Secrets of London
[09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) (/showthread.php?tid=5245)



[09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Astoria Avery - 16.10.2025

09.09.1972
ulica Pokątna

Była wykończona. Czerń i szarość zdawały się wchłonąć całe światło, a powietrze gęste od popiołu i dymu nie pozwalało odetchnąć. Próba dostania się do galerii spełzła na niczym. Zabezpieczenia nie pozwlały jej wejść do środka, nie mogła nikogo powiadomić, bo bariera odbijała wszystkie zaklęcia i przedmioty. Była zdana na siebie, tu na Pokątnej, gdzie ogień nie ustępował, a za każdym rogiem dochodziło do brutalnych ataków. Pomoc śmierciożercy była dla niej oczywista, nawet jeśli przez nich jej życie było zagrożone. Przestępca zniknął w ciemności, a aurorzy ruszyli w przeciwnym kierunku, zanim zdążyła poprosić ich o pomoc.
Teraz musiała martwić się o siebie i o smogocznika na jej ramieniu, wciąż ukrytego pod płaszczem. I dopiero teraz poczuła, jak bardzo drżą jej dłonie. Dym znów wdzierał się do płuc, dusił, kaleczył gardło przy każdym wdechu. Nie mogła się teleportować - zbyt oszołomiona, zbyt słaba, świat wokół wirował, a każde zaklęcie mogłoby skończyć się tragicznie. Płuca paliły żywym ogniem, serce biło szybko, nierówno, jakby próbowało nadgonić brak tlenu.
Szła więc przed siebie, nie wiedząc, dokąd dokładnie zmierza. Ulice pogrążone w chaosie, wszędzie ogień, krzyki, wybuchy w oddali, płacz dzieci. Nad dachami przemykały błyski zaklęć, a Astoria chwiała się, potykając o kamienie i porzucone przedmioty. Vulcor tulił się pod jej płaszczem, cichy i spięty, jakby sam wiedział, że ich życie wisi na włosku. Jej wzrok rozmywał się z każdym krokiem, a dym szczypał w oczy, aż łzy mieszały się z sadzą. Czuła bezradność, która dławiła ją bardziej niż dym. Zatrzymała się w końcu przy jakimś murze, oparła o niego dłoń. Była zagubiona w chaosie, samotna i słaba - drobna sylwetka wśród płonących ulic, z jedyną myślą, że musi przetrwać do świtu.
Przyciskała się do zimnego muru tak mocno, jakby chciała w niego wniknąć i zniknąć z tego świata. Niestety nie było jej to dane. Wśród półmroku i dymu rozgrywała się scena, której nigdy nie zdoła zapomnieć. Na środku ulicy kilku mugolaków, ludzi, których znała z widzenia - sprzedawca z targu, młoda dziewczyna o rudej czuprynie, dwójka chłopaków, którzy czasem przesiadywali pod galerią - ciągnęli za sobą kobietę. Ich sąsiadkę. Czarownicę czystej krwi, która błagała ich o litość, klęcząc na bruku, rozczochrana, z zakrwawionymi dłońmi.
Kurwa.
Penelope Abbott. Stała klientka galerii. W życiu muchy nie skrzywdziła, a teraz sama stała się ofiarą.
Nie było w nich litości. W ich oczach nie błyszczał już strach, lecz gniew - ten dziki, ślepy gniew, który rodzi się wtedy, gdy człowiek czuje się zdradzony przez cały świat. Astoria widziała, jak jeden z nich zrywa z kobiety cienką szatę, jak drugi przyciska jej ramiona do ziemi. Słowa mieszały się z krzykami, niosły w sobie coś między rozpaczą a nienawiścią.
Szlag. Była za słaba, by podbiec, chwycić i walczyć jak ktoś wyszkolony do bitew, ale nie mogła jej zostawić. Ręka jej drżała, płuca paliły, a w głowie kołatał nieprzyjemny szum - mimo to podjęła decyzję. Rzuciła zaklęcie, które miało prostą, brutalną użyteczność: z powietrza wyrósł gruby, skręcony sznur. Nie zdołała nawet zobaczyć, czy zaklęcie sięgnęło celu, a tym bardziej rzucić zaklęcia na pozostałych, bo ci odwrócili się w mgnieniu oka i posłali wiązankę klątw w jej kierunku. Odskoczyła w bok, instynktownie zwijając się mimo słabości, a jeden z promieni przeleciał obo jej głowy. Schowała się za murkiem.
- Dawaj ją tu - usłyszała krzyk mężczyzny. Z dobrych stron - chwilowo nie skupiali się na Penelope. Ze złych - skupiali się na niej. Nie mogła uciekać, nie mogła się teleportować, a tym bardziej pokonać w walce przeciwników. Głupia solidarność kobieca nie pozwoliła jej się odwrócić, a teraz sama zginie na brudnej ulicy, z rąk mugolaków... co za ironia.
Nagle murek przed nią eksplodował, rozpryskując się w deszcz odłamków. Upadła ciężko na bruk, oszołomiona, z bólem przeszywającym ramię i biodro. Odłamki kamienia poharatały jej skórę - czuła ciepło krwi sączącej się z drobnych ran, metaliczny smak w ustach i chrzęst pyłu między zębami.
Zanim zdołała się podnieść, wyrosły nad nią dwie sylwetki.
- Patrzcie, to ta szmata. Avery - rozległ się śmiech, a potem ból przeszył jej czaszkę, gdy mężczyzna kopnął ją w twarz. Z nosa poleciała krew i zamroczyło ją na sekundę. W odruchu, na oślep, wycelowała różdżką w kierunku ruchu i rzuciła pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy. W tej samej chwili coś błysnęło pod jej płaszczem. Vulcor, spłoszony i rozwścieczony, wyskoczył spod materiału jak kłębek iskier i pazurów. Mimo niewielkich rozmiarów był szybki - skoczył na twarz jednego z czarodziejów. Astoria, czując nagły przypływ adrenaliny, zaczęła się szarpać i wierzgać, próbując odsunąć od siebie drugiego. Czuła pod sobą twardy bruk i czyjeś ciężkie buty, które próbowały ją przygnieść. Każdy jej ruch był desperacki, chaotyczny, ale wciąż walczyła.

