Secrets of London
[12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria (/showthread.php?tid=5288)



[12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 29.10.2025

12.09.1972
Poranek

Z 8 na 9 września miał pełne ręce roboty. Nie tylko jako śmierciożerca, ale także pod własnym nazwiskiem. Prowadzenie podwójnego życia nie należało do najłatwiejszych, lecz do tej pory udawało mu się żonglować tożsamościami bez najmniejszego problemu. Pokazywał się tam, gdzie ludzie chcieli go widzieć - pod taką postacią, pod którą powinien. Dla części był bohaterem, obrońcą Londynu, który uratował kilka istnień przed śmiercionośnym ogniem. Dla jednak zdecydowanej większości był zgubą - postacią odzianą w czarny płaszcz, mającą na twarzy maskę, która rzucała kolejne śmiercionośne zaklęcia tylko po to, by zabijać. Cudem udało mu się przeskakiwać pomiędzy kolejnymi punktami na mapie, siejąc jednocześnie chaos i zapobiegając mu. Był wykończony: a to przecież był dopiero początek. Żaden z nich nie mógł spocząć na laurach, bo w każdej chwili mroczny znak na przedramieniu mógł zapiec, sygnalizując że Czarny Pan ich wzywa do siebie.

Ale nie mógł również odpocząć i czekać na wezwanie. Nie należał do departamentu przestrzegania prawa, lecz wciąż był pracownikiem Ministerstwa Magii. Musiał chodzić do pracy, pomagać w innych miejscach - a jednocześnie jego myśli wciąż wracały do jednej jedynej osoby, o którą się niepokoił.

Astoria była uparta, a on sam nie wierzył w to, że jej zapewnienia o tym, że było już lepiej, są prawdziwe. Może i by uwierzył, gdyby tamtej nocy nie trzymał jej w ramionach, kruchej i słabej, balansującej na granicy omdlenia. Nie mógł się skupić na pracy - wziął cały wolny dzień, bo przecież musiał jeszcze zabrać Primrose z mieszkania Victorii. Ale zamiast wrócić do domu, teleportował się pod rezydencję Averych, znajdującą się na obrzeżach Londynu. To tam Astoria kazała mu się odstawić i to tam została, zanim nie przetransportowano jej do Munga. Wiedział o tym, bo informacje ze szpitala dochodziły do niego wręcz same - w końcu tym całym grajdołkiem zarządzała jego krewna. Stał przed posiadłością, ściskając w dłoni teczkę pełną eliksirów, które przesłał mu ojciec 10 września. Podzielił je między osoby, którym chciał pomóc - i między siebie. Dym, który zatruł ich płuca, nie był zwykłym dymem, ale według słów Reynarda dało się złagodzić kaszel. Trzeba było tylko być konsekwentnym w braniu kolejnych dawek.

Skrzat poprowadził go przez korytarze, chociaż wyczuwał od stworzenia niechęć w swoim kierunku. Nie przejmował się jednak tym - to było tylko narzędzie, które miało wypełniać wolę swojej rodziny. Nie podobało mu się, że stworzenie się zawahało, gdy powiedział, żeby zaprowadziło go do matki Astorii. A jeżeli jej nie było: do ojca. Kogokolwiek, kto mógł udzielić mu pozwolenia na zobaczenie tej, którą uratował podczas spalonej nocy. Widok bezbronnej Avery, która do tej pory jawiła mu się jako buńczuczna, pewna siebie i niezależna, wżarł się w jego umysł - nie potrafił wyplenić tego widoku spod powiek. Widział ją, leżącą pośród zgliszczy, za każdym razem gdy zamykał oczy. Musiał się upewnić, że wszystko było z nią dobrze.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 31.10.2025

