Secrets of London
[07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Chinatown (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=50)
+---- Wątek: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? (/showthread.php?tid=5276)



[07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Victoria Lestrange - 26.10.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

Wrzesień miał przynieść wytchnienie. Nie naprawdę, ale po tym, co działo się w ostatnich miesiącach, Victoria powtarzała sobie jak mantrę, że będziedobrze, będziedobrze, będziedobrzebędziedobrze. Czy było? Nie mogła tego powiedzieć, bo miesiąc rozpoczął się… spokojnie, owszem, ale to był tylko cichy wstęp, by następnie zasypać ich rzeczywistość kolejnymi dziwnymi zjawiskami. Tym razem były to rośliny w ogrodzie, którym od pokoleń opiekowała się jej rodzina i Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że los po prostu gra im wszystkim na nosie. Mówisz sobie: będzie lepiej, a wtedy on mówi „ha! Tak? To patrz!”, robi salto do tyłu i oddala się ze śmiechem, a następnego poranka budzi cię gruchanie dwóch sów, które bardzo potrzebują twojej uwagi. Natychmiast. Tak jak te cholerne kwiaty.

Nie opuszczały jej myśli. Wczorajszego dnia poświęciła im tyle czasu, ile mogła, a dzisiaj był kolejny dzień i choć już wiedziała jakieś rzeczy, to generowały one jeszcze więcej pytań i Lestrange już nie mogła się prawdę mówiąc doczekać, aż uda się do ogrodu znowu, może wieczorem… i zobaczy jak sytuacja ma się dzisiaj. Miała też różę w wybitnie starej donicy we własnym domu i na razie zostawiła ją w spokoju, obserwując jedynie z daleka, zapisując notatki w zeszycie.

Ale życie nie kręciło się wokół roślin (a szkoda) – i praca wzywała. Tym razem była to kontynuacja sprawy, którą z Brenną ciągnęły już trzeci miesiąc. Miały potencjalny trop na jednego z kłusowników z szajki, na którą wpadły całkowitym przypadkiem, a że mieli oni ewidentny kontakt z czarnoksiężnikami: to była i ona. I było też Chinatown. I mieszkanie, do którego właśnie zmierzały, a gdzie miały złożyć bardzo niezapowiedzianą wizytę…

– Moja siostra wraca, wiesz? Z Francji – rzuciła ni z tego ni z owego do Brenny, gdy szły chodnikiem wzdłuż ulicy. Lestrange próbowała się ubrać „po mugolsku”, żeby nie rzucać się w oczy swoim mundurem, ale chyba nie do końca jej się to udało i i tak przykuwała wzrok, tylko innego rodzaju. – Dwa lata jej nie było – do Victorii dopiero teraz dotarło, jak dużo czasu minęło, gdy tak patrzyła przed siebie, mijając mugoli, którzy z jakiegoś powodu patrzyli w ich stronę. – Chyba dzisiaj powinna już być w domu – albo wczoraj…? Nie. Powiadomiliby ją przecież… Więc musiało to być dzisiaj. Chyba że wczoraj wieczorem…




RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Brenna Longbottom - 27.10.2025

