Secrets of London
[11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) (/showthread.php?tid=5235)



[11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Astoria Avery - 14.10.2025

11.09.1972
#8 Popiół w płucach

W bezpiecznych murach posiadłości rodowej oddała się całkowicie w zatroskane ręce matki. Spała niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. Czasem przebudzała się tylko na chwilę, czując, jak ktoś poprawia koc, przykłada chłodny kompres do czoła, a potem znów zapadała w sen, ciężki i lepki jak miód. Śnił jej się dym - nie taki jak ten z fajki, łagodny i ciepły, ale gęsty, duszący, wdzierający się w płuca. Budziła się z uczuciem, jakby nadal tkwił w niej tamten zapach. I może właśnie tak było. Kiedy w końcu się przebudziła, światło poranka sączyło się do pokoju przez ciężkie zasłony. Gdzieś w oddali śpiewał ptak, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę po prostu leżała, próbując oddychać - płuca wciąż protestowały przy każdym głębszym wdechu, a gardło paliło, jakby połknęła popiół.
Aureliana Avery siedziała przy stoliku obok, czytając "Proroka Codziennego". Gdy tylko zauważyła, że Astoria się obudziła, odłożyła gazetę.
- Uzdrowiciele zalecają naturalne sposoby. Napary, syropy, inhalacje. W dzisiejszej czarownicy podali konkretne sposoby.
Astoria nie odpowiedziała. Przyjęła kubek i wypiła kilka łyków naparu. Był gorzki, ale ciepło rozlało się po ciele, przynosząc ulgę. Obok na stole parował kociołek z wodą, w której unosił się aromat rumianku i szałwii. Cały pokój pachniał jak szpital i ogród jednocześnie. Chciała zaprotestować, powiedzieć matce, że to już przesada. Ale nie miała serca, nie po śmierci Juliana. Pozwoliła matce zająć się nią tak, jak uważała za słuszne. Czuła w tej trosce miłość, która po śmierci pierworodnego syna stała się obsesją przetrwania reszty rodziny.
Przez resztę dnia Astoria siedziała owinięta w koc, z Vulcorem skulonym przy jej boku. Czuła się słaba, jakby ktoś wypalił w niej część życia, zostawiając jedynie cienką warstwę popiołu. Ale tutaj, w posiadłości Averych, wreszcie mogła oddychać - choć każdy wdech przypominał jej, jak blisko była, by już nigdy tego nie zrobić.

Następnego dnia rano czuła zawroty głowy. Inhalacje, syrop i napary pomagały w jakimś stopniu, być może nie potrzebowała uzdrowiciela, gdyby nie jej choroba genetyczna. Po stresie, jaki przeżyła tamtej nocy, czuła jak w jej klatce piersiowej osiada ciężar. Serce biło nierówno, słabo, jakby każde uderzenie wymagało od niego nadludzkiego wysiłku. Duszność powracała falami, a zmęczenie rozlewało się po ciele jak ciężka mgła.
Matka, widząc jej bladość i drobne drżenie rąk, nie zamierzała czekać. Nie pomogły protesty, zapewnienia, że to tylko zmęczenie, że napary i eliksiry przyniosą ulgę. Zmuszona troską, a może strachem, którego nie potrafiła już ukrywać, nakazała córce udać się do Świętego Munga. Prywatne wizyty nie wchodziły w grę - uzdrowiciele mieli pełne ręce roboty.
Wszelkie protesty były bezcelowe, więc dla świętego spokoju ubrała się i wyruszyła do szpitala. Na szczęście przy takim obłożeniu pacjentów, nikt nie zainteresuje się jej wizytą. Przy rejestracji podała swoje nazwisko i ogólne dolegliwości, starając się brzmieć rzeczowo, choć głos nieco jej drżał. Kobieta za biurkiem uniosła wzrok, gdy Astoria położyła przed nią sakiewkę, a potem bez słowa dopisała ją na samą górę listy oczekujących. Przywilej pozycji i nazwiska Avery - nie będzie czekała cały dzień, gdy może wykupić sobie pierwszeństwo. Usiadła na jednej z wolnych ławek, opierając się o chłodną ścianę. Korytarze szpitala pękały w szwach od rannych, poparzonych i tych, którzy nie mogli oddychać po wdychaniu toksycznego dymu.
Po chwili Vulcor, który dotąd siedział cicho na jej ramieniu, zeskoczył na kolana i zwinął się w kłębek. Przesunęła dłonią po jego łuskach, próbując wyłączyć się na chaos dookoła.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Basilius Prewett - 25.10.2025

