Secrets of London
[20.09.72] Granice wolności - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Dziurawy Kocioł (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=44)
+---- Wątek: [20.09.72] Granice wolności (/showthread.php?tid=5279)



[20.09.72] Granice wolności - Cathal Shafiq - 27.10.2025

Kłąb dymu uniósł się ku sufitowi, spojrzenie Cathala skupiło się na moment na szarym obłoku, a umysł pomknął ku wspomnieniom, odtwarzając obrazy i zapachy z innych miejsc, które zdawały się podobne… ale nie identyczne do tego.
Główna sala Dziurawego Kotła była niemal pusta. Może zawiniła pora, może akurat coś organizowano w innym pubie. A może, co Cathalowi zdawało się dużo bardziej prawdopodobne, wielu Londyńczyków wyniosło się na prowincję po tym, jak ich domy spłonęły, zaś pozamiejscowi nie mieli najmniejszej ochoty pojawiać się w mieście naznaczonym czarną magią Voldemorta. Nie mógł narzekać: nie był w tej chwili w nastroju do przebywaniu w tłumach ludzi, i samo opuszczenie cichej, deszczowej Walii, by przybyć do leżącego w gruzach Londynu, już sprawiało, że czuł się bombardowany przez zbyt wiele bodźców i nazbyt dużo wspomnień.
Jego własne mieszkanie ocalało, ale wciąż pozostawało pokryte warstwą sadzy. Próbował ją usunąć, zamiast tego jednak jego ręce spowiły się czernią, aż w końcu wściekły zapakował do kufra najważniejsze dokumenty i przedmioty, a potem zatrzasnął za sobą drzwi. Nie znosił się poddawać, ale wysiłek był daremny, a złość ponosiła go coraz bardziej i bardziej, aż zaczęło istnieć ryzyko, że sam Shafiq w końcu dopełni dzieła zniszczenia i spopieli własne mieszkanie. Mógłby przysiąc, że w jego głowie echem odbijał się śmiech: oto Slytherin czy to cieszył się tym dziełem zniszczenia, poczynionym z „dobrem czystej krwi” na ustach, czy wyśmiewał naiwność krewniaka, który sądził, że może trzymać się z dala od tego wszystkiego.
Odłożył ten problem na później. Dom Isabelli wciąż stał, nienaruszony przez popiół i płomienie. Wykopaliska leżały daleko poza linią spalenia, i gdyby nie to, że połowa pracowników rzuciła się sprawdzać, co spotkało ich bliskich oraz domy, mogłyby postępować według planów. Chwilowo więc Cathal skupiał się na nich, próbując ogarnąć to, czym zwykle zajmowali się inni.
Cathal otrząsnął się z zamyślenia, wygasił papierosa o popielniczkę i pozwolił, by przednie nogi krzesła opadły na podłogę. Kołysał się na nim dość nierozsądnie, zważywszy na to, że ostatnio podobny mebel się pod nim załamał, ale ten wydawał się trochę solidniejszy.
– Greengrass – powiedział, mierząc spojrzeniem Ambroise. Mało brakowało, a pogrążony w myślach nawet nie zauważyłby jego pojawienia się. – Zamówiłem whiskey. O ile przyszła żona pozwala ci pić – zakpił trochę, niedbałym gestem wskazując na butelkę i szklanki, czekające na stole.
[


RE: [20.09.72] Granice wolności - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.10.2025

