawiedzały ją sny przepełnione dziejową mądrością, zawsze mogła liczyć na radę duchów Kniei — za wszystko to wdzięczna im była i darzyła miejsce szczególnym szacunkiem. Teraz winna była okazać zobowiązanie za te błogosławieństwa otrzymane przez lata: nie mogła ustawać w poszukiwaniu odpowiedzi ani pozwolić, aby temat rozmył się śród innych spraw zaprzątających głowy ludzi.
Kuchnia chatki na kurzej stopce tymczasem rzeczywiście wypełniła się ciepłym aromatem pszczelego wosku. Czarownica dodała doń odpowiednich olejów wzmacniających działanie magiczne, rozmieszała dokładnie, po czym przeniosła gar płynnego wosku bliżej stołu, aby móc kontynuować przy pracy rozmowę z Ceolsige. Rzemieślniczka zrezygnowała z odlewania świec w formach. Tego dnia panie nie musiały się spieszyć, więc z osobna zanurzała w kociołku każdy knot, jeden po drugim, zanurzenie po zanurzeniu, warstwa po warstwie świece stawały się coraz grubsze. Proces był powtarzalny, do bólu nudny: kobieta nurzała świecę w wosku nadbudowującym jej warstwy, odwieszała na żerdź, aby zastygł, powtarzała czynność z kolejnym knotem. I cykl zamykał się, otwierał nowy, dopóki na drewnianej żerdzi nie zawisły odpowiedniej średnicy świece.

// Rzucam rzemiosło na stworzenie 4 sztuk świec do zastosowań w klątwołamaniu.

[roll=Z]

Mogłam słyszeć coś o Londynie — przyznała, bo nie wychodziła zbyt wiele z domu w ostatnich dniach. — Czy te znaki waszej klątwy o czymś mówią? — zapytała zainteresowana przyniesionym przez Ceolsige tematem. — Tutaj również chodziła klątwa. Błotniste stopy spacerowały po domu nocą. Próbowałam… — zmarszczyła brwi, wydrapując paznokciem kroplę wosku wtopioną przypadkiem w materiał sukienki — zrozumieć ją. Okazało się, że nie miała mi niczego do powiedzenia. Sama zniknęła, gdy wstawiłam wybite okna.
Być może zakrawało to na naiwność — szukać sposobu, aby porozumieć się z czarnomagiczną klątwą, absurd. Helloise jednak, choć nie była zbyt dobrze wyedukowana i często błądziła w domysłach, przejawiała niemal dziecięcą potrzebę poznawania każdej rzeczy, z którą miała styczność.
Żółte woskowe słupki, które powstały, nie były może najwybitniejszym jej wytworem, lecz z pewnością można było je określić udanymi i mieć gwarancję, że sprawdzą się w swojej funkcji. Gdy ostatnie warstwy na świecach zastygły, Hella docięła ich knoty, wyrównała spody, aby stały stabilnie w pionie, i złożyła świece w pudle, w którym przygotowała wcześniej pozostałe produkty dla koleżanki.
Klątwołamacze potrafią być użyteczni — potwierdziła czarownica, wykruszając z palców zastygłe na skórze resztki wosku — na więcej jednak zdałaby się wszystkim poszkodowanym gorliwa modlitwa i godne uświęcenie dnia sabatu, niźli wydumane wynalazki klątwołamaczy. Gdzie nie ma boskiego wstawiennictwa, tam nigdy prawdziwie nie oczyszczą swoich domów, choćby i tuzin specjalistów dzień i noc zdejmował klątwy.
Tym akcentem Helloise przekierowała temat z powrotem na tworzenie daru. Wstała od stołu i zniknęła na chwilę schylona pod kuchennym blatem.
Zamknij oczy — poleciła Burke, wracając do niej z trzema buteleczkami ukrytymi w drewnianej skrzyneczce. — Zaczniemy od nadania tonu twojemu darowi. Czym nasączymy drewno? Gdy kapłani rzucą twój dar i twoją intencję w boski ogień, jak ma pachnieć dym, który poniesie twą modlitwę do Matki?
I podstawiła jej pod nos po kolei trzy zapachy:
Pierwszy był lekki i ziołowy. Ususzona, skoszona trawa, aromat momentami gorzki, momentami herbaciany. Był tu rumianek, rozmaryn, szałwia — wonie przesypywały się przez siebie. Zapach suchy i klarowny, choć nie przezroczysty.
Drugi pachniał głębokim lasem. Spomiędzy nut zapachowych wyglądały mchy i paprocie, wilgotna ziemia podobna tej, którą Ceolsige czuła, idąc do chaty. Gęsty bór, a w nim jodły, szyszki i żywice, wszystko zroszone jesiennym deszczem.
Trzeci zapach był zimny, metalicznie błyszczący, przykryty dymnymi nutami, oprawiony w gęstą woń korzennych żywic i ustrojony konwaliowymi girlandami, a pod wszystkim mirra, ambra, drzewo sandałowe, piżmo.