Basilius gdy szedł dzisiaj do pracy był szczerze szczęśliwy, że wczoraj został w domu (no nie swoim domu) i mógł wreszcie odpocząć. Gdy natomiast pobył w pracy dłużej niż kwadrans był szalenie niezadowolony z faktu, że wczoraj zostawił pozostałych lekarzy z tym chaosem. Oni pracowali, a on leżał w łózku i spał jak zabity. Ale przynajmniej był nieco mniej blady i co było zdecydowanie ważniejsze ból i zawroty głowy na razie nie nachodziły go ponownie. No i nie krwawił z nosa, a to była naprawę duża ulga, gdy nocowało się w miejscu, gdzie taki widok mógłby wystraszyć jego przyjaciół. Plus więc był taki, że dzisiaj w Mungu Basilius nie był umierający. Minus natomiast ten, że chyba trochę wolał umierać, niż myśleć że wczoraj w ogóle nie pomagał.

Był akurat zajęty przepisywaniem jednej z pacjentek odpowiednich eliksirów. Kobieta po całej wizycie szybko wstała z miejsca i po krótkim pożegnaniu szybko wyszła z gabinetu, a Prewett westchnął ciężko i pozwolił sobie na całe dwie minuty spokoju, zanim nie wstał od biurka i zajrzał na korytarz, aby zawołać kolejnego pacjenta.
Poproszę następną osobę – powiedział rozglądając się po zgromadzonych w poczekalni, a jego wzrok padł akurat na Astorię Avery - zakładał, że kobieta udała się tutaj właśnie do niego, chociaż nie wiedział, że to jej kolej właśnie nadeszła. Była jednak jedną z jego stałych pacjentek i dobrze było widzieć, że chociaż potrzebowała pomocy uzdrowiciela, to najwyraźniej żyła.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Astoria Avery - 30.10.2025

