![]() |
|
[19.09.1972] But first... tea - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [19.09.1972] But first... tea (/showthread.php?tid=5264) Strony:
1
2
|
[19.09.1972] But first... tea - Victoria Lestrange - 21.10.2025 Herbata – to było takie angielskie, prawda? Równo o siedemnastej zrobić sobie przerwę, cokolwiek się robiło, by oddać się parzeniu, a następnie piciu herbaty. Anglicy unieśli to do rozmiarów sportu narodowego. Źle się czujesz? – herbata. Masz zły dzień? – herbata. Umarła ci ukochana świnka morska? – herbata. Było to lekarstwo na wszystkie bolączki tego świata, a siedemnasta była godziną świętą, której nikt, absolutnie nikt nie ważył się bezcześcić i zaburzać. Nawet Spalona Noc rozpoczęła się grubo po siedemnastej, najpewniej właśnie dlatego, że Lord Voldemort bał się, że zostanie przeklęty siedemnaście pokoleń wstecz za zakłócenie herbacianej przerwy w pracy. Tak, to na pewno był jedyny powód… Nie był to być może taki scenariusz, jaki sobie na ten dzień układała przed dzisiejszym dniem w pracy; nie sądziła, że to będzie właśnie ten moment, kiedy przegra stary zakład i że Atreusek zażyczy sobie właśnie herbatki po tym całym treningu (i ogarnięcia raportów, jakże by inaczej, ale to akurat nie zdziwiło ją ani trochę, znając jego tendencje), ale oto była: dwie filiżanki herbaty lewitowały przed nią, gdy wracała z ministerialnej stołówki, jedna mocna z odrobiną cukru dla Bulstrode’a, druga dużo delikatniejsza, dla niej – a w obu na dnie pływały jeszcze fusy. Pomyślała sobie, że skoro już tam idzie, to może herbata trochę jej pomoże na ten niespodziewany ból głowy, spowodowany zapewne wysiłkiem, jaki wkładała w siłowanie się i dość aktywne stawianie barier przed umysłem aurowidza. Oprócz tego zgarnęła jeszcze dla nich talerzyk ciasteczek. Victoria… lubiła słodkości, łatwo to było poznać po tym, co robiła na weselu u Blacków. Weszła tak do biura i gdy tylko wypatrzyła Atreusa, to nie spuszczając z niego wzroku i ignorując całą resztę, podeszła do niego z tymi herbatami i ciasteczkami. – Herbata, zgodnie z życzeniem – powiedziała cierpko i uśmiechnęła się odrobinę kpiąco, za to krótko, bo zaraz przestała, a filiżanka na spodeczku wylądowała na biureczku, pokierowana tam ruchem dłoni, w której trzymała różdżkę. Nie była pewna, jak się zachowywać w stosunku do Atreusa po jego stracie i pogrzebie, ale ostatecznie uznała, że nie chciałby, by obchodzono się z nim jak z jajkiem, dlatego… starała się być normalna. I trochę udawała, jak to wielce jest niezadowolona z obecnej sytuacji. RE: [19.09.1972] But first... tea - Atreus Bulstrode - 29.10.2025 Atreus rozjebał się na krześle niczym księciunio, złośliwie dosuwając je sobie nieco bliżej jej własnego biurka, aby mieć nieco lepszy ogląd na wypełniane raporty, chociaż przecież wcale nie nalegał na to, żeby wypełniała je teraz. Bo teraz był czas na herbatkę. Było coś magicznego w tej kupce suchych liści zalanych gorącą wodą, pomijając oczywiście fakt, że niektóre herbatki faktycznie bywały doprawione rzeczywistą magią. Napar jednak, niezależnie czy zaczarowany czy nie, wydawał się działać na duszę kojąco i odejmować wszelkich smutków, a on nawet lubił ten moment zawieszenia, który przychodził wraz z filiżanką