Sprawa kłusowników była dla Brenny jak hydra o wielu głowach: ucinałeś jedną, od razu wyrastały kolejne. Mnóstwo wątków, nad którymi pracowała jednocześnie, tu sięgając po wsparcie Vincenta, tu wpadając przypadkiem na Reginę Rowle, tu pukając do kolejnych aptek, między innymi tej Quirków... parę osób już ujęto, udało się dorwać nieuczciwego dostawcę i z Victorią złapały czarnoksiężników, ale... ten wątek tej sprawy, którym zajęły się wspólnie, był najpaskudniejszy. Nawet nie ze względu na czarną magię, a polowanie na jednorożce i małe smoczęta.
I naprawdę miała nadzieję, że tropy prowadzące do mieszkania w Chinatown nie były mylące i uda się znaleźć coś, co doprowadzi ich do piskląt. Albo przynajmniej prawdy na temat ich losu, aby ukarać winnych.
– Primrose? Czekaj, będzie miała już... dwadzieścia pięć lat? – spytała Brenna, jakby z pewnym zdziwieniem, bo gdy myślała o siostrze Victorii, to przed oczyma miała piętnastolatkę. Może dlatego, że chociaż ta pracowała jakiś czas w Ministerstwie Magii, to potem jakoś znikła, chyba skupiona na nauce, a dzieciak z Hogwartu wbił się w umysł Brenny... – Ona chyba pracowała jakiś czas w Maida Valen czy coś takiego, prawda? - przypomniała sobie nagle, bo ogrody też chodziły Brennie rano po głowie, ale ta myśl została trochę wyparta, kiedy przesłuchując kolejnego z długiej listy potencjalnych świadków, dostała ten adres. – Miałam zamiar cię o nie dorwać albo napisać. Tori, to wy zakopujecie tam fiolki, żeby nie wiem, rośliny lepiej rosły, jakiś nektar był dostępny dla wróżek albo coś takiego, czy ktoś biega wam nielegalnie z łopatami pod osłoną nocy? Bo byłam tam niedawno na chwilę, coś świeciło i… jakoś brzęczało w ziemi, i okazało się, że to wypełniona czymś fiolka. Się rozpłynęła przy dotknięciu.
Znała się na eliksirach za mało, aby wiedzieć, co to było. I brała pod uwagę, że po prostu zakopali tam coś Lestrange’owie. Czarne róże porastające ogrody były jednak czymś na swój sposób niepokojącym, a że dotyczyło to rodziny Victorii… uznała, że jednak lepiej o tym jej wspomnieć, nawet jeśli mogłoby to wyjść potem jakoś bokiem.
– Do licha, nie ogarniam numeracji tych budynków. To będzie nasza dziewiątka czy szóstka? – zastanowiła się, gdy wędrowały przez tłum. W Chinatown zawsze czuła się trochę nie na miejscu, i ciężko było jej zorientować się w topografii okolicy.


RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Victoria Lestrange - 27.10.2025

Również miała nadzieję, że to nie był ślepy trop i że dzisiaj uda się złapać kogoś, kto był odpowiedzialny za tyle cierpienia magicznych zwierząt. Jednorożce były tak czystymi istotami, że do ich krzywdy mogli się przyczynić jedynie naprawdę zepsuci ludzie, a kradzież jaj smoczycy również była ciosem poniżej poziomu (nie mówiąc już o niebezpieczeństwie, jakie to stwarzało). Pudło też niosło w sobie jakąś informację, ale przyskrzynienie chociaż jednej z osób odpowiedzialnych za ten bajzel z pewnością poprawiłby humor Victorii, która zdawała się być trochę nieobecna, gdy tak myślała o Maida Vale, liście, jaki posłała do Harper Moody i o swojej siostrze.

– Ano, szybko leci, nie? – dwa lata młodsza od nich Prim rzeczywiście mogła się kojarzyć z dzieciakiem, biorąc pod uwagę jak często przybiegała do Victorii, by ta jej pomogła, albo żeby schować się za starszą siostrą, albo biorąc pod uwagę jej niepokorny charakterek. – Tak, ale bardzo krótko. To była taka przerwa od pracy w Ministerstwie – i skandalu jakiego się tam dopuściła… Na samą myśl Victoria westchnęła. – Potem poszła w ślady większości naszej rodziny i zrobiła magisterium uzdrowicielskie z magispychiatri, a w Francji była na jakichś kursach poszerzających wiedzę – na tym to się kiepsko znała. Znaczy wiedziała tak z grubsza co tam się działo, bo siostry rozmawiały, gdy Prim przyjeżdżała na święta, ale to zdecydowanie nie był obszar znajomości Victorii.