Astoria podniosła głowę, czując lekkie drgnienie w piersi - nie z lęku, a raczej z ulgi. Basilius. Ten sam, który wielokrotnie pomagał jej z włochatością. Jego sylwetka, otulona bladą szatą uzdrowiciela, zdawała się nieść ze sobą znajome poczucie spokoju. Gdy mężczyzna prosił kolejną osobę, wstała ostrożnie, jak ktoś przyzwyczajony do ostrożności - nie tylko z powodu manier, lecz również własnego ciała. Czuła za sobą nieprzychylne spojrzenia, że wchodzi przed osobami, które czekały znacznie dłużej. Nie zamierzała przepraszać za uprzywilejowanie.
- Basilius - przywitała się, pozwalając sobie na cień uśmiechu. Zamknęła za sobą drzwi, które odcięło ją od hałasu korytarza - od echa kroków, kaszlu, odgłosów przywoływanych pacjentów - i weszła w głąb gabinetu. Zdecydowanie bardziej wolałaby kolejną wizytę domową, w zaciszu prywatności, ale nie mogła dłużej czekać, a pacjentów na razie tylko przybywało - przynajmniej tak utrzymywały brukowce, a mogła to potwierdzić, widząc tłumy na korytarzu Munga. Ujęła dłońmi krawędź krzesła i usiadła.
- Dobrze widzieć, że jesteś cały po tym szaleństwie.
Myśl, że zapewne ma dzisiaj dziesiątki podobnych przypadków, przemknęła jej przez głowę. Wszyscy oddychali tym samym powietrzem, pełnym popiołu, ale nie wszyscy mieli serce, które po każdym wysiłku odmawiało posłuszeństwa. Wciągnęła powietrze ostrożnie, płytko, by nie zdradzić, że każdy oddech pali ją od środka. I tak widział po niej najmniejsze oznaki.
- Pewnie domyślasz się z czym przychodzę. Drapanie w gardle i w płucach, kiepska wydolność, zawroty głowy  - mówiła rzeczowo, jak ktoś, kto nauczył się nazywać swoje dolegliwości z dystansem i precyzją. Zamiast niepokoju w jej głosie była tylko delikatna nuta zmęczenia. - Ciężko mi się oddycha, a przez nadmierną ilość stresu, myślę że muszę szybciej przyjąć eliksir na włochatość serca.
Starała się dobrze wyjaśnić objawy, choć pewnie większość miała podobne; ucisk w klatce piersiowej, ten znajomy, tępy ból pod żebrami, który rozlewa się jak fala, kiedy zbyt długo stoi albo zbyt głęboko oddycha. Płuca jakby wyściełane sadzą, jakby dym nie chciał jej opuścić. Krótki oddech, który pojawia się nawet po przejściu kilku kroków; uczucie ciężkości, które nie ustępuje nawet w spoczynku.
Czekała, bo choć wiedziała, jak badanie zwykle wygląda podczas standardowej wizyty, to jednak przez ten przeklęty popiół w płucach, procedura mogła wyglądać dziś inaczej.
- Moja mama nalegała, żebym przyszła, wiesz jaka potrafi być nadopiekuńcza. Poczekałabym aż się trochę... uspokoi, ale za szybko się męczę, za dużo kaszlę - wytłumaczyła jeszcze, jakby potrzebowała usprawiedliwienia, by zobaczyć uzdrowiciela. Nie lubiła okazywać słabości, a aktualnie cała poczekalnia pacjentów widziała, że panna Avery wymaga leczenia. Oby nikomu nie przyszło do głowy umieszczać tego w gazecie. - A i próbowałam metod z Czarownicy, ale niespecjalnie pomogły.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Basilius Prewett - 15.11.2025

Prewett uśmiechnął się słabo.
I nawzajem – powiedział, bo dobrze było w tym wszystkim wiedzieć, że przynajmniej kolejna osoba miała się dobrze. Albo że przynajmniej żyła. – Proszę usiądź. Twój dom jest cały? – Gestem wskazał, aby usiadła na krzesłe, samemu jeszcze najpierw wyciągając jedną z teczek. Basilius chyba rzeczywiście, jak na wszystko co działo się w ciągu ostatnich kilku dni, był w całkiem dobrym stanie, może jedynie odczuwał większe zmęczenie niż zwykle, a płuca czasem się na nim wyzłośliwiały, ale widząc jak popiół wpłynął na innych to chyba nie powinien za bardzo narzekać. Nie że w ogóle nie planował narzekać.

Zanim jakkolwiek odpowiedział kobiecie, spisał szybko wszystkie objawy przedstawione mu przez Astorię, a potem powrócił uwagą do swojej rozmówczyni.
Obawiam się, że twoja matka ma rację. Nie warto ryzykować zwłaszcza przy włochatości – Nie był pewny czy fakt, że sam miał tę samą przypadłość i Astoria o tym wiedziała, wpływał pozytywnie na jego słowa, czy może też nie, jeśli tylko Avery dowiedziałaby się od kogoś jak to uzdrowiciel z podobnymi zdrowotnymi, zalecający jej spokojny tryb życia, biegał po Londynie w trakcie pożarów
Powiedz mi proszę, czy towarzyszy temu również czarną wydzielina? – spytał, przyglądając się jej uważnie. – Oczywiście muszę cię zbadać i upewnić się co do przyczyny, ale muszę też z góry zaznaczyć, że na razie nie mamy opracowanego jednego eliksiru, który od razu zniwelowałby wszystkie objawy – Co prawda z tego co słyszał i widział niektórym dość szybko pomagały domowe sposoby, ale żaden z uzdrowicieli nie miał na razie pewności, czy kaszel na nowo nie nasili się. Bo najwyraźniej spalone dobytki i zmarli bliscy to było za mało i ich społeczeństwa musiało być jeszcze terroryzowane kaszlem.  – Niektóre domowe sposoby przynoszą pacjentom ulgę, a kaszel się zmieniejsza. – skrzywiĺ się. – Oczywiście nie rozumiem czemu ktokolwiek przepuścił amulet z bursztynu jako sprawdzony środek, ale podejrzewam, że nie można spodziewać się zbyt dużo po Czarownicy.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Astoria Avery - 26.11.2025

