Secrets of London
[Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Whitecroft Street (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=153)
+---- Wątek: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void (/showthread.php?tid=5242)

Strony: 1 2


[Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Anthony Shafiq - 15.10.2025

—10/09/1972—
Anglia, Londyn
Lorraine Malfoy & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png]

When I wake up,
it is void.
Then the room
unfolds around me –
a cold stroke of reality.
It brushes my skin,
crawling up my legs,
slowly warming as it spreads.
A hand, unseen,
caresses reality
into my chest.
It straddles me,
then softly grips my neck.
The pulse in my ears – slow –
becomes the drums of war,
calling the name.



Nie licząc poszarpanych drzemek na moment tylko odcinających umęczoną świadomość od świadomości istnienia, nie spał w sumie kolejną dobę.

Płacz. Strach. Krzyk.

Emocje związane z konfrontacją z rodzicami. Kłótnia zwieńczona rozstaniem z Erikiem. Chaotyczne planowanie współpracy z organizacją o której wiedział tyle co nic, domknięte zdradą najbliższego przyjaciela. Spotkanie z Jenkins w aurze zaciskającej się na szyi pętli, pułapki która miałaby usadzić go za zbytnie wychylanie się przed szereg.

zostało mi... sama nie wiem, z pół roku?

Płacz. Strach. Krzyk.

Ogień.

Czerwona farba ściekała mimo łuku brwi, które miały osłaniać oczy przed taką ewentualnością. Było tego zbyt dużo. Zbyt wiele. Morpheus pewnie w swoim szaleństwie kroczący ulicami Londynu, jakby zabrał go do swojego królestwa, w któym przepowiednia wyszeptana ustami boginii stała się prawdą. Zbyt szybko. Szczątki cruciatusa wzdrygające jego torturowanym ciałem, swąd nadpalonych włosów, ból o którym nie pamiętał, odraza do siebie, do świata, do woni wgryzającej się w nozdrza...

Płacz. Strach. Krzyk.

Nie krzyczał, gdy cały dzień próbował na nowo zebrać rozsypane nitki jego podartej pajęczyny. Miał swój kokon, miał gdzie się schować. Mógł oblać się balsamem żyć, które nie zgasły wraz ze zwęglonymi kamienicami. Istnienie po istnieniu, chwytał ich w palce jak najdrogocenniejsze skarby, nie mogące się równać z jego littlehangletońską kolekcją. Z głową otoczoną wygłuszeniem, z duszą ratującą się fizyczną deprywacją, żołądkiem wywiniętym głodem i obrzydzeniem wynikającym ze wszechobecnego smrodu spalenizny. Ale żyli. Więc i on mógł żyć. Mógł spróbować jeszcze raz. Nim było za późno. Już było za późno.

Był na krawędzi, gdy pozostawił w zakładzie pogrzebowym swoją notkę.

Nie miał siły nawet odczuwać gniewu, czy choćby szczątków irytacji, gdy dostał na nią odpowiedź. Właściwie przeczytał ledwie pierwsze zdanie, wzrokiem zsunął się po treści ku podpisowi, a potem dał pożreć papier płomieniom.

Czy spał? Bynajmniej. Udręczony umysł tułający się od drzwi do drzwi, nie mógł znaleźć uciszenia. Powinien być czujny. Czy chmura znów zacznie na świat zsyłać drugą falę? Musiał być czujny, na każde wezwanie, które być może by nie nadeszło. Musiał pisać, planować, szkicować, aby znów jego sieć mogła rozpostrzeć się między budynkami. Między tymi, które pozostały...



Na zgromadzenie dotarł przed czasem. Zajął miejsce gdziekolwiek, ani z tyłu, ani z przodu, ot miejsce podyktowane myślą stóp i oczu. Nie szukał jej wzrokiem. Ani jej, ani też Jej. Nad głowami wiernych unosiło się błaganie o litość oraz dziękczynienie za życie. Prośba o ukojenie dla dusz tych, którzy nie przetrwali nocy. Kowen wypchany był pożoganami, to było zrozumiałe. Wiara opium dla mas, czy nie tak jej mówił przed laty? Czy sam teraz może tego opium potrzebował?

Odchylił głowę pozwalając kadzidłom oblewającym rzeźby i dary przeniknąć do udręczonego ostatnimi dniami umysłu. Usta mimowolnie powtarzały słowa znajomych modlitw, poznawanych wcześniej głównie dla ceremoniału aniżeli z potrzeby serca. Nie wnikał zbytnio w ich treść, ale pozwalał sobie na ten krótki moment oddechu i odpoczynku, wynikający z przymusu nie myślenia o tym, co zwykle nie pozwalało mu zasnąć. Jak gdyby realnie białe dłonie ściągnęły powróz z jego szyi.

Czy to źle, czy to dobrze... to się dopiero okaże. Szukasz zaufania, a sam nie masz go za grosz.

Chciałby usłyszeć, ale to tylko śpiew tych, którzy reprezentowali zgromadzenie w uszach Matki.

Przymknął oczy. Ktoś podszedł, ktoś podziękował mu, za to, że zrobił podczas pożaru coś, co jego pamięć zdążyła zapomnieć. Kiwnął głową machinalnie, język sam podążył za tokiem rozmowy: Czy Wasz dom przetrwał? Gdzie się teraz podziewacie? Czego Wam tam trzeba? – pytał, a w połowie odpowiedzi zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odtworzyć. Wyciągnął notes, zapisał słowa, nazwiska adresy. Uśmiechnął się słabo, skinął głową, ale nie drgnął się i nie ruszył z miejsca. Jeszcze nie chciał myśleć o nitkach, o symetrycznej konstrukcji, o zasobach tych ludzkich i finansowych, o transferze dóbr.

Jeszcze nie...

Zamiast tego zaczął wypatrywać jasnej głowy tej, której głos zdawał się słyszeć wcześniej, tej której ostatni prezent wciąż bielił mu palce i skroń którą potarł, gdy na blat sekretarzyka o świcie posypały się swą czernią płatki ukrytych wewnątrz liściku kwiatów.



RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Lorraine Malfoy - 17.11.2025

Zacisnęła na chwilę powieki, aby nie widzieć pustych miejsc pośród ustawionych rzędem chórzystów. Nikt nie śmiał zająć miejsc tych, którzy pozostawali nieobecnymi. Nikt nie próbował. O niektórych wiedziała, że są cali i zdrowi, ale ukrywają się, w obawie o życie swoje albo swoich bliskich. O niektórych, że przechodzą niezbędną rekonwalescencję. To znaczy, o ile udało im się w ogóle dostać do szpitala świętego Munga. Większość nie miała tego szczęścia. Pielęgnowali swych rannych w przytułkach, zorganizowanych naprędce szpitalach polowych, w punktach pierwszej pomocy magomedycznej, we wnętrzu domowego zacisza. A przynajmniej ci, którzy wciąż mieli domy, bo wielu ich już nie miało. Ani domów, ani mieszkań, ani nawet miejsca w schronisku. Koczowali u rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Spali na ulicach, pośród ruin, a nawet w kowenowej kruchcie. Niektórzy stracili w pożarach wszystko, inni nigdy nie mieli wiele, nie mieli więc czego stracić. Niczego poza życiem. A nawet to zabrali im Śmierciożercy, myślała Lorraine, wciąż nie mogąc uwierzyć, że nigdy już nie spotka się na próbie chóru z młodziutką Cecilią, która dopiero co skończyła Hogwart, nie pokłóci się o zapis w partyturze z podstarzałym panem Gambonem.
Otworzyła zmęczone oczy. Wszystko to było na nic, bo wyczulonym uchem łowiła najbardziej głosy tych nieobecnych. Rozwarła więc ociężałe powieki, po czym uniosła dłonie, dyrygując dwiema partiami wokalnymi, na które podzielili stary psalm. Prawa ręka pilnowała stałości tempa, lewa stanowiła motor zmiany, wspierając jednocześnie balans pomiędzy poszczególnymi głosami.