zaklęcie kształtowania - lina
[roll=N]


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Rodolphus Lestrange - 16.10.2025

Pokątna była pogrążona w chaosie - i on był jedną z przyczyn, dla których Londyn trawił ogień. Nie tylko podpalał budynki wcześniej, w masce i szacie śmierciożercy, ale także przerwał nadawanie komunikatu w Rozgłośni Radiowej Nottów. Zabił nie jedną, nie dwie lecz o wiele więcej osób tej nocy, rozkoszując się każdym jednym zaklęciem, które wystrzeliwało z jego różdżki, by torturować czarodziejów, którzy stawali na jego drodze. Jednak teraz, gdy zegar wskazywał po północy, szedł bez maski. Był pracownikiem Ministerstwa Magii, osobą która zawsze miała plan - osobą cholernie ostrożną, paranoiczną wręcz. Chciał, by niektórzy Brygadziści widzieli jego twarz, chciał by ktoś go rozpoznał: nie dlatego, by przyznać się do tego, że jest odpowiedzialny za pożogę lecz po to, by pokazać dobrym duszom, że stoi po ich stronie barykady. Był to kolejny z jego planów, by odsunąć od siebie podejrzenia - kto będzie go oskarżać, skoro był obecny podczas zamieszania i pomagał innym? Nikt. Nikt nie wierzył, że młody Lestrange mógłby być aż tak wyrachowany.

Jego krok był szybki i sprężysty. Twarz i dłonie pokrywała sadza, czarne włosy rozsypane były w nieładzie. Biała koszula (powtórka z lata, kolejna rzecz do wyrzucenia) umorusana była w krwi i popiele. Nie miał na sobie marynarki, została rozdarta w chwili, gdy próbował wyciągnąć mężczyznę spod gruzów - tylko dlatego, że widział Aurorów, którzy biegli w ich stronę. Maskarada, jedna z najlepszych ról w jego życiu. Wszystko dokładnie przemyślał, lecz nie przewidział, że dostrzeże znajomą sylwetkę, na widok której serce na chwilę przestanie łomotać w jego klatce piersiowej. Astoria.

Wcale nie dumna Astoria, która na początku września pluła jadem, chcąc wywalić go z gabinetu. To nie była ta sama Astoria, która oskarżała go o fałszowanie obrazów i dziwne, złośliwe podchody. Nosił wilk razy kilka chciałoby się rzec, bo doskonale widział, jak grupa mężczyzn szarpie się z kobietą. Jak rozbijają jej nos, jak jucha zalewa jej twarz. Nie czuł jednak satysfakcji, którą mógłby czuć, gdyby pozbył się do końca ludzkich uczuć: zamiast tego czuł wściekłość. Zacisnął palce na różdżce. Widział, jak się z nią szarpią, jak jej pupil drapie pazurami twarz przeciwnika. Czuł, jak wszystko się w nim gotuje.

Nie był typem bohatera, który najpierw ostrzega wroga o swoim przybyciu, a potem kulturalnie tłumaczy co zamierza zrobić, dając mu czas na reakcję. Był typem, który atakował znienacka, pod przykrywką, i nie kłopotał się wyjaśnieniami. Czując narastającą, kłębiącą się w środku wściekłość, Lestrange wycelował różdżką w mężczyznę, próbującego przygnieść Astorię. Chciał wystrzelić w jego kierunku podmuch wiatru, by zwalić go z kobiety.