Jego spokojny ton zwykle koił, ale tym razem wyczuła pod nim zmęczenie, jak cienką pajęczynę, której dotyk znała aż nazbyt dobrze. Usiadła tam, gdzie wskazał, poprawiając materiał spódnicy z nawyku, który miał dać jej pozory opanowania.
- Cały. Ale nie mogę pozbyć się dymu. Wsiąkł we wszystko - odpowiedziała z cichym westchnięciem, powoli, jakby powietrze musiała przeciskać przez bolesny ucisk pod żebrami. Problem mieszkania pozostawał aktualny, bo żadne zaklęcie nie pomagało. Jakby całe mieszkanie zostało skażone od środka. - A twój?
Nie chciała teraz myśleć ilu czarodziejów straciło domy. Zacisnęła dłoń na kolanie. Teraz musiała skupić się na swoim zdrowiu. Basilius spisywał objawy z tą samą skrupulatnością, z jaką kiedyś notował jej pierwsze ataki włochatości. Znał jej przypadłość aż za dobrze, dlatego ufała mu w kwestii leczenia, tym bardziej, że sam zmagał się z tą chorobą. Wiele razy uratował jej skórę.
- Czy i tobie dym dał się tak we znaki? - zastanawiała się, jak mężczyzna przeżył pożar, ale widocznie dobrze, skoro był na tyle sprawny, by leczyć innych. Może włochatość sama w sobie nie była tu głównym czynnikiem osłabienia? Może ona sama  była po prostu za słaba? Może zbyt dawno przyjęła eliksir wspomagający?
Temat wydzieliny odruchowo wywołał w niej dreszcz obrzydzenia - miała ochotę skrzywić się, odsunąć od samej myśli o tym, co działo się w jej własnych płucach, o tym ciężkim, gryzącym nagromadzeniu brudu, które chciało wydostać się na zewnątrz. Ale przecież siedziała naprzeciwko człowieka, który całe życie spędził na zaglądaniu ludziom do gardeł, na składaniu połamanych żeber, na ratowaniu ciał w stanie sto razy gorszym niż jej.
- Tak, ale niewiele - mruknęła w końcu, krzywiąc się nieznacznie.
Gdy zaczął tłumaczyć sytuację z eliksirami, pokiwała tylko głową, już spodziewając się takiej odpowiedzi.
- Rozumiem. Naprawdę nie oczekuję cudów - powiedziała miękko. - Chcę tylko móc oddychać głębiej niż na pół płuca. I nie kaszleć jak górnik z kopalni goblinów.
Znała procedury, nie zamierzała sprzeciwiać się badaniu, choć jego kolejne słowa wywołały w niej niemałe rozbawienie. Zamiast od razu odpowiedzieć, uniosła dłoń do dekoltu. Palcami wsunęła je pod materiał bluzki, po czym wyciągnęła na łańcuszku niewielki bursztynowy amulet, który błysnął w świetle gabinetowej lampy. Zawisł jej na palcach, kołysząc się ostentacyjnie.
- Ten amulet? - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Tak, matka mnie zmusiła. Mówiłam jej, że to nie ma sensu - pozwoliła, by amulet opadł jej z powrotem na skórę. - W każdym razie  jestem gotowa. Zanim magia bursztynu uzdrowi mnie na śmierć.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Basilius Prewett - 08.12.2025