RE: [17/09/72] Taka cisza w ogrodzie - Ceolsige Burke - 09.11.2025

Niedziela nie była dniem cechującym się specjalnym pośpiechem. Ceolsige nie śpieszyła się do Londynu i jego uliczek wypełnionych zaduchem niedawnych tragedii, ewentualnie przetykanych zefirem nowych napięć. Było w tych wydarzeniach wiele okazji dla zaradnych, jednakże zbyt wiele z nich wywoływało zwyczajne zniesmaczenie.
Nawet nie zauważyła jak zapachy towarzyszące wytwarzaniu świec wprowadziły ją w nastrój zamyślenia. Powoli sączyła herbatę i rozważała kolejne implikacje, które dotykały jej bliższego i dalszego otoczenia. Większość zasobów miała już dobrze zabezpieczone i bardziej rozsądne byłoby porzucić Londyn… bardziej rozsądne dla kogoś bardziej rozsądnego. Ona nie miała w zwyczaju uciekać od odrobiny wyzwania, a tym bardziej tracić bezpośrednie spojrzenie na rozwój sytuacji. Myśl o tym jak obecna sytuacja przypominała jej szalony galop wywołała mimowolny uśmiech na twarzy.
Zbłądziła spojrzeniem w stronę Knieii, którą jej rozmyślania umieściły bliżej szkoły i czasów bardziej szalonych i beztroskich.
Głos Heliosem ponownie skupił jej uwagę na procesie wytwarzania świec i obecnym temacie. Uśmiechnęła się ponownie ciepło rozważając wywód wiedźmy o klątwach. Przywykła już do jej oryginalnego spojrzenia na pewne sprawy.
- Objawy są dość zróżnicowane i część podobno jest zaspokojona drobnymi naprawami. Niektóre jednak potrafią być dość uparte i zatwardziałe. - odstawiła herbatę i poprawiła swoją pozycję na krześle - Pojawiają się nawracające zacieki w towarzystwie smolistych śladów rąk , albo dym wypełniający pomieszczenie swądem wypalanej magią duszy. Pokiwała uprzejmie głową, bez wyraźnej intencji. - Myślę, że w tym wypadku możesz mieć rację. Na razie, podobnie jak w przypadku Kniei, żadne rozwiązanie nawet nie majaczy na horyzoncie. Chociaż powstają pewne teorie dostrzegające podobieństwo natury pojawienia się zjaw oraz powstaniem zadry i pojawiających się klątw.- wzruszyła ramionami jakby mówiła o niepewnej plotce. - Nie byłoby to takie zaskakujące, magia takiej skali nie powstaje w próżni. Powiodła spojrzeniem za odchodzącą Heliose.
Uniosła sugestywnie brwi na polecenie zamknięcia oczy. Jakby była to jakaś wyjątkowo zdrożna propozycja. Szybko jednak zrzuciła tą maskę i już z niemal niewinnym wyrazem twarzy zamknęła oczy i pochyliła się delikatnie do przodu. - Fajkę mam swoją, więc bez tytoniu proszę. Nie podejrzewała jednak by Heliose sięgnęła po tą woń.
Pierwszy zapach wydawał się jej dziwną mieszanką niepasujących do siebie wspomnień i odczuć. Rozmaryn i szałwia kojarzyły się jej z kuchnią i pieczeniom. Ten dziwny aromat trawy gryzł się jej jednak dodatkowo. Nie był to zły zapach ale nie był dobry. - To kojarzy mi się za bardzo z obiadem.
Drugi zapach od razu wepchnął jej świadomość w dzisiejszy poranek. Niemal mogła poczuć ponownie uderzenia chłodu na policzkach. Mimowolny wyraz niemal drapieżnego uśmiechu na chwilę zagościł na jej twarzy. - Chyba już tu dzisiaj byłam. Skomentowała powracając myślami do bieżącego zadania. Miała jeszcze przed sobą podróż do Londynu przed sobą. Zapach był kuszący ale nie pasował do jej wyobrażenia daru mającego nieść nieco ukojenia.
Chłód następnego zapachu był zaskakujący. Skrzywiła początkowo nieznacznie nos. Dym, korzenie i żywica. To był poważny zapach. Zapach jaki skojarzył się jej z ojcem oraz z książkami a także z czymś głębszym. Nuty dodatkowych zapachów, przywiodły jej w pamięci dawne grobowce i zapomniane magazyny. Zamruczała tylko zastanawiając się.
- Las jest doskonały. już wiedziała, który jej najbardziej pasował. Jednak drzewo sandałowe i mirra zdecydowania bardziej oddają mój nastrój i intencje. Trzecia próbka byłaby doskonała.
Dopiero wtedy otworzyła oczy, ciepło się uśmiechając. - Gdzie powinnyśmy zmierzać dalej?