Po dwóch dniach spędzonych w półcieniu sypialni, kiedy stało się jasne, że domowe sposoby zawarte w Czarownicy nie przyniosą należytych rezultatów, Astoria w końcu zebrała w sobie dość siły, by udać się do Munga. Innymi słowy - została zmuszona przez matkę, która zamartwiała się o zdrowie córki. Leczenie przebiegło spokojnie - uzdrowiciel zajął się jej płucami, podali kilka fiolek z miksturami wzmacniającymi i kazali wrócić do łóżka. Miała odpoczywać, unikać stresu, unikać dymu, unikać wszystkiego, co mogłoby ponownie obciążyć jej serce.
Czuła się znacznie lepiej, choć wiedziała, że jeszcze nie odzyskała pełni kontroli - lekki zawrót głowy wciąż przypominał jej o granicach, których ciało nie pozwalało przekraczać. Mimo to, wieczorem, przy biurku w pokoju, napisała krótki list do Rodolphusa. Uprzejmy, powściągliwy, z dystansem, który miał jasno zaznaczyć, że nie potrzebuje dalszej uwagi. Dziękowała mu - z godnością, jak przystało na pannę Avery - i zaznaczyła, że jest już pod należytą opieką.
Nie spodziewała się, że list przyniesie odwrotny skutek.
Nazajutrz, z samego rana, gdy wyszła z biblioteki z kubkiem parującej herbaty, dostrzegła na korytarzu sylwetkę wysokiego mężczyzny ze skrzatem domowym u boku. Światło poranka wpadało przez wysokie okno, rozjaśniając jego twarz - i w tej chwili miała wrażenie, że splot zdarzeń z minionych dni powraca do niej z całą siłą, jakby los postanowił przypomnieć, że jeszcze nie skończył z ich historią.
Zatrzymała się gwałtownie, a jednocześnie miała ochotę natychmiast się cofnąć, jakby mogła jeszcze cofnąć czas o dziesięć sekund i uniknąć tego spotkania. Miała na sobie długi, burgundowy szlafrok do ziemi, przewiązany w pasie jedwabnym paskiem. Z rozpuszczonych włosów spływały jeszcze lekko wilgotne pasma, które przykleiły się do jej policzków po porannej toalecie. Nie powinien jej widzieć w takim wydaniu. Była zbyt... nieprzygotowana. Ich spojrzenia się skrzyżowały. W pierwszym momencie jej policzki pokrył rumieniec - delikatny, ale nie do ukrycia. Poczuła, jak ciepło rozlewa się od szyi aż po uszy i chciała zapaść się pod ziemię.
- Co ty tu robisz - wypaliła szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Ton był ostry, prawie nieuprzejmy, a słowa odbiły się od kamiennych ścian jak coś nie na miejscu. Szybko się jednak zreflektowała. Zacisnęła palce na uchwycie porcelanowego kubka, biorąc głęboki wdech, po czym przywołała na twarz wyważony wyraz.
- Deek - zwróciła się do skrzata domowego. Mały, pomarszczony stworek w brązowej kamizelce skinął głową tak energicznie, że jego uszy zatrzepotały jak skrzydła nietoperza. - Zaprowadź pana Lestrange’a do salonu i podaj mu herbatę.
Sama zaś, z gracją, która miała zamaskować zmieszanie, skinęła głową Rodolphusowi i wycofała się w stronę schodów prowadzących na górę. Dopiero kiedy zniknęła za zakrętem, pozwoliła sobie na ciche westchnienie, czując jak serce bije jej zbyt szybko.
Po dziesięciu minutach dołączyła do niego w salonie. Wszelkie ślady wcześniejszego zaskoczenia zniknęły bez śladu - wyglądała tak, jakby sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca. Nienaganne ubranie, starannie upięte włosy i delikatna biżuteria.
- Wybacz moją reakcję. Zaskoczyłeś mnie - przyznała. Na jej twarzy nie było śladu zmęczenia; chłodny spokój i opanowanie stanowiły maskę, którą nosiła niemal odruchowo.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 31.10.2025

Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, na chwilę zamarł. Nie widział jej nigdy w tym wydaniu - zwyczajnym, niewinnym wręcz. Widział, jak słaniała się na nogach, widział też, jak balansowała na granicy kontaktu z rzeczywistością, ale coś w jego sercu drgnęło, gdy zobaczył mokre kosmyki włosów, przyklejone do bladej skóry, oraz kubek z gorącą herbatą. Przez ułamek bicia serca patrzyli sobie w oczy w milczeniu, gdy nagle wszystko prysło, a Astoria niemalże warknęła na niego, sprowadzając wszystkie myśli do parteru, na właściwe tory.
- Stoję - tak jak ona odparował właściwie bez namysłu, rozciągając usta w uśmiechu. Myślała, że się go pozbędzie krótkim listem, zapewniającym że jest w porządku? Myliła się. Obiecał jej rodzinie, że wróci i upewni się, że z Astorią wszystko było w porządku, a on nie nawykł łamać danego słowa, gdy już je składał. Widział rumieniec, który oblał jej twarz, ale nie spowodowało to, że odwrócił wzrok - przeciwnie, jego oczy wciąż były utkwione w jej twarzy, zanim kobieta nie zwróciła się do skrzata domowego, a potem się wycofała. Poczuł ukłucie satysfakcji na całą tę sytuację, samemu nie wiedząc dlaczego. Wprowadzanie innych w dyskomfort było czymś, z czym z reguły nie miał problemu i co robił z premedytacją, żeby czuli się zakłopotani. Nie towarzyszyły temu jednak większe emocje, tak jak tu.

Nie rozmyślał jednak nad tym zjawiskiem za długo, bo Astoria zniknęła na schodach, a skrzat ruszył, by zaprowadzić go do salonu. Ruszył za nim, a gdy stworzenie zapytało o herbatę, podał mu dokładną instrukcję jaką zieloną herbatę by chciał i w jaki sposób parzoną. Nie będzie zmieniał swoich przyzwyczajeń tylko dlatego, że nie był u siebie. Gdy skrzat zniknął z cichym pyk, on usiadł na kanapie, wcześniej odkładając teczkę na ziemię. Spojrzał na podkładki, które znajdowały się na stoliku, a potem poprawił jedną, zupełnie odruchowo, żeby była obrócona tak samo, jak pozostałe. To samo zrobił z filiżanką, którą przyniósł mu skrzat. Nie stała idealnie równo na spodku, co naprawił dość szybko - akurat w chwili, jak do salonu weszła Astoria. Gdy znalazła się w tym samym pomieszczeniu, wstał. Nie godziło się siedzieć, gdy do pokoju wchodziła kobieta.
- Nic się nie stało - odpowiedział, lustrując ją spojrzeniem. Nie podziwiał jednak tego dzieła sztuki, w które się zamieniła - szukał oznak osłabienia, niepewnego kroku lub niepewności w ruchach, które by zdradzały, że Astoria nadal nie czuje się dobrze. - Jest w tym dużo mojej winy, ale gdybym się zapowiedział, zniknęłabyś zanim zdążyłbym przekroczyć próg.
Odpowiedział jej dosyć szczerze, bo nie widział sensu, żeby ukrywać swoje motywy postępowania tak, a nie inaczej. Usiadł dopiero, gdy Astoria również zajęła swoje miejsce.
- Jak się czujesz?- zapytał bez ogródek, powtarzając pytanie z listu, sugerując tym samym, że nie wierzył jej, że było dobrze.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 01.11.2025