A więc niestety nie byli jedyni i przykre efekty pożarów zalęgły się w domach również czarodziejów.
U mnie niestety jest podobnie, tylko że to nie dym, a dziwna sadza. Ale jestem pewny, że za jakiś czas da się to naprawić – powiedział, chociaż nie był do końca pewny, czy właśnie nie skłamał. Logika podpowiadała mu, że większość klątw i uroków, a także pozostałości po nich, dałp się w końcu złamać, zwłaszcza gdy problem najwyraźniej był dość powszechny. Natomiast ta bardziej negatywna strona Prewetta, podpowiadała mu, że może warto było zacząć się już rozglądać za nowym mieszkaniem.
Mam się dobrze. Dziękuję, że pytasz – odpowiedział krótko, nie chcąc wdawać się w szczegóły, ani chwalić się tym, że kaszel, jak na razie, go nie męczył. Jedyne co mu dolegało to zmęczenie, ale zakładał, że nie musiał mówić o tym osobie, która doskonale to zmęczenie znała.

Wysłuchał uważnie tego co miała do powiedzenia, widząc że wspomnienie o wydzielonie wywołuje w niej dyskomfort. Uśmiechnął się pocieszająco i już miał coś powiedzieć, kiedy czarownica pokazała mu ten przeklęty wisiorek z bursztynem. Basilius musiał z całej siły powstrzymać się, aby wszystkie sugestie odnośnie stanu poczytalności matki Astorii, redakcji Czarownicy, jak i całego magicznego społeczeństwa nie wydostały się z jego ust na wolność. Widząc jednak, że i sama kobieta widzi jak głupie to było, pozwolił sobie na krótkie parsknięcie śmiechem.
Przynajmniej i tak wysłała cię do uzdrowiciela – powiedział w końcu, gdy wreszcie udało mu się opanować frustrację. – No dobrze. Skupmy się na badaniach i potem porozmawiamy, ale jeśli cię to pocieszy, to niektórzy pacjenci, którym wczoraj przepisano inhalacje, dzisiaj mają się już lepiej, więc i u ciebie wszystko powinno być w porządku.

Z tymi słowami wreszcie przystąpił do badania, rzucając odpowiednie zaklęcia diagnostyczne, zadając pytania, czy też prosząc kobietę o odkaszlnięcie. Nie trwało to bardzo długo, ale dłużej niż zazwyczaj i Astoria mogła zauważyć, że Basilius był skupiony jeszcze bardziej, niż podczas standardowych wizyt. Wreszcie uzdrowiciel odsunął się od pacjentki, skinął głową, że już skończył i ponownie zapisał coś w swoim notesie.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Astoria Avery - 13.01.2026

