Secrets of London
[12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius (/showthread.php?tid=5289)



[12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Prudence Fenwick - 29.10.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Io6aJTJ.jpeg[/inny avek]

Zbliżało się Yule. Śnieg prószący od kilku dni zdążył już okryć białym puchem okolicę Hogwartu. Pozostało ledwie kilka dni nauki, już za moment większość uczniów rozjedzie się do swoich domów, by spędzić czas z rodziną. Prue lubiła wracać do domu, zawsze z entuzjazmem oczekiwała tych dni, kiedy mogła wyrwać się ze szkoły. Nie, że nie lubiła się uczyć, ale brakowało jej tutaj najbliższych. Niby miała Eliasa, tyle, że on miał swoich kolegów, zresztą kto w tym wieku chciałby pokazywać się gdziekolwiek z siostrą... W Hogwarcie najbliższe były jej grube tomiska ksiąg, z którymi spędzała większość wolnego czasu. Liczyła na to, że przyniesie to oczekiwany przez nią efekt, w końcu już niedługo, wreszcie opuści szkolne mury na dobre i będzie mogła rozpocząć nowe życie. Z dala od twarzy na które więcej nie chciała patrzeć, było to całkiem budujące i inspirujące do tego, aby zdobywać jak najlepsze oceny.

Uczęszczała na eliksiry, bo był to dość ważny przedmiot w przypadku profesji którą dla siebie wybrała. Nie sprawiał jej szczególnego problemu, zresztą instrukcje były całkiem jasno opisane w książkach, żadną filozofią więc nie powinno być przygotowanie mikstury, którą zażyczył sobie profesor Slughorn.

Pojawiła się w lochach przed czasem, w jej przypadku było to normą. Nie przepadała za tym miejscem jakoś szczególnie, było ciemne, zimne, szczególnie podczas tej pory roku. Liczyła na to, że lekcja minie jej szybko i będzie mogła udać się do dormitorium, musiała zapakować prezenty dla swoich najbliższych, oczywiście zadbała o to, by każdy na kim jej zależało dostał od niej jakiś drobny upominek, tak właściwie to przygotowywała te podarunki od listopada, by mieć pewność, że dla każdego znajdzie coś odpowiedniego.

Uczniowie zaczynali wchodzić do sali, powoli zaczynało brakować wolnych miejsc. Była zdziwiona, bo tym razem na zajęciach pojawili się też jej rówieśnicy z Gryffindoru. Mina jej zrzedła, bo nie do końca tego się spodziewała. Nie przygotowała się na to, że ktoś będzie zakłócał jej spokój podczas lekcji. Wbiła spojrzenie w ścianę, nie chcąc za bardzo zwracać na siebie uwagi, to miał być miły dzień, dlaczego więc przeczuwała, że będzie inaczej?

Slughorn coś mówił, jednak nie do końca go słuchała, ściana wydawała się być w tej chwili wyjątkowo interesująca. Spojrzała w stronę nauczyciela dopiero wtedy, kiedy w sali zrobiło się głośniej, słychać było szuranie krzeseł, przerzucanie toreb, najwyraźniej profesor postanowił dobrać ich w pary, tyle, że była na tyle nieuważna, że nie wiedziała z kim będzie pracować. Przymknęła na moment oczy licząc na to, że jej towarzystwo samo się odnajdzie. Oby był to ktoś z kim jakoś da się współpracować.




RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Benjy Fenwick - 29.10.2025

Yule zbliżało się wielkimi krokami, a ja, jak zwykle, byłem o kilka minut spóźniony - nawet jeśli zajęcia się jeszcze nie zaczęły, wiedziałem, że w tym wypadku było najlepiej być przed czasem, ale tym razem zupełnie to olałem. Nie dlatego, że nie potrafiłem wyjść wcześniej, po prostu nie widziałem sensu w tym, by spieszyć się na lekcję, na której i tak zamierzałem improwizować połowę receptury. Slughorn i tak mnie lubił, a przynajmniej lubił moje nazwisko, a to przecież prawie to samo. W przypadku Slughorna wystarczyło wejść do sali z pełnym wachlarzem teatralnych gestów i udawanego skruszenia, by zapomniał o przewinieniach, rozwodząc się nad moim utalentowanym wujem, z którym kiedyś pracował.
Schodząc po kamiennych schodach do lochów, czułem, jak zimno wżera się w palce. Lochy pachniały wilgocią, kurzem i tą charakterystyczną nutą ziół, które gotowały się w mosiężnych kociołkach od samego rana. W powietrzu unosiła się para i szept - ten, który zwiastował, że zaraz coś się wydarzy. Kiedy skręciłem w długi korytarz prowadzący do sali eliksirów, dostrzegłem grupkę dziewczyn stojących przy drzwiach - te same, które od pierwszego roku chichotały, kiedy tylko przechodziłem obok. Znałem ten dźwięk - cichy, udawanie niewinny śmiech, który niby nic nie znaczył, a jednak mówił wszystko. Machnąłem na to ręką. Nie miałem dziś siły na ich drobne intrygi - pachniałem jeszcze dymem po porannym papierosie wypalonym za szklarnią, a umysł miałem zajęty myślą, że święta znów spędzę przy stole, przy którym nikt się nie uśmiecha.
Wszedłem do klasy, a powietrze natychmiast uderzyło mnie znajomym zapachem - siarki, ziół i czegoś przypominającego spalone drewno. Słoje z płynnymi ingrediencjami połyskiwały w blasku magicznych lamp, rzucając migotliwe refleksy na kamienne ściany. Zająłem miejsce w tylnym rzędzie, obok pustego stołu, który zawsze dawał mi najlepszy widok na wszystkich innych. Slughorn stał przy katedrze, z tą swoją przyklejoną życzliwością, chciał wszystkich przekonać, że jest naszym najlepszym przyjacielem. W rzeczywistości był po prostu kolekcjonerem, uwielbiał otaczać się nazwiskami.
- Dobrze, dobrze! Współpraca rozwija umysł, moi drodzy! - Zagrzmiał Slughorn, zamaszyście gestykulując. - Zmieniamy partnerów! Wymieszajmy trochę krew w tej sali, co? - Niefortunny dobór słownictwa…
Zaczęło się szuranie, jęki niezadowolenia, zamieszanie, szelest pergaminu - krzesła skrzypiały, torby lądowały na ziemi. Z początku wydawało się, że mnie to ominie, Slughorn recytował nazwiska, a ja półsłuchałem, pół udawałem, że mnie to nie dotyczy. Z kieszeni wyjąłem pióro, po czym nonszalancko oparłem się o oparcie krzesła, obserwując, jak dziewczyny z przodu wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
Slughorn nie wyczytał mojego nazwiska. W teorii. Ale w praktyce…
Widziałem, widziałem ten błysk w oczach Travers - wymieniła spojrzenie z Fawcett, coś mruknęła, a ta druga niemal nie potrafiła powstrzymać śmiechu, gdy, jak na zawołanie, profesor wypowiedział nazwisko Prudence Bletchley. Jej „nowa partnerka” z uśmiechem niewinnym jak u anioła zerknęła na resztę swojej paczki, potwierdzając jakąś cichą umowę, i nagle cała ta układanka kliknęła w mojej głowie. Nie lubiłem się mieszać, zwłaszcza nie w cudze problemy, ale… Było w tym coś żałosnego, ten rodzaj drobnego okrucieństwa, który pachniał tanim triumfem.
- Profesorze. - Odezwałem się spokojnie, zanim którakolwiek z nich zdążyła zareagować. - Wydaje mi się, że zaszła pomyłka. Dwukrotnie wyczytał pan profesor pannę Bletchley.
Tymczasem dziewczyna, która miała zająć miejsce obok Prudence, już otwierała usta do protestu, ale profesor ją uciszył. Slughorn spojrzał znad swoich notatek, zdezorientowany, jego wąsy drgnęły w wyrazie zawahania.
- Och…? Doprawdy? - Zmarszczył brwi, po czym uśmiechnął się łagodnie. - Tak, tak, zapewne coś źle powiedziałem. Zdarza się, starość nie radość. Tak, tak, oczywiście, panie Rookwood. Proszę, usiądźcie razem. Panno Fawcett, proszę zająć miejsce przy panu Nottcie, dobrze? Jak już mówiłem… - Reszta wypowiedzi skupiała się na nazwiskach, których już nie słuchałem.
Westchnąłem cicho, nie z sympatii, broń Merlinie, po prostu nie chciałem słuchać pisków i jęków, kiedy zacznie się teatrzyk. To miało być proste - niewinna zmiana partnerów, mały psikus, może wywrócony kociołek, może coś w eliksirze. Miałem zbyt mało cierpliwości, jak na scenę łzawych dramatów w zimnym lochu, więc wstałem. Klasyka, dla nich zabawa, dla niej - upokorzenie, dla mnie… Ja, idiota, pomyślałem, że to będzie długa lekcja.
- Cóż za poświęcenie z twojej strony, Rooks. - Mruknęła Travers, nieco zbyt głośno.
- Nie poświęcenie. - Odpowiedziałem bez spojrzenia w jej stronę. - Po prostu wolę mieć przy stole kogoś, kto wie, która strona różdżki jest od zaklęć.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Slughorn próbował wyglądać, jakby nie słyszał, a ja, jak gdyby nigdy nic, spojrzałem na Prudence. Westchnąłem teatralnie i podszedłem do jej stołu, stukając różdżką w blat tak, by zwrócić jej uwagę.
- No, proszę, Prudy Bletchley. Idealna para, nie sądzisz? - Powiedziałem z przesadnym entuzjazmem, zrzucając torbę obok krzesła, odsuwając je sobie nogą i rozwalając się na siedzisku.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0a6oVPu.png[/inny avek]


RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Prudence Fenwick - 29.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Io6aJTJ.jpeg[/inny avek]

Rzadko kiedy pozwalała sobie na wyłączenie myślenia podczas lekcji. Raczej starała się być uważną, tak, by nic jej nie umykało. Tym razem jednak było inaczej. Miała świadomość, że znalazło się tu wiele osób, które nie do końca ją akceptowały, w grupie byli silniejsi, to prawda i bardzo chętnie okazywali swoją wyższość. Nie, żeby do tego nie przywykła, do wszystkiego można przywyknąć, jednak odruchowo starała się wtedy wtapiać w mury zamku, aby nie zwracać na siebie uwagi, to czasem przynosiło oczekiwane efekty.