Głos Lorraine nie wzbijał się razem z innymi w pieśni. Lorraine nie śpiewała, bo nie to było jej rolą. Zwykle zajmowała się przygrywaniem odpowiednich partii na ustawionym z boku pianinie. Dzisiaj jednak klapa instrumentu miała pozostać zamkniętą. Liturgię uświetniały jedynie ludzkie głosy. Głosy tych, co przetrwali, i mimo ostatnich wydarzeń, stawili się na porannym nabożeństwie, żeby śpiewać na chwałę Matki. Niektóre głosy były gniewne, inne zrezygnowane. Niektóre smutne, jeszcze inne, pełne strachu. Wszystko było w tych ludziach. Tam wzruszenie, tu apatia. Nadzieja i determinacja. Pretensja i rozpacz. Niektórzy zdzierali gardła, jak gdyby rzucali wyzwanie. Bogom?, zapytywała Lorraine. Ludziom? Samym sobie? Inni znów intonowali łagodnie, prosząc o łaskę. Modlili się o pokój. Modlili się o wybaczenie. W końcu w naturze Matki leży wybaczać. Sama szeptała to nie tak dawno w szarości poranka spowijającego senne wnętrze Necronomiconu.
Wiedziała też, co wyszeptała zaraz potem.
Dobrze, że Lorraine nie śpiewała. Nie wiedziałaby, do której partii wokalnej powinna dołączyć.

Po zakończonym nabożeństwie nie odbyła się żadna próba chóru. A jednak wszyscy zostali, żeby zamienić parę słów. "Niech Matka ma cię w opiece", żegnali się. Niemal każdego z wiernych w kongregacji Lorraine znała przecież po imieniu. "Wyjedziemy na jakiś czas do mojej ciotki. U niej spaliła się tylko przybudówka za domem", wyznała jej we łzach Marion. "Dobrze, że dzieciaki były w szkole", westchnął John, zanim odszedł, stukając kulą. "Chyba wezmę tę tańszą urnę, Lorraine, papie nie zrobi to już różnicy", wyszeptała pani Davenport.

Wiedziała, że Baldwin na nią zaczeka. Zawsze na nią czekał. Nie chciała jednak, żeby czekał zbyt długo, w końcu mieli dzisiaj pełne ręce roboty z przeprowadzką i sprzątaniem Necronomiconu. Lorraine zerknęła w stronę ostatniej ławki, którą oboje zwykli zajmować. Zostawiła pod opiekę brata małą ghoulkę, której zdawał się udzielić ponury nastrój. Frida była dzieckiem skądinąd spostrzegawczym, wyczuwała więc, kiedy coś jest nie tak. Kiedy dorośli mówili ściszonymi głosami, nic na twarzy siedzącego obok pana Malouela nie mogło wywołać uśmiechu, a ton kazania daleki był od radosnego, bo sprawił, że panie wycierały ukradkiem łzy chusteczkami, a panowie patrzyli w zamyśleniu w przestrzeń. Lorraine szukała wzrokiem małej twarzyczki Fridy, rozglądając się przy okazji za czupryną Baldwina, ale zamiast tego... Jej wzrok padł na siedzącego w ławce Anthony'ego.

Pobladła. Nie przerwała prowadzonej ściszonym głosem rozmowy, a jednak myślała o tym tylko, że przyszedł. Przyszedł! Ściskając w dłoniach swój stary modlitewnik, Lorraine postąpiła parę kroków środkiem głównej nawy, zatrzymując się jednak w pół drogi, zanim dotarła do ławki Anthony'ego. Jak gdyby nie do końca dowierzała temu, co widzą jej oczy.

"Nic poza nami nie pozostanie", obiecała wczoraj Baldwinowi, zanim jeszcze przymusił ją do wyjrzenia przez zniszczone okno, z którego rozciągał się widok na posiadłość Anthony'ego w Little Hangleton.

Może dlatego nie podeszła bliżej. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]


RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Anthony Shafiq - 02.12.2025

Czasem bywało tak, że spojrzenia po prostu się krzyżowały, a wszechświat na moment zatrzymywał oddech. Czasem bywało tak, że najpierw popatrzyło jedno, a potem z dali, to drugie w końcu znajdowało punkt, który był poszukiwany.

Popiół zaś padał ubiegłej nocy na wszystkich po równo, nie patrząc czy to głowa brodacza czy biedaka. Kobiety czy mężczyzny. Czystokrwistego arystokraty, czy mugolackiego żebraka.

Był poranek, 10 września. Jeszcze nie wiedział, że rezydencja Ministry nie doznała żadnej szkody. Pamiętał tylko przedszkole Płomyczek, dziwnie opustoszałe nocą, na którego barwnych ścianach tańczyłī płomienie w obrazoburczym, atawistycznym tańcu życia i śmierci.

Przełknął ślinę.

Podniósł się mocno zaciskając dłoń na oparciu poprzedzającej go ławki.

Wolał modlić się w prywatnej kaplicy, jeśli już w ogóle jego myśli miały uciekać do bogów, którzy ponoć mieli realny wpływ na to, co działo się obecnie między śmiertelnymi. Teraz jednak mierzył się z realiami kowenu i nie zamierzał utyskiwać z tego powodu. Nawet jeśli zatrzymała się w połowie drogi. Nawet jeśli zdawała się zawstydzona tym, że go widzi.

Słabowity uśmiech wypłynął na twarz postarzaną o dekadę wydarzeniami minionych dni. Ruszył ku niej, gdy zawroty głowy ustały, a nogi poddały się mierze kroków narzuconych umysłem.

Żyła.

Czy liczyło się cokolwiek innego?

Kiedy obejmował ją ostatnio, tak szumnie opowiadając o dołączeniu do wojny chwilę wcześniej, oboje nie byli świadomi jak szybko los zweryfikuje ich deklaracje. Wojna dogoniła rzeczywistość, a wyrwa w świecie gdzieś na drugim końcu wyspy stała się problemem wszystkich obywateli.

Czy jej włosy pachniały popiołem?

Zamyślił się, a przecież to i tak nie miało znaczenia. Ani zapach. Ani kolor. Ani biel. Ani szarości. Ani czerń węgli ludzkich ciał zabieranych jedno po drugim z ulic spłukanych łzami.

— Jadłaś coś? — wymamrotał w jej głowę, otulając ją ciasno ramionami, bezmyślnie wobec ludzi, którzy ich otaczali, ale tylko ludzie pozbawieni serca nie zrozumieliby istoty ponownego po spalonej nocy spotkania. Palce dociskały dziewczęcą głowę do piersi, a Lorraine w swej istocie zdała mu się jeszcze drobniejsza. Eteryczna. Jego zjawa z Wyspy Umarłych. Serce waliło mu prędko, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak napięty był podczas nabożeństwa czekając na ten moment. Dopiero łzy płynące mu po policzku dały wyraz uldze, uświadamiając mu jak wiele emocji wciąż i wciąż kłębiło się w nim szukając momentów takich jak ten.



RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Lorraine Malfoy - 12.12.2025