Wspólnota w nieszczęściu miała w sobie coś kojącego, nawet jeśli była gorzka. Dowód na to, że to, co ją spotkało, nie było ani karą, ani osobistą porażką, lecz częścią czegoś większego, czego nikt nie był w stanie przewidzieć ani powstrzymać. Wiedziała o tych, którzy wracali do zgliszcz, do pustych fundamentów. O ludziach, którzy stracili nie tylko dach nad głową, ale całe fragmenty własnej historii. Na tym tle jej własne straty wydawały się niemal łagodne. Uciążliwe, duszące, frustrujące, ale nie ostateczne. Dym można było próbować usunąć, nawet jeśli wracał. Nie pozwalała więc użalać się nad sobą zbyt długo.
- Mam nadzieję, bo próbowałam już wszystkiego. Chyba została mi tylko modlitwa - prychnęła, gdy w jej myślach pojawił się obraz ścian oddychających popiołem i sadzą oraz zaklęć, które odbijały się od nich bezsilnie. Rozważała sprzedaż mieszkania, ale nie zamierzała się tak od razu poddawać. Złe samopoczucie wpływało na jej skupienie, dlatego w ostatnich dniach głównie odpoczywałs. Nie dało się inaczej pod jednym dachem z nadopiekuńczą matką.
Uśmiechnęła się na jego zapewnienie, ale zauważyła to, czego nie powiedział na głos: delikatne napięcie w ramionach, cień pod oczami, ledwie uchwytną szorstkość w ruchach, jakby ciało od kilku dni funkcjonowało na samej determinacji i przyzwyczajeniu, a nie na prawdziwym odpoczynku. Nie dziwiło jej to ani trochę. W ostatnich dniach przez Świętego Munga musiał przewinąć się nieprzerwany strumień pacjentów. Dlatego nie dopytywała, nie naciskała, nie próbowała wyciągać z niego więcej.
- Wiesz, chyba nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że dawno nie brałam nic na włochatość. Ostatnia dawka skończyła mi się cztery miesiące temu - przyznała jeszcze zanim przystąpił do badania. Zaniedbała to przez natłok obowiązków, dlatego teraz było dużo gorzej. Wiedziała, że trzy miesiące to granica. Znała ją aż za dobrze, bo na przestrzeni lat zdarzyło jej się już zapomnieć o eliksirach. Przez długi czas objawy dawały się ignorować: zmęczenie można było zrzucić na pracę, duszność na stres, zawroty głowy na brak snu. Zwłaszcza ostatnie tygodnie sprzyjały takiemu oszustwu wobec samej siebie.
Badanie rozpoczęło się płynnie, niemal rutynowo, a jednak Astoria od razu wyczuła różnicę. Zaklęcia diagnostyczne sunęły po jej ciele jak chłodne nici, zatrzymując się dłużej w okolicach klatki piersiowej. Czuła znajome ukłucia niepokoju, gdy powietrze w płucach nagle wydawało się gęstsze, jakby musiała świadomie przypominać sobie o każdym wdechu. Wiedziała, że to po części stres, po części dym, po części jej własne serce. Nie zapytała, dlaczego trwa to dłużej niż zwykle. Zamiast tego podporządkowała się badaniu tak, jak robiła to od lat - mechanicznie, niemal odruchowo. Prostowała się, gdy o to proszono, oddychała głębiej, gdy trzeba było, odkaszlnęła, kiedy uzdrowiciel skinął głową. Jej ruchy były spokojne, wyważone, pozbawione nerwowości, choć ciało reagowało na wysiłek znajomym, nieprzyjemnym napięciem. Ona ufała jego doświadczeniu na tyle, by nie zakłócać procesu niepotrzebnymi pytaniami; on badał ją z uwagą, która zdradzała zarówno profesjonalizm, jak i świadomość jej historii. Astoria skupiła się więc na tym, co mogła kontrolować: na równym oddechu, na bezruchu, na ignorowaniu ciężaru w klatce piersiowej, który dawał o sobie znać przy każdym głębszym wdechu. Gdy odstąpił, obserwowała jego ruchy w ciszy, czując, że cokolwiek zaraz usłyszy, będzie przynajmniej nazwane. A nazwanie rzeczy od zawsze dawało jej poczucie kontroli, nawet jeśli samo rozwiązanie wciąż pozostawało poza zasięgiem.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Basilius Prewett - 06.02.2026

Hm... Wiesz, w najgorszym wypadku jeśli się pomodlisz zbyt mocno w twoich drzwiach stanie jakaś dewotka, w najlepszym będziesz mieć ponownie swoje mieszkanie – powiedział pół żartem, pół serio, a potem z jego twarzy zniknęły jakiekolwiek ślady wesołości.
Ostatni raz brała eliksir cztery miesiące
temu.
Eliksir, który wchłaniał część niesfornych tkanek, wrednie porastających ich serca, tak aby organ miał możliwość swobodnego pompowania krwi.
Eliksir który zapobiegał sytuacji, w której jej życie mogło zakończyć się przedwcześnie.
Eliksir, który, chociaż każdy przypadek był inny, najbezpieczniej było brać przynajmniej co trzy miesiące.
A Astoria nie brała go od czterech.