herbaty. Chociaż, oczywiście, wolał kiedy była odpowiednio doprawiona. Lepiej wtedy wchodziła. - Ależ dziękuję pięknej pani, nie trzeba było - uśmiechnął się do niej promiennie, nie ruszając się nawet o milimetr z dłońmi splecionymi na karku i nogą szeroko założoną na drugą nogę. - Wiesz, jak tak sobie teraz tak o tym myślę, to dawno nie piłem w pracy rzeczywiście herbaty. Tylko kawa i kawa. Szkoda że jeszcze nie lecą do tego pączki, żeby uzupełnić stereotyp - rozejrzał się, wodząc tylko samymi oczami, ale i to wystarczyło, żeby zauważyć na czyimś biurku pudełko pączków z pobliskiej cukierni. Na biurku Victorii, oczywiście oprócz właśnie przyniesionych filiżanek i ciasteczek, znajdował się już odpowiedni stos dokumentów, które Bulstrode przyniósł jej kiedy ona parzyła obiecaną herbatę. To było parę spraw, nic wielkiego, bo najwyraźniej Atreus w całym swoim poczuciem wyższości, jakiego w tym momencie rozpierało, okazał się na tyle wspaniałomyślny by bezmyślnie nie rzucić jej na blat dosłownie wszystkiego. Dał jej tylko te najnudniejsze i nad którymi zwyczajnie nie chciało mu się siedzieć, przepisując te same sztywne formułki. RE: [19.09.1972] But first... tea - Victoria Lestrange - 31.10.2025 – Nie? – uśmiechnęła się sztucznie. – Następnym razem pan raczy się wyrazić dokładniej, jako, że odniosłam wrażenie, że wręcz przeciwnie – była pewna, że przez swoje zachowanie i słowa, jakie do siebie rzucali, przyciągnęli znudzone i spragnione rozrywki spojrzenia tych funkcjonariuszy, którzy umierali z nudów nad swoimi raporcikami. Te postanowiła na ten moment zignorować. Nawet jeśli w pomieszczeniu nie było całkiem cicho, to ich głosy trafiały do niektórych uszu. O ile wiedziała, w ministerialnej stołówce nie doprawiali magią herbat (chociaż gówno na tym znała, a i nie zaglądała co robią na kuchni zasłoniętej przed publiką) i sama też tej zdolności nie posiadała, więc herbaty które niosła, były… zwyczajne. Biorąc pod uwagę, jak sama nieufna była i nie lubiła, kiedy ktoś mącił w jej głowie (a kto to wiedział jak to można taką herbatkę zaczarować), to taki obrót spraw bardzo jej pasował. Usiadła z gracją na swoim krześle, udając, że w ogóle nie patrzy na Atreusa, przesunęła sobie filiżankę i spodeczek, by te nie zakłócały feng-shui jej bardzo poukładanego otoczenia. Przez kilka sekund ignorowała nowiutki stosik dokumentów, aż już nie była w stanie (bo ten leżał nie w tym miejscu co należy), i z ociąganiem sięgnęła po pierwszy z góry raport, żeby zerknąć czego to w ogóle dotyczy. Szybko przebiegła wzrokiem po treści, uniosła wyżej brwi i odłożyła go na górę kupki, a tę… przesunęła na bok. Powoli i w wielkim skupieniu. Na ewidentnie odpowiednie miejsce. – Za dużo kawy też nie jest zdrowe. Tak słyszałam – nie, żeby się na tym jakoś wielce znała. – Może trzeba wprowadzić przymusowy rytuał picia herbaty? Najlepiej z fusami, żeby jeszcze przed wyjściem w teren każdy zdążył zerknąć do filiżanki kolegi i przepowiedział wielkie nieszczęście, bo kupka fusów skojarzyła się komuś z ponurakiem – mniej-więcej tyle pamiętała z lekcji wróżbiarstwa w szkole, na które oczywiście ochoczo się zapisała (bo chciała wiedzieć wszystko, a to wydawało się trzynastoletniej Victorii takie cool), by po roku