Ale gdy Brenna kontynuowała o ogrodach, Victoria aż przystanęła i wytrzeszczyła na przyjaciółkę oczy.

– Fiolki? – zapytała bez sensu, nie bardzo rozumiejąc o czym ona do niej mówi. – Jakie znowu znikające fiolki? Nic nie zakopujemy – Lestrange trochę wytrzeszczyła oczy na Brennę, a potem bardzo głośnio wypuściła powietrze przez nos, jakby poczuła jakąś irytację. Bo poczuła. Nie na Brennę, tylko na całą sytuację i tajemnicę, jaka otaczała cholerne czarne róże. – …Kiedy to było? – coś ją tknęło, bo dziwne zdarzenia w Maida Vale zaczęły się… wczoraj. I znikające, zakopane w ziemi fiolki zdecydowanie pasowałyby do profilu.

Przeniosła przy tym spojrzenie na tabliczki na budynkach – ona też czuła się tutaj na pewien sposób nieswojo, ta okolica mocno odstawała od reszty Londynu (nawet tego magicznego), swoimi kolorami i wywieszonymi wszędzie kiczowatymi ozdobami. Dwa razy przekręciła głowę, raz w lewą, raz w prawą stronę, zastanawiając się nad numerem. Ktoś chyba wyżywał się nad cyfrą, bo ta przekrzywiła się i obróciła tak, że była teraz poziomo, mocno uniemożliwiając odczytanie prawidłowej numeracji.

– Eeee… Chyba sześć? A co jest obok? – obok nie było żadnego numeru i stąd cały problem.




RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Brenna Longbottom - 27.10.2025

Złapanie „pośrednika” w Hogsmeade było satysfakcjonujące. Dorwanie dwóch czarnoksiężników w Londynie jeszcze bardziej. Podobnie jak kłusowników w lesie, pośrednika, który fałszował certyfikaty z hodowli i rozbicie dwóch obozów… Ale chociaż wydawało się, że to dużo, okazywało się, że ostatecznie stanowiło kroplę w morzu.
Brenna wiedziała, że tak wygląda ta praca, a jednak trochę się na to wszystko wkurzała.
Machinalnie kiwnęła głową na opowieść Victorii, choć pamiętała, że Primrose trafiła do Akademii Munga – potem jakoś ot na nią nie wpadała… I może spytałaby, czy Victoria cieszy się z przyjazdu siostry i czy mają już jakieś plany, gdyby nie reakcja Lestrange na wspomnienie o fiolkach. To skutecznie sprowadziło myśli Brenny na inne tory.
W porządku, czyli to raczej nie był typowy nawóz, rozrzucany tu i ówdzie przez pracowników ogrodu.
– Był nieduży, na oko szklany, wydawał się całkiem ładnie wykonany, chyba wiesz, o co mi chodzi. – Brenna nie robiła może zwykle eliksirów, ale czasem je przyjmowała i raczej je znakowano by ktoś nie pomylił eliksiru na kaszel z tym na prosto roślin niż ryto misterne symbole na zakrętkach: chyba że były to te zabawne mikstury, sprzedawane w niektórych sklepach jako pamiątki czy prezenty. Podaruj żonie na rocznicę łyk eliksiru na dobry nastrój, i tak dalej. – Nie wiem, czy srebrzyście świeciła sama fiolka, czy to co było w środku. A przy dotyku fiolka po prostu się rozpłynęła. Może od początku miała w pewnym momencie uwolnić ten płyn, a może to był jakiś mechanizm obronny, żeby ktoś jej nie zabrał… – zrelacjonowała, rzeczowo, odruchowo przechodząc z gaduły w tryb „pracowy”. – Nie minęła jeszcze doba. Rozumiem, że to nie któraś z twoich ciotek.
Ewentualnie któraś z nich, owszem, ale działająca tak, by utrzymać resztę rodziny, a przynajmniej część tej rodziny, w niewiedzy. Obecność tej fiolki, czarne różne, reakcja Victorii, rośliny latem szalejące w całej Anglii… jakoś to sprawiło, że w jej postawę wkradło się pewnego rodzaju napięcie. Do tej pory sądziła, że czerń róż może być jedynie kolejnym efektem ubocznym rozrastających się roślin albo eksperymentem któregoś z opiekunów ogrodów. Teraz naprawdę zaczęła się niepokoić.
– Może ktoś po prostu ją zgubił. Tak myślałam w pierwszej chwili. Ale… trochę trudno mi w to uwierzyć, skoro tak dziwnie błyszczała i potem się rozpadła – powiedziała, z pewną rezygnacją, wzrok jednak zaraz kierując na szóstkę. Albo dziewiątkę. Bo Maida Valen mogło poczekać, skoro teraz były w Chinatown i miały inną robotę. – Na tym drugim nie ma numeru, więc chyba po prostu musimy wejść do obu. Jeden z nich to ten „nasz” budynek.


RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Victoria Lestrange - 27.10.2025

Kiwnęła głową. Chciała, by Brenna kontynuowała, wiedziała, jak wyglądają fiolki w ogólności, miała z nimi do czynienia na co dzień przy eliksirach, które warzyła dla własnej uciechy, na zamówienie i przy eksperymentach, jakim od jakiegoś czasu się oddawała – z całkiem niezłym zresztą skutkiem. Fiolki same w sobie były różne: mogły mieć odmienne kształty, wielkości mieszczące w sobie jedną albo kilka dawek eliksiru, zdobione lub nie, a te wytwarzane przez jakiegoś renomowanego mistrza eliksirów, który prowadził swój sklep, mogły być w charakterystyczny sposób znakowane, by wszyscy na pewno wiedzieli, że należały do niego. Tym niemniej, opis Brenny sugerował, że to nie była standardowa, najprostsza fiolka, tylko jakaś… wymyślna.

– Nie, ogrodnicy dostali surowy zakaz jakiegokolwiek ingerowania w ziemię i rośliny po tym, jak nagle pojawiły się te czarne róże. Mają nawet zakaz ich podlewania. Cokolwiek, co może jakkolwiek wpłynąć na nie i na inne kwiaty, jest teraz surowo zabronione – to znaczy… nie dla każdego, bo na przykład Victorii pozwolono zabrać stamtąd różę do badania, ale miała ku temu konkretny cel i zarządczyni ogrodów doskonale o tym wiedziała. Tym niemniej – niecała doba oznaczała właśnie to: czarne róże. – Fiolka nie jest nasza, tego jestem pewna, ale to nie jedyna dziwna rzecz, która nagle się pojawiła w Maida Vale. Pomijając oczywiście same róże, które musiałaś widzieć, ja na przykład natknęłam się na wyjątkowo starą donicę w oranżerii, oczywiście rosła w niej sobie róża, świeżutko podlana. I to też nie mógł być nikt od nas. A Laurent nagle doznał jakiejś wizji związanej ze statkiem, sztormem, czy coś w ten deseń – zasępiła się wyraźnie, bo kolejna dziwaczna rzecz, ta znikająca fiolka, mogła oznaczać wszystko. I niekoniecznie nic dobrego. – Nic więcej się nie działo? Oprócz świecenia, brzęczenia i znikania? – już wiedziała, że musi tam dzisiaj wrócić i zbadać sprawę. – Pamiętasz mniej-więcej gdzie to było? Sprawdzę to dzisiaj po pracy – o ile nic się po drodze nie wywali… a tak bywało. Ale miała nadzieję, że skończy dzisiaj o normalnej porze i w te pędy uda się do rodzinnego ogrodu zobaczyć jak ma się sytuacja po jednym dniu. – Może, ale po tym co tam się dzieje, to nie wierzę w żadne przypadki – dodała i po chwili westchnęła, zorientowawszy się chyba nie ominie ich sprawdzenie obu adresów i że nie da się tego magicznie wydedukować w obecnych warunkach.