Być może był realistą (czy tam czarnowidzem; akurat to była dla niego raczej mała różnica), jednak nawet on nie był w stanie przewidzieć scenariusza, który właśnie odgrywali. Warto dodać, że jako społeczeństwo, nie pojedyncze jednostki, nie grono nieszczęśników akurat znajdujących się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. O nie. Tym razem prawdopodobnie nie istniała jakakolwiek znana mu osoba, która w żaden sposób, w żadnym zakresie nie odczułaby konsekwencji wydarzeń z pamiętnej nocy. Choćby nawet pod postacią obudzenia się w nowej rzeczywistości, jeśli jakimś cudem przespała pożary.
Absurdalnej rzeczywistości, a jakże. Ale czy ktoś naprawdę się temu dziwił? Niekoniecznie. Sam Roise od dawna był święcie przekonany o tym, że społeczeństwo z roku na rok, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej głupiało.
Londyn płonie, miasto przestaje udawać stolicę cywilizacji, a wszyscy dotychczasowi zapaleni miastowi nagle odkrywają urok pól, sadów i tego, że świeże wiejskie powietrze być może szczypie w nozdrza, ale przynajmniej nie w płuca. Tym samym, rynek nieruchomości przechodzi jednocześnie wzrost i załamanie. W Londynie pojawiają się dziesiątki, jeśli nie setki nieruchomości na sprzedaż, ale co z tego, skoro znaczna część z nich jest zaklątwiona albo spalona. Jednocześnie ludzie masowo poszukują domów w miejscach, którymi wcześniej gardzili, usiłując na siłę wykupić cudzą ziemię, nagle chcąc zostać farmerami i hodowcami lam. Tych, które wedle jego wiedzy (a na zwierzętach znał się średnio) nawet nie powinny być zbyt popularne w warunkach panujących w Wielkiej Brytanii.
No, nie miał tego w bingo na ten rok. Ani na następny, jeśli miałby być zupełnie szczery. Po prawdzie mówiąc, jeszcze nie dalej niż miesiąc wcześniej wdał się w dosyć chłodną dyskusję na temat tego wszystkiego, co w tamtym momencie dla jego rozmówcy wydawało się wiejskim zaściankiem. Teraz zapewne było nową szansą na odżycie po tym, jak cywilizowane miasto na kilka godzin stało się piekłem na ziemi, dosłowną pułapką, która nawet teraz nie zachęcała do ponownego wejścia między teoretycznie znajome budynki.
Poza gęsta zabudową, wiatr miał zdecydowanie więcej szans w nierównej walce z dymem i z tą częścią skutków pożarów, które w ogóle dało się tak po prostu zmazać. Czy to magią, czy też po prostu ścierkami, miotłami i detergentami.
Pozostawały bowiem jeszcze te pamiątki po niedawnych wydarzeniach noszące znamiona znacznie trwalej zakorzenionych problemów. Jak na przykład klątwa wisząca nad rodową posiadłością Greengrassa, która dosyć skutecznie wybiła mu z głowy myśl o zakorzenianiu się tam po całkowitej utracie mieszkania przy Horyzontalnej.
Gdy pojawił się w Dziurawym Kotle, w powietrzu nadal unosił się zapach sadzy. Może z pobliskiego kominka, a może z Londynu jako całości. Wydawało się, że to miasto już nigdy nie będzie pachnieć inaczej. Kątem oka zmierzył pustą salę. Dziwnie, cholernie pustą jak na Dziurawy Kocioł, zawsze tak bardzo tętniący życiem. Chociaż...
...od pewnego czasu wszystko wydawało mu się za puste albo za pełne. Miasto było poranione w tym osobliwym, a jednak na swój sposób zrozumiałym sensie. Jedne miejsca jeszcze dymiły, inne były martwiejące, pozbawione życia. To tutaj było trupem, który właściciel usiłował poddawać niezbyt udanej reanimacji. Nie był przesadnie emocjonalny w tym spostrzeżeniu. Po prostu miał oczy.
Usiadł naprzeciwko, bez słowa, od niechcenia strzepując z ramienia coś, co wyglądało jak pył, ale równie mogło być wspomnieniem sadzy, która przykleiła się do niego wtedy w Londynie i najwyraźniej postanowiła już nigdy nie odejść. Nawet jego pozornie czyste i schludne ubrania, którym według wszelkich zasad elegancji niczego nie brakowało, nosiły ślady cudzej ingerencji w jego życie. Uroczo.
- Geraldine ma ciekawsze rzeczy do zabijania niż mój entuzjazm do whiskey - wzruszył ramionami. - To małżeństwo, Cathal, nie cyrograf obarczony klątwą. Chociaż różnica bywa subtelna. - Kącik ust uniósł mu się w czymś, co mogło być uśmiechem, ale równie dobrze i grymasem.