Rzut na kształtowanie, wytworzenie podmuchu powietrza, który pośle w pizdu jednego z mugolaków
[roll=N]


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Astoria Avery - 16.10.2025

Nagle poczuła potężny podmuch wiatru. Wszystko zawirowało aż na moment świat skurczył się do jednego, przerażającego szumu w uszach. Zamknęła oczy, by dodatkowy pył i piach nie dostał jej się do oczu. Zanim zdążyła cokolwiek skojarzyć, klękła na kolano, instynktownie odrywając się od bezpośredniego kontaktu z napastnikiem i odsuwając się o kilka niepewnych kroków, tak bardzo, że bruk trzasnął jej pod kolanem.
Była oszołomiona, oczy łzawiły, a w głowie pulsował dym; mimo to nagle poczuła, jak napina się w niej determinacja - chciała zranić na tyle, by przestali jej zagrażać. Ręka wciąż ściskała różdżkę. Skupiła myśl, wymusiła inkantację i wypowiedziała słowo zaklęcia, mając nadzieję, że ogień uderzy w dwójkę napastników i rozdzieli ich.
Nic się jednak nie stało. Powietrze wokół różdżki zdawało się napięte, drżące od energii, ale nie wyrósł ani jeden jęzor płomienia. Jej ręka zadrżała, a serce zamarło na ułamek sekundy. Adrenalina uderzyła gwałtowniej, a oszołomienie, zmęczenie i ból w płucach uświadomiły jej, jak bardzo była bezsilna w tym momencie.
Chwilę później zauważyła, że uwaga napastników skupiła się gdzie indziej - na sylwetce kogoś innego w chaosie ulicy. Wykorzystała tę krótką nieuwagę. Mięśnie drżały od zmęczenia, ale z trudem, opierając się o bruk, podniosła się na kolana.
Vulcor skutecznie podrapał twarz jednego z napastników, zostawiając czerwone, palące linie na skórze. Natychmiast cofnął się i wtulił ponownie w jej ramię, sycząc nisko, gotów do dalszej obrony.
Astoria ostrożnie przesunęła się w tył, powiększając dystans między sobą a dwójką agresorów. Z tyłu wciąż majaczyły postacie - zmrużyła oczy i dostrzegła Penelope wciąż na bruku oraz górującego nad nią mężczyznę. Ale nikogo więcej. Na ulicy zostało już tylko trzech przeciwników. Jeden z nich, najwyraźniej przestraszony zaognioną sytuacją, rzucił się w stronę bocznej bramy i zniknął w ciemnościach. To dobra wiadomość, natomiast obawiała się, że pozostali są bardziej zdeterminowani, by przelać czystą krew. A jak się okazało, mieli jej pod dostatkiem.
Chciała ratować Penelope, ale rozsądek podpowiadał jej, żeby uciekać jak najdalej. A przecież i tak daleko nie pobiegnie. Prędzej padnie z niedotlenienia. Już z trudem unosiła powieki, puls w skroniach dudnił jej jak bęben, a dym wdzierał się do płuc i gardła, paląc przy każdym oddechu. Przesunęła wzrok w bok i dostrzegła znajomą, wyprostowaną sylwetkę.
Rodolphus? Nie, to chyba omamy, jej mózg próbował odwrócić jej uwagę od beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. W oszołomieniu potrzebowała kilku ułamków sekundy, by skojarzyć, co się wydarzyło: to musiał być on, to jego moc wyrzuciła podmuch wiatru, który uderzył w ulicę i na moment odciągnął uwagę napastników. Dlaczego miałby jej pomagać?
Jej oczy przesuwały się po każdej sylwetce, analizując odległość i pozycje przeciwników. Napastnicy wahali się, niepewni, czy za plecami Lestrange'a nie pojawią się kolejni do walki. Jednak ten, znajdujący się najbliżej niej, nagle wyrzucił różdżkę przed siebie, a z niej wystrzelił promień - zaklęcie tnące, które rozcięło powietrze z sykiem i przebiło się przez chaos ulicy. Kobieta, choć zmęczona i oszołomiona, instynktownie odskoczyła w bok, przewracając się częściowo na bruk, próbując uniknąć bezpośredniego trafienia. Promień trafił w jej przedramię, rozcinając skórę. Krzyknęła z bólu i zaskoczenia, tamując ranę dłonią. Schowała się za skrzynią, próbując obmyślić plan działania.

kształtowanie - słup ognia skierowany na dwóch najbliższych mugolaków
[roll=N]


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Rodolphus Lestrange - 17.10.2025

Wokół jednego z mężczyzn pojawiła się lina, która skrępowała ciało. Nie on ją wyczarował, ale domyślał się, że Astoria próbowała się bronić. Z ukłuciem satysfakcji zauważył, że kobieta mimo beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła, walczyła jak lwica, broniąca swoje młode. Tak naprawdę gdyby nie on, to mogłaby sobie poradzić sama: nigdy nie uważał jej za wybitnie uzdolnioną czarownicę, ale ta sytuacja pokazała mu, że bardzo się mylił w stosunku do Avery. Jednak Rodolphus nie miał teraz czasu, by zachwycać się nad jej zdolnością oceny sytuacji i szybkim reagowaniem, bo z jego różdżki wystrzelił pęd wiatru, który zwalił kolejnego mężczyznę na ziemię. Był na tyle mocny, że posłał go o kilka metrów dalej. Astoria była wolna, lecz zamiast uciekać, podjęła walkę. Kolejny plus dla ciebie, Avery.