Dostrzegła jego spojrzenie niemal natychmiast - uważne, przenikliwe, pozbawione ciepła. To nie było spojrzenie przypadkowego rozmówcy, lecz kogoś, kto analizował, ważył każdy gest, każde słowo, każdą drobną niedoskonałość. Odpowiedziała więc na jego milczące badanie tak, jak zawsze odpowiadała na próbę przejęcia kontroli - perfekcją. Wyprostowała plecy, uniosła podbródek, a dłonie złożyła spokojnie na kolanach, jakby miała przed sobą komisję, a nie człowieka, który widział ją w chwili słabości. Każdy ruch był wyważony, każdy oddech przemyślany. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, był dokładnie taki, jak chciała - uprzejmy, chłodny, nieprzenikniony.
Nie pozwoliła, by dostrzegł, jak bardzo pali ją w gardle, jak trudno jej oddychać. Nie mogła pozwolić sobie na cień słabości. Nie chciała, by w jego oczach pozostał tamten obraz - jej, bezwładnej, z trudem łapiącej oddech, z osmalonymi dłońmi i popiołem we włosach. Wystarczająco upokarzające było już to, że musiał ją wtedy podtrzymywać, że to on zabrał ją z miejsca, w którym powinna była panować nad sytuacją. Teraz, gdy siedziała naprzeciw niego w salonie, w eleganckiej sukni, z włosami gładko upiętymi i porcelanową bladością starannie przywróconą pudrem, czuła, że musi zatrzeć tamte wspomnienia - jego i swoje. W jej głowie cicho powracała myśl, że jest mu coś winna. Że zawdzięcza mu życie. I właśnie dlatego nie mogła pozwolić, by zobaczył, jak kruche ono naprawdę było.
- Niegrzeczne założenie - odparła nieco szorstko i sięgnęła po filiżankę z herbatą. Uniosła ją ostrożnie, przymknęła oczy na moment i pozwoliła gorącemu napojowi przynieść ukojenie. - Zapewniam, że nie uchylam się od obowiązków. Gdybyś uprzedził mnie o zamiarze wizyty, przyjęłabym cię tak, jak należy - przez ułamek sekundy w jej spojrzeniu błysnęła duma, i może uraza, zanim znów przywdziała spokojną maskę. Wydawało jej się, że każde słowo, jakie wypowiadała, musiało brzmieć pewnie, z godnością, nawet jeśli w środku wciąż czuła się chwiejnie.
Tymczasem musiał się zadowolić herbatą i ciasteczkami, bo na nic więcej nie byli w tym momencie przygotowani. Odstawiła filiżankę w dokładnie to samo miejsce, dbając by stała idealnie, równo.
- Wyśmienicie, dziękuję - odpowiedziała, starając się, by w jej głosie nie było ani cienia wahania. Jej wzrok przesunął się po nim nieznacznie. - Mam nadzieję, że ty również.
Światło w salonie odbijało się w jego oczach, podkreślając rysy twarzy i pewność, z jaką się poruszał. Nie było w nim żadnych oznak zmęczenia, choroby ani stresu - wszystko wydawało się zbalansowane, opanowane, niemal nienaganne.
- Ale przejdźmy do sedna twojej wizyty. Jak mogę ci się odwdzięczyć? - zapytała chłodno, nie wierząc w szczere intencje mężczyzny. Uratował ją nie z łaski, nie z troski, ale by mieć w niej dłużnika, by uczynić z niej instrument, którym mógł później manipulować. Jakiż inny powód mógłby mieć? Chciała jasno zaznaczyć - skoro miała wobec niego dług, to niech będzie znany od razu, nie ukryty pod zasłoną uprzejmości.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 03.11.2025