RE: [20.09.72] Granice wolności - Cathal Shafiq - 30.10.2025

Kelner, który wcześniej przyniósł whiskey, patrzył na Cathala krzywo. Może dlatego, że ten palił: zapach dymu, który wżarł się w tak wiele miejsc i nie ulotnił w ciągu ostatnich kilkunastu dni, wielu osobom kojarzył się negatywnie. Może chodziło o sam wygląd Shafiqa, który chociaż mało porywczy, wyglądał w gruncie rzeczy jak ktoś, kto chętnie szuka guza.
A może problemem było jego nazwisko. Chociaż na to Cathal zwyczajnie nie wpadł – mimo tego, że jeden z mieszkańców Little Hangleton podczas pożarów pofatygował się od płot, żeby wylać mu na ręce czerwoną farbę. Do tej pory było to dla niego tak absurdalne, że uważał po prostu sąsiada za szaleńca.
– Skąd taka pewność, Roise? Nie wiesz, co podsuną wam do podpisu kapłani. Nawiasem mówiąc, kto będzie odprawiał ceremonię? – spytał, sięgając po butelkę, by nalać im obu trunku do szklanek.
Małżeństwo nie kojarzyło się Cathalowi dobrze. Było elementem ich świata, swego rodzaju układem, którego on dotąd uniknął, bo nie żyli i jego rodzice, i jego dziadkowie, a on pozostawał całe lata poza granicami kraju. Nie było komu zainteresować się aranżowaniem małżeństwa, a on sam choć spotykał się w ostatnich latach z dwiema czy trzema kobietami, wiedział, że z żadną z nich nie mógłby stanąć na ślubnym kobiercu. Może odpowiednią żoną byłaby Cynthia Flint – ale wzajemna fascynacja była krótka i wygasła, bo Cathal nie był człowiekiem pełnym obsesji i gdy Flintówna zaprzestała kontaktu, nie próbował tego szukać.
To co zaobserwował nie było jednak dobrymi wzorcami.
Pierwsze małżeństwo matki było krótkie i nieszczęśliwe. Drugie małżeństwo było dłuższe i równie nieszczęśliwe, z tragicznym zakończeniem. Wiedział, że i w związku jego przyjaciółki Lety najszczęśliwszym momentem był finał: śmierć małżonka. Wrodzony cynizm sprawiał, że ciężko było mu uznawać ślub za naprawdę szczęśliwą okazję, zwłaszcza, że przebywając przez lata w Peru i Egipcie, nie miał okazji poznać Geraldine ponad trochę opowieści i plotek.
Życzył jednak Ambroise Greengrassowi, by odnalazł w tym związku tego, czego szukał.
– Byłem raczej ciekaw, czy nie wścieknie się, że siedzisz tutaj, zamiast wybierać garnitur, rozstawiać krzesła czy cokolwiek ludzie robią przed weselem. Chociaż podejrzewam, że Jennifer Yaxley jest w swoim żywiole. – W końcu miała trójkę dzieci, wszystkie już w okolicach trzydziestki, a żadne z nich dotąd nie spieszyło się przed ołtarz, by odwrócić uwagę od pozostałej dwójki. – Co na to twoja rodzina?
Informacje o tym weselu były chyba niespodziewane. Do walijskiego obozu czasem docierały plotki, zwłaszcza że Yaxleyowie nie mieszkali znowu aż tak daleko od niego. I jeszcze dwa miesiące temu Cathal prędzej spodziewałby się śmierci niż wieści o rychłym weselisku.