Opium dla ludu... Lorraine wiedziała, że tym właśnie jest dla Anthony'ego wiara. A niechby i była opium, pomyślała, nieśmiało otoczywszy ramionami mężczyznę, w którego wtuliła się bez słowa. Gdy zanurzała twarz we włosach Maeve, przesiąkłych omdlewająco słodką wonią opium, wierzyła bowiem, że są w stanie przetrwać wszystko. Wierzyła w to, gdy wraz z Baldwinem i Fridą przekraczała dzisiaj próg świątyni, gdzie przywitał ich odurzający wręcz zapach kadzideł. Czasem Lorraine wychodziła na mszę wcześniej, żeby wspomóc chór, dzisiaj jednak przyszli razem. Nie chcieli rozstawać się na długo. Lorraine nie była gotowa na to, żeby samotnie przebyć drogę do niemagicznej części Londynu, wciąż mając w pamięci agresywnego mugolaka, który niemal napadł na nią w Spaloną Noc. Nie chciała znowu być sama. "Jestem sama, ale nigdy samotna", czyż nie tak mówiła bogini? Ale teraz Lorraine nie była ani sama, ani samotna. Już nie. Swoją samotność porzuciła, padając rozedrgana w ramiona Madeleine, tuż po tym, jak Nokturn stanął w obronie jej czci. Pochowała ją z wszystkimi honorami pośród zgliszczy starej chaty w Little Hangleton, w której spędziła dzieciństwo. Opłakała ją, odśpiewała hymny pogrzebowe. A potem pozwoliła, żeby Baldwin zabrał ją do domu. Nie chciała ryzykować samodzielnej teleportacji po bezsennej nocy, kiedy nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a magia buzująca tuż pod opuszkami osmolonych sadzą palców wydawała się bardziej niestabilną niż zazwyczaj. Wspierała się zatem na ramieniu Baldwina, przyciskając do piersi pozostałości ocalałych w pożarze kwiatów, które uratowali z ogrodu w Little Hangleton. Tak jak i uratowali siebie nawzajem, pomyślała, boleśnie wpijając palce w rękę brata, jak gdyby podświadomie pragnąc być bliżej niego. Przypatrywała się przywiędłym główkom dalii, gładziła ich czerwone płatki, ale widziała w nich tylko biel lilii, przyniesionych do domu wtedy, gdy wracali wspólnie z Muzy. Widziała sztuczny bukiecik, który stał w wynajętym pokoju, gdzie spędzili noc, po tym jak Baldwin wyciągnął ją z dna katakumb. Zapamiętała wyblakłe kwiatki i listki z tworzywa, układające się w coś na kształt pogrzebowej wiązanki. Zapamiętała, że delikatnie wyjął jej bukiecik z dłoni, gdy zaczęła obrywać płatki, kocha czy nie kocha, pytała, zrywając je na początku pojedynczo, a potem całym garściami. Może dlatego nie cierpiała sztucznych kwiatków. Przez to wszystko zajęło jej dłuższą chwilę zrozumienie treści listu, po którym przebiegła niewidzącym wzrokiem. Palcem bezwiednie sunęła wzdłuż zawijasów, układających się w samotne "A". Nie był to list na który w skrytości ducha czekała... Ale być może taki, jakiego potrzebowała. Widząc badawcze spojrzenie Baldwina, bez słowa wręczyła mu wiadomość skreśloną ręką Anthony'ego. Uśmiechnęła się lekko, jak gdyby była tym wszystkim szczerze ubawiona. Wspięła się na palce, aby musnąć ustami policzek brata. Zostawiła go samego z listem, na który nie dała rady odpowiedzieć.
Zwyczajnie zabrakło jej na to sił.
Zamiatając trenem białej sukni popiół pokrywający podłogę, snuła się więc na granicy snu i jawy, pośród zniszczeń, jakie noc pozostawiła w jej zakładzie pogrzebowym. Zabrała kwiaty do kaplicy. Do bogini, pomyślała półprzytomnie. Oparła podbródek o ołtarz, na którym wciąż płonęły świece, zapalone w intencji jej bliskich zanim jeszcze rozgorzała wokół wojenna pożoga. Przez dłuższą chwilę półleżała tak na podłodze, u stóp posągu Matki, wpatrując się w wosk skapujący ze świec. Parząc palce, gdy próbowała schwycić jego gorącą strugę, która skapywała powoli z płyty ołtarza. Nie czuła jednak bólu. Bogini obcałowywała opuszki jej palców swymi świętymi ustami, które nigdy nie były nieme. Och, jak kiedykolwiek mogłaby pomyśleć, że są nieme? Bogini mówiła przecież do niej i przez nią. "Zaniesiesz mnie do łóżka?", spytała cicho Baldwina, gdy ten wszedł do kaplicy. Nie musiała już nigdy prosić, żeby zabrał ją do domu, bo przecież byli w domu.

Jej domem był kowen, a jej kowenem była jej rodzina.

Lorraine miała nadzieję, że może być również domem Anthony'ego, chociaż pośród fresków pokrywających ściany świątyni próżno było szukać kubistycznej bogini z jego bawialni, o której mówił, że... Przynosiła mu spokój. Nie. Nie było miejsca na bluźnierstwa w domu pańskim. Z wykonanego stylem klasycznym naściennego malowidła wyłaniającego się zza jej pleców patrzyła na niego zamiast tego prawdziwa bogini.
Na tym konkretnym malowidle bogini nosiła twarz Lorraine.
A odwrócona tyłem do ściany Lorraine uśmiechnęła się delikatnie, wyswabadzając się w końcu lekko z uścisku Anthony'ego. Nie był jej domem. Nie, Anthony nie mógł nigdy być jej domem. Dokonała wyboru. Nie przestała jednak trzymać go za ręce. W podobny sposób pozdrawiała wcześniej innych wiernych należących do wspólnoty. Wciąż jeszcze ludzie przechodzili obok nich, żegnając się z Lorraine skinieniem głowy, czy innym wyrazem krótkiego pozdrowienia, widząc, że jest zajęta rozmową. Nieodpartym było wrażenie, że zna się ze wszystkimi w kowenowej bożnicy.

Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz słowem, które wychodzi z ust bożych – odpowiedziała spokojnie Anthony'emu. – Mogę ci jednak wskazać tych, którzy od dłuższego czasu żyją samym tylko słowem Matki.

Niespodziewanie podbiegła do niej jednak Frida, która wtuliła się od razu w Lorraine, wielkimi oczami spoglądając na stojącego naprzeciw Anthony'ego. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]


RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Bard Beedle - 12.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4v47VAQ.png[/inny avek]
Z reguły Frida nie lubiła, kiedy rano musiała iść do kowenu. Ale nikt małych ghoulek nie pytał czy nie wolą zostać pod kołderką, pijąc kakao i czytając nową książeczkę z bajkami. Nie. Po prostu tata mówił “Frida wstawaj, bo się spóźnimy” i raz dwa musiała być poza łóżkiem, bo przecież trzeba było założyć czyściutką bluzeczkę i rajstopki i jeszcze sukienkę. I nie wolno było iść w tej czarnej w kosteczki, co tak fajnie hałasowały. Nie. Mama kazała zawsze zakładać białą. A potem czesała jej włosy. Dzisiaj Frida wynegocjowała spineczki biedronki. Co prawda musiała troszkę popłakać, ale się udało.

W zamian obiecała, że będzie grzeczna przez całe nabożeństwo i o dziwo, nawet była. Spakowała do koszyczka ulubioną lalkę i kwiatki jakie miała później położyć przy ołtarzu Pani Bogini. Więc siedziała grzecznie z poczuciem bardzo ważnej misji. A potem pan kapłan powiedział, że już czas i razem z taką Emilką co też mieszkała niedaleko poszły dać kwiatki. Było bardzo pięknie.
W nagrodę po mszy starsza pani dała jej karmelka, ale tata powiedział, że nie może zjeść karmelka przed obiadem. To było bardzo niesprawiedliwe, bo to był bardzo mały karmelek. A do obiadu było jeszcze bardzo daleko, bo mama sama mówiła, że potem pójdą jeszcze do pani Madeleine i pana Manouela. A tata i mama zawsze spędzali tam tyle czasu, rozmawiając o super dorosłych, nudnych sprawach. Całą wieczność! Aż za oknem robiło się ciemno i dopiero wtedy mama mówiła “no dobrze już będziemy się zbierać”, a potem jeszcze rozmawiała z panią Madeleine przez długi czas w drzwiach, kiedy Frida już była całkiem ubrana w płaszczyku i rękawiczkach i już mogła wracać do domu! Ale nie. Mama jeszcze rozmawiała i rozmawiała, trzymając ją mocno za rączkę, aż Fridzie więdły nóżki. Nie do końca wiedziała co to znaczy, a jak potem patrzyła to wcale nie były uwiędłe, ale coś w tym musiało być. Bo jak tylko zaczynała się bujać w przód i w tył to mama trzymała ją jeszcze mocniej.