Bletchley nie lubiła pracować w grupie. Nie i kropka, nic nie było w stanie zmienić jej opinii na temat zadań wykonywanych w parze, czy w jeszcze większym gronie. Im więcej osób miało razem coś robić, tym mniej z nich poczuwało się odpowiedzialnym za osiągnięcie sukcesu. Wszystko zrzucane było na jednostkę, która rzadko kiedy była doceniana. Tak, przeżyła to wiele razy, sama musiała siedzieć do późnych godzin nocnych, wyszukiwać informacji, później jeszcze jakoś implementować je w praktyce. Zresztą często dodatkowe osoby tylko jej przeszkadzały, zadawały pytania, próbowały przepchnąć swoje pomysły - po co? Skoro ona wiedziała najlepiej. Zdecydowanie nie była stworzona do współpracy.

Będzie musiała jakoś to przetrwać. Spojrzała na Slughorna, który wydawał się być okropnie zadowolony ze swojego pomysłu, uśmiech nie schodził mu z twarzy, nie miał pewnie pojęcia, że sporej ilości dzieciaków ten ruch uprzykrzał życie. Skoro mogli współpracować ze swoimi kolegami, czy tam przyjaciółmi, albo samemu... po co było to zmieniać. Na pewno Slughorn czerpał przyjemność z tego widoku, w duchu śmiał się z tego, jak się męczyli, była o tym święcie przekonana. Wróciła wzrokiem do pergaminu, który znajdował się przed nią, udawała, że coś pisze, aby nie spoglądać na tę całą farsę.

Uniosła głowę znad kartki dopiero, gdy usłyszała znajomy głos, który wypowiedział jej nazwisko. Rzuciła szybkie spojrzenie w stronę profesora, a później chłopaka. Odruchowo wyprostowała się na krześle, nie miała pojęcia co knuje, ale zdawała sobie sprawę z tego, że Slughorn mu nie odmówi.

Przyglądała mu się, gdy zmierzał w jej kierunku. Próbowała w głowie rozważyć różne możliwe scenariusze, chciał żeby zawartość kociołka wybuchła upokarzając ją przy tym? Chyba nie, ich potyczki odbywały się raczej na osobności, więc pewnie chodziło o coś innego. Musiała pozostawać czujną - tego była pewna.

Nie zarejestrowała zamieszania związanego z dziewczynami, nie zwróciła uwagi na to, że to one chyba miały jakiś plan na to, jak uprzykrzyć jej życie, wtedy bowiem była zapatrzona w pusty pergamin który się przed nią znajdował. Usłyszała jednak komentarz, który Rookwood rzucił w stronę Travers, co spowodowało, że na moment zawiesiła na nim swoje spojrzenie. Nie musiał tego robić, ale jednak zrobił, dziwne.

Przesunęła swoje rzeczy na krawędź stołu, siebie też przesunęła wraz z krzesłem, aby zrobić mu nieco miejsca, skoro już mieli siedzieć razem, to próbowała znaleźć sobie kawałek przestrzeni.

Uniosła wzrok, gdy stanął przy krześle. Przyglądała się mu uważnie, próbując wyczytać jakiekolwiek intencje z jego twarzy. - Nie mogłam trafić lepiej. - Dodała z przekąsem. Tak naprawdę zdawała sobie sprawę z tego, że mogło być gorzej, zważając na to kto znajdował się w sali.

- Musimy ustalić pewne zasady. - Warto było od tego zacząć, jeśli mieli jakoś przetrwać te zajęcia. Póki co jeszcze nie wiedziała, co za zadanie na dzisiaj wymyślił profesor, jednak większość zajęć wyglądała tak samo, więc mogli się spodziewać, iż przyjdzie im uwarzyć jakiś eliksir.




RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Benjy Fenwick - 29.10.2025

„Nie mogłam trafić lepiej.” Powiedziała to takim tonem, że gdybym był trochę mniej odporny na złośliwości, może nawet poczułbym się urażony, ale nie byłem. Przynajmniej nie w sposób, który dałoby się zauważyć. Prawie się zaśmiałem. Nie dlatego, że było to szczególnie zabawne, ale dlatego, że to brzmiało jak coś, co mógłbym sam powiedzieć. Prue Bletchley, idealna mieszanka irytującej powściągliwości i chłodnego sarkazmu, siedziała sztywno jakby ktoś włożył jej kij w kręgosłup, a przy tym patrzyła na mnie tym spojrzeniem, które mówiło - „nie ufam ci nawet przez sekundę.”
- Wzajemnie, Bletchley. Cieszę się, że to dostrzegasz, większość dziewczyn w tej sali marzyłaby o tym zaszczycie. - Odparłem spokojnie, rzucając torbę na ziemię i rozkładając księgę eliksirów na jej brzegu stołu, ostentacyjnie blisko jej pergaminu. - Ja natomiast zawsze marzyłem o tym, żeby dzielić kociołek z kimś, kto patrzy na mnie, jak na podejrzanego w sprawie o morderstwo.
Zsunąłem się na krzesło obok niej, z tą typową nonszalancją, jakbym to ja łaskawie wybrał ten stolik, a nie los, profesor i odrobina przyzwoitości. Oparłem łokcie o blat, skrzyżowałem ręce i przez moment po prostu obserwowałem jej starannie poukładane przyrządy - pergamin leżał idealnie prosto, fiolki ustawione równo jak żołnierze w szeregu - słodka perfekcjonistka, jej ton miał w sobie tyle ciepła, co kamienna posadzka lochów. Cóż, przynajmniej była przewidywalna. Przesunąłem swoje przybory bliżej środka stołu, z rozmysłem zajmując nieco więcej przestrzeni, niż było konieczne. Chciałem zobaczyć, jak zareaguje, czy się cofnie, czy będzie walczyć o każdy centymetr blatu, jak o granicę własnego terytorium. Wiedziałem, że ją to zirytuje, i może właśnie dlatego to zrobiłem.
Usiadłem obok, opierając łokcie o blat, tak jakbym czuł się tu doskonale na swoim miejscu. Może i czułem - przywykłem do chłodu, do tych spojrzeń spod rzęs, do napięcia unoszącego się w powietrzu, były bardziej przewidywalne, niż to, co miało mnie czekać za raptem kilka dni. Wziąłem jej pióro, które niechcący zsunęło się na środek stołu, przesuwając je w kierunku Prudence. Oczywiście, zrobiłem to z przesadną ostrożnością, jakbym dotykał kruchego artefaktu. Zerknąłem na nią przelotnie, kątem oka, nie na tyle, by wyglądało to jak zainteresowanie, bardziej jak kontrola sytuacji. Chciałem się upewnić, że nie planowała eksplozji - w przenośni albo dosłownie. Kątem oka widziałem, jak Slughorn z zadowoleniem obserwuje salę, przekonany, że stworzył idealną atmosferę „międzydomowej współpracy”. Merlinie, jaki naiwny starzec.
- Zasady, tak? - Powtórzyłem. - Dobrze, ustalmy - ty robisz wszystko, a ja biorę połowę zasług. - Udawałem zrelaksowanego, ale kątem oka widziałem, jak dziewczyny z grupki wymieniają spojrzenia, rozczarowane, że ich plan się rozsypał. Tak było łatwiej - dla niej, dla mnie, dla wszystkich, którzy woleli udawać, że nikt tu nikogo nie ratuje.
Sięgnąłem po podręcznik, który od dawna miał naderwaną okładkę, i otworzyłem go na przypadkowej stronie.
- A tak na serio, zaczynajmy od pierwszej i ostatniej - ja nie przeszkadzam tobie, ty nie przeszkadzasz mnie. - Przewróciłem kartkę, jakbym naprawdę zamierzał czytać, chociaż oczy błądziły po tekście bez skupienia. - Bo wtedy będę musiał zacząć cię traktować jak typową partnerkę z eliksirów, a wierz mi, to nie byłoby przyjemne doświadczenie. - Odchyliłem się na krześle, balansując na dwóch tylnych nogach, mimo że Slughorn dostawał białej gorączki, gdy ktoś tak siadał, wzruszyłem ramionami.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0a6oVPu.png[/inny avek]


RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Prudence Fenwick - 29.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Io6aJTJ.jpeg[/inny avek]

Czuła się nieswojo. Wróg siedział tuż obok niej, do tego miała z nim współpracować, to nie wróżyło niczego dobrego. Bletchley zawsze wykonywała zadania z należytą precyzją, nie dopuszczała nawet do najdrobniejszych błędów, obawiała się tego, co może nastąpić dzisiaj. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, dlatego właśnie przyglądała mu się kątem oka, z pewną dozą powątpiewania w swój własny los.

- Niesamowita ze mnie szczęściara, powinnam chyba oficjalnie podziękować Slughornowi, że padło właśnie na mnie. - Och, nawet jej nie dziwiły jego słowa, faktycznie było w tym nieco racji, wiedziała, że większość jej rówieśniczek reagowała na jego osobę w dość specyficzny sposób, czego do końca nie potrafiła zrozumieć. O gustach się jednak nie dyskutuje... czyż nie? - Cieszy mnie, że mogłam spełnić jedno z Twoich marzeń. - Dodała uśmiechając się przy tym nieco krzywo, nie był to szczery uśmiech, raczej jeden z tych wymuszonych, po który sięgała zawsze, kiedy był gdzieś obok niej.

Widziała w jaki sposób usiadł na krześle, miała wrażenie, że wszystko co robi jest w pewien sposób przedstawieniem, każdy ruch był zaplanowany, miał nieść za sobą odpowiednie przesłanie. Nie przesunęła się jednak póki co dalej, jeszcze tego brakowało, aby przejął większość przestrzeni.

Dostrzegła jak rozpakowywał swoje przybory, mógł to zrobić nieco inaczej, wybrał jednak środek blatu, zdecydowanie zbyt blisko jej części biurka. Nie podobało jej się to wcale. Nie chciała mu pozwolić, aby w ten sposób okazywał swoją dominację, mimo, że był od niej z dwa razy większy, to każdemu należała się taka sama część stołu. Kiedy wziął w rękę jej pióro, odruchowo wyciągnęła w jego stronę swoją dłoń, zamierzała jak najszybciej zabrać je od niego. Jeszcze tego brakowało, aby rządził się jej własnymi rzeczami.

- Skąd wiesz, że będą jakiekolwiek zasługi? - Wpatrywała się w niego z błyskiem w oku. Oczywiście, że jak zawsze chciała być najlepsza podczas tych ćwiczeń, jednak mogłaby się poświęcić dla dobra sprawy, każdemu jeden raz mogła powinąć się noga.