zrezygnować, uznawszy to jednak za stek bzdur. – Ale zamiast pączków przyniosłam ciasteczka. Nie było już pączków – dodała i w końcu spojrzała na rozwalonego jak ten król na swym tronie Atreusa. Brakowało mu tylko korony – tak się aż napuszył z dumy i wygranej. – Wygodnie? Może jeszcze brakuje poduszeczki pod pleckami, hmm? – jej głos był teraz przesiąknięty słodyczą i ewidentną ironią. RE: [19.09.1972] But first... tea - Atreus Bulstrode - 01.11.2025 - Co za bzdury - odpowiedział, unosząc ku górze brwi no bo naprawdę, kto wymyślał coś takiego. Kawa była kołem ratunkowego chyba każdego, komu zdarzało się zasiadać za biurkiem do papierów lub wykonywać równie nudną i żmudną robotę. Jak coś, co wciągała cała znana populacja mugoli i czarodziejów, mogło być niezdrowe? Za późno było na takie rujnujące życie diagnozy. - Herbaty? Patrz, ja byłem przekonany że to już taki obowiązuje. Punkt siedemnasta, dzień w dzień. Ale wiesz co? Ja to jestem absolutnie przekonany, że w ten sposób to się bawią w Departamencie Tajemnic w tej ich Komnacie Przepowiedni. Wyobrażam sobie takiego Morpheusa, który dzień w dzień drapie się po brodzie i z zastanowieniem studiuje układ właśnie tych fusów i może dodatkowo zacieki - prychnął, poprawiając się nieco na swoim miejscu, bo sięgnął po przynależną mu filiżankę. Zerknął na górę raportów przelotnie, zastanawiając się cóż takiego mogło leżeć na samej górze (bo oczywiście nie pamiętał). Nie było to jednak zanadto ważne, kiedy wszystko tam było bzdurnymi, nie wartymi poświęconego czasu zgłoszeniami; straszliwe przedmioty, które okazały się zaczarowanymi przez dzieciaki czy innych psotników rzeczami codziennego użytku. Najgorsze co tam było to chyba kupa kości, którą ktoś przekładał z miejsca na miejsce, a ktoś inny był przekonany że to nekromanta ćwiczy komendy marszu, żeby podbić niedługo świat. Nie ważne, ze to tak nie działało. - A wiesz co? W sumie to tak. Przydałaby się taka poduszka, albo wiesz co? Lepiej, podnóżek. I żeby oparcie się odsuwało do tyłu, wtedy to już by w ogóle było. W sumie jak to powiedziałem, to mi się wydaje że takie cacko ma Harper w gabinecie. Tyle tam spędza czasu że gdzieś musi spać, a taki fotel? Albo przynajmniej se leżankę rozkłada. RE: [19.09.1972] But first... tea - Victoria Lestrange - 02.11.2025 – Ta, ale u nas zamienili herbatę na kawę. No sam popatrz – czy widywał kogoś w biurze aurorów albo BUM-u, kto popylał elegancko z filiżanką herbaty, którą należało się delektować i wypić w s p o k o j u? Może u urzędasów z Wizengamotu mieli na to czas i miejsce, ale tutaj działa się akcja, pościgi i wybuchy i aurorzy gotowi byli wyśmiać laleczki z herbatką. Tym niemniej bardzo wątpiła, by ktokolwiek miał jaja zaśmiać jej się w twarz za te herbatki – a Victoria przeszła już przez stadium wlewania w siebie kawy litrami, jak również całkowitego jej odstawienia na rzecz herbat, a wszystko przez bezsenność, na jaką cierpiała od lat i z którą czasami próbowała walczyć. Wyeliminowanie kawy na nic się jednak zdawało, bo jak miała problemy ze snem, tak nadal je miała, a obecnie pijała kawę raczej dla efektu placebo, niż dla jej realnego działania. – A potem robi notatki? – podsunęła usłużnie na temat Morpheusa, po czym machnęła ręką w powietrzu. – Z