W swoim życiu Basilius miał tę zasadę, że okazywał swój bardziej złośliwy aspekt okazywania troski, tylko rodzinie i bliskim przyjaciołom, a chociaż naprawdę lubił Astorię, to nie wypadało mu raczej wypowiedzieć na głos tych wszystkich złośliwych komentarzy, które właśnie pojawiły się w głowie Prewetta
.
Zamiast tego po prostu zbadał czarownicę na spokojnie po czym spisał to czego potrzebował w swoim notesie. Kaszel był... Nie chciał powiedzieć, że mało problematyczny, bo to zdecydowanie był problem, ale zakładał, że, podobnie jak u innych domowe metody będą w stanie jej pomóc.

Odsunął się od biurka, podszedł do jednej z gablotek po czym usiadł ponownie przed swoją pacjentką, wręczając jej doskonale znany im obojgu eliksir na włochatość serca.
Dlaczego go nie brałaś? – spytał cicho, próbując jakkolwiek zrozumieć co musiało się wydarzyć. Sam czasem miał dni, gdy czuł się naprawdę paskudnie chociaż brał eliksir regularnie. Wiedział jednak, że z każdym kolejnym tygodniem pomiędzy dawkami, szansa że będzie więcej gorszych dni jedynie wzrastała... Czemu więc sobie to robiła?


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Astoria Avery - 28.02.2026

Jego żart wywołał u niej krótkie, ciche parsknięcie - bardziej powietrze niż śmiech, ale wystarczające, by na moment rozluźnić napięcie. Wizja dewotki stukającej do jej drzwi była absurdalna i niemal przyjemnie prozaiczna.
- Oby tylko nie zaczęła przestawiać mebli - mruknęła lekko, zanim mężczyźnie zrzedła mina. Wiedziała, że powinna przyjmować eliksir regularnie. A jednak pozwoliła, by minął miesiąc. I jeszcze jeden. Choroba nie była dramatyczna na co dzień. Nie krzyczała. Nie domagała się uwagi jak rana. Była raczej ciężarem noszonym pod ubraniem - czymś, co uwierało tylko wtedy, gdy zatrzymała się na chwilę i pozwoliła sobie to poczuć. Na co dzień łatwiej było udawać, że to tylko drobna niedogodność. Że zmęczenie to kwestia pracy. Że zadyszka to efekt pośpiechu. Że ucisk w klatce piersiowej to stres. Natłok obowiązków był wygodnym sprzymierzeńcem w tym oszustwie. Galeria pulsowała życiem, nazwiska artystów, negocjacje, listy, plany wystaw, rozmowy, które trzeba było prowadzić z precyzją. Każdy dzień był wypełniony po brzegi. W takim rytmie łatwo było odsunąć na bok myśl o własnym ciele. O tym, że zapasy się kończą. Że powinna była zamówić kolejną porcję. Że jej serce nie funkcjonuje jak inne. Zapomniała. A może nie zapomniała. Może świadomie przesunęła to na później. Było w tym coś więcej niż zwykłe przeoczenie. Było zmęczenie byciem ostrożną. Byciem rozsądną. Byciem tą, która zawsze pamięta o terminach, o dawkach, o kontrolach. Jej życie od lat dzieliło się na trzymiesięczne odcinki, jakby ktoś rozrysował je w tabeli i zaznaczył czerwonym atramentem daty graniczne. Normalność miała datę ważności. Czasem chciała choć przez chwilę poczuć się poza tym systemem. Nie jako przypadek medyczny. Nie jako serce wymagające nadzoru. Nie jako delikatna konstrukcja, która musi być regularnie wzmacniana, by się nie rozpadła. Cztery miesiące były buntem w najcichszej możliwej formie. Bez słów, bez gestów. Buntem polegającym na odkładaniu fiolki na później. Na sprawdzaniu, czy świat się zawali.
Nie przewidziała jednak pożaru. Dlatego teraz siedziała w gabinecie, z ciężarem dymu w płucach i ciężarem własnej lekkomyślności w myślach, i wiedziała, że granica została przekroczona nie dlatego, że chciała umrzeć, lecz dlatego, że przez moment chciała żyć tak, jakby nie musiała o tym myśleć.
Gdy odsunął się, by sięgnąć do gabloty, jej spojrzenie na moment zawisło na jego dłoniach. Zbyt dobrze znała tę sekwencję ruchów. Szklana fiolka połyskiwała matowo w świetle gabinetu, ciecz w środku miała znajomy, ciężki odcień. Eliksir, który wchłaniał nadmiar tego, co nie powinno rosnąć. Eliksir, który kupował jej czas. Przyjęła go bez wahania i na moment opuściła wzrok na fiolkę, obracając ją lekko między palcami. Szkło było chłodne. Stabilne. W przeciwieństwie do niej. Wzruszyła lekko ramionami.
- Nie masz czasem tego dosyć? Tego życia odmierzającego się dawkami? - spojrzała na niego, szukając nie pomocy medyka, tylko wsparcia towarzysza niedoli. Czy tylko ona budzi się z myślą, że chciałaby nie liczyć dni? Że chciałaby sprawdzić, kim byłaby bez tej stałej kontroli, bez planowania wszystkiego wokół kolejnej dawki? - Nie kusi cię czasem, żeby sprawdzić, kim byłbyś bez nich? - Była zmęczona byciem ostrożną. Zmęczona odpowiedzialnością za własne istnienie w tak dosłownym wymiarze. Zmęczona świadomością, że nie może pozwolić sobie na spontaniczność nawet w kwestii własnego organizmu.


