![]() |
|
[14.09.1972] Fuillemort - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [14.09.1972] Fuillemort (/showthread.php?tid=5236) Strony:
1
2
|
[14.09.1972] Fuillemort - Leviathan Rowle - 14.10.2025 Zamiast użalać się nad tym, co działo się u Ollivanderów, mógł zainteresować się tym, co mogło stać się u Astorii. Tak byłoby łatwiej. Byłoby to też o wiele bardziej właściwe, logiczne i usprawiedliwione, ale kiedy Czarny Pan wymagał decyzji, chyba zanadto szarpały go dawne przywiązania i nadzieje. Może też trochę wciąż ciągnęły się za nim plany, dotyczące badania nowych rdzeni i ich właściwości - chronił zatem swój własny interes. Tylko po co, kiedy jedyną osobą która poniewierała się po zakurzonym sklepie był stary dziad, który nigdy nie żywił do niego sympatii? Śmierdziało już na korytarzu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zapach dymu i popiołu zdawał się wgryzać w mury i trwać, jakby nie chciał się rozstawać z nowym otoczeniem. Z tego też co Leviathan zdawał sobie sprawę, podobnie miało się w innych miejscach, które dotknął pożar. Pasmo katastrof nie skończyło się wraz z przemijającymi płomieniami, pozostawiając domostwa naznaczone w taki, lub inny sposób. Albo kompletnie zniszczone. Dodatkowo, na niebie wciąż tłoczyły się ciemne, gęste chmury, rozwiewające się niezwykle powoli i topornie, jakby Czarny Pan usilnie nie pozwalał zapomnieć ludziom o tym, co przynosił brak lojalności wobec niego. I bardzo dobrze. Pukanie do drzwi wydawało się powolne czy wręcz leniwe. Nie miał powodu roztrząsać się nad tym, czy Avery była cała i zdrowa. To akurat zdążyli wymienić w krótkich listach, które wysłali sobie zaraz po Spalonej Nocy - Rowle pewnie zajrzałby do niej wcześniej, ale miał przynajmniej jeden dobry powód, by uwierzyć że nie stało się jej nic strasznego kiedy Londyn płonął. Po pierwsze, sympatie Averych nie były niczym odkrywczym, co sama Astoria zdawała się tylko potwierdzić ósmego września. Po drugie, Levi miał na głowie przygotowania do ekspedycji w towarzystwie klubu Artemis, która miała zająć się dzikimi wężami morskimi. Po trzecie, należało zająć się nowymi gośćmi w rodowej rezydencji, bo nawet jeśli matka Roselyn była rodziną, to jej stan wymagał nieco więcej opieki i uwagi. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Astoria Avery - 15.10.2025 Minęło sześć dni od pożaru. Londyn wciąż pachniał dymem - albo ten smród wrył jej się w nozdrza i nie potrafiła go zapomnieć. Przez ten czas przebywała w rodowej posiadłości Averych, wśród ciszy, która miała przynieść spokój, a zamiast tego tylko podkreślała, jak bardzo odwykła od bezruchu. Jej matka, jak zawsze, otaczała ją przesadną troską. W salonie nieustannie czekał na nią kubek parującego naparu, a przy łóżku pojawiały się kolejne fiolki z eliksirami zalecanymi przez uzdrowicieli. Wizyta w Świętym Mungu była krótka, ale wystarczająca, by upewnić wszystkich, że nie ma trwałych obrażeń. Odrobinę wcześniej musiała zażyć eliksir na włochatość serca, a resztki dolegliwości miały ustąpić przy odpowiednim odpoczynku. Jednak stan jej mieszkania nie dawał jej spokoju. Musiała sprawdzić, czy cokolwiek z jej rzeczy da się uraotwać. Teleportowała się do centrum po