Ruszyła więc w kierunku „szóstki” (a może jednak „dziewiątki”, nie była pewna) i możliwe, że jednak jej niezbyt udany ubiór w tym momencie przykuł uwagę jednego z kręcących się w pobliżu Chińczyków, bo wypadł przez drzwi, które wydały z siebie wyjątkowo irytujący dźwięk dzwoneczka i Lestrange mimowolnie odwróciła głowę od przekręconego numeru na niskiego faceta kłaniającego się niemal w pas i dziwaczną witrynę za jego plecami. Zmrużyła ciemne oczy, próbując dostrzec co się tam kryło, ale nie zdążyła się przyjrzeć.

– A moze tatuas dla pani? Albo dla pani? – i z firmowym uśmiechem numer pięć wgapił się też w Brennę, oczy mu się zaświeciły i zaraz zaczął patrzeć od jednej do drugiej ni to z nadzieją, ni to z udawanym zachwytem. Nie mówił czystym angielskim, bardziej takim łamanym, z wyraźnym akcentem, tak, że Tori musiała się skupić, żeby go w ogóle zrozumieć.

– Myślałam, że na tatuaż trzeba się wcześniej umówić – odparła, patrząc na dziwne ukłony mężczyzny, który przerwał im dość skutecznie całą pracę. Mugole byli naprawdę… czasami wyjątkowo dziwaczni.




RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Brenna Longbottom - 27.10.2025

– Wizję? – powtórzyła Brenna z zastanowieniem. – Sądzisz, że to mogło być jakoś związane z… no… duchami? – spytała, ciszej, nachylając się lekko ku Victorii.
To była jej pierwsza myśl. Słyszała wprawdzie kiedyś śpiew selkie z ust Laurenta, ale nie wiedziała o tym dziedzictwie dostatecznie wiele, aby przyszło jej do głowy, że mogło wywoływać efekty podobne do widmowidzenia, a z tego co się orientowała, Prewett nie posiadał Trzeciego Oka, za to był bardzo podatny na kontakty z drugą stroną.
– Wiesz co… – zawahała się na moment, gdy Victoria spytała, czy działo się coś jeszcze. Fiolka rozpłynęła się na rękach Dory, Brenna nie była więc całkiem pewna, co czuła: zapach róż zwalała odruchowo na rosnące w pobliżu czarne róże, było jednak coś jeszcze. – Nie jestem pewna czy to nie po prostu moja paranoja, ale kiedy zawartość się wylała, przez moment zdawało mi się, że czułam popiół.
A zapach sadzy i popiołu nie był dobrym znakiem w świecie czarodziejów, jeśli akurat nie wskakiwałeś do kominka z garścią proszku Fiuu lub nie organizowałeś ogniska z pieczeniem ziemniaczków. Tyle że naprawdę nie była pewna, czy nie zawiódł ją nos. To znaczy, na początku nie była pewna, gdy jeszcze brała pod uwagę, że to mógł być po prostu jakiś eliksir – nawóz albo coś takiego, teraz zaczynała coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jednak coś w tym było.
– Eliksiry w ogóle mogą być czarnomagiczne? – szepnęła, odruchowo znów zniżając głos, bo same rozmowy o fiolkach czy ogrodach nie były jeszcze nadzwyczajne nawet wśród mugoli, ot ktoś uzna je za trochę walnięte, ale już o czarnej magii wolała nie gadać nawet kiedy raczej nikt ich nie podsłuchiwał. – Na pewno trafiłabym tam z powrotem, mogę też spróbować opisać drogę.
Chociaż było to trochę wymagające, bo co innego skręcić w alejkę, w którą wcześniej się skręciło, a co innego opisywać, że to była trzecia od lewej, ale uznała, że powinna być w stanie mniej więcej opisać, jak wyglądało tamto miejsce.
Nie zdążyła jednak uzupełnić historii na temat fiolki i lokacji, w jakiej ją znaleziono, bo z lokalu ruszył ku nim jakiś Azjata. Brwi Brenny powędrowały do góry, a potem uśmiechnęła się z pewnym rozbawieniem, myśląc, że chyba te tatuaże i namawianie do nich to ostatni krzyk mody – Vincent w końcu w ten sposób skończył ze smokiem…
– Nie trza umawiać! Klienta nie ma. Mam dla pani piękne wzora. Róża będzie bardzo pasowała – zaczął zapewniać mężczyzna, zachęcająco otwierając przed Victorią drzwi do, najwyraźniej, salonu tatuażu.


RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Victoria Lestrange - 28.10.2025

– Tak uważam. Ale to było nagłe, żadnych kręgów, świeczek i tak dalej – odparła nieco ciszej, gdy Brenna się do niej nachyliła. – Albo jakimiś wspomnieniami, ale nie wiem jak to wytłumaczyć – dodała jeszcze i lekko wzruszyła ramionami, bo nie miała na to żadnych sensownych odpowiedzi – tylko więcej pytań. Było dla niej mocno niejasne, dlaczego Laurenta trafiła taka dziwna wizja gdy tylko weszli do oranżerii, bo niczego nadzwyczajnego tam nie było. To jest: oprócz samotnej róży w starej donicy.

– Popiół…? – powtórzyła za Brenną znowu, patrząc na nią uważnie i zaraz zmarszczyła brwi. Nie miało to sensu – zapach popiołu po wylanej cieczy znikającego flakonu eliksiru…? Nie miała powodu Brennie nie wierzyć, wręcz przeciwnie, zwłaszcza po tym, co sama widziała, ale ta sprawa z każdą chwilą robiła się coraz bardziej zagmatwana. – Nie mam pojęcia co to może znaczyć. Ale elfy z ogrodu zachowują się jakby działo się tam coś… ważnego? Podniosłego? Nie wiem jak to opisać, ale się chowają, jakby się bały tych róż, albo nie wiem… jakby czuły jakieś niebezpieczeństwo. Moja ciotka mówiła, że one wyczuwają takie rzeczy – a najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że te róże pojawiają się w kronikach rodziny jako krótka wzmianka bardzo dawno temu, a potem… wielka cisza.

– Same w sobie? Nie bardzo. Ale wyobrażam sobie, że może da się zakląć tak, by przenosiły klątwę? To tylko teoria, nie widziałam czegoś takiego nigdy i nie znam się akurat na tej dziedzinie – znaczy się na klątwołamaniu oraz na rzucaniu klątw, nie była więc pewna, czy to jest możliwe. Ale jeśli tak, no to był to po prostu dodatkowy krok, rzucone zaklęcie, odprawiony rytuał, czy co tam się robiło… Bo warząc eliksir nie dało się tego zrobić – albo ona nie miała pomysłu jak tego dokonać. Tez szeptała, na wszelki wypadek. – Jak masz czas i ochotę, to zapraszam. Ale jak nie, to sam opis tez wystarczy, dość dobrze znam ogrody – spędzała tam kiedyś bardzo dużo czasu, zresztą to tam narodziła się jej miłość do roślin, którą kultywowała też w dorosłym życiu.

Mina Victorii musiała bardzo mocno nie pasować do jej ogólnego chłodnego obycia i tych mugolskich, nie do końca pasujących do siebie ciuchów, a jednak Azjata nadal uśmiechał się (sztucznie – tak jej się wydawało, że sztucznie) absolutnie niezrażony szokiem wymalowanym na jej twarzy. Wyobraźnia właśnie ruszyła z kopyta i już widziała przed oczami bałagan w studio tatuażu, brudne narzędzia do wykonywania wzorów, i poczuła mimowolne wzdrygnięcie. A potem pomyślała sobie, że jakiś obcy facet miałby ją dotykać i też by się wzdrygnął na jej lodowaty trupi chłód, którego nie bardzo miała nawet jak wytłumaczyć mugolom. Wynik tego równania krzyczał wszem i wobec, że to wyjątkowo głupi pomysł, a poza tym, niespecjalnie widziała swoje ciało w permanentnych wzorach. Czy to był dobry pomysł, by podejmować takie decyzje pod wpływem chwili? Nie, nie bardzo.