- To brzmi jak nie najgorszy plan. - Powiedziała cicho wpatrując się w notatki na pergaminie, pierwszy raz najprawdopodobniej zgodziła się z jego pomysłem. Każdy zajmie się sobą i jakoś uda im się dobrnąć do końca lekcji. Nie spodziewała się być może tego, że wybierze taką drogę, ale nie miała nic przeciwko temu.

- Straszysz mnie? Nie sądzę, abyś kiedykolwiek trafił na partnerkę od eliksirów na moim poziomie. - W jej glosie mógł usłyszeć pewność siebie. Bletchley wiedziała, że mało kto mógł jej dorównać w tym przedmiocie, bo nie było najmniejszej filozofii w tym, aby podążać za recepturą podaną w podręczniku. Nie do końca rozumiała, jak niektórzy mogą mieć z tym problem, skoro wszystko było podane na tacy. Czytanie ze zrozumieniem jednak dla niektórych było zbyt dużym wyzwaniem.

- Nie wspomniałem o tym, co będziecie dzisiaj przygotowywać. - Odezwał się jeszcze Slughorn, Prue uniosła spojrzenie w stronę profesora, zaciekawiona tym, co miał im do powiedzenia. - Wywar tojadowy. - Powiedział w końcu i rozglądał się po klasie czekając na reakcję, była to dość mocno skomplikowana do warzenia mikstura.

Prue nie zwlekała, zaczęła wertować podręcznik w poszukiwaniu przepisu na ten eliksir.




RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Benjy Fenwick - 30.10.2025

Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zaczęła rzucać te swoje kąśliwe uwagi, typowe dla niej - obrona przez sarkazm, jakby chciała od razu zaznaczyć granicę, zanim ktokolwiek zdąży zrobić pierwszy ruch. Miała w sobie tę dziwną mieszaninę dumy i nerwowości, jak ktoś, kto desperacko próbuje udowodnić, że nic go nie rusza.
- Slughorn to wizjoner. Dziwi mnie, że z tą swoją skłonnością do wprowadzania zmian, jeszcze nie został samym dyrektorem. - Uśmiechnąłem się do siebie. Zauważyłem, jak zmarszczyła brwi, gdy moje przybory zajęły zbyt dużo przestrzeni. Oczywiście, że zrobiłem to celowo, chciałem zobaczyć, jak długo wytrzyma, zanim zacznie mnie poprawiać, więc gdy po chwili odruchowo sięgnęła po swoje pióro, które wcześniej wziąłem do ręki, nie oddałem go od razu.
- Spokojnie, nie zamierzałem nim pisać wierszy miłosnych. - Uśmiechnąłem się lekko, z tą bezczelną swobodą, która zawsze wyprowadzała ludzi z równowagi. Ton miałem lekki, prawie żartobliwy, choć gdzieś pod spodem czaił się cień czegoś ostrzejszego. Przytrzymałem je między palcami na moment dłużej, niż wypadało, zanim pozwoliłem jej je zabrać. Jej dłoń była dość szybka, pewna, palce dotknęły moich na sekundę - były ciepłe, zaskakująco - wypuściłem pióro bez słowa, jakby wcale mnie to nie obchodziło, chociaż w rzeczywistości przez moment czułem lekki ucisk gdzieś pod mostkiem.
Kiedy wypaliła z tą swoją uwagą o zasługach, uśmiechnąłem się szerzej, nie z sympatii, tylko z uznania dla jej zaczepności.
- Ślepy strzał. - Wzruszyłem ramionami i wróciłem do wyluzowanej postawy, udając, że kątem oka wcale nie widziałem, jak drgnęła, kiedy powiedziała, że mój plan jej się podoba. O proszę - mała, nieoczekiwana zgoda między wrogiem i wrogiem, święta mogłyby się zacząć wcześniej.
- Partnerkę na twoim poziomie? - Rzuciłem z rozbawieniem. - Prawdę mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek trafiłem na kogoś tak śmiertelnie poważnego przy kotle. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinniśmy zamówić kogoś z Munga, żeby przypilnował, czy nie zagotujesz się razem z wywarem. - Wsunąłem ręce w kieszenie szaty i odchyliłem się lekko na krześle. Tak, miała rację - każdy mój gest był wystudiowany. Nawet to, jak rozkładałem rzeczy na stole, nie z próżności, z nawyku, potrzeby kontrolowania przestrzeni, zanim ktoś zrobi to za mnie.
Slughorn ogłosił temat zajęć, a ja parsknąłem cicho, z nutą niedowierzania.
- Wywar tojadowy? - Powtórzyłem półgłosem. - No tak, nic nie mówi „świąteczna atmosfera” jak eliksiry na osłabienie potencji dla wilkołaków. - Zerknąłem na nią z boku - już wertowała książkę, jakby od tego zależało jej życie. Sięgnąłem po kociołek i przesunąłem go na środek stołu, tym razem ostrożnie, bez wcześniejszej prowokacji. Może to i było głupie, ale nie chciałem, żeby wszystko wybuchło, zanim zdążymy zacząć.
- Dobrze, Bletchley. - Spojrzałem na nią, tym razem bez kpin. - Ty czytasz, ja odmierzam. Pół na pół. Zobaczymy, czy twoja precyzja dorównuje mojej cierpliwości. - Przez chwilę milczałem, obserwując, jak zaczynała przewracać strony książki z tą samą dokładnością, z jaką ja przewracałem oczami. Każdy jej ruch był spięty, kontrolowany, a ja nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zauważyć. Przesunąłem palcem po marginesie książki, nieco zbyt wolno, jakbym naprawdę skupiał się na tekście, chociaż w rzeczywistości obserwowałem, jak jej wzrok ślizgał się po stronach. Miała ten typ koncentracji, który zdradzał, że pamiętała każdą linijkę, zanim jeszcze skończy czytać akapit. - Albo… - Podkreśliłem, by nie słyszeć jej przesłodkiego głosiku mówiącego mi, że za cholerę nie pozwoli mi dobierać proporcje eliksiralne na ostatnich zajęciach przed świętami. - Ty prowadź, ja będę wyglądał ładnie. - Wzruszyłem ramionami, jakby mnie to zupełnie nie obchodziło, nawet jeśli to było bardzo dalekie od prawdy. Oczywiście, że to było kłamstwo - nie potrafiłem nie przeszkadzać, ani tym bardziej siedzieć w miejscu, zupełnie nic nie robiąc.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0a6oVPu.png[/inny avek]


RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Prudence Fenwick - 30.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Io6aJTJ.jpeg[/inny avek]

Jakoś musiała sobie radzić, szczególnie, gdy nie do końca wiedziała czego się spodziewać, wybierała najprostszą dla niej drogę, budowała wokół siebie ten mur pod postacią sarkazmu i dumy, dzięki któremu czuła się bezpieczniej. To były tylko pozory, łatwo było go zburzyć, ale czasem działało, to było dla niej najbardziej istotne. Nie każdemu chciało się z nią spierać.

- i pewnie nigdy nie zostanie, nie jest do końca wiarygodny. - Zwróciła uwagę na to, w jaki sposób działał profesor. Lubił robić wokół siebie szum, otaczać się nazwiskami, które miały jakieś znaczenie, czasem tylko odpowiednie pochodzenie wystarczało, aby ktoś wzbudził w nim zainteresowanie. Ją również zauważył, dostała zaproszenie do Klubu Ślimaka, jednak trudno jej było się odnaleźć wśród tych sławnych nazwisk i osób, które były bardzo zadufane w sobie. Pojawiała się na spotkaniach, jednak uciekała z nich bardzo szybko, by nie doprowadzać do zbyt wielu interakcji z ludźmi, zresztą nawet tam czuła na sobie te nieprzyjemne spojrzenia. Na pewno zastanawiali się dlaczego ktoś taki jak ona został na nie zaproszony, bo przecież w jej przypadku nie chodziło o nazwisko.

- Nie podejrzewałam Cię o to, pewnie nie byłbyś w stanie nawet napisać dwóch wersów. - Dodała z przekąsem, gdy w końcu udało jej się sięgnąć po swoje pióro. Nie od razu udało się Prue je odebrać, a może jej się tylko wydawało, że trwało to dłużej, skupiła się na tym, że przypadkiem ich palce się musnęły, i że nie powinna na to reagować w taki sposób, jak zareagowała, bo towarzyszyło temu dziwne uczucie, bardzo dziwne. Na szczęście w końcu odebrała swoją własność i mogła się nieco odsunąć.

- Mam nadzieję, że to będzie Twój pierwszy i ostatni raz. - Zdecydowanie wolałaby, aby to była jednorazowa sytuacja, bo więcej ich mogłaby nie przeżyć. Nie była gotowa na takie urozmaicenia. - Możesz być spokojny, nie mam w zwyczaju dawać ponieść się emocjom podczas warzenia eliksirów, to mogłoby się źle skończyć. - Nie była taka pewna co do tego, jak to będzie dzisiaj wyglądało, bo zdawała sobie sprawę, iż przy nim mogło być różnie. Nawet proste ćwiczenia mogły się skomplikować, bo wzbudzał w niej więcej emocji niż ktokolwiek inny, tyle, że w tym przypadku to mogłoby być naprawdę niefortunne, właśnie dlatego zamierzała się skupić na zadaniu, a nie na jego obecności, chociaż to było naprawdę sporym wyzwaniem.

Kiedy Rookwood skomentował dzisiejsze zadanie w ten swój charakterystyczny sposób zmierzyła go jedynie wzrokiem. Nie odezwała się nawet słowem, nie widziała takiej potrzeby, eliksir jak eliksir, co za różnica kiedy mieli się nauczyć, jak go przygotowywać? Żadna. Zamiast tego niemalże od razu zaczęła wertować księgę w poszukiwaniu odpowiednich informacji.

W końcu znalazła interesującą ją treść, dość szybko odczytała całą recepturę, a po chwili zamknęła książkę. Była gotowa, przepis znajdował się w jej głowie, mogła zająć się resztą. Zauważyła, że kociołek znalazł się na środku, musiał go przesunąć, bo ona tego nie zrobiła.

- Nie chciałabym, żebyś coś spieprzył bo postanowisz właśnie robić z siebie błazna. - Chyba nie do końca odpowiadał jej taki podział obowiązków, który wymyślił. Wolała mieć większy wpływ na wywar, który mieli stworzyć.

Przewróciła oczami, kiedy znowu się odezwał. Najwyraźniej nie potrafił funkcjonować bez irytowania jej, ta jego pewność siebie okropnie ją drażniła. - Nie, żebym zakładała, że można się po Tobie spodziewać czegoś więcej, a więc niech będzie. - Drugi raz tego dnia postanowiła się z nim zgodzić, bo wydawało jej się, iż dzięki temu będzie miała wszystko pod kontrolą.




RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Benjy Fenwick - 31.10.2025

Oparłem się wygodniej o ławkę, obserwując, jak jej palce zaciskają się na piórze zbyt mocno, jakby bała się, że znów je zabiorę. Prawie parsknąłem śmiechem - to było takie przewidywalne, ta cała jej dumna poza, ten mur, który stawiała między sobą a światem… Nawet nieźle zbudowany, szkoda tylko, że przezroczysty.
- Dwa wersy, tak? - Powtórzyłem, unosząc brew. - Wiesz, Prudence, to prawie obraźliwe. Myślisz, że ktoś taki, jak ja, nie potrafi być twórczy? - Nie czekałem na odpowiedź - wstałem nieco, oparłem biodro o stół i bez żadnego pergaminu, bez przygotowania, po prostu zacząłem mówić, tonem zbyt pewnym siebie, jakbym zaraz miał wystąpić na scenie, a nie w dusznej sali eliksirów.
- Prudence, czarownico ma,
W sercu iskra, w spojrzeniu gra.
W Hogwarcie nikt nie zna takiej jak ty,
Co jednym gestem odmienia sny.

Pierwsze chichoty rozeszły się po sali, już wiedziałem, że mam publiczność, i że tego właśnie nienawidziła najbardziej.
- Jak Veritaserum, prawdą tchniesz,
A ja w tym tonę, wiesz?
Twoje oczy, brunatne fale,
Topię się w nich, choć nie chcę tak wcale.

Zza mojego ramienia rozległ się śmiech kilku Gryfonów. Slughorn, zajęty dopisywaniem czegoś na tablicy, nie zwracał uwagi. A ja? Ja patrzyłem prosto na nią. Ani przez sekundę nie spuściłem z niej wzroku.
- W twoim głosie jest zaklęcie,
Które łamie każde serce.
Masz we włosach miód i trochę cienia,
Jak eliksir, co sen odmienia.
- Zrobiłem teatralną pauzę, słysząc, jak ktoś za moimi plecami tłumi śmiech w rękawie. Czułem, że w powietrzu gęstnieje coś między nami - napięcie, którego nie potrafiłem nazwać.
- W twoich oczach ciemność drży,
Jak w noc, gdy się spełniają sny.
Prudence, lecz ja wiem, że grasz,
Pod czarem tym chowasz własną twarz.
- Nadal stojąc, przesunąłem się odrobinę bliżej, ściszając głos, jakby mówił to tylko do niej, chociaż doskonale wiedziałem, że na tym etapie słuchało mnie już całe najbliższe otoczenie.
- Prudence, czarownico ma,
Już wiem, że to tylko gra.
A pod tą maską, w świetle zmierzchu,
Nie ma nic, prócz pustych gestów.
- Cisza trwała sekundę, jedną, może dwie, i wtedy dodałem ostatnie wersy - celowo zbyt głośno, z tą złośliwą, lekceważącą nutą, zwracając na siebie uwagę.
- Czarownico bez zaklęć już,
Patrz, maska spadła. Nic. I cóż?
Prudence, miła z ławki...

Zawiesiłem głos, po czym wzruszyłem ramionami, jakby to była puenta oczywista.
- Jebiesz jak przejrzałe truskawki.
Śmiech rozlał się po całej sali - gwałtowny, głośny, taki, który zostawał, niosąc się echem w powietrzu dłużej, niż powinien. Ktoś klasnął, ktoś gwizdnął. A ja? Po prostu uśmiechnąłem się do niej, leniwie, z tą samą bezczelną pewnością, z którą zawsze ją drażniłem.
- Mówiłaś coś o dwóch wersach? - Zapytałem cicho, nachylając się ku niej. - Ufam, że to wystarczy.
Śmiech wciąż odbijał się echem po lochach, kiedy Slughorn w końcu zorientował się, że coś jest nie tak. Najpierw próbował udawać, że nic nie słyszy - klasyczny Slughorn, zawsze łagodny, trochę za bardzo pobłażliwy wobec „utalentowanych uczniów”, ale gdy ktoś z tyłu klasy znowu zarżał, jego różowa twarz pociemniała o kilka tonów.
- Pan... Rookwood! - Wyrzucił z siebie z tym charakterystycznym przeciągnięciem. Odwróciłem się powoli, z tą spokojną, chłodną pewnością, która wcale nie była spokojem, raczej maską.
- Tak, profesorze?
Slughorna aż zatrzęsło z oburzenia.
- To... To było absolutnie nie do przyjęcia! - Wskazał na mnie swoim grubym palcem, a potem na Prue. - W mojej klasie nie ma miejsca na... Poezję tego rodzaju!
- Och, myślałem, że docenia pan kreatywność. - Rzuciłem spokojnie, z cieniem uśmiechu. - Klub Ślimaka, te sprawy. - Uśmiechnąłem się krótko, bez krzty wesołości.
- Nie tym razem, młodzieńcze! - Jego głos zadrżał, broda się zatrzęsła, a małe oczka zaszkliły się jak u obrażonej sowy. - Do dyrektora! Natychmiast! I proszę przekazać, że ja, Horacy Slughorn, nie toleruję braku szacunku wobec innych uczniów w mojej klasie!
Klasa parsknęła śmiechem po raz drugi - cichszym, bardziej nerwowym, kilku Krukonów odwróciło wzrok, ale Gryfoni, oczywiście, mieli problem, żeby powstrzymać rechot. Zgarnąłem książkę, pergamin i pióro, całkowicie spokojnie, jakbym właśnie kończył szczególnie udane przedstawienie.
- Oczywiście, profesorze. Z przyjemnością przekażę. - Kiwnąłem głową, przeciągając się lekko. Minąłem Prue, odrobinę za blisko, by mogła udawać, że nie czuje zapachu moich perfum i tej nuty dymu, która zawsze się za mną ciągnęła. - Nie dziękuj mi za rozrywkę, Bletchley. -  Rzuciłem półgłosem, tak żeby tylko ona to usłyszała. - W końcu chciałaś „czegoś więcej” ode mnie. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Slughorna aż znowu drgnęło.
- Rookwood!
- Już idę, profesorze. - Odpowiedziałem z przesadną uprzejmością, kierując się ku drzwiom, a gdy wychodziłem z sali, czułem na sobie dziesiątki spojrzeń - jedne rozbawione, inne zszokowane, jeszcze inne... Dziwnie zaintrygowane. Przez krótką chwilę, zanim drzwi się za mną zamknęły, pozwoliłem sobie spojrzeć przez ramię, bezgłośnie poruszając ustami.
„Prudence, dziewczyno ze snów,
Jakoś nagle zabrakło ci słów.”