Uśmiechnął się lekko, łagodząc swoje rysy twarzy. Nawet w takiej chwili starała się być dumna, wyniosła i opanowana. I pewnie nabrałby się na ten obraz, gdyby nie widział wcześniej, w jakim była stanie kilka dni temu. Co prawda w Mungu potrafili nawet sprawić, że odrastały kości, a nawet najbardziej poturbowani czarodzieje i czarownice wychodzili bez szwanku, lecz były to zwykłe urazy - nie ten, który ją spotkał. Być może fizycznie było dobrze, ale psychicznie? Jej twarz pozostawała nieprzenikniona, podobnie jak myśli. I chociaż mógłby je wyciągnąć siłą, nie widział takiej potrzeby. Nawet nie miał na to najmniejszej ochoty.
- Czyli spotkania ze mną traktujesz jako obowiązek? - uniósł dłoń i położył ją na klatce piersiowej, po lewej stronie, jakby właśnie zadała mu cios prosto w serce swoimi ostrymi słowami. - Tak, można tak powiedzieć.
Przytaknął na pytanie o to, że on się czuł dobrze. Bo nie był to idealny stan i zdawał sobie z tego sprawę, dym przecież przeorał jego płuca bardziej niż innych. I chociaż niemalże od razu sięgnął po pomoc, to wciąż nie był u szczytu swoich sił. Musiał poruszać się ostrożniej i jeszcze bardziej uważać na to, co robił. Ale... Nie miał kaszlu, a w gardle go drapało. Kolejny uśmiech, tym razem znacznie delikatniejszy, pojawił się na jego ustach.
- Chciałem cię zobaczyć - powiedział lekko, przesuwając filiżankę na spodku. Wzrok utkwiony miał w naczyniu, dopóki nie upewnił się, że uszko znajdowało się idealnie po prawej stronie, tak by mógł bez trudu sięgnąć do niego za chwilę. Dopiero wtedy spojrzał na Astorię. Być może jego postawa wyglądała na chłodną i zdystansowaną, jednak jeżeli Avery zajrzałaby głębiej w te jasne, szare oczy, dostrzegłaby ślady niepokoju. Były one marginalne, ale wyraźnie widoczne. Jego wzrok nie był pusty i bezemocjonalny jak wtedy, gdy widzieli się w galerii. - Nie przyszedłem po odbiór długu, który z jakiegoś powodu uznałaś, że powstał.
Zaznaczył cicho, marszcząc lekko brwi. Czasem przeszkadzało mu to, że ludzie go widzieli takim, jak siebie wykreował - wyrachowanym, bezczelnym i bezemocjonalnym. Nie chciał, by każdy tak o nim myślał - w jego gronie było kilka osób, które darzył szczerą sympatią i które wiedziały, że mogą na niego liczyć. Avery jeszcze nie znajdowała się w tym wąskim kręgu, ale nie miał w tej chwili żadnego argumentu za tym, by dalej ciągnąć tę grę.
- Nic od ciebie nie chcę, zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - powiedział poważnie, sięgając po aktówkę. Zamek szczęknął, a Lestrange sięgnął po niewielki skórzany futerał, który po chwili ostrożnie przekazał Astorii. - Jak wiesz, moja rodzina od wieków zajmuje się uzdrowicielstwem oraz tworzeniem eliksirów. Ojciec wspominał, że "Czarownica" umieściła kilka porad, jak pozbyć się kaszlu, ale w opinii uzdrowicieli na niewiele to się zda. Przysłał mi zapas eliksirów, który dostał od babki, zarządzającej Mungiem. Są mocniejsze, niż te które dają swoim pacjentom.
Z niespotykaną wręcz delikatnością przekazał jej futerał, w którym znajdowały się 4 fiolki z ciemnozielonym płynem oraz jasna, klarowna instrukcja, w jaki sposób je dawkować i co ile brać konkretną porcję. To nie było jego pismo - jeżeli kiedykolwiek widziała pismo Dorindy Lestrange, to mogła je łatwo porównać - to ona napisała instrukcję.
- Działają niemalże od razu, sam je zażywam. Niwelują kaszel, a po tygodniu nie powinno być po nim śladu - powiedział łagodnie, muskając jej palce, gdy odbierała eliksiry. Nie cofnął ręki: jego dotyk był zaskakująco ciepły i delikatny jak na kogoś, kto na jej oczach zamordował szlamę, która chciała pozbawić ją życia.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 06.11.2025

