Secrets of London
[11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle (/showthread.php?tid=5263)



[11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Louvain Lestrange - 20.10.2025

Ich wspólne lekcje francuskiego od początku były raczej pretekstem do spotkań niż zwykłym ćwiczeniem języka. Można było się domyśleć, kiedy na pierwsze spotkanie Louvain przyniósł jedyny francuski materiał, jaki miał czyli stary podręcznik do eliksirów autorstwa swojej babki Dorindy. Przesłany przez siostrę, by jakoś zaliczył przedmiot mimo trudności, parę lat wcześniej. Książka była totalnie archaiczna, pełna staroświeckiego słownictwa i nijak nie nadawała się do normalnej nauki, co mogło wywołać ciche zażenowanie. Niezła wtopa jak na potomka francuskiej emigracji na którą uwielbiał pozować przed Astorią. Wybronił się, jak zwykle zresztą, głupimi żarcikami i ironicznym uśmieszkiem. Astoria, zaskakująco dla niego, a może bardziej z rozczarowaniem nad sobą, okazała się dysponować znacznie bogatszym słownictwem. Każde jej zdanie brzmiało naturalnie, płynnie, a on mógł jedynie pochwalić się dość dobrym, paryskim akcentem, wynikiem częstszych wyjazdów i rozmów w języku w jego domu. Nie powinno było go to tak dziwić, skoro skuteczniejszą metodą na jego francuski był kij, niż marchewka. Niestety, ale Louvaina uczyło się trzcinką po palcach, bo kiedy tylko mógł uciekał od książek jak najdalej. Tak przynajmniej zwykle bywało w domu rodzinnym. Nie przeszkadzało mu to jednak roztaczać czar swojego nazwiska i pozować na najbardziej francuskiego Francuza. Mimo tego z każdą kolejną lekcją Louvain odkrywał, że jego przewaga w języku staje się coraz mniej znacząca, a Astoria z każdym kolejnym słowem roztaczała nad nim subtelną przewagę intelektualną i językową, która jednak zamiast peszyć, pobudzała go w przyjemny, niemal figlarny sposób. I tak oto z pozycji w której to on miał podszkolić ją, okazało się, że Avery była tą która łapała go na błędach. Czasami tylko pogrywał sobie z nią, rzucając jakiś slangowe, nadsekwańskie słówko które raczej ciężko znaleźć w słownikach, nie mówiąc jej oczywiście co ona oznaczało, żeby chociaż trochę uszczknąć małego zwycięstwa dla siebie. Szybko jednak Louvain i Astoria odkryli własny sposób zabawy językiem. Nadawali wspólnym znajomym prześmiewcze pseudonimy po francusku. Atreus, naczelny pałkarz stał się "Le Marteau” - Młotem. Bo może nie był najostrzejszym ołówkiem w piórniku, za to umiał uderzyć. Stanley, który lubił się rządzić i mówić reszcie, co powinni robić, zyskał przydomek "Le Petit Roi” -  Mały król. Każde takie słowo było powodem do cichego śmiech między nimi i tworzyło ich własny, nieformalny kod. Taka odmiana, bo zwykłe studiowanie książek niezwykle szybko nudziło Lestranga. Z biegiem kolejnych lekcji ich spotkania coraz szybciej traciej traciły walor edukacyjny. Stały się okazją, by spędzać czas razem w półmroku, przy migotliwym świetle świec, które dawały intymny nastrój, jakby cały świat poza nimi przestał istnieć. Louvain lubił siadać na przeciw Astorii, delikatnie dotykając jej ręki, podtrzymując ją na kilka chwil, a potem spijać każdy uśmiech z jej ust. Każde powtarzane słowo, poprawiana wymowa i półuśmiech stawały się częścią gry, której reguły wyznaczały ich spojrzenia i subtelne napięcie. Trudno było stwierdzić, która lekcja była jeszcze lekcją, a która już niedopowiedzianą randką.

Lochy Ślizgonów tonęły o tej porze w półmroku, a pokój wspólny zdawał się wciągać w siebie każdą sekundę. Siedzieli tam już od dłuższego czasu, na tyle długo, że reszta ślizgonów zdążyła rozejść się po swoich pokojach, a Louvain zupełnie stracił poczucie upływającego czasu. Zwykle miejsce to budziło w nim niepokój. Chłód kamiennych podłóg mieszał się z szumem jeziora zza grubych murów, przypominając o głębokiej, ciemnej wodzie, której wolał unikać. A jednak przy Astorii wszystko traciło znaczenie. Leżąc na podłodze, podpierając głowę o zwiniętą w wałek szatę wierzchnią, udawał znudzonego, a mimo to podrzucał kafel do góry, łapiąc go tuż przed twarzą z nonszalanckim wdziękiem. Chłód kamienia mieszał się z ciepłem ognia, a lekkie napięcie, które zwykle odczuwał w lochach, rozpływało się w jej obecności.

- Byłabyś Élixir de Couronne Éternelle. Odezwał się po chwili zastanowienia, odpowiadając na  pytanie które sam postawił. Jeśli byłabyś francuskim eliksirem, to jakim? Więc wymyślił dla niej Eliksir Wiecznej Korony. - Bo tylko magiczny cud sprawi, że korona spadnie ci z głowy. I uśmiechnął się w mig, bardzo sarkastycznie bo bardzo zadowolony ze swojego żarciku. Jeszcze jeden podrzut, a potem chwyt, jakby prowokacyjnie zapraszał żeby rzuciła w tę jego piłeczkę poduszką, czy czymś. - A ja? Jakim francuskim eliksirem bym był? Dodał zaraz potem, śmiejąc się z tego jak głupio brzmiała ta jego zabawa.




RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Astoria Avery - 22.10.2025

Astoria leżała na brzuchu na miękkiej, lekko zużytej kanapie w lochu Ślizgonów, w półmroku panującym w salonie. Świeczki przy kominku rzucały złocisto-pomarańczowe refleksy na chłodne, kamienne ściany, a ich migotanie odbijało się w oczach Louvaina, sprawiając, że wyglądał jak postać ze staroświeckiego portretu. Jedną dłoń wsparła pod brodą, drugą sprawnie przesuwała po pergaminie, rysując zakręcone linie i drobne ornamenty, które wydały się tylko jej zrozumiałe. W ciszy słyszała tylko trzask ognia i miękkie uderzenia kafla o jego dłoń. Od czasu do czasu przerywała, unosząc wzrok, pozwalając, by jej spojrzenie powoli ślizgnęło się po jego sylwetce, zatrzymując się na ramionach, karku, drobnych gestach rąk. Nie była tego świadoma, ale każda linia jej szkicu nagle stawała się próbą uchwycenia tego, co widziała - jego naturalnej lekkości, tego, jak światło igrało na jego włosach i jak uśmiech potrafił być zarówno psotny, jak i niebezpiecznie czarujący.
Ich lekcje francuskiego od początku były tylko pretekstem; idealną wymówką, by spędzać więcej czasu w towarzystwie chłopaka. Z czasem jednak Astoria zaczęła dostrzegać, że dzięki Louvainowi jej francuski rzeczywiście stawał się lepszy. Jego komentarze, nawet te z pozoru ironiczne czy przesadzone, zmuszały ją do koncentracji, a ciągłe wtrącenia i drobne poprawki rozwijały jej słownictwo i uczyły niuansów wymowy. Często jednak Lou nie pozwalał jej pozostać w pełni skupioną - dotykał jej dłoni podczas podawania pergaminu, przesuwał lekko ramieniem, gdy podchodził bliżej, a jego obecność była tak namacalna, że trudno jej było nie reagować. Czasem tylko lekko muskał jej włosy lub przyciągał wzrokiem tak, że każda myśl o gramatyce ulatywała z głowy.
Astoria milczała, choć w jej spojrzeniu czaił się cień rozbawienia. Słowa chłopaka wypowiedziane z tą typową dla niego lekkością i aroganckim wdziękiem, unosiły się w półmroku lochów niczym dym świecy, rozwiewając ciszę między nimi. Élixir de Couronne Éternelle. Brzmiało to śmiesznie i patetycznie zarazem - jak niemal wszystko, co wychodziło z jego ust, kiedy próbował ją rozśmieszyć. A jednak nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Obserwowała jak podrzucał kafel i chwytał go z nonszalanckim wdziękiem. Jego podpuszczanie nie umknęło jej uwadze - każdy gest odnotowywała z precyzją.
- Tak myślisz? - zapytała słodkim głosem i sięgnęła po miękką poduszkę leżącą obok, a zamiast skierować ją w kafel, rzuciła nią prosto w jego twarz. Spomiędzy jej ust wydobył się krótki chichot, a oczy błyszczały figlarnie. W samym spojrzeniu kryła się mieszanka triumfu i zabawy - drobny akt odwetu za wszystkie jego ironiczne gesty, za każde półsłówko mające wytrącić ją z równowagi.
Nie zamierzała pozostać dłużną. Kilkanaście sekund ciszy wystarczyło, by zaczęła układać w myślach własną odpowiedź. W duchu zdecydowała, że nie będzie wymyślać wszystkich słodkich, przesadnie uroczych eliksirów, które mogłyby ją postawić w świetle zafascynowanej fanki. W końcu uniosła kąciki ust.
- Myślę, że Élixir du Vif d’Or - zdecydowała ostatecznie, mimo że w jej głowie pojawiało się wiele innych pomysłów. Eliksir Złotego Znicza był jak on - ulotny, zwinny, niezłomny w dążeniu do zwycięstwa. - Bo każdy chce cię złapać - dodała; jej ton był lekki, melodyjny, a jednak krył w sobie drobną prowokację. Najpewniej odbierze to jak komplement, ale nie do końca nim był. Duże zainteresowanie wokół niego mogło odstraszać, innych skłaniało do zazdrości, rywalizacji lub niechęci. Wolała jednak pozostać w lekkim tonie, zamiast przesadnie mu słodzić.
- Albo Élixir de Audace Exagérée - dodała z zaczepnym uśmiechem, lekko unosząc brew. Eliksir Przesadnej Zuchwałości pasowałby do niego równie mocno. Przechyliła głowę, uważnie obserwując jego reakcję, z lekkim rozbawieniem i subtelną nutą testowania granic, bo przecież chciała go sprowokować. Najczęściej była łagodna, lubiła zgadzać się z jego uwagami, płynnie podążać jego tropem i pozwalać mu poczuć się pewnie w grze słów. Jednak czasami, gdy czuła, że warto zaznaczyć swoją obecność i przewagę, potrafiła pokazać pazurki - zawadiackim uśmiechem, celnym komentarzem, lub subtelnym gestem, który wywoływał w nim zaskoczenie i wywoływał śmiech, który jednocześnie ją bawił i pobudzał. Każde droczenie się, każdy drobny gest były częścią ich gry, od której zdążyła się uzależnić.


RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Louvain Lestrange - 27.10.2025

Poduszka trafiła go prosto w twarz, z zaskakującą precyzją jak na kogoś, kto wyglądał tak niewinnie. Kłębki pierzu posypały się w powietrzu, a Louvain roześmiał się głośniej, niż planował  tym szczerym, lekko zachrypniętym śmiechem, który zawsze brzmiał jak prowokacja. - Naprawdę? - mruknął pod nosem, wciąż rozbawiony, i powoli przewrócił się z pleców na brzuch. Łokciami objął piłkę, jakby to był jego najwierniejszy sprzymierzeniec, i oparł na niej brodę. Spojrzał na Astorię. Ciepłe światło z kominka przesuwało się po jej włosach, łapiąc każdy kosmyk jak refleks ze złotej nici. Coś w tym widoku sprawiło, że na sekundę przestał się śmiać. Nie dlatego, że chciał być poważny, po prostu trudno było żartować, kiedy wszystko wokół niej wydawało się cichnąć. Ogień trzaskał, a ona patrzyła na niego z tym swoim uśmiechem, który balansował między rozbawieniem a wyzwaniem.

Uniósł brew, wracając do siebie w sekundę. - Myślę, że to oczywiste - odparł tonem człowieka, który nie ma najmniejszych wątpliwości. Uśmiechnął się lekko. - Księżniczki mają to do siebie, że nawet w lochu wyglądają jak w pałacu. Potem zamilkł, ale nie z powodu braku słów. Raczej po to, żeby móc przez chwilę jeszcze na nią popatrzeć. Ogień odbijał się w jej oczach, w cieniu rzęs, w błysku uśmiechu, który nie chciał całkiem zniknąć. Czuł, jak powietrze między nimi gęstnieje, jak cisza robi się cięższa od żartów, które dotąd przychodziły mu tak łatwo. Oparł policzek o piłkę, pozwalając, by jego grymas wrócił, tym razem spokojniejszy, prawie leniwy. Przesunął wzrokiem po jej dłoniach, po liniach szkicu na pergaminie, po drobnych gestach, które znał już na pamięć. Z każdym oddechem czuł, że coraz trudniej mu udawać, że to tylko zabawa. Tylko jego spojrzenie na moment złagodniało, jakby między jednym mrugnięciem a drugim zapomniał, że cały ten luz to zbroja.