wróżbitami to zero zabawy, oni gapią się na te kształty całymi dniami. Ale pomyśl sobie co by się działo u nas, jakby każdy miał przykazane, żeby pomodlić się nad fusami tuż przed akcją. Albo na samym początku zmiany – parsknęła i już to sobie wyobrażała. A wyobraźnię miała nazbyt wybujałą w niektórych momentach. – Możemy zacząć – dodała i uśmiechnęła się kpiąco do Atreusa, a to dlatego, że miała bardzo jasne zdanie dotyczące wróżb i przepowiedni: że należało je zostawić w spokoju i nie wygłaszać ludziom, by się nie sugerowali i nie doprowadzali do samospełniającego się losu, który wcale nie musiał być zapisany w gwiazdach. To znaczy… wierzyła, że jasnowidzowie potrafią przewidzieć przyszłość… Ale wolała, by nie dotykano tej jej. A już zwłaszcza, by jej nie wygłaszano na głos bez jej pytania i zgody (przez co była taka cięta na cholerną Szeptuchę, której nikt nie pytał, a się odzywała nie proszona). Za to wróżenie… Oooo… Wróżenie uważała za śmieszne bajki. Tym niemniej po tym przegranym zakładzie mała jakiś zaczepny nastrój i już czuła w kościach, że w swoich fusach zobaczy ponuraka i byłoby to jak nieme potwierdzenie jej zdania. – Chyba, że się cykasz? – Może sobie transmutuje krzesło w wygodną kanapę? – zasugerowała i upiła z gracją swoją herbatę. RE: [19.09.1972] But first... tea - Atreus Bulstrode - 16.11.2025 Atreus pewnie mógł się pochwalić tak samo wspaniałą bezsennością, jak i Victoria. Ta powróciła na jesieni ze zdwojoną siłą, zaraz po tym jak zrobiła sobie małą przerwę podczas lata - najwyraźniej wygłupy Brenny męczyły go na tyle, że ciało zwyczajnie momentami się poddawało, pozwalając zmrużyć oczy nieco łatwiej. Więź szarpała wtedy mocno, zaburzając cykl wypoczynku i jak tak teraz sobie o tym myślał, to nie był do końca pewien jak czasami trzymał się na nogach. Ale wtedy chyba właśnie wkraczała kawa, cała na biało. Bohaterka i wybawicielka, którą można było wciągać litrami i pracować dalej. - Oczywiście, że tak. Bo co jeśli to wiekopomna wróżba? - zakpił wyraźnie, upijając parę kolejnych łyków gorącego napoju. Atreus szanował tak samo posiadaczy Trzeciego Oka, jak i podchodził do wróżb z pewnym zrozumieniem - w końcu Bulstrodowie jako rodzina, podchodzili do tego wszystkiego z jakimś swoistym szacunkiem, dostrzegając w tym swoje dziedzictwo. Co jednak nie mogło liczyć na taką wyrozumiałość ze strony aurora, to Departament Tajemnic i jego pracownicy, nie ważne że połowa z nich nosiła pewnie jego nazwisko. - Połowa z chłopów tutaj widziałaby kutasa. Druga połowa dupę. Trzecia natomiast ponuraka - zawyrokował ze złośliwym uśmiechem. - Ah, nie musisz mnie tak obcesowo podpuszczać przecież. Cykać się? Proszę bardzo, zaglądaj w te swoją filiżaneczkę i móc, co w niej widzisz - prychnął, no bo naprawdę, biorąc pod uwagę że miał teraz niewiele do roboty i bez takich podchodów był w stanie zerknąć na dno swojej filiżanki. Szybko też spróbował wypić resztę swojego naparu, żeby samemu móc zajrzeć w to, co kryło się między fusami. - Kanapa wydaje mi się wręcz zbyt wygodna jak na kogoś, kto w każdym płaszczu nosi przynajmniej jeden kastet. [roll=Symbol] RE: [19.09.1972] But first... tea - Victoria Lestrange - 16.11.2025 Na polu więzi miłosnej mieli bardzo podobne