Przez moment milczała, obserwując jego teatralny gest z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Dłoń na piersi, ten dramatyczny ton - wszystko w nim zdawało się celowo przesadne, jakby chciał ją sprowokować, wytrącić z równowagi. Miała ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymała się, zachowując nienaganną postawę i spokój, który był jej najlepszą tarczą.
- To chyba oczywiste - odparła cicho, bez zawahania, jakby fakt, że właśnie wypowiedziała coś dotkliwego, był czymś zupełnie naturalnym. W jej spojrzeniu nie było ani skruchy, ani ironii - tylko dystans i czysta, wyważona szczerość.
Nie pozwalała, by jego obecność czy ironiczny urok rozbroiły jej czujność. Wolała, by myślał, że jest chłodna i nieczuła, niż by widział, jak bardzo naruszył jej równowagę samym faktem, że ją uratował.
Zanim zdążyła odpowiedzieć na jego wcześniejsze słowa o zdrowiu, Rodolphus uprzedził ją krótkim, prostym zdaniem, które zawisło w powietrzu z nieoczekiwaną ciężkością. Że co? CHCIAŁ ją zobaczyć? Astoria odruchowo uniosła spojrzenie, jakby chciała upewnić się, że rzeczywiście to powiedział. Nie brzmiało to jak kokieteria - przeciwnie, w jego głosie pobrzmiewało coś zaskakująco szczerego, pozbawionego typowej dla niego gry. To właśnie ten brak maski zbił ją z tropu bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Serce zabiło jej szybciej, co natychmiast ją zirytowało. Nie powinna tak reagować. Nie na niego. Nie na mężczyznę, który pojawił się w jej domu bez zapowiedzi i którego intencji nie potrafiła odczytać. Przez krótką chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć - jej myśli rozchodziły się w różnych kierunkach, próbując znaleźć racjonalne wyjaśnienie. Może przyszedł z obowiązku, z ciekawości… może to kolejna z jego gier, w której chciał zobaczyć, jak daleko się posunie, by nie okazać wdzięczności.
- Uratowałeś mi życie - przyznała niechętnie, jakby sam fakt był skazą na jej dumie. - Nie prosiłam o to. I nie wiem, co tobą kierowało, ale niezależnie od tego, czy zrobiłeś to z obowiązku, litości, czy kaprysu... dług istnieje. A ja nie lubię być niczyim dłużnikiem.
W jej tonie nie było przesadnej emocji, raczej rzeczowa logika, jakby rozmawiali o czymś oczywistym, co nie podlega dyskusji. Nie potrafiła powiedzieć, czy naprawdę ją zirytował, czy raczej zaskoczył tą pozorną bezinteresownością.
Nie udawaj, że to nic nie znaczyło - przemknęło jej przez myśl.
Astoria przez moment milczała, a w jej spojrzeniu zagościł ten chłodny błysk, który zwykle pojawiał się wtedy, gdy ktoś próbował ją przekonać do rzeczy niemożliwych. Siedziała wyprostowana, dłonie splecione na kolanach, herbata stygnąca na stoliku obok - zupełnie zapomniana.
- Nie, nie każdy by tak postąpił - powiedziała w końcu, cicho, ale z wyraźnym akcentem, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Jej głos, choć spokojny, niósł w sobie coś ostrego, jak sztylet ukryty w aksamicie.
Na moment odwróciła spojrzenie, jakby chciała zdystansować się od wszystkiego - od wspomnień, od dymu, który nadal czuła jak cień w płucach, od jego obecności. Poprawiła mankiet rękawa, drobnym, niemal nerwowym gestem, który zdradzał więcej, niż chciała.
Patrzyła oniemiała, gdy wyciągnął w jej stronę niewielki futerał. Eliksiry? Dla niej? Przez moment naprawdę próbowała odnaleźć w jego spojrzeniu choć cień ironii, drobną oznakę wyrachowania, jakby to wszystko miało być kolejnym z jego subtelnych żartów kosztem jej czujności. Ale nie znalazła niczego. Tylko spokój, może odrobinę zmęczenia i coś, co niebezpiecznie przypominało szczerość. Nie rozumiała go. Nie rozumiała jego obecności, jego gestów, jego uporu, by mimo wszystko ją zobaczyć. W jej uporządkowanym umyśle zaroiło się od pytań bez odpowiedzi.
- To bardzo... uprzejme z twojej strony - powiedziała po chwili, starając się, by ton jej głosu zabrzmiał sucho, może nawet chłodno. Nie chciała, by wyczuł zawahanie. Nie powinna była czuć wdzięczności. Ani ulgi. A już na pewno nie tego irracjonalnego ciepła, które przebiegło po jej kręgosłupie. Cofnęła dłoń niemal natychmiast, zbyt gwałtownie jak na osobę, która chciała zachować twarz obojętności.
- Dlaczego? - zapytała kompletnie zdezorientowana.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 06.11.2025

Widział, jak biła się z myślami - widział zaskoczenie, które wymalowało się na jej twarzy, gdy stwierdził prosty fakt, że chciał ją zobaczyć. Dlaczego była aż tak zdziwiona tym, że chciał się upewnić, że na pewno wszystko było z nią w porządku? Czy naprawdę miała go za potwora, który tylko czyhał na jej potknięcie? Przyjrzał się Astorii uważniej, z wyraźną nutą ciekawości. Za kogo go miała? Kusiło go, by zapytać wprost, ale w zasadzie nie musiał: zachowywała się tak, jak każdy, kto trochę bardziej go znał, lecz nie na tyle dobrze, by poznać każdy aspekt jego pokręconego umysłu. To, co było dla niego najlepszą maską i obroną, bywało w takich sytuacjach jak ta również przeszkodą. Rodolphus rozluźnił się nieco, gdy zaczęła mówić. Długi, ratowanie życia, kaprysy... Uniósł nieco kącik ust w krzywym uśmiechu.
- Zapytałbym cię, jakimi ludźmi się otaczasz, że uważasz iż powstał między nami jakiś dług do spłacenia - zaczął, nachylając się nieco. Oparł łokcie o kolana, a dłonie splótł ze sobą i uparł na nich podbródek. - Lecz wiem, że mi nie odpowiesz.
Poniekąd to rozumiał - bo sam również nienawidził mieć długów u innych. Nawet najdrobniejsze przysługi odpłacał w ten czy inny sposób: pieniędzmi, prezentem czy również przysługą, tak by później nikt nie mógł rościć sobie praw do zarządzania jego czasem. Wiedział jednak, że Astoria nie przebywała w jego środowisku, chociaż może się mylił? Może jej otoczenie również było bezwzględne, okrutne i brutalne, tak jak jego? Może to właśnie powodowało, że zachowywała się teraz jak jego lustrzane odbicie?