Stąd Frida miała plan. Wymyśliła go całkiem sama. Jeśli teraz pobiegnie do mamy szybciej niż tata, to mama może pozwoli zjeść karmelka tu i teraz. Może nawet weźmie od niej papierek i tata nic się nie dowie.
Ghoulka spojrzała na Baldwina, który trzymał ją na rękach. Wyglądał na zajętego, chociaż tylko rozmawiał z panem Manoluelelem o jakimś obrazie. Mieli ich dużo! Mógł sobie wziąć któryś z tych, które mieli na strychu. Na przykład ten z nie-mamą Scarlett. Był bardzo ładny, a Frida pomagała i nawet namalowała wszystkie kwiatki!
Zmarszczyła brewki, ciągnąc tatę za rękaw. Bez żadnego skutku. Westchnęła bezgłośnie. Ciężki był żywot małej męczennicy. Ale skoro tata nie patrzył, to może by się udało… Rozwinęła ostrożnie papierek i…
- Frida powiedziałem coś. Zabiorę ci zaraz tego cukierka.- Powiedział Baldwin nawet na nią nie patrząc. Skąd tata wiedział! Wydęła gniewnie usteczka, zawijając szybko karmelka z powrotem. Nie ma takiego zabierania! Pani dała jej, nie tacie!
Uniosła obie łapki łapiąc tatę za policzki i odciągając jego uwagę na moment od pana Manela. Śmieszne miał policzki, nie takie jak mama. Chyba zaczynała mu rosnąć broda jak u świętego Mikołaja. Ale tata nie był Mikołajem. Chyba. Frida nie była pewna.
Zamrugała. Okej. Tata nie wyglądał jakby miał się dać przekonać, więc trzeba było wdrożyć plan “dotrzeć do mamy szybciej”. Machnęła parę razy nogami, dając znać, że już ją noszenie zmęczyło. Zamachała paluszkami, tak jak jej ostatnio pokazała nie-mama Scarlett.
Mama.
Chciała do mamy. Sama. Dla pewności pokazała jeszcze w stronę mamy, która z kimś rozmawiała. Nie stała daleko!

- No dobrze, możesz iść.
Ucałowała tatę całkiem szczęśliwa, że nie musi słuchać nudnych rozmów dorosłych, a zestawiona na ziemię… najpierw schowała karmelka do kieszeni. Chociaż nie powinna tak robić, bo ostatnio jak schowała gumę truskawkową to mama jej nie znalazła przed rzuceniem zaklęcia piorącego i ojoj. Wszystko potem było w gumie! Więc go wyjęła. Schowała go do koszyczka, w którym spała Maria Antonina i głowa Marii Antoniny. No i jeszcze zapomniany kwiatek.Pomachała jeszcze panu Manonelulowi na pożegnanie i podskakując radośnie, w końcu dopadła do mamy.

Hop. Hop, Hop.
Dźwięk odbijał się po wypolerowanej posadzce
Była w swoich biedronkowych kaloszkach - jakim cudem? No proste. Po prostu mama bardzo się śpieszyła dzisiaj i zostawiła ją z tatą. No i Frida chciała tacie pokazać jak ładnie umie wiązać te białe buciki, ale jej nie wychodziło. W końcu tata powiedział, że nie ma czasu i ma wziąć inne buty. No to wzięła kaloszki. Te najfajniejsze czerwone w czarne kropki, w których można było skakać po kałużach. A kałuż było strasznie dużo! Co prawda woda w nich nie była za czysta, bo pełna dziwnego prochu, ale kałuża to kałuża.

W końcu jednak doskoczyła do Lorraine. Wtuliła się w jej spódnicę i już miała pokazać karmelka, kiedy dotarło do niej, że mama nie jest sama. Dorośli których nie znała byli straszni. Co prawda okazało się, że nie wszyscy zjadają małe ghoulki (nawet jeśli nie-mama Maeve czasem tak żartowała, że haps! i nie będzie Fridy! ale Frida wiedziała, że wcale nie jadła ghoulek! więc tylko się śmiała), no ale co jeśli któryś jednak zjada? Już i tak mama się gniewała jak Frida gubiła czasem paluszki i trzeba było ich szukać i przyszywać, a co jakby ktoś je zjadł! To dopiero mama byłaby zła, ojoj.
Więc wtuliła się w maminą szatę, zaciskając na jej jedną rączkę, a drugą na koszyczku. Marii Antoniny też nie dałaby zjeść! Z głową czy też nie.
I tak tylko łypała zielonym oczyskiem na nieznajomego pana. Nie kojarzyła go. Nie przychodził w odwiedziny jak wujek Stanley czy nawet pan Pereregrinus. Skąd mama miała takich znajomych, co nigdy nie przychodzili ich odwiedzać?
No ale nie wyglądał na groźnego, więc nieśmiało mu pomachała. Tylko po to żeby się zaraz zawstydzić straszliwie i wtulić buzię w mamy nogę,


RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Anthony Shafiq - 17.01.2026

Anthony zrozumiał, że jest zaskoczony, zanim zdążył to poczuć.

Słowa Lorraine brzmiały… spokojnie i składnie, nawet jeśli wielu odmawiałoby im rozsądku. Zbyt spokojnie, zbyt składnie, jak na nową melodię pośród echa nocnego listu, który wciąż miał w pamięci brudem popiołu wtartego w palce. Tamto pismo było poszarpane, jakby myśl biegła szybciej niż ręka, albo w ogóle brak tej myśli, wypartej czystym uczuciem, emocjom niepohamowaną, a przez to i w swojej surowości niebezpieczną. Przerażającą. Teraz mówiła inaczej — tonem kapłanki, nie zmyślnej arystokratki, do której przywykł. Nie było w tym nabożnym uniesieniu teatralnej dumy. Była za to deklaracja, z którą na ten moment i na wiele wcześniejszych momentów się nie zgadzał, ale przyjmował ją w bieli wysłowionej potrzeby.

Nie był jej boginią, nie mógł więc odpowiedzieć na to wołanie. Z ulgą rozluźnił barki, gdy usłyszał ciąg dalszy wypowiedzi. Szansę, o którą prosił, a której jej krewniak mu odmówił.

Skinął głową, jakby to było oczywiste, wszak od początku dokładnie do tego zmierzał. Wyciągnął ponownie notes. Ten sam, w którym przed momentem zapisywał nazwiska. Atrament układał się równo, w cichych wypominkach, różańcach próśb, które był władny spełnić. Może nie bóstwo. Posłaniec. Anioł wyrwany prosto z judeochrześcijańskiej kabały. Przyjemne uczucie, choć nie przyjemnością płynącą z pozoru moralnej czy finansowej wyższości nad zależnymi od niego maluczkimi. Rzędy liter bardziej przypominały zadania z pełnionego urzędu, listę koniecznych do rozpatrzenia w najbliższym czasie reklamacji, jak za jego początków w Organie Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Coś wystarczająco znajomego by poczuć się bezpiecznie w tej okrutnej rzeczywistości pełnej spalenizny i gruzów. Coś, czego kolejne odhaczane punkty mogły dać poczucie progresu, którego tak gwałtownie potrzebował aby nie zatracić siebie w poczuciu winy. Modlitwa urzędnika. Litania mająca wypełnić jego najbliższe dni.

Zawisł w oczekiwaniu, zamierzając porównywać to, co mówiła, z tym, co już miał: schodzące się linie. Węzły. Przestrzenie, których nikt nie brał pod uwagę. Chciał zanotował wszystko, bez komentarza, czy słowa skargi. Poprosił, więc miało być mu dane.

Stalówka dotknęła papieru.

Dopiero wtedy zauważył ruch u jej nóg.

Dziecko.

Nie miał żadnej wiedzy kim jest, ponad gest znaczący więcej niż wypchana teczka pełna akt osobowych.

Dziecko.

Małe. Uparte w swoim istnieniu. Anthony zesztywniał niemal odruchowo. Nie był dobry w kontaktach z dziećmi, nie wiedział, ani jak z nimi rozmawiać, a z kolei ich opowieści zwykle męczyły go przy szóstym powtórzonym zdaniu na temat sprawy tak błahej jak miniony śnieg rozdeptany żółtym kaloszem. Umysł, który potrafił komponować i negocjować międzynarodowe traktaty, naginać i poddawać legislacyjne granice swojej woli, nigdy nie miał dość cierpliwości, by zaznajomić się z jakąkolwiek instrukcją obsługi istot tak odmiennych od otaczających go ludzi.

Pomyślał, że szkoda, iż nie ma przy sobie cukierka. Coś prostego, cukier był uniwersalnym lodołamaczem, a do niczego nie zobowiązywał. Złoto zaś niosło ze sobą ciężar, przed laty będąc kością niezgody między nim a Lorraine. Brzęk toczącej się monety wciąż pozostawał na granicy jego słyszenia. Jak gorzki wyrzut. Jak przestroga, którą tak trudno było usłuchać.

Czy wzięłaby cokolwiek od nieznajomego?