Mimo że zaklęcie się nie powiodło, nie martwił się o to. Wierzył w swoje umiejętności i chociaż czasem za bardzo, to jednak w niektórych kwestiach się nie mylił ani trochę. Została ich dwójka, bo jeden z mądrzejszych zwiał gdzieś w bramę. Mieli więc przewagę, bo przecież nie dopuszczał do siebie myśli, że walka 1 na 1 byłaby uczciwa: nie dla nich, zbytnio wierzył w siebie i Astorię, nawet jeżeli dostrzegał kątem oka, że ta słaniała się na nogach, a potem padła na ziemię, raniona zaklęciem. Poczuł gniew. Pulsująca nienawiść wezbrała w nim w mgnieniu oka - krew pulsowała w skroniach, palce kurczowo zaciskały się na różdżce. Kusiło zapytać, czy wiedzą z kim zadarli. Czy wiedzą, kogo atakują. Czy zdają sobie sprawę z konsekwencji. Ale z jego ust nie wydobyło się żadne słowo. Lestrange miał dwa wyjścia: odsłonić siebie i rzucić tarczę na Astorię, lub pozbyć się przeciwników, możliwie za jednym zamachem. Wybrał oczywiście opcję numer dwa. Chciał wytworzyć śmiercionośny ogień, który podpaliłby tych, którzy ośmielili się podnieść różdżki na Avery.

Kształtowanie, wytworzenie płomienia ognia
[roll=N]

Z różdżki Lestrange'a wystrzelił płomień, który z zadziwiającą prędkością zaatakował jednego z mężczyzn. Tego, który cisnął przed chwilą zaklęciem tnącym w Astorię. Druga leżąca na ziemi kobieta w ogóle go nie interesowała: liczyła się teraz Astoria Avery, która była w niebezpieczeństwie. Mugolak krzyknął, gdy jego ubranie i włosy zajęły się ogniem. Udało mu się uniknąć płomieni, które wzniecił jako śmierciożerca, lecz nie udało mu się uniknąć ognia, który wystrzelił jako Rodolphus, pod własną twarzą. Nie interesowało go, czy ktokolwiek to zobaczy: jego ciało było teraz napędzane czystą nienawiścią. Ciskał zaklęcia, żeby zranić oraz zabić, nie po to, by odgonić napastników.
- Zejdź grzecznie z pani - wciąż z wyciągniętą różdżką, tym razem wycelowaną w drugiego mugolaka, który szarpał się z Penelope, zrobił kilka kroków. - Zanim cię zabiję.
Och, kłamstwo, słodziutkie kłamstwo - w jego oczach odbijała się furia. On nie miał zamiaru go oszczędzić, nigdy nie przyszłoby mu to przez myśl. Nie miał pojęcia, kim byli ci ludzie, ale równie dobrze mogli być czystej krwi - nie obchodziło go to. W chwili, gdy podnieśli różdżkę na Astorię, stali się jego celem, który należało zlikwidować.


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Astoria Avery - 20.10.2025

Ręka zadrżała, a różdżka prawie wypadła jej z dłoni, gdy odruchowo próbowała ucisnąć ranę. Palce drżały, a puls w skroniach dudnił głośniej niż wcześniej; serce waliło jak młot, a ból mieszał się z oszołomieniem i dymem, który wciąż palił w płucach. Mimo rany nie pozwoliła sobie na panikę. Skupiła wzrok na pozostałych napastnikach i na Vulcorze wtulonym w jej ramię, odczuwając nagły przypływ determinacji. Rana bolała okropnie, ale adrenalina nakazywała jej działać dalej - każdy moment zwłoki mógł kosztować ją życie lub życie Penelope.
Oparła kolano o bruk i powoli uniosła się, najpierw na czworakach, potem w półklęku, drżąc z wysiłku. Zza skrzyni widziała migotanie sylwetek - napastników, którzy przenieśli swoją uwagę gdzieś dalej, nieświadomi, że ich wcześniejsza ofiara znowu próbuje stanąć na nogi. Wykorzystała tę krótką chwilę. Odepchnęła się od skrzyni, prostując plecy, czując, jak zakręciło jej się w głowie. Wciąż ledwie widziała, wszystko było jak przez mgłę - dźwięki stłumione, jakby dochodziły z oddali.
Rodolphus stał kilka metrów dalej, półukryty w cieniu, z różdżką uniesioną w spokojnym, precyzyjnym geście. W jednej chwili powietrze między nimi zapłonęło - snop ognia wystrzelił z końca jego różdżki, przeciął mrok i uderzył w napastnika, który chwilę wcześniej ciął jej ramię. Uderzenie było gwałtowne, niemal nieludzkie. Odruchowo cofnęła się o krok. Podniosła różdżkę, mimo że palce ślizgały się na jej chłodnym drewnie, i przesunęła spojrzeniem po ulicy.
Rodolphus uniósł różdżkę, próbując ratować Penelope, jednak ten, który górował nad kobietą, nie zawahał się ani przez moment. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wykonał szybki, bezlitosny gest różdżką, posyłając zaklęcie tnące, przecinając jej gardło. Krew trysnęła szerokim łukiem, osiadając na bruku i butach napastnika. Kobieta jeszcze drgnęła, próbując złapać oddech, ale nie zdążyła. Odeszła w przeciągu kilku sekund, z oczu zniknęło jej życie - a usta, otwarte w niemym błaganiu, zastygły w przerażeniu.
Tori nie mogła oderwać wzroku od tej sceny, od drgającego ciała, od plamy, która rozlewała się coraz szerzej po ziemi. Napastnik, który dokonał mordu, natychmiast odwrócił się ku Rodolphusowi - jego twarz była wykrzywiona furią, dzikim triumfem. Cisnął kolejne zaklęcia jedno po drugim, a ulica rozbłysła nagle od natężenia światła i dźwięku, jakby wszystko wokół miało się rozpaść na kawałki. Nie miała nawet chwili, by sprawdzić, czy Rodolphus zdążył uskoczyć przed tamtym atakiem. Wszystko działo się zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Kiedy próbowała złapać oddech, poczuła nagły ruch po lewej stronie - ten, którego wcześniej powalił podmuch wiatru, właśnie się podnosił. Zachwiał się, potykając o bruk, ale jego twarz natychmiast skrzywiła się wściekłością. Różdżka w jego dłoni błysnęła, a Astoria odruchowo cofnęła się, unosząc własną. Miała przed sobą zaledwie kilka sekund. Serce waliło jej w piersi, dym wciskał się do płuc, a z każdą sekundą oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Z trudem uniknęła wrogiego promienia i sama rzuciła zaklęcie. Z jej różdżki popłynęła energia - nie piękny, rozłożysty strumień, lecz ostre, poszarpane błyski, które trafiły w najbliższego napastnika. Chwilę potem widziała, jak jego ciało drga, mięśnie kurczą się w chaotycznym skurczu i opada bezwładnie na bruk. Vulcor wtulił się głębiej, a jej myśli były już tylko jedną, twardą myślą o przetrwaniu.