śniadaniu. Ulica Pokątna wyglądała inaczej niż zwykle. Choć większość witryn już odnowiono zaklęciami, gdzieniegdzie widać było okopcone mury, ślady po płomieniach i wybitych szybach. Ludzie poruszali się ostrożnie, ona także. Jej kamienica wciąż stała i najwyraźniej odniosła mniej obrażeń, niż pozostałe dookoła. Weszła do środka ostrożnie, a drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem. Astoria odruchowo zasłoniła usta dłonią. Dym wciąż był tu obecny - niewidzialny, lepki, przywierający do skóry i włosów. Miała wrażenie, że nawet oddech smakuje jak popiół. Zrzuciła płaszcz, odgarnęła włosy z twarzy i uniosła różdżkę. Okna otworzyły się szeroko, a zaklęcie poruszyło powietrze. Przeciąg zawirował w pokoju, podrywając kurz i sadzę w szary taniec. Zasłony uniosły się lekko, a przez uchylone ramy wdarł się chłód wczesnojesiennego dnia. Dym zaczynał ustępować, ale jego zapach - ciężki, duszny, gryzący w gardło - pozostał. Mimo przewietrzenia, mimo kolejnych zaklęć oczyszczających, czuła, że nic tu nie będzie pachnieć tak jak dawniej. Drewno, papier, płótna - wszystko przesiąkło dymem, jakby mieszkanie zapamiętało tamtą noc i nie chciał jej zapomnieć. Gdy usłyszała pukanie, oderwała się od przeglądania strat w garderobie i poszła otworzyć drzwi. W progu stał Levi. I chociaż chciała go udusić, to w pierwszym instynkcie rzuciła mu się w ramiona. - Masz szczęście, że nic ci nie jest. I że mi nic nie jest - westchnęła ciężko. Czuła pod palcami szorstki materiał jego płaszcza, a przez moment pozwoliła sobie na oddech głębszy, spokojniejszy. Pachniał chłodem i powietrzem z zewnątrz, czyli zupełnym przeciwieństwem dusznego wnętrza. Po chwili jednak oderwała się od niego, zmrużyła oczy i bez ostrzeżenia uderzyła go dłonią w ramię. Nie było w tym prawdziwej siły, raczej gest rozładowania napięcia. I tak nie byłaby w stanie zrobić mu krzywdy. - Dzięki za ostrzeżenie - mruknęła poirytowana, wpuszczając go do środka. Smogocznik leżący do tej pory na śmierdzącej kanapie, rozpoznał Rowla i podleciał w nadziei na smakołyk. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Leviathan Rowle - 16.10.2025 Stał przed drzwiami i uważnie lustrował ich powierzchnię, jakby mógł z niej wyczytać... w sumie to cokolwiek. Spojrzenie przebiegało leniwie po popękanej, nieco zmęczonej farbie, która miejscami wybrzuszała się z kolei w bąble, wywołane towarzyszącym płomieniom gorącem. To był chyba bardzo dobry moment, żeby przygotować sobie i ułożyć w głowie jakieś sensowne wymówki; przeprosić, że nie okazało się lepszym i bardziej efektownym. Ale nie byłby sobą, gdyby teraz postanowił się przed nią tak zwyczajnie kajać. To nie tak, że się o nią nie martwił, ale było to uczucie ciche i nacechowane właściwym dla niego, pozornym spokojem. Za dobrze jej się w życiu powodziło, by Spalona Noc tak zwyczajnie uderzyła w nią z całą mocą, zwalając z nóg i poddając w wątpliwość to, po której stronie stała ona i jej rodzina. Astoria zwyczajnie urodziła się odpowiednim rodzicom i podejmowała równie słuszne decyzje i nawet jeśli jej mieszkanie śmierdziało, a płomienie oblizały elewacje całego budynku, skończyła lepiej niż reszta mieszkańców miasta. I powinna się z tego zwyczajnie cieszyć. Objął