Nie powinien tego robić, gest przyszedł jednak samoistnie, wyuczony, zapamiętały w perfekcji ruchów długich palców kogoś, kto z powodzeniem mógłby zrobić pianistyczną karierę. Sztukmistrzowski trik, który pozwalał ukryć dymną zasłoną tę niepewność w elegancji ruchu. Moneta pojawiła się zza ucha dziecka jak żart, który każdy znał od zawsze, ale nigdy nie przestawał działać. Anthony pozwolił by w kilku obrotach przebiegła kaskadą po wierzchu palców, a następnie położył ją na dłoni, nisko, nie narzucając się, pozwalając decyzji należeć do dziecka, nie do niego.

Uśmiechnął się życzliwie, wyciągając ku niej monetę.
– Zobacz co wypadło Ci zza ucha! Zupełnie jak tej gęsi, której jajka zaskakująco często okazywały się złote. – Uśmiechnął się, choć wciąż jego twarz nosiła strach i smutek, traumę po nocy spędzonej na ulicach płonącego Londynu. A jednak pogłębił oddech, przez moment pomyślał, że to właśnie za tym tęsknił. Za normalnością tak banalną, tak luksusową. Za sytuacjami, w których stawką nie było państwo, wojna ani przyszłość magicznej społęczności, tylko to, czy ktoś się uśmiechnie, czy nie. Bezpieczne drobiazgi. Rzeczy, które nie płoną.



RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Lorraine Malfoy - 17.01.2026

Unoszący się wokół dym kowenowych kadzideł przywodził Lorraine na myśl wnętrze Necronomiconu. Kadzidła w jej pokoju zaczynały się już dopalać, gdy w środku nocy przebudziła się, aby przelać na papier słowa. Słowa niewątpliwie natchnione, bo jak mogłaby inaczej wypowiedzieć wszystko to, co przeżyła? Wierzyła, że Anthony zrozumie. Przecież mówił językami, jakże mógłby nie zrozumieć? "Czarne skrzydła, czarne wieści. Ale skrzydła są białe. Białe skrzydła, białe ręce. Biały popiół, ale czarna sadza." Biel i czerń nie mogły dłużej służyć prostemu przeciwstawieniu. Nic nie było bowiem proste. Nie było już dobra, nie było zła. "Czarna już zapadła noc, ale jutro nastanie biały dzień..." A jednak biały dzień nie mógł był niewinny, nie gdy obnażał brzydotę skrytą przez czarną noc. Białym był przecież popiół, który sypał się z nieba, gdy wokół goreły pożary. "Poczerń białą dłoń czarnym popiołem", pisała więc, wierząc, że czarne ręce mogą stać się narzędziem pracy i troski, pochówku i odbudowy. Pisała w bełkotliwym natchnieniu, które w gruncie rzeczy było doskonale precyzyjnym, bo pokazywało, że to wszystko dookoła jest bełkotem. Dychotomie, na jakich zwykł opierać się świat, zawiodły. Przewidziała, że w końcu zawiodą. Sam jej to nie tak dawno powiedział. "Wszystko przewidziałaś, Lorraine." Przewidziała to, dlatego pobożność jej nie była nigdy jasna, bezpieczna ani kojąca. Była gęsta, ciężka, i oparta na obcowaniu z tym, co niepokojące, zakazane, graniczne. Zawsze opierała się bliżej doświadczenia niż doktryny, bliżej ciała i traumy niż teologii. "Znów będę miała białe włosy, ale ręce muszą być czarne. Wiele przed nimi pracy." Chcesz pomóc, a więc pomóż, chciała napisać. Nie przejmuj się, że nie możesz pomóc wszystkim. Jeżeli jednak chcesz za coś umierać, umrzyj za to właśnie. Umrzyj próbując. Bo przecież o tym mówił jej przed tygodniem ledwie, gdy spotkali się w jego posiadłości w Little Hangleton. "Postanowiłem umrzeć", mówił ze spokojem, w którym czuła ciężar nieprzespanych nocy i nieprzepracowanych traum. Wiedziała, że i tej nocy nie zmrużył oka. "Do łóżka, do łóżka!", prosiła więc, dokonując demontażu jego romantycznych wizji. Bo przecież umierać można było dopiero wtedy, gdy wcześniej spróbowało się żyć. Anthony próbował nadać sens swojemu bólowi poprzez ideę zamiast zwyczajnie go przeżyć. "Do łóżka! Do łóżka! Do łóżka! Ależ jestem zmęczona. Czy ty też jesteś zmęczony, kochany? Pomodlę się, żebyś wyśnił w tę czarną noc biały sen." Biały jak popiół, który spadł z nieba. Biały jak materiał jej sukni, jak jej palce poparzone gorącym woskiem. Mógł wyczuć, że są nienaturalnie ciepłe, gdy ujął wcześniej jej dłonie. Dłonie Lorraine zawsze były przecież zimnymi. Nawet wtedy, gdy składały się do żarliwej modlitwy, żeby wreszcie porzucił swoją męczeńską narrację.

"Porozmawiamy, kochany, ale nie nad czarno-białą szachownicą", pisała, wierząc, że Anthony musi wyjść poza czerń i biel kwadratowych pól. Przestać wpatrywać się w biel i czerń kafelków, którymi wyłożone były posadzki jego rezydencji. Przestąpić próg. Lorraine już go przestąpiła. "Nie porozmawiamy przy białej jabłoni ze sczerniałym pniem", pisała. Nie potrzebowała przecież konfrontacji z dawno minioną przeszłością, z traumą zapisaną w murach rodzinnego domu. Nie chciała widzieć się z Anthonym w Little Hangleton, nie po tym, co tam zaszło. Cieszę się, że napisałeś. Że i ty przeżyłeś tę noc. Nie każ mi jednak spotkać się z tobą w Little Hangleton, w domu mej matki. Nie wiesz, co tam przeżyłam... Spotkajmy się raczej w domu mej Matki. "W Whitecroft, białej zagrodzie zwęglonego na czerń serca Londynu." Lorraine wybrała przestrzeń rytualną, wspólnotową, w której ból stanowił część większego porządku, a nie był przeżywany osobiście. Bo to nie była wojna Anthony'ego. Nieważne, jak odpowiedzialnym by się nie czuł, to nigdy nie miała być wojna Anthony'ego.

Zrozumiała, że to właśnie chciała mu powiedzieć wtedy, gdy się spotkali. To nie jest twoja wojna. Nie było to oskarżenie ani próba odebrania mu sprawczości, lecz bolesne upomnienie, że wojna, którą ona widzi każdego dnia, nie jest abstrakcyjnym konfliktem ideologicznym. Upomnienie, ale i pocieszenie. Wojna była sumą ludzkich tragedii, które w statystykach były tylko liczbami. Ale gdyby wyszedł z biura, zobaczył ludzkie twarze, zamiast statystyk, być może odzyskałby wiarę, że wciąż można coś zmienić. Pomóc prawdziwie, choćby na chwilę, na moment. Bo co jego polityczna wojenka mogła obchodzić wszystkich tych ludzi? Nie było pośród nich ideologów ani generałów. Nie było strategów ani wojowników, którzy rzuciliby się w bój przeciwko wrogowi, skrywającemu tożsamość pod śmierciożerczą maską. Jakże zresztą walczyć z wrogiem, którego się nie zna? Lorraine znała twarze wszystkich, którzy gromadzili się w kowenie, poszukując wsparcia w wierze. Znała ich rodziny. Znała ich problemy, bo sama się z nimi mierzyła. Zwykli ludzie modlili się za zdrowie swoich dzieci. Modlili się za krótką zimę, w trakcie której głód nie zajrzy im w oczy, i żeby dach nad głową więcej nie przeciekał. Nie liczyły się dla nich polityczne przepychanki, gra o wpływy tych, którzy sprawowali władzę. Nie, ludzie modlili się po prostu o koniec wojny. Modlili się o pokój. Nie o tego, kto ten pokój zaprowadzi, ani na jakich zasadach to zrobi. W końcu zasady przeminą. Przeminie stary porządek, nastanie nowy, a jedynym co przetrwa, będą groby poległych bliskich. Jedyna strona, po jakiej można się było tak naprawdę opowiedzieć, była strona życia albo śmierci.

A Lorraine wybrała życie, chociaż otoczona była śmiercią.