Milczał, gdy mówiła o uprzejmości. Milczał też przez chwilę, gdy zapytała dlaczego, tuż po tym, jak zbyt gwałtownie cofnęła rękę. I chociaż uwielbiał naciskać na ludzi, by osiągnąć to, co chciał - tak teraz po prostu się grzecznie wycofał, chcąc dać Avery jak najwięcej przestrzeni. Westchnął za to: tym razem on uciekł spojrzeniem w bok, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, chociaż tę dawno miał przygotowaną.
- Jak sama zauważyłaś: uratowałem cię. Zrobiłem to, co w moim odczuciu każdy powinien był zrobić w tej sytuacji. Nie dla zysków, nie dla długów. Nie powinnaś znaleźć się w tej sytuacji i nikt nie ma prawa podnosić na ciebie ręki - szczególnie, gdy jest szlamą, lecz to dopowiedzenie pozostało niewypowiedziane. - Wojna potrafi pociągnąć za sobą niewinne ofiary, ale nie oznacza to, że muszę się na to godzić.
Och, jebany hipokryta - zupełnie tak, jakby sam nie zamordował przynajmniej czterech czarodziejów tamtej nocy. Lestrange powrócił wzrokiem do kobiety. Był zmęczony, tak fizycznie, jak i psychicznie. Ostatnie dni nie były dla nikogo łaskawe, a balansowanie między dwoma światami dodatkowo go obciążało.
- Pytasz dlaczego. Z wielu powodów. Czuję się odpowiedzialny za to, że nie znalazłem się przy tobie wcześniej. Że dym, w którym byłem krócej niż ty, opuszcza powoli moje płuca, a wciąż tkwi w twoich. Że możesz ponieść konsekwencje działań, z którymi nie miałaś nic wspólnego - powiedział w końcu, opuszczając dłonie. Przez chwilę znowu milczał, wpatrując się w nią uparcie. W jego oczach pojawił się błysk. Nie wściekłości, a rozbawienia. Tak, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. - Jeżeli jednak chcesz spłacić swój dług, mam jedno rozwiązanie. Pozwól, że zabiorę cię na kolację z dala od tego wszystkiego, od dymu i ognia, od Londynu. Gdy, oczywiście, poczujesz się lepiej.
Mogła mu nie wierzyć wtedy, w galerii, ale tkwiło w nim to jak cierń. Nie zrobił tego umyślnie, a poza tym odczuwał dziwną ochotę na to, by pokazać Avery, że wcale nie jest aż takim potworem, za jakiego go miała.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 13.11.2025