rzut na kształtowanie - wiązka błyskawicy
[roll=N]


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Rodolphus Lestrange - 21.10.2025

Nie obchodziła go kobieta, której ciało drgało w spazmach. Nie obchodziły go strumienie krwi, sączące się z jej gardła, i brukające bruk. To, co go jednak obchodziło, to niesubordynacja. Przecież prosił, tak? Mówił mu, żeby ją zostawił: więc fakt, że został po prostu zignorowany, sprawił że po prostu wpadł w furię. Miał wyciągniętą przed siebie różdżkę, więc gdy mężczyzna zaatakował: spróbował rzucić przed siebie zaklęcie tarczy.

Rzut na tarczę, rozproszenie 4K
[roll=PO]

Powietrze zamigotało, gdy przed sylwetką Rodolphusa zmaterializowała się tarcza, rozpraszająca zaklęcie, które cisnął w niego mężczyzna. Twarz Lestrange'a wykrzywiła wściekłość, nie mniejsza niż ta, która malowała się na twarzy przeciwnika.
- Coś mówiłem, prawda? - warknął, mrużąc oczy. Kontra, którą wystosował, zadziałała doskonale, rozpraszając ciśnięte weń zaklęcia. On nie uskakiwał przed czarami - był jednym z najlepszych czarodziejów, który niemalże do perfekcji opanował dziedzinę rozproszenia. Szybko piął się po kolejnych szczeblach, pracując w Departamencie Tajemnic, lecz nigdy nie zapomniał o samodoskonaleniu. Oklumencja, którą opanował całkiem niedawno, była ukoronowaniem jego wieloletnich wysiłków.

Kusiło powtórzyć żądanie, ale przecież to byłoby marnowaniem czasu. Mężczyzna nie chciał rzucić różdżki. Wściekły Lestrange nie myślał teraz jasno - wiedział, że gdzieś tam jest Astoria, że mogła zobaczyć, co robił, lecz na krótką chwilę jego zdrowy osąd przesłoniła nienawiść.
- Rzuć różdżkę - gdy wypowiadał te słowa, z końca jego różdżki wypłynęło kolejne zaklęcie, tym razem z zupełnie innej dziedziny. Nie był tylko specjalistą od rozproszenia: doskonale radził sobie także z zauroczeniami. Urok, który posłał w stronę mężczyzny, miał go rozbroić i dać mu szansę na wyprowadzenie później kolejnego ataku. Mógłby spróbować go rozbroić zwykłym zaklęciem rozbrajającym, lecz to nie był jego pierwszy odruch. Nie pomyślał, że tak by było bezpieczniej, na dodatek nie za bardzo ufał swoim umiejętnościom translokacyjnym. Liczyło się teraz tylko jedno - pozbawienie szlamy różdżki, żeby mógł działać w mniej przyjemny sposób.

Rzut na zauroczenie - by przeciwnik rzucił różdżkę - 4K
[roll=PO]