Gdy więc przybiegła do niej Frida, Lorraine przyklękła przy niej na chwilę, ażeby nieumarła dziewczynka nie czuła się przytłoczona. Czule ucałowała swą przybraną córeczkę w czoło, zanim zachęciła ją, aby zaplotła rączki wokół jej szyi. Wystarczyło jej siły, żeby się podnieść. Pomóc Fridzie stanąć na ławce, żeby wydała się wyższą. Zaparło jej aż od tego wszystkiego dech w piersiach, chociaż to nie ghoulka była ciężka, tylko Lorraine była słaba. Zachwiała się, ale wystała, podtrzymując się ławki. Przez chwilę po prostu milczała, pozwalając Fridzie oswoić się z obecnością Anthony'ego. Wstyd był u dziecka naturalnym instynktem, tak jak i obawa przed tym, co obce. Ale Anthony nie musiał być obcy.

To jest Frida – odezwała się w końcu, nie puszczając dziecinnej rączki. – A to jest Anthony. – Oczy Lorraine spoczęły na twarzy przyjaciela. Nie kwapiła się do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Wiedziała jednak, co mógł pomyśleć, gdy czule przygarnęła małą do siebie, zamiast pozwolić jej odejść.

Może dlatego uśmiechnęła się tylko.

Jeżeli Anthony martwił się o bycie widzianym w jej towarzystwie... Cóż.

Chcesz, żebyśmy poszli do kapłanek, które opatrują właśnie rannych? Zorganizowano tutaj punkt pomocy. Ochotnicy szukają też zaginionych pośród zgliszczy... Zanotujesz wszystkie nazwiska. A ja opowiem ci w tym czasie o projekcie jadłodajni. Pomyślałam... Pomyślałam, że można spróbować zorganizować jakieś wsparcie.

Nie pierwszy raz zmuszała go do zastanowienia się, co tak naprawdę wie o głodzie. Dla Anthony'ego Shafiqa głód był imieniem jednego z legendarnych jeźdźców apokalipsy, imieniem, które przybrał, aby móc z niego żartować w gronie przyjaciół. Dla innych głód był rzeczywistością, tak jak rzeczywistością były wojna, pomór i śmierć.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]


RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Bard Beedle - 26.01.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4v47VAQ.png[/inny avek]
Mówi się, że patrząc w ciemność trzeba być gotowym, że ona spojrzy w ciebie. Ale czy ktoś kiedykolwiek słyszał, żeby ciemność miała wielkie zielone ślepia, którymi nigdy praktycznie nie mrugała? No nie. A jednak Frida wpatrywała się w obcego jak sroka w gnat, dalej analizując czy to nie przypadkiem jeden z tych co zżera małe ghoulki. Nawet kiedy mama kucnęła, ghoulka chętnie oplotła ramieniem jej szyję, to jednak wzrok miała wciąż utkwiony w nieznajomego.
Nieznajomy szybko jednak dostał imię. Anthony. A-N-T-H-O-N-Y. Nie była pewna czy potrafiłaby napisać jego imię, bo było w nim strasznie dużo strasznie trudnych literek. Takie “H” na przykład. Niby jak “N” ale jednak inaczej. Pan Tony brzmiało w jej przekonaniu dużo lepiej. O wiele prościej.

Ustawiona na ławce, trzymała mocno mamę za rękę. Nawet odwróciła na moment głowę, żeby spojrzeć na tatę, który… gdzieś jej zniknął. Och. O nie. O nie! Wydęła usteczka w smutną podkówkę, wtulając się nieco bardziej w mamę. Ale zanim zdążyła się rozpłakać - pan Tony się zbliżył.
Nie do końca była przekonana czy jej się podoba, że jest tak blisko, ale nie pachniał wcale brzydko, więc się nie odsunęła. No i się uśmiechał, więc nie mógł być bardzo źli. Frida wychodziła z założenia, że tacy bardzo źli ludzie się nie uśmiechają. I są brzydcy. Ale to musiała być prawda, bo mama zawsze powtarzała, że jak Frida wystawia komuś język to jej się strasznie buzia krzywi i że jej kiedyś tak zostanie. Dlatego starała się zostawiać wystawianie języka i granie na nosie na specjalne okazje.
Spojrzała na galeona. Potem na pana Tony’ego. Znów na galeona. Na mamę. Na jej twarzy pojawił się wyraz szczerego zachwytu.
Pan Tony musiał być czarodziejem. Ale nie takim nudnym jak mama i tata pff. Tylko innym. Takim jakiego kiedyś widziała w kolorowance. Tamten pan czarodziej wyciągał królika z kapelusza i w ogóle! Ale pan czarodziej miał pelerynę w gwiazdki, no i ten kapelusz… Pan Tony takiego nie miał. Musiał więc być kiepskim czarodziejem. Ale nie szkodzi. Frida też po głębszym zastanowieniu się uznałaby, że też by nie potrafiła.  
Aż złapała się za uszko. Nie ma takiego wyciągania pieniążków, nie nie!
Ale przynajmniej zapomniała już, że zgubiła gdzieś tatę.

Oczywiście, że znała historię o gąsce co znosiła złote jajka. Była w takiej wielkiej książce z bajkami, którą czase, czytała jej mama. Co prawda z początku w ogóle nie wiedziała czym jest ta cała “gąska” ale niedawno mama zabrała ją na wieś i tam były gąski. I był też las, w którym szkieleciki wisiały na drzewach, a wiatr majtał nimi w jedną i drugą stronę. Huśtali się na sznurkach jak Frida na huśtawce, którą naprawili specjalnie dla niej! No i tam była gąska i robiła tak GĘ GĘ GĘ GĘ, strasznie głośno i biegała w kółku zupełnie jakby była czymś strasznie zeźlona! A potem uciekła i nawet nie złożyła złotego jajka! Niesprawiedliwe. Chociaż potem tą gąskę rozcięli i zrobili z niej obiad. Miała nadzieję, że pan Tony nie wymyślił takiej bzdury. Frida nie miała w sobie żadnych złotych jajek. Takich niezłotych też nie miała.
Wzięła do rączki galeona i dygnęła, dokładnie tak jak ją uczyła mama. Nieme “dziękuję”, bo dziewczynka choć zdawała się być żywym srebrem, była wyjątkowo cicha.

Oglądała przez moment złoty pieniążek po czym bezceremonialnie wepchnęła go do koszyczka. Za taki pieniążek na pewno można było kupić dużo cukierków. Biedna Frida nie do końca rozumiała jak działa sektor finansowy Wielkiej Brytanii, ale rozumiała, że za takie dwa małe brązowe pieniążki można było kupić jedną lodową myszkę, a za 3 garstkę fasolek wszystkich smaków w sklepiku nieopodal. Frida najbardziej lubiła te niebieskie, ale istniała duża szansa, że będą smakować jak pasta do zębów. Albo te o smaku jabłuszka, ale te to w ogóle były zdradliwe, bo to był też smak gila z nosa. Więc Frida zawsze dawała je najpierw tacie do ugryzienia tak troszkę ociupinkę i jak się skrzywił to mógł zjeść całą. Ghoulka nie gustowała w gilach. Nawet tych własnych. Czasem podejrzewała, że pani Pieterowa specjalnie wybiera tylko te niesmaczne, ale biedna Frida nie mogła się jej przypatrzeć - nie sięgała nawet do kontuaru.
Więc gdy mama wysyłała ją na zakupy (takie nieduże, bo Frida nie mogła dźwigać za dużo, chyba że był z nią taki jej kolega Fred, to mama dawała im całą długaśną listę. Fred mógł taszczyć ciężkie siatki), dziewczynka musiała stawać na palcach, żeby w ogóle dać radę położyć kartkę i wyliczone pieniądze na ladzie.
Nie wiedziała ile lodowych myszek kupi za złotego pieniążka, ale miała przeczucie, że dużo. I będzie miała najwięcej na całej dzielni i będzie królową myszek i och jakie to było wspaniałe!

Przypomniała sobie co mama mówiła o dzieleniu się i westchnęła bezgłośnie. No dobrze, podzieli się myszkami z kolegami, ale po jednej! Nie można dać się orżnąć jak to tata czasem mówił. Ale tego pana co dał jej pieniążka to nie znała, więc jak mogłaby mu dać taką lodową myszkę? No nijak. Westchnęła jeszcze ciężej, starając się być dzielną i nie robić nieszczęśliwej miny (nie udało się), kiedy wyciągała wymiętolonego karmelka z koszyczka i wręczała go Anthony’emu.


RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Anthony Shafiq - 03.03.2026

Czerń i biel, biel i czerń.

Dla niego skóra sama w sobie była wysycona szarością, jak większość obserwowanej rzeczywistości. Dziedzinę moralności zepchnął już dawno w odmęty przedświadomości, dławiąc własną naturę bezwzględnymi okolicznościami pięcia się po drabince Ministerstwa Magii. Nie było tam miejsca na ideały, nie było miejsca na bycie społecznikiem, sieć którą towarzył nie miała na celu skonstruowania utopijnej społeczności, lecz była narzędziem w rękach sprawnie tkającego przestrzenie, nie będącego uwikłanym w intrygi, a zarządzającym nimi.

Mógł przywdziać czarne szaty, ona mogła nosić się w bieli. Nokturn był szary, tak samo jak szare były podziemia Ministerstwa Magii.

Jego dłoń była szara, jeszcze do niedawna czarna od rozlanej nań magicznej farby, niestety odruch ścierania jej pozostał. I trzeć będzie tak długo, aż ujrzy biel. Nawet jeśli nie chciała rozmawiać nad szachownią. Trudne czasy radykalizowały i tak się działo, że myśl i - w niedalekiej przyszłości jeśli Matka pozwoliłaby na to - uczynek również by się radykalizowały.

Przyjdzie czas pokoju, wierzył w to święcie, powróci czas na szarość i małostkowość, na składanie ofiar miernym bożkom materialnego świata. Teraz jednak czas było opłukać szaty we krwi, otulić się ich bielą… i działać ignorując szczekania i wyzwiska, osikane podkoszulki i urągające mu listy. Nokturn był trudnym miejscem, dla kogoś, kogo dzieliła od niego przepaść - ekonomiczna, kulturowa, światopoglądowa. Jego życie, jego trudności wyglądały absolutnie inaczej, nie było co do tego wątpliwości i z żalem patrzył jak Lorraine w swych odruchach w słowach w gestach, w doborze znajomych transformuje ich relację w coś, nad czym nie miał w pełni kontroli. Czy czuł jej surowy osąd? Cóż, jej kuzyn pod tym względem był o wiele bardziej bezpośredni. Ostatecznie jednak puszczał to mimo uszu, mająć - przynajmniej na razie w swej głowie - nadrzędny cel pomocowy. Biały cel, nawet jeśli podszyty strategią i myśleniem ponad jednostkę, na temat struktury społeczności i potencjalnych konsekwencji socjologicznych, które mogłyby go kosztować głowę. Jakie to miało znaczenie, jeśli poszkodowani znaleźliby pomoc? W myśl Anthony’ego, nerwowo teraz próļującego zetrzeć czarną farbę z czystych dłoni, znikomą.

Liczył się efekt. Ten krótko i długofalowy.

Tymczasem dziewczynka przyjęła od niego galeon.

Dziewczynka przekazała mu karmelka.

Niemal podręcznikowy przykład - Wymiana uprzejmości, wymiana prezentów, dóbr. Pakt o nieagresji. Skinął jej głową w podzięce i schował go do kieszeni, uznając tę wymianę uprzejmości za zakończoną. Ostatecznie dorośli mieli do omówienia tematy.

- Projekt jadłodajni brzmi wybornie.- nieumyślnie zupełnie sięgnął po ten epitet, z jego głosu znikało napięcie z początku rozmowy choć jeszcze gdzieś przebijało choćby w tym niezręcznie dobranym słowie. I prawda była taka, że wysiłki Lorraine były trochę chybione - Anthony bowiem nie musiał rozumieć głodu, ani nędzy, by móc i chcieć mu zapobiegać. - Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerny, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę. - w oczywistej oczywistości miał na myśli Rejwach. Clemens, znaczy Woody był osobą, której nie obawiał się powierzyć wszelkich środków na realizację jego zamierzenia, nawet jeśli ten wpisywał się mocno w dyskurs nazywania Shafiq’a posożytem na zdrowej tkance. Ostatnie ich spotkanie było… bardzo dynamiczne, a przez okoliczności Longbottomowej sprawy, Anthony nie miał żadnych złudzeń co do tego, że to jest miejsce w które chciałby włożyć część środków.



RE: [Jesień 72, 10.09 Kowen Whitecroft | Lorraine & Anthony] ...it is void - Lorraine Malfoy - 07.03.2026

No tak. Koniec zabawy. Fridę można było rzucić w kąt, jak szmacianą laleczkę, kiedy już znudziła się zabawa, bo przecież "dorośli mają do omówienia tematy"... Jacy dorośli? Przez chwilę Lorraine widziała przed sobą tylko duże, rozkapryszone dziecko, bo Anthony zachowywał się tak, jak gdyby urodził się wczoraj. Nawet smarkaci gówniarze z Nokturnu wiedzieli lepiej od niego, żeby nie kraść łakoci młodszemu rodzeństwu, bo zaraz będzie ryk. Oto nastąpiła wymiana. Wymiętoszony przez dziecięce łapki karmelek w zamian za złotego galeona. Lorraine przyglądała się wymianie Anthony'ego z Fridą w dziwnym napięciu. Widziała zawahanie dziewczynki, która stanęła przy niej sztywno, bocząc się na cały świat i straszliwą niesprawiedliwość ważnych transakcji biznesowych (bo jak to tak, nie można mieć i karmelka, i galeona!), a oczy jej szkliły się niebezpiecznie w obietnicy łez. Ale że Frida była bardzo dzielną małą ghoulką, żadnej łezki nie uroniła, no, może tylko parę razy pociągnęła noskiem. Nagle pożałowała wymiany. Co z tego, że wiedziała, że za galeona można było kupić co najmniej dwadzieścia (tyle, co miała paluszków) lodowych myszek. W końcu lodowych myszek na pewno już dzisiaj nie kupi, a takiego karmelka mogła zjeść od razu. Znaczy po obiedzie, ale to wciąż szybciej niż myszki. No i na pewno mama nie pozwoli jej zjeść wszystkich... Raz Frida zjadła trzy i potem była strasznie chora. Podobno była cała zielona na buzi jak tata, który przez pomyłkę wypił cały kubek wody, w której moczył pędzle zamiast kawy obok. Ale było śmiechu! Znaczy jak tata był zielony, a nie ona. Ale karmelek zniknął w kieszeni nieznajomego pana, to znaczy, Anthony'ego, a Frida nie do końca wiedziała jak mu powiedzieć, że dealu jednak wcale nie chce.

Podała galeona Lorraine, nie wiedząc, co innego mogłaby z nim właściwie zrobić.

Lorraine nie rozumiała, jakim cudem można być jednocześnie zasłużonym dyplomatą, wprawnym w rozwiązywaniu konfliktów, a jednocześnie czuć się tak bezradnym w konfrontacji z dzieckiem. Przecież Anthony był takim mądrym człowiekiem. Mówił tak wieloma językami... Być może nie należał do niech język małych dziewczynek. Tylko że Frida nie mówiła. Frida milczała. Więc milczała i Lorraine. Zacisnęła opiekuńczo dłonie na ramionach Fridy, nie poruszywszy się z miejsca.

Może powinna raczej zapytywać się o to, jakim trzeba być człowiekiem, żeby chcieć uciszyć pozbawioną głosu dziewczynkę?