Uśmiechnął się tym swoim nieśpiesznym, półzłośliwym uśmiechem — takim, który zapowiadał kłopoty, choć jeszcze nikt nie wiedział jakie. W spojrzeniu błysnęło coś drapieżnego, ale bez pośpiechu; Louvain zawsze potrafił się bawić, zanim ugryzł.- Élixir du Vif d’Or - powtórzył z cichą przyjemnością, jakby słowo samo w sobie było mu znajome aż do przesady. - Błyszczę, uciekam, każdy próbuje mnie złapać… – uniósł wzrok, a jego zacięcie na twarzy nieco się pogłębiło. - Ty też? Powietrze zgęstniało jeszcze bardziej, jakby na moment przed burzą. Płomień w palenisku zadrżał i rozszedł się po ścianach drgającymi refleksami.
Nie poruszył się, tylko patrzył na nią, opierając się o piłkę z pozornym spokojem. W półmroku jego oczy błyszczały jak szkło, w którym coś tliło się od środka. Ciepło, ale i napięcie. Cisza między nimi miała w sobie ładunek, który nie potrzebował słów.
- W pogoni za Zniczem popękało już wiele kości - rzucił z pozorną obojętnością, przesuwając kciukiem po krawędzi piłki. Zabrzmiało to jak żart, ale pod powierzchnią dało się wyczuć nutę wyzwania. Nie był to ton kogoś, kto ostrzega, raczej gracza, który zna zasady i właśnie podaje je dalej, czekając, kto pierwszy zaryzykuje ruch. Kącik jego ust drgnął lekko, ledwie zauważalnie. - Ale może właśnie o to chodzi. - Przechylił głowę, jakby zastanawiał się nad własnymi słowami, choć w rzeczywistości tylko przeciągał napięcie. - W końcu bez ryzyka nie ma zabawy, prawda? W jego głosie była lekka drwina, ale i coś z prowokacji, jakby każde słowo wypowiadał po to, żeby sprawdzić, jak daleko może się posunąć, zanim ona odpowie. Nie trzeba było ognia, by czuć, że iskrzy, w atmosferze było to wyczuwalne. Bo Louvain naprawdę lubił gonić. Ale jeszcze bardziej lubił wygrywać. Moment, w którym wszystko zastygało, gdy świat cichł, a w jego głowie zostawał tylko szum krwi i to słodkie uczucie triumfu - to było jego paliwo. Krótkie, ulotne, spalające się w sekundę. Ale zawsze potrzebował więcej. Zwycięstwo smakowało jak eliksir, który palił od środka, a mimo to nigdy nie dawał sytości. Każda wygrana zostawiała w nim pustkę i głód, tę żądzę, by spróbować jeszcze raz, mocniej, szybciej, głośniej. W pogoni było napięcie, tlen, ryzyko. W złapaniu, tylko cisza i koniec. Zamilkł, przesunął dłonią po powierzchni piłki, jakby próbował wygładzić myśli. Blask ognia odbił się na jego twarzy krótkim, rudawym refleksem, potem zgasł, zostawiając ją w półcieniu. Uśmiechnął się lekko, z tym cichym rodzajem samozadowolenia, które pachniało zarówno pewnością, jak i samotnością. Był jak odbicie w wodzie - istniejący tylko dopóki coś go poruszało.




RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Astoria Avery - 05.11.2025

Parsknęła śmiechem, kiedy poduszka trafiła prosto w jego twarz, a pierze zatańczyło w powietrzu niczym miniaturowy śnieg. Przez moment poczuła się triumfująco. Oparła policzek o kanapę i obserwowała, jak Louvain śmieje się w ten sposób, który zawsze wywoływał u niej ciepło gdzieś w okolicy żołądka. Ten śmiech był nieprzyzwoicie szczery, niedbały, trochę chropowaty i niebezpiecznie przyciągający.
Ciepło płomieni z kominka odbijało się w jego oczach, a ona, choć wiedziała, że powinna coś powiedzieć, ruszyć się, zerwać kontakt wzrokowy - nie potrafiła. Została, jak zaczarowana. Cień przesuwał się po policzku, podkreślając linię żuchwy, a w tej ciszy dało się słyszeć tylko trzask drewna i ich oddechy.
Wpatrywała się w niego z tą dziewczęcą mieszanką ciekawości i czystego zauroczenia, ale nie dała po sobie poznać nic poza lekko przekornym uśmiechem. W końcu, jeśli Louvain Lestrange był mistrzem w prowokacjach, to Astoria Avery miała talent do tego, by odpowiadać mu w tej samej grze - tylko bardziej subtelnie, z wdziękiem, który był bardziej bronią niż ozdobą.
- Gdzie się podział twój refleks szukającego? - zachichotała i przechyliła głowę lekko w bok, przyglądając mu się z tym swoim uśmiechem, którym czasem obdarzała tylko jego - półfiglarny, półnieśmiały, taki, który mówił więcej, niż powinna.
Przez chwilę nic nie mówiła. Leżała na brzuchu, z brodą opartą na splecionych dłoniach, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, prawie nieuchwytnego. Czuła na sobie jego wzrok. Gdzieś między trzaskiem ognia a zapachem dymu i starych pergaminów, cisza nagle przestała być tłem. Stała się przestrzenią między nimi, pełną niewypowiedzianego napięcia.
W końcu westchnęła cicho i odparła:
- To prawda. Nie wiem tylko, czy to komplement, czy przytyk - westchnęła niczym księżniczka na ziarnku grochu, jakby zastanawiała się, czy jego słowa są wygodne. Wszak nie nazwał jej piękną, równie dobrze mogła uznać, że ocenia ją tak, jak wszyscy - że zadziera nosa wszędzie, przez co nawet w lochach wygląda jak w pałacu. W rzeczywistości nie doszukiwała się u niego złej woli, po prostu lubiła się droczyć. Zerknęła na niego spod rzęs. - Księżniczka powinna mieć rycerza, który chroniłby ją przed chłodem lochów. - dodała cicho, pozwalając, by słowa potoczyły się z ust miękko, z namysłem, jakby sama dopiero się nad nimi zastanawiała. Unosiła głowę nieco wyżej, wspierając się na łokciach. Złota poświata z kominka otulała jej włosy, rozświetlając je.
Znała jego sposób gry - te półuśmiechy, tę swobodę podszytą prowokacją - i może właśnie dlatego pozwalała mu na to wszystko. Ale tego wieczoru, w ciepłym świetle kominka, z zapachem wosku i dymu unoszącym się między nimi, to ona miała ochotę przetestować, jak daleko można przesuwać granice.
- Nie - skłamała z łatwością. Oczywiście, że chciała go złapać i zatrzymać tylko dla siebie, więc goniła, niemal mimowolnie. Kącik jej ust drgnął, ale nie w uśmiechu - bardziej w czymś, co było jego cieniem, ledwie zauważalnym echem emocji, których sama jeszcze nie potrafiła nazwać. - To raczej mnie się goni. - dodała po chwili, półgłosem, z tą dziewczęcą lekkością, w której brzmiało coś z kokieterii i coś z prawdy. Nie narzekała na brak uwagi, szczególnie ze strony rówieśników. Nawet jej postawa to zdradzała. Wyglądała jak ktoś, kto nigdy nie musiał gonić. Kto zawsze pozwalał, by to świat krążył wokół niej.
Ciepło tańczyło na jej policzkach, rozświetlając delikatne rumieńce, i choć mówiła z pozorną lekkością, w jej oczach kryło się coś bardziej złożonego. Może właśnie dlatego, że miała wokół siebie tak wiele uwagi, spojrzeń i komplementów, jej myśli tak łatwo zaczęły krążyć wokół Lou. Wokół kogoś, kto zdawał się tej uwagi nie potrzebować, kto nie szukał jej na siłę, nie próbował się przypodobać. Fakt, że nie był zafascynowany jej nazwiskiem, ani tym, co o niej mówiono, tylko nią samą, bez tła i dekoracji. A może to, że w jego obecności pierwszy raz czuła się jak ktoś, kto musi kogoś zdobyć - nie odwrotnie.
- Nie wszyscy lubią zabawy, które kończą się złamaniami - rzuciła z rozbawieniem, unosząc brew w sposób, który równie dobrze mógł być wyzwaniem, jak i żartem. W jej głosie zabrzmiała nuta przekory. Nie lubiła ryzyka, a perspektywa nadchodzącego bólu wywoływała u niej nudności. Ale nie zamierzała mu tego pokazać.
Było w nim coś z niepokoju, coś nieprzewidywalnego, co mogło zburzyć starannie ułożony porządek. A jednak, kiedy mówił w ten sposób, jego głos sprawiał, że ten porządek zdawał się mniej ważny. Wpatrzyła się w niego przez moment, jakby chciała odczytać, czy w tej prowokacji kryło się coś prawdziwego.
- Ale ty byś mnie nie zranił, prawda? - powiedziała z pewnością, wyciągając dłoń w jego stronę, jakby chciała pogłaskać go po policzku, lecz nie mogła dosięgnąć. W swoim zauroczeniu była ślepa na wszelkie znaki ostrzegawcze.


RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Louvain Lestrange - 13.11.2025

Kaflowi pewnie oberwałoby się gorzej, gdyby Louvain nie był zajęty śmianiem się z własnej porażki. Jego śmiech, chropowaty, zuchwały, nieprzyzwoicie szczery, odbij się po lochu jak coś żywego, głośnego. Złapał się za usta, próbując zagłuszyć dźwięk, było zdecydowanie zbyt późno żeby dać się teraz przyłapać. Przetoczył się na brzuch, oparł brodę na kaflu i pozwolił sobie spojrzeć na dziewczynę tak intensywnie, jak rzadko pozwalał komukolwiek. Im dłużej na nią patrzył, tym wyraźniej czuł, że jego nonszalancja zaczyna być tylko pozą, cienką, kruchą błoną, pod którą coś niebezpiecznie miękkiego próbowało wydostać się na powierzchnię. - Mój refleks? - powtórzył z udawaną obojętnością, choć jej spojrzenie wywołało w nim krótkie, przyjemne ukłucie. - Nie marnuję go na poduszki. Zwykle świat go nie obchodził. przynajmniej tak twierdził. Ale tutaj, w ciepłym półmroku lochów, w świetle rozproszonym między nimi, miał wrażenie, że wszystko poza nią staje się rozmyte. Drganie jej ust, sposób, w jaki cień przesuwał się po jej policzku, każdy drobny ruch jej dłoni… to wszystko wciągało go tak, jak nic innego w tym zamku. I choć nienawidził tracić kontroli, nienawidził jeszcze bardziej przyznać, że ją traci. A kiedy wspomniała o rycerzu, Louvain przewrócił oczami tak teatralnie, jakby samo słowo brzmiało dla niego jak kara. - Rycerz? - prychnął. - Blaszany głupcem ograniczonym przysięgami? Daj spokój. W jego ustach pobrzmiewała kpina, ale w spojrzeniu pojawił się błysk czegoś więcej, czegoś, co kierowało go coraz bliżej niej. - Wolę być smokiem. Tym, który ich pożera. Tym, który lata wyżej, bliżej gwiazd. Mówił to jak żart, ale w jego tonie była prawda: zawsze gonił to, co było ponad resztą. Znicz. Zwycięstwo. Własne ego. I coraz częściej… ją. Kiedy padło zdanie: „To raczej mnie się goni”, Louvain poczuł, jak coś w nim niebezpiecznie drgnęło. Uśmiechnął się powoli, w sposób, który wyglądał jak zaproszenie do gry i jednocześnie jej pułapka. - Gwiazdy nie pozwalają się złapać - powiedział, nie odrywając wzroku. - Chyba że same wybiorą, komu chcą świecić. To zdanie wyszło z niego zbyt łatwo. Zbyt szczerze. Zbyt… dla niej. Potem padło pytanie: „Ale ty byś mnie nie zranił, prawda?” A Louvain zamroził się wewnętrznie na pół uderzenia serca. Prawda była brutalna. Chaos, który nim rządził, mógł czasem w jednej sekundzie zamienić czułość w ostrą kantem reakcję. Miłość i gniew były dla niego jak dwie strony tego samego płomienia. Gdyby powiedział prawdę… zniszczyłby moment. I ją. A tego nie chciał. Nie teraz. Nie kiedy patrzyła na niego tak, jakby naprawdę wierzyła, że jest kimś dobrym. Wziął więc jej dłoń delikatnie i z tą samą ostrożnością, z jaką dotyka się czegoś, czego nie powinno się posiadać. - Nie mógłbym - wypowiedział półgłosem. Ton mu zmiękł, niebezpiecznie. - Jesteś kimś, kogo… chroni się bardziej, niż to rozsądne. Odwrócił jej dłoń i musnął ją pocałunkiem. To nie był gest Lestrange’a, którego znali inni. To było coś o wiele bardziej intymnego. Głębszego. I niebezpiecznie prawdziwego.