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Astoria Avery - 22.10.2025

Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że wszystko zwolniło: słychać było tylko ciężki, nierówny oddech jej własny i szczeknięcie Vulcora. Jednak ulga była przezroczysta i krótka - wyczerpanie biło ją w kolana, ból rozciętego ramienia palił, a płuca protestowały przy każdym wdechu. Oparła się o mur, kolana drżały, a w ustach miała gorzki posmak sadzy i krwi. Przeciwnik leżał nieruchomo, iskry jeszcze tliły się w jego ubraniu.
Astoria uniosła głowę dopiero po chwili. Przez zamglone spojrzenie dostrzegła Rodolphusa, który mierzył się z mordercą Penelope. Jego ruchy były precyzyjne, bez wahania, jakby walka była dla niego naturalnym językiem. Chciała unieść różdżkę, pomóc, choćby w minimalny sposób, lecz jej ramię odmówiło posłuszeństwa. Ciało bolało, krew spływała po skórze i zamiast działania pozostał jej tylko bezruch. Wpatrywała się w bezładne ciało Penelope, leżące kilka kroków dalej - sztywne, nieruchome, z włosami przyklejonymi do policzka, wśród których połyskiwały krople krwi. Nie potrafiła oderwać wzroku od tej pustki, od gwałtownego końca, który przyszedł tak absurdalnie szybko.
Spośród całej grupy napastników pozostał już tylko jeden. Patrzyła na niego, czując nienawiść, rosnącą powoli, niczym ogień tlący się pod popiołem, który w końcu znalazł tlen. Czuła, jak drży jej ciało, lecz ruch nie nadchodził. Palce zaciśnięte na różdżce zesztywniały, a oddech był płytki i urywany. Wspomnienie brata nadeszło mimowolnie. Pamiętała dzień, w którym dowiedziała się o jego śmierci - ból, który wywołał napad choroby, o której nie miała wcześniej pojęcia. Teraz znów walczyła o oddech, patrzac na martwe ciało Penelope. Poczuła, jak wszystko wraca - gniew, żal, bezsilność. Każdy krzyk, każdy płomień, każde zniszczone życie stawało się cegłą w murze, który wznosiła w sobie od dawna.
Przeniosła wzrok na Rodolphusa i zakwitła w niech nadzieja tak ostra i zimna, że aż zabolała - miała nadzieję, że w jego oczach nie znajdzie cienia współczucia. Chciała, by spojrzał na tego człowieka jak na zagrożenie, które trzeba przesunąć poza granice życia; chciała, by zrobił to bez wahania, bez litości, by zakończył ten marny żywot, zanim jeszcze zdąży wyrządzić komuś kolejną krzywdę. Myśl ta była brutalna i prosta; poczuła, że w tej jednej sekundzie wszystkie dawne resztki wrażliwości ustąpiły miejsca uporządkowanej, lodowatej wolcie.
Ale chyba nie będzie jej dane tego doświadczyć. Zrobiło jej się nagle ciemno przed oczami - świat wirował, kontury rozmywały się w pulsujących smugach, a puls w skroniach bił tak głośno, że zagłuszał własne myśli. Kolana odmówiły posłuszeństwa; ugięły się jak cienkie gałęzie pod ciężarem, i opadła na chodnik, wpadając w półsiedzącą pozycję przy zimnym murku. Każdy oddech ranił ją jak drobne sztylety. Znów przycisnęła do nosa i ust chustkę, by choć odrobinę filtrować powietrze z sadzy i popiołu.
Czuła, że jeśli się teraz nie uspokoi, straci przytomność; więc oddychała dalej, powoli, centymetr po centymetrze odzyskując fragmenty tchu i świadomości.


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Rodolphus Lestrange - 23.10.2025

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Penelope nie da się uratować. Było wokół niej tyle krwi, że najlepszy uzdrowiciel na świecie by sobie nie poradził z tym zadaniem. A wskrzeszanie zmarłych... Było niemożliwe. Cóż, może to i lepiej? Jeszcze ktoś spróbowałby wskrzesić osoby, które on posłał na ten świat, byleby tylko wyciągnąć z trupów informacje. Istniały sposoby, owszem, by wydobyć z dusz ostatnie obrazy, by porozmawiać z zaświatami, lecz kto by pochylił się nad biedną Penelope, której ciało zapewne zostanie tutaj zostawione na pastwę losu, żeby zostało zwęglone? Ona nikomu już nic nie powie, nie opowie o niesprawiedliwości, która ją spotkała. Ale on wiedział. Wiedział, jak jest skonstruowany ten świat - to właśnie z tego powodu tak mocno wierzył w sprawę, w imię której walczył. Wystarczyło trochę ognia, żeby pokazać wszystkim, jakimi zwierzętami są szlamy. Wiedział to bardziej niż inni: jego piwnica w Walii pełna była sekretów, potwierdzających właśnie to założenie.

Kusiło go użycie crucio. Sprawienie mężczyźnie bólu, zmuszenie go do tego, żeby wszedł w ogień. Lecz nie był jeszcze na takim poziomie, na jakim powinien być, by móc używać uroków do tego typu działań. Uśmiechnął się więc, paskudnie i przerażająco, gdy przeciwnik wypuścił różdżkę. Dobry piesek. Wykręcił nadgarstek, by najzwyczajniej w świecie podpalić mężczyznę.