– Dziękuję, ale chyba muszę odmówić – odpowiedziała w końcu, ale nie uszło jej uwadze, że to już kolejna osoba, która dopasowuje do niej różę, z tym, że ten facet zupełnie jej nie znał. Chyba, że słyszał kawałek ich rozmowy…? Mniejsza. – Nie mam przy sobie pieniędzy – to była prawda… ale tylko połowiczna, bo miała przy sobie jakieś mugolskie drobniaki i galeony, ale próbowała się właśnie grzecznie wykręcić.




RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Brenna Longbottom - 29.10.2025

Brenna przeczesała palcami włosy, zamyślona, bo to był ten przypadek, którego nie umiała wyjaśnić. Zdarzało się jej, że echa przeszłości powracały i bez kręgu – ale gdy magia szalała albo w dzieciństwie, głównie w snach. To co mówiła Victoria było czymś innym. U Laurenta ujawniło się trzecie oko? Szeptały do niego duchy? Róże były zaklęte? Chodziło o jego powiązania z morzem…?
– Mogło mi się tylko zdawać, ale czarne róże, które przerażają wróżki, tajemnicze fiolki zakopane w ziemi, o których przynajmniej część rodziny nie wie, jakieś wizje… To tak mi się wydaje, że jednak faktycznie mogło pachnieć popiołem – wymruczała w końcu. – Pytanie po co? To akcja przeciwko wam? Zwykły eksperyment komuś wymknął się spod kontroli? Ktoś potrzebował miejsca na te róże i ogrody były najlepsze, więc cichcem je zasadził…? Zdążyliście już je zbadać?
Nagle czerń róż nie wydawała się piękna i niezwykła, a raczej złowieszcza. Czy miały zacząć zabijać inne rośliny? Zrobić coś ludziom w ogrodach? Rozprzestrzenić się z czasem dalej? Zakładała, że róże na razie nie zostały uznane za groźne, bo pewnie Lestrangowie zamknęliby ogrody, ale… paranoja stukała do jej głowy i podszeptywała Brennie najgorsze możliwe scenariusze.
Eliksir zaklęty, by przenosił klątwę?
A może użyto w tych eliksirach czegoś co samo w sobie było paskudne?
– Popiół może być zwykłym składnikiem? – spytała, bo tego z lekcji w Hogwarcie nie mogła sobie przypomnieć. - To ustalimy, jak tu skończymy, bo pewnie ile będę miała czasu trochę zależy od tego, co znajdziemy albo nie znajdziemy – powiedziała, spoglądając w okna domniemanego numeru sześć. Zaraz jednak mugol, który wypadł z salonu tatuażu, odwrócił jej uwagę.
Nie była zbyt zaskoczona odmową Victorii. Gdyby to był ktoś inny, może Brenna zaczęłaby się drażnić, oferując, że hej, ona zapłaci, ale Lestrange raczej by to nie rozbawiło – i jakoś nie mogła sobie wyobrazić Victorii siadającej na mugolskim fotelu i pozwalającej, aby przypadkowy Azjata zaczął kuć jej ręce igłami. W gruncie rzeczy sama też za żadne skarby nie poszłaby na coś takiego. Uśmiechnęła się z odrobiną rozbawienia, gdy ten spojrzał na nie z głębokim rozczarowaniem.
– Ja zniżka dam! Niedrogo. Piękne wzora – kusił jeszcze.
– Przepraszam, ale spieszymy się. Pomyliłyśmy budynki – powiedziała Brenna, bo skoro tutaj mieściło się to studio tatuażu, to pewnie jednak powinny pójść do tego sąsiedniego.