Cisza po tym pocałunku była jak zawieszone w powietrzu zaklęcie. Louvain czuł, jak coś w nim zaczyna pękać - jakby robiło się w nim miejsce na coś nowego. Czuł też strach, ten cichy, instynktowny, którego nie znosił, ale który zawsze przychodził wtedy, gdy coś zaczynało mieć znaczenie. To właśnie wtedy przypomniał sobie o pudełku. Sięgnął do zwiniętej szaty i dotknął go od spodu, jakby sprawdzał, czy naprawdę tam jest. Pudełko, które trzymał przy sobie od tygodni. Coś, czego nigdy nie zamierzał kupować. Coś, co kupił wyłącznie dla niej. Zrobił to po cichu. Po swojemu. Wysłał sowę do Paryża, do Maison Astrifer - magicznego domu mody, w którym jego rodzina zamawiała biżuterię od pokoleń. Wiedział, jakich słów użyć, jakiego francuskiego tonu, jak podpisać się nazwiskiem, które otwierało drzwi. Kilka dni później przyszedł pakunek z pieczęcią konstelacji. W środku leżało coeur d’étoile, kryształ zwany sercem gwiazdy. Luminescencyjny, reagujący na emocje noszącej go osoby. Piękny w sposób, którego Louvain nie potrafił opisać słowami. Ale potrafił go przynieść tutaj. - Mam coś dla Ciebie. - powiedział, przesuwając pudełko między nimi. Ton miał niby swobodny, ale serce biło mu szybciej, niż chciałby przyznać. - Otwórz. Kiedy wieczko drgnęło, kryształ rozjarzył się lekkim, niemal oddechowym światłem. Louvain patrzył na ten blask z dziwną satysfakcją, taką, której nie czuł dawno. - To kawałek nieba - wymówił miękko, choć próbował zabrzmieć nonszalancko. - Gwiazda, którą zamknąłem w kryształ, żeby była piękna już zawsze tylko dla Ciebie. I dopiero po tych słowach spojrzał jej w oczy, pozwalając sobie na całkowitą szczerość: - Pasuje do ciebie. Bardziej, niż sądziłem. Przez moment jego palce nerwowo poruszyły się po materiale szaty, jedyny znak, że zrobił coś, co naprawdę dla niego znaczyło. A potem powiedział to, co chodziło za nim od tygodni: - Załóż go na zimowy bal. Krótko. Pewnie. Bez uciekania wzrokiem. - Chciałbym, żeby błyszczał tam… razem z tobą. I choć nie wypowiedział słów „chcę, żebyś była tam ze mną”, nie musiał. W jego oczach wszystko było oczywiste. A w ciszy, która zawisła po jego wyznaniu, było coś, co Louvain czuł nawet bardziej niż własny oddech: To był moment, w którym pierwszy raz w życiu naprawdę kogoś wybrał.




RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Astoria Avery - 19.11.2025

Oparła policzek o zgięte ramię. Z tego kąta mogła obserwować każdy szczegół - sposób, w jaki jego brew uniosła się odrobinę zbyt dumnie, jak kącik ust drgnął w tym aroganckim, chłopięcym uśmiechu, który zawsze wyglądał, jakby mówił: i tak wygram. Był Ślizgonem. Nie byle jakim - szukającym, który zawsze miał oczy szeroko otwarte, instynkt w gotowości, barki ustawione tak, by nic nie zaskoczyło go zbyt łatwo. Zwykle czujny, szybki, reagujący w ułamku sekundy, a jednak jej poduszka trafiła celnie. Ta świadomość wywołała w niej coś w rodzaju słodkiej satysfakcji. Nie triumfu, nie wyższości - a cichego, delikatnego, dziewczęcego ach. Jakby coś w niej zaszeleściło, rozwinęło skrzydła. Bo jeśli przy niej pozwalał sobie na rozluźnienie, na obniżenie czujności... to może naprawdę dobrze się przy niej czuł. Może z nią było inaczej? Myśl była tak subtelna, że niemal ulotna, a jednak natychmiast rozlała się po niej miękkim ciepłem. Nawet nie próbowała jej odgonić.
Uniosła brew na jego teatralną reakcję o rycerzu. Smok. Oczywiście, że wolał być smokiem. Jakżeby inaczej? Astoria uniosła wzrok, a jej rzęsy drgnęły jak skrzydełka ćmy przyciągniętej do płomienia. Coś w jego odpowiedzi poruszyło ją bardziej, niż powinna była pozwolić - może dlatego, że pasowało do niego aż zbyt dobrze. Smoki nie prosiły o pozwolenie. Uśmiech pojawił się na jej ustach powoli, jakby musiał przejść przez filtr ostrożności, nim ujawnił się światu - trochę nieśmiały, trochę zaczepny.
- Tym, który więzi księżniczki w samotnych wieżach - dorzuciła półgłosem, bardziej oddechem niż szeptem, jakby nie chciała, by jej wątpliwości naprawdę dotarły do jego uszu. Potrafiła docenić jego siłę; tę szorstką determinację, w której było coś zachwycającego, coś pierwotnie pociągającego. Odrzucał rycerskie zasady jak zbędną zbroję, a ona lubiła to w nim bardziej, niż powinna. Ale to, co jednocześnie fascynowało, potrafiło też ukłuć. Jeśli bierze, co zapragnie i pali wszystko na swojej drodze, czy na końcu tej przygody cokolwiek z niej zostanie?
Bo tak, była swojego rodzaju gwiazdą i nie chciała boleśnie spaść na ziemię.
Poczuła, że musi odwrócić wzrok, choć nie potrafiła. Czuła się złapana - nie ręką, nie gestem, lecz spojrzeniem, które mówiło za dużo. Zbyt głośno. Zbyt prawdziwie. Lekko zwilżyła usta, próbując zebrać myśli, które rozsypały się jak iskry.
- Kto wie, może pozwolę ci ogrzać się w moim blasku - odparła tonem pozbawionym wyniosłości, była w nim raczej szczera bezbronność. A potem ujął jej dłoń i świat zwolnił na ułamek chwili. Jakby naprawdę bał się, że może ją skrzywdzić jednym fałszywym ruchem. Gdy jego usta musnęły skórę dłoni, jej serce drgnęło jak u ptaka, który nie potrafi zdecydować, czy uciec, czy zostać. Z trudem przywróciła twarz do ładu, choć policzki paliły ją tak subtelnym, zdradliwym rumieńcem, że musiała odwrócić lekko głowę, by ukryć, ile emocji właśnie ją zalało.
- Ufam ci - słowa rzucone szeptem między nimi, miały w sobie cały jej lęk, całą młodość, całą delikatną, niepewną odwagę dziewczyny, która po raz pierwszy pozwala komuś wejść zbyt blisko.
Na krótką chwilę między nimi zapadła cisza - ale nie była to cisza niezręczna, ani ciężka, ani taka, którą trzeba czymś wypełnić. Patrzyła mu w oczy niczym w obraz. W jego źrenicach odbijał się ogień z paleniska, ale ona czuła, że patrzy głębiej, niż tylko przez płomienie.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się lekko, jakby na moment zabrakło jej powietrza, gdy zobaczyła pudełko prezentowe. Wyciągnęła dłonie, choć nieco niepewnie. Przyjrzała się drobnej konstelacji na pieczęci, a duchu rosło jej podekscytowanie. Dotknęła opakowania tak delikatnie, jakby bała się uszkodzić coś cennego - albo chwilę, która właśnie się wydarzała. Tkanina opadła na jej kolana, gdy palce uniosły wieczko.
Zatrzymała oddech.
Astoria patrzyła na kryształ jak na coś, czego nie powinna dotykać - nie dlatego, że był delikatny, ale dlatego, że wydawał się zbyt wyjątkowy, zbyt intymny, zbyt… jakby powstał specjalnie dla niej. Był jasny, ale nie w sposób zwyczajny; jego luminancja była subtelna, pulsowała tak, jak pulsuje oddech śpiącej osoby. Gdy tylko jej palce zbliżyły się do powierzchni, kamień rozjarzył się mocniej. Wstrzymała oddech, czując, jak coś prześlizguje się przez jej żołądek - lekkie, ulotne, a jednocześnie całkowicie miażdżące. Zachwyt. Strach. Ekscytacja. To wszystko wymieszane w jedno, aż trudno było rozpoznać, gdzie kończy się jedno uczucie, a zaczyna drugie.
- Przepiękny - wyszeptała. Jej dłonie drżały bardziej niż wcześniej, a oczy zalśniły ze wzruszenia. To nie był prezent, to była deklaracja. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, każda reakcja wydawała się niedostateczna. Zamiast tego przesunęła kciukiem po powierzchni kryształu, delikatnie, z czułością, której nie miała odwagi okazać wprost jemu. Światło rozbłysło cieplej, a może tylko jej się wydawało. Jego kolejne słowa w pierwszej chwili odbiły się od niej jak echo, jakby nie mogła przyswoić na raz tyle szczęścia. Dopiero potem, po uderzeniu serca, po wdechu, który ugrzązł jej w piersi, sens tych słów dotarł z całą mocą. Zimowy bal. Razem? - Lou... - Poczuła, jak coś gorącego i jednocześnie lodowatego spływa jej po plecach. Czy naprawdę zapraszał ją na bal? Jego gest mówił więcej niż słowa, a jednak to pierwsze takie doświadczenie w życiu młodej dziewczyny i nie chciała paść ofiarą nieporozumienia. Potrzebowała słów równie mocno, co czynów. Ze wstrzymanym oddechem i najwyższą ostrożnością odłożyła pudełko na poduszkę obok. A potem, zanim zdążyła pomyśleć, zanim mogła ocenzurować odruch - po prostu sięgnęła do niego. Jej palce dotknęły jego policzków, delikatnie, tak miękko, jakby bała się, że jeśli użyje choć odrobinę siły, to wszystko okaże się snem. Ujęła go obiema dłońmi, przyciągając jego twarz do swojej. Pochyliła się, czując, jak serce przyspiesza, a oddech staje się krótszy, choć starała się zachować spokój. Najpierw musnęła jego prawy policzek ustami, lekko, niemal niepostrzeżenie, i wyszeptała: - Zadaj. - Potem przesunęła się na lewą stronę, powtarzając gest z równą subtelnością. - Mi. - Jej oczy błysnęły w półmroku, gdy oderwała się minimalnie, ale wciąż utrzymując kontakt wzrokowy. I w końcu, z maleńkim uśmiechem, który mieszał w sobie prowokację i nieśmiałość, wyszeptała prosto w jego spojrzenie. - Pytanie.
Widziała odbicie ognia w jego oczach, gdy te trzy słowa, wypowiedziane w rytmie pocałunków, niosły ze sobą całe spektrum emocji, które dotąd próbowała ukrywać.


RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Louvain Lestrange - 08.01.2026

Był zbyt głęboko zanurzony w tej chwili, by rozkładać własne reakcje na czynniki pierwsze. Zwykle robił to odruchowo, analizował, wyprzedzał, trzymał gardę wysoko. Ego Louvaina nie lubiło sytuacji, w których ktoś mógłby zajrzeć pod pancerz, a już na pewno nie pozwalało mu z taką swobodą przyjmować zaczepnych uwag dotyczących rzeczy, które stanowiły trzon jego natury: ambicji, drapieżności, tej nieustannej potrzeby bycia o krok przed innymi. A jednak teraz… najwyraźniej przestał się bronić. Pozwolił sobie leżeć w tej uwadze, w jej spojrzeniach, w miękkim napięciu między nimi. Smakował to bez pośpiechu, zachłannie, bo w tej chwili należało to tylko do niego. I tylko to się liczyło. Jej słowa o smoku przyjął z półuśmiechem, w którym nie było ani krzty skruchy. - Smoki mają piękne księżniczki – odparł nisko, z tą swoją bezczelną pewnością. - Za to nie mają poczucia winy. To nie była tylko prowokacja. Było w tym coś bardziej szczerego, niż sam chciałby przyznać. Zuchwałość była jego językiem, ale pod nią kryło się zaangażowanie, intensywne, żywe, skupione na niej i na tym, co właśnie się między nimi rodziło.