doświadczenia, chociaż nigdy nie przyszło im o tym porozmawiać. Victoria byłaby w stanie wyobrazić sobie, co musiał przeżywać Atreus, w końcu przyjaźniła się z Brenną od… dobrych dwudziestu lat i przynajmniej w części jej wyskoków brała udział. Również w tych, podczas których Bulstrode i jej przyjaciółka byli związani więzią. Sama zresztą też bardzo to przeżywała, bo jej druga połowa (rytualna) fundowała jej dokładnie takie same przeżycia, niekoniecznie z własnej woli – bo miała to murowane każdego poranka gdy słońce wstawało… A że Sauriel nie prowadził spokojnego życia, to i noce miała trudne, a on dni, gdy ona miała jakieś akcje… Między innymi dlatego tak szybko zdecydowali się szukać pomocy. I tak trafili do Florence. A jak funkcjonowała pomiędzy? To był właśnie ten moment, kiedy ostatecznie przeprosiła się z eliksirami nasennymi. Robiła je dla innych od lat, ale sama bała się, że się od nich uzależni i brała tylko, jeśli już naprawdę nie potrafiła sobie poradzić, ratując się kadzidłami i magicznie doprawianym jedzeniem, ale od czasu lata… sięgała po nie zdecydowanie regularniej. – Wróżba czy przepowiednia? – w szkole na wróżbiarstwie nauczyła się głównie tego, że jest różnica pomiędzy jasnowidzem a wróżbitą. Drugą rzecz jaką wyciągnęła z tego przedmiotu to to, że te wróżby to są strasznie mało konkretne i przez to łatwo było je dopasować do danej sytuacji, jeśli jakiś umysł był podatny na sugestie. Dłużej niż rok na wróżbiarstwo nie chodziła… Do wróżbitów podchodziła sceptycznie, by nie powiedzieć, że nieco pobłażliwie, a jasnowidzów unikała na ile mogła, bojąc się, że będą chcieli jej przepowiedzieć przyszłość, której wcale słyszeć nie chciała. – Jak sobie przypominam naszą przygodę z pewnym piórem, to zakwalifikowałabym ciebie do pierwszej połowy. A poza tym, mój drogi, nie można mieć trzech połów, to wbrew zasadom – pani najmądrzejsza musiała dodać swoje jak zwykle, ale aż przy tym parsknęła i skryła się za swoją filiżanką. Potem wywróciła oczami i przystawiła filiżankę do ust, nie spiesząc się z piciem herbaty absolutnie wcale. – To wciąż kobieta – dodała gdzieś w trakcie. Cały zresztą czas patrzyła się wyzywająco na Atreusa, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia, a swoją kupką fusów zainteresowała się dopiero, jak już wypiła herbatkę. – Dobra, jak to szło? Coś było o kręceniu filiżanką, tylko ile razy i w którą stronę? – mruknęła i wzruszywszy ramionami pokręciła nią trzy razy w lewo, a po chwili zawahania powtórzyła to, tylko, że w prawo. W którąś musiało zadziałać. Wzięła spodeczek w drugą rękę i przechyliła filiżankę, żeby odlać ostatnie krople herbaty (kojarzyła, że coś takiego się robiło, oczywiście nie pamiętała za to jak dokładnie), a potem w końcu zajrzała do niej, absolutnie sceptyczna względem tego, co właśnie robiła. [roll=Symbol] – No więc… – zaczęła, ściągnąwszy brwi. Przekrzywiła przy tym głowę to w lewo, to w prawo. – Eeee… donica? – spróbowała, a potem obróciła filiżanką – Ale jak patrzę tak, to chyba bardziej lampa – stwierdziła w końcu i odłożyła filiżankę na biurko, po czym podparła bardzo nieelegancko głowę na łokciu, patrząc na Atreusa. – Nie mam pojęcia co to może oznaczać. Jeśli donica, to może kupię sobie nowego kwiatka? Nie byłoby