Rzut na kształtowanie - ogień który zajmie ubrania i ciało mężczyzny
[roll=N]

Coś jednak poszło nie tak. Różdżka, którą dzierżył, nie chciała takiego końca. A on nie miał czasu, by walczyć z jej kaprysami. Splunął gdzieś w bok, wściekły, że akurat na finiszu jego zaklęcie nie zadziałało, a potem doskoczył do mężczyzny i po prostu mu przyjebał, z całej siły. Wiedział gdzie uderzyć i jak, żeby zamroczyło jego przeciwnika na tyle, by ten padł na ziemię. A potem wyprowadził kopnięcie w kolano, by na pewno znalazł się na glebie. Różdżka poleciała na ziemię, a Lestrange bił tak, jakby jutra miało nie być. Mocno, metodycznie wyprowadzał ciosy w najbardziej newralgicznie punkty, a gdy twarz szlamy zmieniła się w krwawą miazgę, bił dalej. Astoria już tego nie widziała - prawie osunęła się w ciemność, ale on tego nie widział, zbyt zajęty tym, co musiał dokończyć. Kolejny cios pozbawił mugolaka przytomności, a on sam po prostu skopał ciało w kierunku płonącego budynku. W końcu podniósł różdżkę, nie kłopocząc się nawet wycieraniem dłoni z krwi. Przeniósł ciało nieprzytomnego przy pomocy magii prosto do płonącego budynku. Niech spłonie żywcem.

I dopiero wtedy, gdy ciało zajęło się ogniem tak, jak powinno, Rodolphus rozejrzał się za Astorią. Widząc ciało kobiety, tak kruche i delikatne, kurczące się pośród odłamków gruzu i nadpalonego drewna, zbladł.
- Astoria! - zanim się zorientował, z jego gardła wydobył się krzyk. Nie podszedł do niej - biegł, przeskakując nad trupami, różdżkę chowając do kieszeni. Będzie potrzebował obu rąk, które już wyciągał w stronę kobiety. Widział, że było źle, wiedział że ciało Astorii było kruche i delikatne, wiedział że taka ilość dymu jej zaszkodzi. - Nic ci nie zrobili?
Głos miał pewny i spokojny, bez oznak drżenia, lecz ze znamionami niepokoju, który również odbijał się na jego twarzy. Uklęknął przy kobiecie, by otoczyć ją ramionami, nawet jeżeli jej pupilek postanowiłby go zaatakować. Nie dbał o to, czy latająca jaszczurka podrapie mu twarz, czy nie.
- Jesteś już bezpieczna - szepnął, przyciskając drobne ciało do swojej klatki piersiowej. Wolną dłonią gładził czarne włosy, a on sam na moment stracił czujność. Gdyby teraz ktoś postanowił ich zaatakować, byliby łatwym celem. - Musimy cię stąd zabrać.
Nie był pewny, czy teleportacja Astorii w tym stanie to dobry pomysł. Nie robił tego na razie, chcąc by kobieta chociaż na chwilę się uspokoiła.


Korzystam z przewagi walka wręcz (I)


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Astoria Avery - 28.10.2025

W pewnym momencie wszystko zaczęło się rozmywać - dźwięki, obrazy, nawet myśli. Świat jakby odsunął się o kilka kroków w tył, stając się czymś odległym, jakby obserwowanym przez grubą taflę szkła. Krzyki gdzieś w oddali zamieniły się w przytłumione echo, a trzask zaklęć przypominał bardziej pękający lód niż magię toczącą się tuż obok. Widziane przez nią sylwetki ludzi zmieniały się w ciemne, nierealne cienie; nawet Rodolphus, choć wciąż był gdzieś przed nią, wyglądał jak postać wyrwana z innego świata, z innej historii. Nawet nie czuła już bólu rany na ręce, tylko ciepło krwi powoli przesiąkającej tkaninę sukienki. Próbowała skupić się na jednym punkcie, na czymkolwiek, co mogłoby ją zakotwiczyć w tej rozmazanej rzeczywistości - na fakturze muru, na nierównej linii bruku, na drganiu światła zaklęć odbijających się od kamieni. Ale nic już nie było stabilne. Myśli odpływały gdzieś poza nią, przynajmniej dopóki nie usłyszała donośnego krzyku gdzieś obok. Zanim zdążyła pomyśleć, została przyciśnięta do twardej klatki piersiowej. Na moment ciało zareagowało instynktownie: napięcie, szarpnięcie, chęć wyrwania się. A po chwili coś w niej ustąpiło. Zrozumiała. To nie był wróg.
Rodolphus.
Świat wciąż wirował, ale jego obecność była jak punkt zaczepienia. Czuła, jak jego oddech uderza o jej włosy, jak drży od wysiłku, jak jego ręka zaciska się mocniej na jej barku, żeby ją utrzymać. Dopiero wtedy dotarło do niej, że jest bezpieczna - przynajmniej na tę chwilę. Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim przestała się trząść. Powietrze nadal było przesycone pyłem i dymem, ale teraz, wtulona w jego ramię, mogła znowu oddychać. Palce same odnalazły materiał jego płaszcza, zacisnęły się na nim nieco mocniej.
- Nic - zaczęła, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. Odchrząknęła, żeby wychrypieć pozostałą część zdania. - mi nie jest.
Gdyby nie to, że płuca odmawiały jej posłuszeństwa, a serce biło nierówno - gwałtownie, zbyt szybko, jakby próbowało nadrobić każdy urwany oddech - zapewne znienawidziłaby ten moment. Nienawidziłaby faktu, że musi być ratowana, że ktoś trzyma ją w ramionach, jakby była bezradną damą z opowieści, która tylko czeka, aż ktoś ją ocali. W innej chwili, w innym miejscu, z pewnością odepchnęłaby go od razu, z tym chłodnym gniewem, który zwykle trzymał ją w ryzach. Ale teraz nie miała siły. Czuła, jak tlen nie dociera do końca tam, gdzie powinien, jak ciemne plamy rozlewają się w polu widzenia, a dym drapie w gardło i wyciska z niej kolejne kaszlnięcia.
Czuła się żałośnie słaba. Uwięziona we własnym ciele, które zawodziło ją wtedy, gdy potrzebowała go najbardziej.
To właśnie nienawidziła najbardziej - tej bezbronności. Nie samego dymu, nie bólu, nawet nie widoku śmierci. Tego, że musiała polegać na kimś innym. Że nie była w stanie sama wstać i odejść z godnością, jak przystało na kogoś o jej nazwisku i pozycji. Mimo wszystko, gdzieś w głębi  czuła coś, co przypominało wdzięczność. Nie gwałtowną, nie oczywistą, ale cichą, ukrytą pod warstwą zmęczenia i chaosu. Znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, gdy świat wokół niej rozsypywał się na kawałki. I choć jej duma próbowała krzyczeć, że to przypadek, że nie potrzebowała niczyjej pomocy - wiedziała, że bez niego najpewniej skończyłaby martwa.
Ale nie miała teraz siły, by analizować jego motywy. Na razie wystarczało, że był.
- M-możesz teleportować mnie do posiadłości? - wydukała, opierając policzek o jego ramię. Podała mu dokładny adres Avery Hall na obrzeżach Londynu. Potrzebowała go, a ta świadomość była jak drzazga głęboko wbita pod skórę.