Kiedy rzuciła o ogrzewaniu się w jej blasku, parsknął cicho, z rozbawieniem. Myśl była ładna, poetycka… ale rzeczywistość miała dla niego bardziej konkretny wymiar. Prędzej ogrzałby się od rumieńców na jej policzkach niż od jakiejkolwiek abstrakcyjnej aureoli. Właśnie dla takich obrazów był, jaki był. Dla tego zawstydzenia, które próbowała ukryć. Dla tego spojrzenia, które zdradzało więcej, niż słowa. Zauroczenie królowej Avery było jak plaster miodu na jego smocze serce, lepki, słodki, uzależniający. I wcale nie zamierzał udawać, że mu to nie smakuje.

A potem padło to jedno zdanie. Ufam ci.
Zawiesił się na nim na ułamek sekundy dłużej, niż pozwalała jego zwyczajowa nonszalancja. Powinno go to wzmocnić, napompować dumą, być kolejnym trofeum do kolekcji. Zamiast tego poczuł coś niewygodnego, jakby ktoś niepostrzeżenie położył mu na barkach oczekiwanie, którego nie był pewien, czy chce unieść. Wyzwania zwykle przyjmował bez wahania. Uwielbiał się sprawdzać, wygrywać, mieć potem powody do przechwałek i kolejnych potwierdzeń własnej wyjątkowości. Ale to… to zaufanie było inne. Bardziej kruche. Bardziej długoterminowe. Jak kredyt, którego podświadomie już nie planował spłacać. Przecież znała dopiero jego najlepszą wersję. Tę gładką, czarującą, najbardziej przystępną. I on dobrze wiedział, że reszta wcale nie była tak łaskawa.

Myśli jednak szybko rozpłynęły się, gdy zobaczył, jakie wrażenie zrobił na niej prezent. Kryształ w naszyjniku zaczął mienić się intensywniej, jakby reagował nie tylko na dotyk, ale na samą uwagę. Zaklęte światło gwiazd pulsowało coraz wyraźniej, proporcjonalnie do tego, jak mocno wpatrywała się w coeur d’étoile. Louvain obserwował, jak refleksy tego blasku odbijają się w jej spojrzeniu, aż w pewnym momencie miał wrażenie, że patrzy nie w oczy dziewczyny, ale w żywą galaktykę. Rozległą, niepojętą, obiecującą wolność bez granic. Utonął w tym widoku. W tej przestrzeni, w tym bezkresie, w tej iluzji, że nic poza tą chwilą nie ma znaczenia. Jej słowa docierały do niego jak echo, z opóźnieniem, niemal nieistotne. Był zahipnotyzowany, rozbrojony, niespodziewanie cichy. Ocknął się dopiero wtedy, gdy poczuł na twarzy ciepło jej ust. I przez krótką, niebezpieczną chwilę nawet on, nie wiedział już, czy to on prowadzi tę grę, czy właśnie pozwolił się w nią wciągnąć.

Pocałunek wyrwał go z innej rzeczywistości. Dosłownie. Przez krótką, dezorientującą chwilę miał wrażenie, że ostatnie kilkanaście sekund zupełnie wyparowało mu z pamięci, jakby zapadł się w sen na jawie, miękki, świetlisty, nieprzystający do lochów ani do niego samego. Jeszcze przed momentem dryfował gdzieś między gwiazdami zaklętymi w krysztale a jej spojrzeniem, a teraz nagle powietrze wróciło do płuc, ciężar ciała do ramion, a rzeczywistość uderzyła z tą samą precyzją, z jaką znicz potrafił wpaść w dłoń. Na szczęście oprzytomniał. Bo gdyby chodziło tylko o zwykły komplement, o flirt rzucony od niechcenia, nie wybudziłoby go to z marzeń sennych na jawie. Tym razem jednak było inaczej. To, co powiedziała i sposób, w jaki to zrobiła zadziałało jak zimna woda. W jednej chwili spiął się na nowo. Tryby ruszyły. Czujki znów zaczęły działać. Dało się to dostrzec w drobnych napięciach przy kącikach oczu, w ledwie zauważalnym drgnięciu rzęs, w kilku niespokojnych zmarszczkach pod linią włosów, które pojawiały się tylko wtedy, gdy naprawdę myślał.

Deklaracja.
Jedna, konkretna. Taka, na którą nigdy nie był gotów choć ironia losu polegała na tym, że robił dokładnie wszystko, co było potrzebne, by znaleźć się właśnie w tym punkcie. Flirtował. Zbliżał się. Dawał znaki. Budował napięcie. Karmił cudze uczucia i własne ego z równą wprawą. A teraz przyszła pora, by coś nazwać. Postawić granicę. Albo ją przekroczyć. Nie mógł się jednak wycofać. Myśl o tym, że miałby później nosić w sobie żenujące wspomnienie własnej ucieczki, tego, że zabrakło mu odwagi w chwili konfrontacji była po stokroć bardziej nie do zniesienia niż złożenie obietnicy, której sensu jeszcze do końca nie rozumiał. Louvain Lestrange mógł wiele. Ale tchórzostwo nie mieściło się w obrazie, za który tak pieczołowicie walczył.

Uniósł więc spojrzenie. Tym razem w pełni przytomny. Skupiony. Intensywny w sposób, który nie był już tylko flirtowaniem. - Nie jestem rycerzem. I raczej nigdy nim nie będę. Krótka pauza. Oddech. - Ale jeśli mimo to chcesz… - jego głos obniżył się, zmiękł, stracił tę jedną warstwę ironii, za którą zwykle się chował - żebym był przy tobie. Żebym mógł powiedzieć, że jesteś moja, a ja twój. Nie powiedział “obiecuję”. Nie powiedział “na zawsze”. Zamiast tego zapytał w jedyny sposób, na jaki było go stać - bez ucieczki, bez żartu, bez drogi odwrotu.

- Zostaniesz moją dziewczyną?