to znowu takie nieprawdopodobne. A jeśli lampa… może potrzebuję więcej światła – stwierdziła w końcu i parsknęła. – Mów lepiej co ty masz. RE: [19.09.1972] But first... tea - Atreus Bulstrode - 18.11.2025 - Mówiłem o jego popijaniu herbatki, więc z fusów to raczej wróżba - odpowiedział grzecznie, bo przecież rozumiał całe to jasnowidztwo i wróżbiarstwo na tyle, żeby znać różnicę. Chociaż kto wie, może herbata była dla Morpheusa jakimś katalizatorem który uaktywniał jego trzecie oko, a nie zmuszała do zwykłej próby przypomnienia sobie, co mówił podręcznik symboli na temat takiej lampy czy chmury. - Zasady są po to, żeby je łamać - mruknął z przekąsem, bo to miał być taki żart, ale najwyraźniej z nią nie można było sobie pozwolić na takie rzeczy. Ciężka mu się publika trafiła, co tylko potwierdziła jej uwaga na temat Harper, na co tylko wywrócił teatralnie oczami. - To wciąż auror z wieloletnim stażem, który nie trzyma się godzin pracy w przeciwieństwie do ciebie - mruknął z kwaśną minął, darując już sobie beztroskie spojrzenie jej prosto w oczy i powiedzenie czegoś pokroju 'ale Lestrange, nawet ty jesteś jednym z chłopaków'. To miał być relaksujący moment, a nie darcie kotów, a Bulstrode był na tyle jednak rozsądny, by zdawać sobie sprawę gdzie te słowa by ich zaprowadziły. - Było coś o kręceniu? - zapytał, spoglądając to na nią, to na trzymaną w dłoniach filiżankę. Ciężko mu było coś sobie na ten temat przypomnieć, ale postanowił pójść w jej ślady i zakręcić trzy razy w lewo, a potem w prawo. A potem znowu w lewo, żeby być lepszym od niej. Cokolwiek faktycznie znajdowało się wśród fusów, na pierwszy rzut oka wyglądało dla niego jak... no fusy. Kupka ciemnych, podmokłych teraz liści, gnieździła się na spodzie filiżanki i pewnie gdyby nie jakieś głośno ogłoszone twierdzenia na temat wróżenia, to szybko by sobie odpuścił. Skrzywił się i zerknął na Victorię kontrolnie, kiedy ona przejęła pałeczkę i podjęła się próby zinterpretowania swoich fusów. - Może po prostu powinnaś sobie kupić nową lampę? Niedługo kiermasz na Mabon to może ktoś będzie miał wystawione na Pokątnej rupiecie? - zasugerował, posłusznie jednak opuszczając spojrzenie i na nowo lustrując pozostałości po herbacie. Poprzekrzywiał głowę, to na prawo, to na lewo, aż w końcu zaczął też i samą filiżanką obracać. - Iks? - zaryzykował. - Chociaż nie, ma małe takie... - zamruczał, znowu przekręcając naczynie. - Ty, to chyba jakiś smok? Wiesz, nawet by się zgadzało, bo przecież Geraldine i Greengrass biorą zaraz ślub, a to ma być w tej ich Snowdonii. Tam smoki latają. RE: [19.09.1972] But first... tea - Victoria Lestrange - 18.11.2025 Z Victorią był ten problem, że trzeba było ją trochę poznać i spędzić z nią czas, żeby zacząć łapać, kiedy żartuje, a kiedy nie. Sama zresztą opisywała siebie jako tą o kiepskim poczuciu humoru właśnie przez to, że nawet jak opowiadała żarty, to zazwyczaj z kamiennym wyrazem twarzy – znaczy się wyglądała więc tak, jak w normalnej rozmowie i trudno było wyczuć, czy mówi serio, czy raczej nie. Przez to wydwała się znacznie bardziej sztywna, niż w rzeczywistości była, a fakt tego, że panowała nad większością emocji na twarzy też wcale tutaj nie pomagał. Ale już nie próbowała z tym nawet