ją mocno, zaszczepiając w tym geście jakąś ulgę, która napłynęła gdy poczuł jej dotyk. Kiedy znajdowała się poza zasięgiem wzroku, jawiła się nieco jak odklejona od rzeczywistości i zawieszona w przestrzeni niepewności. A teraz była na wyciągnięcie ręki i tak jak mówiła - nic jej nie było. - Mogę więc powiedzieć, że robi to ze mnie najszczęśliwszego człowieka w całej Anglii - odpowiedział z przekornym uśmiechem. Pachniał chłodem i powietrzem, ale bardziej niż Londyńska spalenizna, ubrań wciąż czepiała się leśna świeżość, głównie dzięki teleportacji. Spod iglastej zieleni i drzewnych nut, wciąż jednak wychylała się charakterystyczna, ostra nuta smoczej siarki. - Nie było na coś takiego czasu - mruknął, podążając za nią głębiej w mieszkanie. Widząc trzepoczące skrzydła, wysunął dłoń, pozwalając jaszczurce przysiąść na niej. Pogłaskał go delikatnie. - Nie masz aż tak na co narzekać. Mieszkanie stoi całe, a zapach... musiała być jakaś cena za to, by tak po prostu ktoś cię nie podejrzewał, prawda? RE: [14.09.1972] Fuillemort - Astoria Avery - 16.10.2025 Dopiero teraz, kiedy stał tu przed nią cały, nieposzarpany przez ogień ani klątwy, mogła pozwolić sobie na ulgę. Gdy zrozumiała, że śmierciożercy byli odpowiedzialni za pożar, martwiła się o Leviego. Wiedziała, że był jednym z nich, że nie był biernym obserwatorem chaosu, lecz częścią jego centrum - sercem burzy. Bała się, że mógł ucierpieć, że kolejny dzień przyniesie kolejne złe wieści. Poczuła, jak jego ramiona zaciskają się wokół niej mocniej przez moment trwała nieruchomo, czując, jak jego dotyk rozprasza napięcie. Najważniejsze, że był cały, jak zawsze. Zapach smoczej siarki uderzył ją dopiero po chwili, ledwo wyczuwalny, ale znajomy. - Można tak powiedzieć - prychnęła lekko, choć wcale nie było jej do śmiechu. - Nie pisałam ci tego, ale naprawdę niewiele brakowało. Cofnęła się, tworząc nimi większy dystans. Ta noc była dla niej traumatyczna z wielu powodów i ostrzeżenie uchroniłoby ją przed wieloma błędami podczas pożaru. Nie obwiniała go. Wierzyła, że naprawdę nie miał czasu, że był zbyt głęboko w samym środku chaosu, by pomyśleć o czymkolwiek poza przetrwaniem. Dlatego kiwnęła głową. - Duszący dym w połączeniu z moimi dolegliwościami okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Prawie się udusiłam. A potem niemal zginęłam z rąk mugolaków - mówiła jakby opowiadała o prognozie pogody, ale w środku ciągle ściskało ją na bolesne wspomnienia. Ta noc tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że mugolacy są niegodni magii - zbyt słabi, podatni na agresję, bezmyślnie poddawali się impulsom i gniewowi. Podobną krytyką nie obdarzyła natomiast Voldemorta i jego zwolenników, jakby ich działania były w pełni uzasadnione. A przecież to przez nich jej życie było zagrożone. Gdy prowadziła do z powrotem do swojej garderoby, w której wciąż przeglądała swoje rzeczy, w powietrzu unosił się zapach spalenizny, wgryziony w tkaniny i drewno. - Tak, wiem. To niewielka cena w porównaniu do innych kamienic. Ale Levi, tego smrodu nie da się pozbyć! - mruknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem, marszcząc nos. - Przewietrzyłam wszystko, rzucałam zaklęcia oczyszczające, użyłam