RE: [11.1964 Hogwart] À bout de souffle - Astoria Avery - 26.01.2026

Od dziecka uczono ją, że smoki są chciwe, że biorą bez pytania, że ich miłość (jeśli w ogóle można to tak nazwać) polega na posiadaniu, na zaznaczaniu terytorium, na ogniu, który zostawia po sobie wypaloną ziemię. A jednak, kiedy patrzyła na niego, obraz ten pękał, kruszył się, jak stara ilustracja w księdze, która nie przystaje do rzeczywistości. Bo on jako smok nie był tylko bestią z legend. Był żywy. Sprzeczny. Piękny w sposób, który budził zarówno zachwyt, jak i niepokój. Myśl o nim jako smoku była jak patrzenie na burzę z bezpiecznego okna: przerażająca i hipnotyzująca jednocześnie. Wiedziała, że to nie jest bajka o ratowaniu księżniczki. To była opowieść o wejściu do jaskini z własnej woli, z sercem bijącym zbyt szybko, z dłoniami drżącymi, ale z oczami szeroko otwartymi. I może właśnie dlatego, mimo lęku, mimo ostrzegawczego szeptu rozsądku, nie potrafiła odwrócić wzroku. Bo smoki były niebezpieczne - ale tylko przy nich można było naprawdę poczuć, czym jest ogień.
I teraz właśnie czuła ten ogień - żywy, rozchodzący się po niej falami, jakby ktoś rozpalił w niej coś, o istnieniu czego wcześniej nawet nie wiedziała. To było napięcie, które nie bolało, ale nie pozwalało też oddychać swobodnie. Pierwszy raz w swoim krótkim życiu miała wrażenie, że stoi zbyt blisko płomienia, a jednocześnie nie potrafi, nie chce zrobić kroku w tył. Przy nim wszystko było inne. Dźwięki cichsze. Myśli bardziej chaotyczne. Serce biło jej za szybko, zupełnie jakby zdradzało ją na każdym kroku, a ona bezskutecznie próbowała je uciszyć, prostując ramiona, unosząc podbródek, udając przed samą sobą, że panuje nad tym, co się z nią dzieje.
Była zapatrzona. Bezbronna w tym zapatrzeniu. Każdy jego ruch wydawał jej się ważny. Każde spojrzenie znaczące. Każde półuśmiechnięcie się wywoływało w niej ciepło, które wędrowało aż do opuszków palców. Chciała być dla niego interesująca. Chciała, żeby patrzył właśnie tak - uważnie, skupienie, jakby świat mógł chwilowo poczekać. Gdy odgarniała kosmyk włosów za ucho, robiła to wolniej niż zwykle, niemal nieświadomie. Gdy opuszczała wzrok, robiła to tylko na moment, zaraz wracając nim do jego twarzy, jakby bała się stracić choć sekundę. Czuła się przy nim starsza i młodsza jednocześnie. Odważniejsza, niż kiedykolwiek była, i bardziej krucha, niż chciałaby przyznać.
Jej wzrok opadł i zatrzymał się na naszyjniku. Nie mogła się napatrzeć. Uniosła dłoń niemal nieśmiało i pogładziła kryształ opuszkami palców, bardzo ostrożnie, jakby bała się, że zbyt śmiały dotyk mógłby go spłoszyć albo zdradzić to, co działo się w jej wnętrzu. Przełknęła ślinę, wpatrując się w ten blask, i nagle ogarnęła ją myśl, tak prosta, że aż niebezpieczna: nikt nie daje kawałka nieba komuś, kto jest mu obojętny. Zaczęła się zastanawiać. Ostrożnie. Jakby poruszała się po cienkim lodzie cudzych uczuć, bo własne już dawno pękły pod ciężarem emocji. Przypominała sobie jego spojrzenia - te dłuższe, zatrzymujące się na niej o ułamek sekundy za długo. Jego dotyk, zawsze pewny, a jednak zaskakująco delikatny. Jego słowa. Jego milczenia. To, że wybrał właśnie ją, by zobaczyła go bez pancerza, choćby tylko na chwilę. Serce ścisnęło jej się słodko i boleśnie jednocześnie. Czy odważyłaby się marzyć, że było w tym coś więcej?
Świat w lochach Ślizgonów zdawał się zwolnić. Trzask ognia w kominku stał się głuchym, odległym dźwiękiem, jakby należał do innej historii. Kamienne ściany, zwykle chłodne i surowe, wydawały się mniej groźne - jakby same przysłuchiwały się tej chwili z cichą uwagą. Astoria czuła, jak emocje podchodzą jej do gardła, jak serce bije zbyt szybko jak na kogoś, kto zawsze uchodził za opanowaną.
Potrzebowała kilku uderzeń serca, by w pełni zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Słowa, które padły z jego ust, nie były rzucone od niechcenia ani opakowane w żart - a przecież do tego była przyzwyczajona. Znała go jako kogoś, kto zawsze zostawiał sobie drogę odwrotu, kto potrafił błyszczeć i znikać w tej samej chwili. Teraz jednak był przed nią bez tej osłony. Odetchnęła powoli. Pozwoliła, by to uczucie - mieszanina niepewności, ekscytacji i cichej radości - rozlało się po niej bez walki. Wiedziała, że zapamięta tę chwilę na długo. Jego głos. Ciszę po pytaniu. To, jak świat zdawał się wstrzymywać oddech razem z nimi. Przełknęła ślinę. Poczuła, że uśmiech sam pcha jej się na usta, nie ten wyćwiczony, salonowy, lecz miękki, dziewczęcy, zdradzający wszystko, co próbowała w sobie ujarzmić. Myślała o tym, jak często pozwalała innym się gonić, jak bezpieczna była ta rola. Jak rzadko ktoś sprawiał, że sama chciała zostać. Louvain był inny. Nie dlatego, że był lepszy. Dlatego, że nigdy nie próbował jej zatrzymać - aż do teraz. I może właśnie dlatego to pytanie znaczyło dla niej więcej, niż chciała przyznać. Jakby na moment oddał jej w dłonie coś, co zwykle trzymał wyłącznie dla siebie: wybór. Jej spojrzenie zmiękło. Kciukiem, niemal nieświadomie, musnęła jego policzek w geście czułym i ostrożnym, jakby dotykała czegoś cennego. Serce waliło jej jak oszalałe, ale tym razem nie próbowała go uciszyć. Pozwoliła mu bić.
- Nie potrzebuję rycerza - wyszeptała, unosząc się lekko, zmniejszając dystans między nimi, jakby samą obecnością chciała odpowiedzieć szybciej niż słowami. - Chcę ciebie. - przegryzła wargę. Policzki paliły ją żywym ogniem, takim, który nie bolał, tylko rozlewał się pod skórą miękko i zdradliwie. Oplotła ręce wokół jego szyi, czując pod palcami ciepło jego skóry, napięcie mięśni, zapach, który kojarzył jej się już tylko z nim. Serce niemal wyskoczyło jej z piersi, kiedy pochyliła się, tak blisko, że świat nagle przestał istnieć. Przytknęła usta do jego ucha i wyszeptała jedno słowo
- Tak.
I choć wciąż drżała, choć w głowie miała tysiąc pytań, w tej chwili była pewna jednego: jeśli miał wejść w jej życie smok, to właśnie ten.

Koniec sesji