Zastygła w bezruchu, wpatrzona w powierzchnię herbaty, która drżała lekko w filiżance od ciepła. Jej odbicie w bursztynowym płynie było zniekształcone, nieostre - jak wszystko, co czuła, odkąd pojawił się on. Nie potrafiła odczytać jego intencji, a może po prostu bała się, że zrobi to zbyt dobrze. Czy naprawdę chodziło mu o troskę? O szczere zainteresowanie jej stanem, o coś tak zwyczajnego, tak ludzkiego, że aż niemożliwego w jego wydaniu?
Nie potrafiła w to uwierzyć.
Ale gdy przez krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, serce - to wadliwe, nieposłuszne - zabiło odrobinę zbyt szybko. Jakby zdradzało ją wbrew woli.
- Daruj sobie ten protekcjonalny ton - powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta chłodu, ostrzejsza niż chciała. Patrzyła na niego z kamiennym wyrazem twarzy, bo wciąż miała wrażenie, że za każdym jego słowem kryje się coś więcej, jakiś drobiazg, którego jeszcze nie odczytała.
- Nie wierzę w bezinteresowność, Rodolphusie. Nie w twoim wydaniu. - Słowa wypowiedziała powoli, miękko, ale z tym charakterystycznym jadem, który smakował jak dobrze dobrany eliksir: słodki tylko przez pierwszą sekundę. Odchyliła się i splotła dłonie na kolanach, słuchając go uważnie, jakby szukała drugiego dna.
- Chcesz, żebym uwierzyła w twoje altruistyczne pobudki? Po tym wszystkim? -  zapytała, czując, jak drży w niej napięcie. Nie potrafiła odgadnąć, czy bardziej irytowało ją to, że próbował ją przekonać o własnej bezinteresowności, czy to, że część niej chciała mu uwierzyć. Nie powinna z nim dyskutować. Nie powinna w ogóle prowadzić tej rozmowy. A jednak coś w jego głosie, w tej łagodności, która tak bardzo kłóciła się z obrazem człowieka, którego znała, wzbudzało niebezpieczną ciekawość.
- To piękne, co mówisz. A jednak rozsądek podpowiada mi, że kryje się za tym coś więcej. Może chciałeś mieć mój dług wdzięczności, może zareagowałeś instynktownie, a może chciałeś zamazać złe wrażenie z galerii... - mówiła, uparcie doszukując się egoistycznych motywów, jego interesu w tym wszystkim. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógł po prostu chcieć ją uratować. I wtedy zaproponował coś, co tylko potwierdziło jej przypuszczenia.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, w którym mieszały się gniew, zdumienie i coś jeszcze - coś, czego nie chciała nazwać, bo wymagałoby to przyznania, że jego słowa w ogóle ją dotknęły.
- Moje towarzystwo nie jest na sprzedaż - odparła ostro. W jej głosie nie było wahania, choć wewnątrz coś w niej drgnęło, może echo niedawnej słabości, może zwykła, ludzka potrzeba zrozumienia, której nienawidziła w sobie najbardziej.
Wstała, a wraz z tym ruchem cała atmosfera w pokoju zgęstniała. Szelest materiału jej sukni zabrzmiał niemal złowrogo w tej ciszy, która zapadła między nimi.
- Myślę, że nadużyłeś mojej gościnności - powiedziała po chwili ciszy, której ciężar niemal wciskał ją w ziemię. Cofnęła się o krok, jakby potrzebowała między nimi przestrzeni, by móc oddychać. W jej głowie tłukły się sprzeczne myśli, których nie chciała teraz roztrząsać. Wierzyła, że to wszystko to tylko zgrabna manipulacja z jego strony. Dlatego ruszyła do drzwi, z dumnie uniesioną głową, decydując o końcu tego spotkania.
- Dziękuję za eliksiry - rzuciła jeszcze, bez cienia emocji, zatrzymując się na progu. - Ale nie zamierzam być częścią twoich gier, Lestrange.


RE: [12.09.1972] The story of our lives | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 13.11.2025

Nie spodziewał się tak ostrej odpowiedzi. Uniósł brew, a w stalowych oczach odbiło się zaskoczenie. Zaraz jednak coś niebezpiecznego ujawniło się w jego oczach. Nie zwykł nalegać, nie zwykł płaszczyć się przed innymi. Pociągnęła za strunę, która była naprawdę cienka i groziła pęknięciem. Wstał.
- Jak sobie życzysz - poprawił mankiet koszuli, nie patrząc na nią. Jego postawa się zmieniła, zbyt widocznie, by mogło to być złudzenie. - Szybkiego powrotu do zdrowia, panno Avery. Odprowadzę się sam do wyjścia, proszę odpoczywać.
Mimo wszystko eliksirów nie wziął. Zostawił je, bo były prezentem, nawet jeśli wzgardzonym. Astoria mimo tego wszystkiego nie chciał mieć z nim nic wspólnego? Cóż, niech i tak będzie.

Koniec sesji