nawet eliksirów. Nic nie dało. Każda tkanina wydawała się martwa. Aksamity straciły połysk, jedwabie przesiąkły dymem, nawet koronkowe mankiety zżółkły przy krawędziach. Unosiła kolejne suknie, jedne odkładając, inne wyrzucając na bok. - To siedzi wszędzie - ciągnęła, pół do siebie, pół do niego. - W powietrzu, w podłodze, w meblach. Musiałam przeprowadzić się do rodziców, dopóki nie znajdę jakiegoś ratunku. Wystarczy dosłownie pięć minut, żeby całkowicie przesiąknąć tym smrodem. Po wyjściu stąd oboje będą śmierdzieć jak dymiące kociołki. Westchnęła, przysiadła na brzegu łóżka i oparła łokcie na kolanach. - Znasz jakiś sposób? - spojrzała na niego z nadzieją, bo perspektywa wyrzucenia wszystkich ubrań i drogocennych przedmiotów byłaby nie do zniesienia. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Leviathan Rowle - 17.10.2025 Spiął się na moment w środku, słysząc że wcale nie powinien być z siebie aż taki zadowolony - coś i tak czyhało na nią tamtej nocy i igrało z jej życiem. Wcale mu się ta wizja nie podobała, ale niestety jak to często bywało - nie był w stanie się rozdwoić. Kiedy Czarny Pan wzywał, należało bezwzględnie odpowiedzieć. Nie mógł więc pobiec czym prędzej do wszystkich, których uważał za godnych zbawienia, tak samo jak i nie był w stanie wysłać jej chociażby głupiej sowy - głównie dlatego że strzelali do nich jak do kaczek, kiedy latały w popłochu nad płonącym Londynem. To wszystko było zbyt złożone i skomplikowane, ale bezradność gnieździła się gdzieś w jego głowie nieprzyjemnie, kłócąc się z poczuciem obowiązku, które było w nim dość silne. - Ciężko mi tego słuchać - przyznał z pewnym bólem. - Ale, mam nadzieję, zdążyłaś już skorzystać z usług jakiegoś uzdrowiciela? Twoje serce ma się o wiele lepiej? - dopytał, ale tam gdzie powinna pobrzmiewać troska, ton wyostrzał się nieco, przygotowując na kolejne pytania. - Mugolaki? Co ci zrobili? - dopytał, a pionowe źrenice wbiły się w nią z gadzią czujnością. - Mam nadzieję, że spotkała je za to kara? Gdybym tylko tam był... - to sam by się o to postarał. Cała Spalona Noc przyniosła mu chyba więcej poczucia wstydu w tym nieprzyjemnym, niezbyt intensywnym wydaniu, o którym równie łatwo było zapomnieć co i sobie przypomnieć, ale przez większość czasu przemykał przez nią niesiony na skrzydłach rzuconych w Sowiej Poczcie zaklęć. Związana tam magia już całą noc znaczyła dobitnie, po której stronie stał, komponując się perfekcyjnie z szatami otrzymanymi od Mistrza. A teraz, na krótki moment, kiedy pomyślał o tamtej chwili w towarzystwie Martesa, znowu poczuł przyjemny dreszcz wspinający się po kręgosłupie. Zatrzymał się w pokoju, przez moment zastanawiając się, gdzie przysiąść. Nie lubił siedzieć na cudzych łóżkach, bo one to akurat były od czegoś zupełnie innego. Niezdecydowany więc, stał blisko garderoby z rękami splecionymi za plecami, tak by z łatwością śledzić krzątającą się Astorię. - Tak. Sprzedaż - odpowiedział wprost, rozglądając się po pokoju, jakby oceniał za ile mogło pójść pomimo smrodu. - Może powinnaś spróbować pomodlić się do Matki? Nie wiem co innego mogłoby pomóc w zaistniałej sytuacji, skoro próbowałaś wszystkiego - wzruszył ramionami. - Nie mówię, że musisz to zrobić, ale przynajmniej to rozważ. Sprzedaż, znaczy. Nie wiem czy Matka ma czas na takie rzeczy jak słuchanie modlitw o gnieżdżącym się w mieszkaniu, nieprzyjemnym zapachu. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Astoria Avery - 20.10.2025 Przyjrzała mu się uważnie, wychwytując tę drobną zmianę w tonie - to napięcie, które zawsze pojawiało się, gdy rozmowa schodziła na temat jej zdrowia. Westchnęła cicho, jakby chciała uprzedzić jego dalsze pytania, i skinęła głową. Tak, była w Mungu, tak, uzdrowiciele zrobili, co mogli. Serce biło w miarę równo, przynajmniej na tyle, by mogła znowu funkcjonować. Nie lubiła się nad sobą użalać i rzadko wspominała o swojej chorobie. Był jedną z nielicznych osób, która o niej wiedziała. - Wszystko dobrze - zapewniła. jakby była porcelanową figurką, którą należy trzymać z dala od ryzyka. W odpowiedzi wyprostowała się, jakby samą postawą chciała udowodnić, że ma się dobrze. Nie potrzebowała jego troski, choć część niej, zupełnie wbrew rozsądkowi, czuła ulgę, że ją okazał. Na chwilę odwróciła wzrok, jakby samo wspomnienie wydarzeń było zbyt trudne do wypowiedzenia. Wciąż czuła tamten dym w płucach i ciężar tamtej nocy w kościach. - Penelope Abbott. Stała klientka mojej galerii, bardzo miła, nieszkodliwa osoba. I kiedy zobaczyłam jak wyciągają ją z jej domu i próbują okaleczyć na środku ulicy... - zaczęła, zaciskając dłonie na materiale sukienki, by ukryć drżenie. Wciąż widziała ich twarze - zniekształcone przez gniew i strach, ślepe w swojej agresji. - Zareagowałam instynktownie. Wtrąciłam się i o mało sama nie zginęłam. Jak ostatnia idiotka próbowałam kogoś ratować, kiedy sama ledwo oddychałam. Próbowali mnie zabić. Gdyby nie Lestrange, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Powoli wypuściła powietrze, podnosząc na niego spojrzenie. I tak, to, co widziała tej nocy, tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że mieszańcy nie są godni dziedziczenia magii. Że brud ich krwi to nie przypadek. - Wiem, Levi - uśmiechnęła się blado. Gdyby tam był, prawdopodobnie w ogóle nie doszłoby do tego incydentu. I choć nie lubiła stawiać się w roli ofiary, to wtedy potrzebowała ratunku i całe szczęście, że ostatecznie nadszedł. Astoria w końcu oderwała się od garderoby, obracając w dłoniach płaszcz, który prawdopodobnie już nigdy nie odzyska dawnej miękkości. Przez chwilę przyglądała się materiałowi, jakby rozważała, czy warto go jeszcze ratować, po czym odłożyła go z westchnieniem na oparcie krzesła. - Sprzedaż to ostateczność. Poszukam innych sposobów. Może i modlitwy spróbuję - westchnęła znowu ciężko. Sprzedaż byłaby jak przyznanie, że ten popiół zwyciężył. Nie była osobą, która łatwo się poddaje, dlatego będzie walczyć do skutku. Przecież musiała istnieć jakaś metoda. - Rozumiem, że ty nie masz podobnych problemów? - zapytała, chociaż chyba nietknięte domy wzbudziłyby zainteresowanie i podejrzenia. Zastanawiała się, czy i ona nie usłyszy jakichś oskarżeń, skoro jej dom nie został nadpalony. Tylko że jej linią obrony był wszechobecny smród. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Leviathan Rowle - 29.10.2025 Wszystko dobrze, było przyjemnym stwierdzeniem. Rozluźniło na moment powstałe napięcie i pozwalało porzucić temat jej choroby, zwracając spojrzenie gdzie indziej. Szczególnie, że swoje przejęcie Leviathan uważał za zwyczajnie niezręczne - nie okazywał z reguły zmartwienia, a przynajmniej nie przed wieloma osobami i nie tak trywialnymi tematami jak stan zdrowia. Jakaś jego część uważała takie zainteresowanie za słabość, jakby troska o bliskich miała być czymś niewłaściwym, ale może zanadto napatrzył się na Lazarusa, który przede wszystkim zdawał się martwić zwierzętami, a nie ludźmi. Kolejne jej słowa wydawały się nieco mniej napisać postronki - głównie dlatego że wiedział, jak się to wszystko skończyło w perspektywie przynajmniej paru dni, bo przecież stała przed nim teraz cała. - Niektórzy nie są warci pomocy czy zainteresowania - westchnął wreszcie. - Rozpoznałabyś ich? Departament Prawa jest z zasady nieudolny, ale zawsze można spróbować zgłosić się do Biura Brygady Uderzeniowej - zasugerował, ale dało się wyczuć w jego słowach pewną rezerwę. - No chyba, że wiesz kim oni byli... - sugestia pojawiła się wraz z myślą, która wykwitła mu w głowie. Przecież sam mógłby się nimi zająć, gdyby tylko wiedział kim byli. - Lestrange? Który, bo ich akurat to jak grzybów po deszczu - zainteresował się też, w pierwszej kolejności mając bowiem w głowie Louvaina, a nie kogokolwiek innego. - Ewentualnie gruntowny remont, jeśli lubisz widok z okien i dogodną lokalizację - wzruszył ramionami. - Sam miałem ostatnio myśl, żeby wykorzystać to, co zostało po Spalonej Nocy. Sporo lokalizacji przy Pokątnej można teraz nabyć po niższej cenie, bo ludzie panikują lub szukają szybkich rozwiązań, a ja zastanawiałem się nad otworzeniem tam biznesu - nawet lepiej, bo chodziło mu po głowie głównie wykupienie Magicznej Menażerii. Marka o już ustalonej pozycji na rynku, prezentowałaby się o wiele lepiej. - Oh, tak. Ogień ominął Walie czy północne tereny, więc nie borykam się tutaj z niczym. Posiadłość jest cała, tak samo mój dom i rezerwat. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Astoria Avery - 12.11.2025 Astoria odwróciła się tylko na moment, jej sylwetka na tle jasnego światła wpadającego przez okno wyglądała jak cień w ruchu. Szmer przesuwanych po wieszaku ubrań wypełniał pokój miękkim, rytmicznym dźwiękiem, gdy przerzucała kolejne suknie, szarfy, kapelusze. Wszystko wymieszane, zmięte, noszące ślady niedawnego chaosu. Jej palce, zwykle precyzyjne i delikatne, poruszały się teraz mechanicznie, jakby szukały czegokolwiek, byleby tylko nie musieć zatrzymać się - Mugolaki - powiedziała w końcu cicho, prawie mimochodem, tak naturalnie, jakby padało zwykłe stwierdzenie faktu. Głos miała spokojny, ale podszyty chłodem. - Nikt warty uwagi. Kojarzyłam ich z widzenia. Tkanina zaszeleściła, gdy wsunęła ją z powrotem między inne. Czuć było zapach starego drewna i dymu, tego, który nie chciał zniknąć, przesiąkł każdą tkaninę i każdy kąt tego miejsca. - Nie zamierzam niczego zgłaszać - dodała i na moment przystanęła, oparła dłoń o krawędź półki i przez ułamek sekundy jej twarz stwardniała. Tamta noc nie zostawiła w niej strachu, tylko przekonanie, że los sam potrafi pozbyć się tych, którzy nigdy nie powinni byli dostać magii. - Nie żyją. Prawdopodobnie. Nie