RE: [11.09.1972] The quiet between breaths (Astoria Avery, Basilius Prewett) - Basilius Prewett - 06.04.2026

Nie patrzył na nią oceniająco. Po prostu wysłuchał tego co miała do powiedzenia, próbując zrozumieć jej perspektywę tylko że...
Tylko że bardzo ciężko było mu ją zrozumieć. Czy miał dosyć? Na pewno bywał zmęczony. Zmęczony byciem zmęczonym, wracaniem do domu bez siły na cokolwiek innego, zmęczony zastanawianiem się czy uda mu się zrealizować plany na wyjście gdzieś w weekend, czy jednak obudzi się w sobotę czując się fatalnie. Zmęczony nawet takimi głupotami jak zasypianie na kanapie, kiedy chciało się tylko poczytać na niej książkę.  Tak, jakkolwiek by to nie brzmiało, czasem męczył się tym jak bardzo jego ciało wymagało odpoczynku. To było męczące. Ale branie leków dzięki którym czuł się jednak mniej zmęczony? Tego raczej dosyć nie miał.
Na pewno jest to... Ucią–upierdliwe – powiedział uśmiechając się do niej. – I rozumiem, że to może frustrować, ale... – Zamilkł na chwilę, zastanawiając się jak bardzo radykalny mógł być w swoich kolejnych słowach. – Ale nie muszę sprawdzać kim byłbym bez leków, bo doskonale znam odpowiedź na to pytanie. Byłbym martwym bratem, przyjacielem i synem. – Alternatywa nie była zbyt kusząca, zwłaszcza że teraz w Zaświatach czekała na niego Florence, która na pewno nie dałaby mu obiecywanego wszystkim zmarłym świętego spokoju, gdyby dowiedziała się jak zakończył swoje życie.
Myślami powrócił jednak do Astorii, bo on wiedział że będzie brać leki, to o nią się martwił.
Czy mogę coś zrobić, aby było to dla ciebie łatwiejsze? – spytał w końcu, zakładając że straszenie ją skutkami zdrowotnymi ignorowania eliksirów nie miało najmniejszego sensu. – Wiesz, jeśli tego potrzebujesz... Istnieją magimedycy, z którymi można porozmawiać o zmęczeniu chorobą.