walczyć. Trzeba było to zaakceptować… i z czasem zauważało się te drobne wskazówki świadczące o tym, kiedy czarownica stroi sobie żarty. – Noo… coś było. Ale nie wytrzymałam na tych lekcjach za dużo, więc nie pamiętam – równie dobrze tych obrotów mogło być siedem, miała to trochę gdzieś. – Lampa z rupieci z odzysku? – mruknęła jakby zastanawiając się nad tą kwestią faktycznie, ale oboje chyba wiedzieli doskonale, że sobie takiej nie kupi. – Teraz aż jestem ciekawa co faktycznie na ten temat mówi podręcznik do wróżbiarstwa – były tam wypisane te wszystkie kształty, ale problem zaczynał się wtedy, kiedy te nie przypominały niczego opisanego w opasłej księdze. – Iks – powtórzyła za nim i aż uniosła brwi. No tego raczej nie opisywali. – Może krzyż? – podsunęła najbliższy sensowny kształt, ale wtedy Atreus uznał, że może to jednak bardziej smok. I jakoś wtedy parsknęła. – Ach tak, ślub. Wybierasz się? – zapytała, raz jeszcze zerkając do swojej filiżanki na ten rozmokły kształt, który miał przepowiadać przyszłość. Co za bzdura. – Mam nadzieję, że jednak żaden smok się nie pokaże, chyba że w fajerwerkach, bo będzie problem – tym bardziej, że zielone walijskie nie należały do łagodnych baranków. Przekonała się o tym bardzo dokładnie na własnej skórze. Dosłownie. A że była wtedy z Brenną to istniała duża szansa, że niejako poczuł to również Atreus. RE: [19.09.1972] But first... tea - Atreus Bulstrode - 20.11.2025 - Coś o tym wiem. Rok i koniec zabawy. Bardzo chciałbym powiedzieć, że dlatego iż chodziły słuchy o łatwym zaliczeniu, ale niestety to było coś z rodzinnej powinności - wymruczał z pewnym grymasem na twarzy, chociaż ciężko było powiedzieć czy kierowany on był do wspomnień z zakurzonej i zaciemnionej sali do wróżbiarstwa, czy może do samych fusów w filiżance które z oporem poddawały się interpretacji. A może odnosił się tak samo do jednego, jak i do drugiego. - Iks mi się kojarzy z mapą skarbów. Piraci i takie tam - ale to niestety nie był iks, z którego można było sobie zrobić zabawę w zgadywanki. Im dłużej patrzył na ciemne kształty, tym bardziej przypominały ono to nieszczęsne zwierzę. Znaczy smoki bywały majestatyczne i straszliwe, ale Atreus niezbyt był pasjonatem magicznych stworzeń. Były. To tyle. - Tak. Idziemy z Brenną - odpowiedział, wreszcie z westchnięciem odstawiając swoją filiżankę na spodeczek. - A ty się wybierasz? Może będzie okazja się wspólnie przekonać, czy faktycznie latają tam jakieś smoki? - zapytał, uśmiechając się do niej zaczepnie i na nowo zakładając dłonie za kark, kiedy rozparł się na krześle. - Aj już bez przesady. Yaxleyowie tak uwielbiają latać z wywieszonym językiem za wszystkim, co się rusza, ze zebraliby wszystkich weselników na wielką wyprawę na smoka. A Rowle'owie pewnie by ich potem próbowali odstrzelić, jeśli tego smoka faktycznie udałoby im się złapać. - dla niego to było niesamowicie zabawne, że rodzina łowców magicznych stworzeń mieszkała na terenie jednego z największych rezerwatów na terenie wysp, a który z kolei należał do zupełnie innego rodu. Jak oni się tam jeszcze nie pozabijali, to nie był pewien. Ale może najwyraźniej niezwykle się lubili, albo przez dekady funkcjonowania przez płot, nauczyli się siebie przynajmniej tolerować. |