byłam w stanie sprawdzić. Była wtedy zbyt skupiona, by przetrwać. Każdy oddech w tamtej dusznej, gryzącej rzeczywistości liczył się bardziej niż jakakolwiek myśl o innych. A potem, gdy kurz opadł i cisza zaczęła wracać, nie przyszło żadne poczucie winy. Nie było jej żal, że ktoś przez nią umarł. Jak mogło być? Przecież zamierzali ją zabić. W ich oczach widziała tę samą nienawiść, którą w sobie nosili. Nie różnili się od ognia, który rozpełzł się po ulicach. - Rodolphus - odparła, wzruszając lekko ramionami. - Kojarzysz? Straszny dupek. Założę się, że pomógł mi tylko po to, żeby mieć na mnie jakiegoś haka. Sama jeszcze nie zdążyła rozgryźć Lestrange'a, bo nie wierzyła w jego altruistyczne pobudki, choć ostatnio jego zachowanie bardzo ją dziwiło i nie potrafiła ułożyć sobie tego w głowie. - Wiesz, przyzwyczaiłam się do mojego małego życia tutaj. Nie lubię się poddawać, spróbuję wszystkiego - mówiła z determinacją. Co innego, gdyby sama dojrzała do decyzji, by zmienić mieszkanie, a co innego, gdyby została do tego zmuszona przez pożar, którego była ofiarą. - Dobry pomysł. To odpowiedni moment, żeby wykupić lokal za bezcen - kiwnęła głową, odwracając się do niego, by posłać mu delikatny uśmiech. - Wody? - machnęła różdżką i przywołała butelkę. W tym smrodzie ciężko było zaproponować cokolwiek innego. - O? Jakiego biznesu? - zainteresowała się natychmiast i przysiadła na fotelu, żeby skupić się na szczegółach. - Cieszę się - nie śledziła dokładnej linii ognia, choć już wcześniej domyślała się, że jego dom zostałby oszczędzony, nawet gdyby znajdował się w Londynie. RE: [14.09.1972] Fuillemort - Leviathan Rowle - 27.11.2025 - Dobrze - słowo zadźwięczało między nimi po chwili ciszy, skrzętnie wypełniając całą przestrzeń, jaką stworzył mu milczeniem Leviathan. Dobrze - nie chciała niczego zgłaszać, więc nie zamierzał na nią naciskać. Proponował to bardziej dla zasady niż z faktycznego przekonania, że Ministerstwo Magii, a już w szczególności Departament Przestrzegania Prawa, jest w stanie wymierzyć jakąkolwiek sprawiedliwość. Byli pociesznie nieudolni, w najlepszym wypadku, bo nawet kiedy śmierciożercom potykały się nogi, ci wciąż niekoniecznie umieli ich złapać. Dlaczego więc z mugolakami miałoby być inaczej? Dobrze - coś w kluczu basowym tego słowa, pobrzękiwało ze zwykłym zadowoleniem. Nie żyli, więc nie będą już sprawiać problemów. Życie oddało im z nawiązką za przewiny wobec Astorii i to mu wystarczało. A jeśli chociażby zostaliby ranni, co mieściło się w dodanym przez nią 'prawdopodobnie' to też nie było to niczym niewłaściwym. Kalectwo zdawało się momentami straszniejsze od śmierci. - Rodolphus - powtórzył za nią, szukając w pamięci twarzy, która pasowała do imienia. Nie było to aż takie trudne, jeśli chociaż odrobinę interesowało się magiczną arystokracją. Jemu Lestrange kojarzył się z jakąś dziwną pedantycznością i sztywnością, chociaż musiał jej przyznać że słowo 'dupek' też całkiem dobrze mogło do niego pasować. - Nie zdziwiłbym się. W końcu niewymowni tak bardzo kochają te swoje sekreciki - wzruszył ramionami, niby to zbywająco, ale w jego tonie pobrzmiewała jakaś chłodna drwina. Departament Tajemnic chyba z żadnym innym wydziałem