RE: [09.09.1972] Damsel in distress (Astoria, Rodolphus) - Rodolphus Lestrange - 28.10.2025

To, czy widziała w nim wroga, pozostawała dla niego zagadką. Nigdy nie darzyła go zbytnią sympatią: czy to przez wzgląd na nazwisko i powiązania z Louvainem, do którego był przeciez fizycznie bardziej niż podobny, czy przez fakt, że w Hogwarcie oboje byli szczeniakami, które wybrały miast stroszenia sierści na karku: użycie zębów. To wszystko jednak nie miało już znaczenia - nie w chwili, gdy wokół nich płonął ogień, a dym wzbijał się ku niebu, zasnuwając gwiazdy czarnymi obłokami. Nie miały znaczenia podstawione nogi czy rzucone zaklęcia, wiążące sznurówki ze sobą - nie w sytuacji, w której krew przesiąkała przez materiał ubrania Astorii, plamiąc nie tylko jej dłoń, ale i jego koszulę. A mimo to nie puszczał jej, nawet gdy mówiła, że nic jej nie było.
- Mówił ci ktoś, że jesteś beznadziejnym kłamcą? - starał się brzmieć kpiąco i beztrosko, lecz głos mu zadrżał, a wydźwięk wypowiadanych słów był zgoła inny, niż Lestrange chciał. Chciał zachować tę maskę, pod którą go znała do tej pory, bo przecież kim była ta kobieta, którą teraz trzymał w ramionach, jak nie kolejną kobietą, która nie zasługiwała na to, by jego serce przyspieszyło do nierównego bicia.

Ale skoro nie zasługiwała na to, to jak wyjaśnić fakt, że serce wciąż biło arytmicznie, ściskane niepokojem o jej zdrowie, a blade czoło marszczyło się, nie mogąc ukryć grymasu zatroskania?

Pod wieloma względami jej umysł przypominał umysł Nicholasa. Odruchy również. Żadne z nich nie chciało się przyznać do słabego serca, żadne z nich nie chciało pomocy od drugiej osoby. A jednak zarówno i przy niej, i przy nim, w kluczowym momencie, pojawił się Lestrange. I zamiast odtrącić słabnące ciała, wyciągał rękę, by pomóc im wstać.
- Sprowadzę później kogoś z Munga - wiedziała, że wielu członków jego rodziny pracowało w szpitalu. On sam z kolei nie pytał - oświadczał, że otrzyma opiekę. Może nie w tej sekundzie, może nie jutro, ale ją otrzyma. Nazwisko potrafiło otwierać wiele drzwi, szczególnie jeśli całym szpitalem zarządzał ktoś o tym samym mianie.

Rodolphus wyciągnął różdżkę, upewnił się że pupil Astorii wciąż był przy niej, a potem teleportował ich do posiadłości Averych. Znaleźli się na obrzeżach Londynu, tam gdzie było w miarę bezpiecznie. W miarę, bo wiedział doskonale, że nawet Dolina Godryka nie była w tej chwili bezpieczna.
- Londyn płonie. Zabezpieczcie posiadłość, ogień może dotrzeć tu w każdej chwili - poinformował jej rodzinę, gdy tylko znalazł się u bram Avery Hall, z ledwo przytomną Astorią na rękach. Wiedział, że ogień dotrze i tutaj - jak nie do domu, to na obrzeża. W końcu on był odpowiedzialny za sporą część zniszczeń, które pojawiły się w Londynie. Sam nie mógł zostać - wykręcił się pomocą potrzebującym. A tak naprawdę musiał wrócić do Little Hangelton po maskę. Noc się dla niego jeszcze nie skończyła.

Koniec sesji