Lorraine widziała we Fridzie samą siebie. Całe jej życie było przecież utkane z takich właśnie wymian. Wymian, z których ktoś inny wychodził bogatszy, a ona zostawała z poczuciem, że powinna być wdzięczna za samą możliwość uczestniczenia w transakcji. Dziewczynka oddała coś, co było dla niej realne – karmelek, który mogłaby zjeść po obiedzie, słodycz konkretną, namacalną i dziecięco ważną – w zamian za coś abstrakcyjnego, potencjalnie bardziej wartościowego, lecz odległego i niepewnego w czasie. Galeon mógł być obiektywnie lepszą inwestycją. Ale w tej chwili był tylko ciężkim, zimnym krążkiem, który nie był w stanie zaspokoić żadnej potrzeby dziecka. W tym geście Lorraine zobaczyła całe swoje życie. Lata oddawania natychmiastowych potrzeb – czułości, bezpieczeństwa, uznania – w zamian za obietnice, które miały się kiedyś spełnić. Miały się spełnić, jeśli tylko okaże się wystarczająco cierpliwa. Wystarczająco lojalna. Wystarczająco ofiarna. Różnica polegała na tym, że Lorraine dokonywała tych wymian świadomie i ze swego rodzaju fatalistycznym spokojem, podczas gdy Frida stała przed nią z dziecięcym wahaniem, czując instynktownie, że coś w tej transakcji jest nie w porządku. Coś jest nie tak.
Lorraine całe życie trwała w przekonaniu, że relacje międzyludzkie oparte są na transakcjonalności. A jednak wymiany, które powinny być równoważnymi, rzadko były takimi w rzeczywistości. Pozwalała się więc wykorzystywać w zamian za ułudę uczucia. Wierzyła przecież, że musi dawać bezinteresownie całą siebie, aby na takowe zasłużyć. Wierzyła, że jej miłość nie jest wartą więcej nad złamanego knuta. To wszystko było w porządku, gdy chodziło o Lorraine. Tak, to wszystko było w porządku dla Lorraine. Ale nie dla Fridy. Lorraine zrozumiała, że nie chce, żeby jej mała córeczka myślała, że to jest w porządku. Nie przeszkadzało jej bycie spotkaniem biznesowym wciśniętym między obiad a kolację. Zadowolała się resztkami uczucia tak długo, że nauczyła się nimi sycić. Jeszcze kilka miesięcy temu byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, gdyby zobaczyła Anthony'ego czekającego na nią pośród ławek kowenu. A teraz... Teraz czuła ulgę, że ocalał, że jest bezpieczny, ale nic ponadto. On widział w swoim geście moment pojednania dwóch światów, do których należała Lorraine. Być może było na to zbyt wcześnie, a może zbyt późno, bo ona widziała tylko konieczność ostatecznego ich rozdzielenia.
"Sprzedałeś swój obraz?", spytała pustym głosem Baldwina, przekonana, że zawalił się właśnie świat, jaki znała. Nigdy nie czuła się tak zdradzona, jak w tamtej chwili, kiedy myślała, że jej brat naprawdę poważył się sprzedać dzieło swych rąk za pieniądze. Oddać je w zamian za złoty laur, który zwieńczył jego piękną skroń. Wyznawcy mugolskiego boga w koronie cierniowej w tym jednym mieli rację, pomyślała wówczas Lorraine, nie można było przehandlować boskości za pieniądz, i tak po prostu żyć dalej. Przecież to było tak, jak gdyby wyzbył się tego, co było mu najdroższe. A robiąc to, złamałby za jednym zamachem nie tylko swoje serce, ale także to bijące w jej piersi. Uciekła więc, żeby nie rozpaść się na oczach wszystkich. "Nie sprzedałem, słyszysz?", uspokajał ją potem Baldwin. Odległe echo jego słów powróciło do Lorraine, zastanawiającej się, czy nie rozbić głowy o fresk, jaki zostawił na ścianie bawialni Anthony'ego. Jakże zdeterminowana się wtedy wydawała. Teraz oczom jej daleko było jednak od tamtego chorobliwego blasku. Zamiast tego pojawiło w nich postanowienie, chłodne i dojrzałe. A potem Lorraine się zaśmiała. Zaśmiała się dokładnie tak, jak śmiał się jej ojciec. Radośnie. Ostro. Pogardliwie. Nieświadoma była podobieństwa, a jednak nigdy nie był piękniejsza niż wtedy, kiedy przywdziewała pogardę.

W tej jednej wymianie zawarło się bowiem wszystko, czym pogardzała. Zrozumiała, że nie tego chce dla Fridy. Nie chce tego dla Baldwina. A może i dłużej nie chce już tego dla samej siebie. Nie tego. Nigdy tego.

Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, podszedł do nich Baldwin, a Lorraine uśmiechnęła się mimowolnie. W przestrzeni kowenu wyglądał co najmniej porządnie, oceniła zadowolona. Zaczesane włosy, uprasowana koszula do prostej szaty, żadnych plam po farbie na spodniach... Wyciągnął nawet dłoń na przywitanie, o ile oczywiście Anthony zechciał ją uścisnąć. Jeśli to zrobił, mógł poczuć blizny po ranach na wnętrzu dłoni. Lorraine, wciąż milcząc, pozwoliła mężczyznom wymienić uprzejmości. Nie zaprotestowała, gdy Baldwin wziął Fridę na ręce. Dziewczynka natychmiast objęła go za szyję i wtuliła buzię w jego jasne włosy. Odwróciła się jednak w stronę Lorraine, gdy ta zwróciła się do niej po imieniu.

Muszę jeszcze coś tutaj załatwić. Pójdziesz do domu z tatą, dobrze? – utuliła czule dziewczynkę, uspokajając dłonie poprawieniem wiązania wstążeczek przy dziecinnej sukience. Czerpała zadowolenie z tego, że kierowana matczyną zapobiegliwością, naprawiła zawczasu jasny kubraczek, który był jak znalazł na chłodniejsze, jesienne poranki. Twarz Lorraine wydawała się łagodnieć, gdy zwracała się do dziewczynki, uwzględniając ją w rozmowie jak dorosłą. – Dopilnuj, żeby wszyscy wzięli się do pracy, zanim wrócę. Musimy wysprzątać główną izbę, żeby znowu było tam ładnie. Obejmujesz za mnie dowództwo... Obiecuję, że wrócę jak najszybciej. – Nachyliła się bliżej dziecka, nie potrafiąc powstrzymać się przed połaskotaniem Fridy w nos swymi długimi włosami, gdy zasłoniła konspiracyjnie jej uszko. – Z karmelkami – wyszeptała ze śmiertelną powagą w głosie. Bo chociaż wzdragała się na samą myśl o wizycie w cukierni, dla maleńkiej ghoulki gotowa była zdobyć się na podobne poświęcenie. – Pokaż tacie pieniążek, jaki dostałaś – dodała już głośniej, wymieniając przy tym spojrzenia z Baldwinem, który trzymał dziecko na rękach. Rozmowa bez słów, jakich przeprowadzili w życiu wiele. Jakże byli do siebie podobni w tej chwili. Baldwin przechylił lekko głowę, w dobrze znanym manieryzmie, ale Lorraine zacisnęła usta. – Na ofiarę dla potrzebujących – podkreśliła, wskazując brodą w stronę kasetki na datki przy wejściu do kowenu.

Nie było z nią dyskusji.

"Projekt jadłodajni brzmi wybornie. Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerna, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę."

Według ciebie Nokturn ogranicza się do dwóch garkuchni? – spytała z niedowierzaniem przemieszanym z rozbawieniem. Z łatwością dostosowała jednak tembr swego głosu, aby wybrzmiał naturalnie. W tej chwili Lorraine nie patrzyła na Anthony'ego. Obejrzała się przez ramię, żeby odprowadzić spojrzeniem Baldwina i Fridę, kierujących się w stronę wyjścia. – Świadoma jestem istnienia tej śmiesznej rywalizacji między Wiwernem a Rejwachem, jeśli do tego nawiązujesz. – Nie mówiła głośno, ale też nie unikała nazywania rzeczy po imieniu. Uniosła delikatnie rękę na pożegnanie, żeby pomachać rodzinie. Upewniła się, że darowany Fridzie pieniążek trafił do urny na datki dla biednych, zanim odwróciła się z powrotem do Anthony'ego. – Nie zamierzam narażać się bez potrzeby żadnemu. To nie służy interesom. Nie trzeba jednak być szczególnym znawcą natury ludzkiej, żeby dostrzec, że w przeciwieństwie do draba z Wiwerna, stary Tarp ma serce po właściwej stronie. Inaczej już dawno wyegzorcyzmowałby tego jazgoczącego ducha z lutnią. – Lorraine przewróciła wymownie oczami, przeżegnawszy się, gdy przechodzili w pobliżu ołtarza. – Zaangażował się w pomysł zorganizowania jadłodajni jeszcze przed pożarami. Zaproponowałam mu wcześniej podobną inicjatywę w związku z obchodami Mabon... Zmuszona zostałam jednak do przeorganizowania dotychczasowych planów. – Wzruszyła delikatnie ramionami. – Pytałam też innych zaufanych mi ludzi. Kilku chce wykazać się solidarnością wobec ofiar, sami bowiem ucierpieli w pożarach. Opowiem ci...

Po czym zniknęli w głębi kowenu. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]