ministerstwa, nie miał pozytywnych kontaktów. Niewymowni byli specyficzni, a korytarze ich sal często sprawiały, że ktoś przypadkowo znikał. Nikt kto tam pracował nie mógł być normalny i za normalnego uważany. - Chciałem wykupić Magiczną Menażerię. Nazwa ma już swoją renomę, działa na Pokątnej od bardzo długiego czasu. Swoją pierwszą sowę tam kupowałem - prychnął rozbawiony przywoływanym wspomnieniem. - Ale została potraktowana dokładnie tak samo jak i reszta podobnych jej lokali. - kiwnął głową, przyjmując propozycję by się napić. Nieprzyjemny zapach wiszący w powietrzu, przyklejał się do gardła nawet jeśli dym z ulic i lokali już dawno został wywiany. Ciemne chmury jednak wciąż wisiały nad Londynem, jakby ostrzegawczo. - A twój rodzinny dom albo galeria? Wszystko z nimi dobrze? RE: [14.09.1972] Fuillemort - Astoria Avery - 03.12.2025 Astoria przyjęła jego słowa z krótkim, niemal niedosłyszalnym westchnieniem, jakby lekkie drgnięcie powietrza mogło odpowiedzieć na wszystkie podskórne napięcia, które jeszcze toczyły się w jej organizmie. milczeniu wróciła do porządkowania kolejnej półki - biała, jedwabna suknia wysunęła się spod jej palców niczym wypłowiała skóra dawnego życia. Zapach spalenizny wciąż trzymał się tkaniny jak coś żywego, jak niechciany pasożyt, który wiedział, że nawet magia nie zdoła go całkiem wypłoszyć. Lubiła w nim to, że akceptował jej decyzje bez zająknięcia. Poza tym, że zgadzali się w wielu kwestiach, to nawet w tych spornych potrafili znaleźć porozumienie. Dzięki temu wiedziała, że może mu powiedzieć wszystko i nie martwić się, że zacznie ją oceniać. W tym wypadku oboje wiedzieli, że zgłoszenie tego zdarzenia nic nie da, nawet jeśli oprawcy wciąż żyli. Zbyt wiele zdarzyło się tamtej nocy, by każdy z winnych został pociągnięty do odpowiedzialności. Za duży chaos, za dużo paniki i dezinformacji. - Ciężko mi go rozgryźć - przyznała po chwili, niechętnie. Nie chciała o nim mówić, ale też nie chciała unikać go w rozmowach, jakby miała jakiś powód. Wolała udawać, że jest jej całkowicie obojętny. Bo przecież był. Co nie zmieniało faktu, że niezależnie od powodów uratował jej życie i miała wobec niego dług wdzięczności. Dużo bezpieczniejszym tematem były interesy. - Magiczną Menażerię? - przekręciła głowę, bo sam pomysł był doskonały. Pytanie, czy na podobny pomysł nie wpadną inni bogacze, gotowi wyłożyć środki. Musiał działać szybko, szczególnie w przypadku znanego lokalu, z niemalże gotową bazą klientów. - Daj znać, jeśli będę mogła jakoś pomóc - uśmiechnęła się lekko. Zawsze mógł na nią liczyć, nawet jeśli nie do końca znała się na jego branży. Przerwała przerzucanie rzeczy, wyjęła z garderoby kolejną parę butów - skórzanych, z delikatnym paskiem, niegdyś lśniących - i spojrzała na nie, jakby patrzyła na fragment wspomnienia, a nie na przedmiot. - Tak. Galeria i posiadłość są całe - potwierdziła po chwili. Miała szczęście, że w tym całym zamieszaniu tylko jej mieszkanie ucierpiało - i to przez dym, nie ogień. Mogło być o wiele gorzej. Zaczęła kaszleć przez kilka długich chwil, jakby organizm dawał znaki, że przebywała tu zdecydowanie za długo. - Zbierajmy się stąd. Dokończę innym razem. Może jak wymyślę sposób na ten przeklęty dym. |