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0a6oVPu.png[/inny avek]


RE: [12.1958] killing you in my mind | Prudence & Aloysius - Prudence Fenwick - 31.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Io6aJTJ.jpeg[/inny avek]

Czy Prudence zakładała, że jej głupi komentarz zostanie odebrany jako prowokacja? Nie. Powinna była to zrobić, a jednak wydawało się Bletchley, że podczas lekcji Rookwood nie będzie miał ochoty się wychylać. Było to bardzo błędne założenie, co dotarło do niej całkiem szybko. Nie zdążyła się nawet odezwać, a on już stał przy stole, nie miała szansy zareagować, ale przeczuwała, że nie skończy się to dobrze, bo inni uczniowie już zaczęli spoglądać w ich kierunku.

Nie znosiła tego, od razu się denerwowała, zwłaszcza, że nie miała zielonego pojęcia do czego może się posunąć, był cholernie nieprzewidywalny i to ją naprawdę martwiło.

Zsunęła się na krześle, tak jakby chciała się gdzieś schować, ale niezbyt miała taką możliwość. Nie mogła wtopić się w ścianę, ani zniknąć pod stołem. Czuła, że policzki robią jej się czerwone ze wstydu. Nie znosiła takich sytuacji, najgorsze było to, że nie bardzo miała jak zareagować, bo Aloysius zaczął mówić.

Wydawało jej się, że w pomieszczeniu robi się okropnie duszno i strasznie ją to przytłaczało, na moment też wstrzymała oddech, naprawdę nie chciała, żeby przestał kontynuować swój występ, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Przerosło ją to, i na pewno doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Do jej uszu docierał chichot, śmiali się z niej, nie było to niczym nowym, jednak rzadko kiedy było to, aż tak ostentacyjne. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, jednak nie było takiej możliwości.

Nie przestawał mówić, oczy powoli zaczynały jej się robić czerwone, to było zbyt wiele nawet jak na nią. Bezczelnie się jeszcze ku niej nachylił, nawet nie drgnęła, nie wiedziała jak ma zareagować. Przekroczył bardzo skutecznie jej kolejną granicę, doskonale wiedział, gdzie uderzyć, aby faktycznie ją to zabolało.

- Mhm. - To jedyne, na co było ją stać. Zacisnęła mocniej w dłoni pióro, gdy do jej uszu doszły gwizdy i śmiechy, druga ręka jej się trzęsła, nachyliła też głowę, aby nie musieć patrzeć na to, co działo się wokół niej. Zagryzła wargi, czuła krew na języku, nie przejęła się tym jednak jakoś specjalnie, to nie był pierwszy raz, chociaż może pierwszy, kiedy doszło do takiej eskalacji. Wszyscy się na nich patrzyli, a to było coś, czego zdecydowanie wolała uniknąć. Nie znosiła być w centrum zainteresowania, ludzie pewnie będą o tym gadać do świąt, a nawet dłużej.

Profesor uznał to chyba za przesadę, chociaż Bletchley nie spodziewała się jego rekacji, jak widać nawet do niego dotarło, że to mogło być zbyt wiele. Nie spoglądała jednak w stronę mężczyzny, póki co pusty pergamin wydawał jej się być najbardziej interesującą rzeczą na świecie.

Uniosła spojrzenie, kiedy się do niej odezwał. Nie skomentowała jednak jego słów. Sama się o to prosiła, czyż nie?

W końcu ruszył w kierunku drzwi, tak jak nakazał profesor, nie ulżyło jej jednak wcale, bo co z tego, że on miał wylądować na dywaniku dyrektora, skoro cała reszta tutaj została, oni wszyscy nadal się z niej śmiali.

Kiedy spojrzał na nią przez ramię, mógł zobaczyć jej zrezygnowany i pusty wzrok, nic więcej, na szczęście nie pozwoliła na to, aby chociaż jedna łza popłynęła po jej policzku, chociaż znajdowała się bardzo blisko pęknięcia.


Koniec sesji