RE: [07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...? - Victoria Lestrange - 30.10.2025

Wzruszyła ramionami, bo naprawdę nie miała pojęcia po co.

– Ogrody tak licznie zajęte przez inne rośliny nie są chyba najszczęśliwszym miejscem, jeśli potrzebuje się go dużo – mruknęła w zamyśleniu, bo nie przyszło jej to wcześniej do głowy. Ale nie przyszło chyba właśnie z tego powodu, co zobaczył Laurent i Victoria miała całkiem niezłą teorię dlaczego, w dokładniej chodziło o morze, biorąc pod uwagę naturę wizji i wspomnienia jakie się mu ukazało. – Wezwali mnie wczoraj do ogrodu, badałam je bardzo wstępnie, ale to trochę za mało czasu, żeby dać konkretny werdykt. Ale przekopywaliśmy też kroniki rodziny, te róże były już raz wzmiankowane, dawno temu, ale bez większych konkretów. Nie sądzę żeby to był ktoś z zewnątrz prawdę mówiąc. I bardzo wątpię żeby ktokolwiek zrobił to celowo, w sensie ktoś od nas – i jeszcze to, co powiedziała jej Lorelei Lestrange, że te róże już raz zajęły ogród i zostały z niego wycięte… i że poprzednim razem gdy to miało miejsce, pojawiły się też na Polanie Ognisk… Victoria miała bardzo wiele ponurych myśli dotyczących tej sprawy, a wszystkie krążyły wokół Limbo, anomalii, zachwianej granicy i zastanawiała się czy jej obecność i energia, którą w sobie miała, nie wpłynęła jakoś na tak nagłe pojawienie się tych róż. – Na pierwszy rzut oka wyglądają na normalne róże… czarne, zgoda, ale poza tym normalne. Nie słyszałam, żeby kogokolwiek zaatakowały. Ale lepiej nic przy nich nie majstrować, tak jak zresztą jest napisane na ogłoszeniu przy wejściach, bo za mało wiemy – a ogłoszenia mówiły wprost, by nie zakłócać naturalnego porządku ogrodów i nie ingerować, bez wyraźnej potrzeby, bo fenomen czarnych róż był niezbadany, a magia – kapryśna. – Nie ma przeciwwskazań, ale sam w sobie nie niesie żadnej magii, więc jest raczej bezużyteczny. Natomiast wykorzystuje się jaja popiełka, nie wiem czy pamiętasz popiełki? Rozsypują się w popiół – nie że jaja same w sobie, ale te śmieszne, krótko żyjące węże zrodzone z magicznego ognia.

– Nie, nie, nawet ze zniżką. Dziękuję – zamachała nawet nieco obronnie dłońmi przed sobą. Perspektywa jakiegoś obcego mugola tatuująca jej… co, rękę, nogę, plecy, no przecież nie dekolt – była wręcz absurdalna. Jak on to sobie wyobrażał w ogóle, że wybierze jakiś wzór na szybko, miejsce na szybko i ot tak zgodzi się wydziarać?

I tak… że kobieta? Ona? Z tatuażem? Jak przestępca? Znaczy osobiście jej to nie przeszkadzało jako ozdoba ciała i kogoś innego, ale nie wyobrażała sobie siebie… I co by mama powiedziała?

Poza tym zniżka? Pachniało oszustwem z kilometra, ale nie zamierzała się tą sprawą zajmować, bo to nie jej cyrk i nie jej małpy (znaczy się niech sobie mugole sami ze sobą radzą, nic jej nie było do tego, mieli swój świat, w który nie planowała ingerować).

Ruszyły we dwie dalej, do tego drugiego budynku, który miały na liście, zostawiając niepocieszone go tatuażystę, który chyba coś mamrotał po chińsku pod nosem, za sobą, a Victoria westchnęła z ulgą.

– Nie wiem gdzie miałabym sobie taki tatuaż zrobić – no przecież nie na czole.


Koniec sesji