Secrets of London
[22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. (/showthread.php?tid=5291)



[22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Lorien Mulciber - 30.10.2025

Mulciber Manor

Mulciber Manor było już niemal gotowe na tegoroczne Mabon. Niemal.
Służba nadal krzątała się po posiadłości, dokonując ostatnich poprawek, doprawiając przygotowane potrawy i polerując srebrną zastawę rodową.
Zegar powoli odliczał ostatnie kwadranse do kolacji, gdy Lorien stanęła przed przymkniętymi drzwiami do sypialni brata. Na wpół gotowa, bo chociaż nad fryzurą udało się odrobinę zapanować, to wciąż brakowało makijażu i miała na sobie ulubiony jedwabny szlafrok. Szata, specjalnie dobrana na spotkanie rodzinne, nad którą pracowały przez ostatnie dni najlepsze krawcowe od Rosierów, wisiała jeszcze w jej pokoju. Czekała.
Ale prezent nie mógł zaczekać. Inaczej. Oczywiście, że Lorien mogła wytrzymać jeszcze moment - za parę godzin wszyscy sobie pójdą, a oni zostaną sami w ciszy pogrążonego w śnie domostwa. Może rzeczywiście to byłby lepszy czas?
Spojrzała na prezent, a prezent łypnął na nią jasnobłękitnym ślepiem. Chyba nie uznał tego za dobry pomysł.

Zastukała, poprawiając trzymany w dłoniach prezent. Nie było to łatwe, bo prezent sam w sobie do najspokojniejszych prezentów nie należał. Może dlatego, że był szczeniakiem z rasy… bardziej mieszanej niż cokolwiek konkretnego, który co prawda rozpływał się z zachwytu, że jest przytulany i noszony (i że został zabrany od kota, który tylko na niego ostentacyjnie prychał, gdy próbował się z nim pobawić), ale ileż można tak w objęciach ciemnowłosej pani leżeć. Leżenie nie leżało w jego naturze. A spokojne leżenie było co najmniej jakąś abstrakcją, która wcale się psu nie podobała.
Więc polizał ciemnowłosą panią po policzku. Nie dała się przekupić i wniosła go do pokoju na rękach, gdy tylko usłyszała stosowne zaproszenie do środka.

Lorien od dziecka kochała koty.
Wiedział to każdy, kto panią Mulciber znał choć odrobinę lepiej niż tylko z sali sądowej. Dlatego widok drobnej czarownicy ze szczeniakiem w ramionach był co najmniej niecodzienny. Wreszcie jednak pies został uwolniony ze swojej niewoli i mógł, radośnie machając ogonem i potrząsając obowiązaną na szyi czerwoną kokardą, pobiec w stronę szykującego się na kolację Mulcibera.
Nazywa się Łajka.- Powiedziała cicho ani myśląc się z doboru imienia tłumaczyć. Sam przecież opowiedział jej tą historię.- Pomyślałam, że… No wiesz… Myślałam… Wesołego Mabon, Alexandrze.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Alexander Mulciber - 05.11.2025

Alexander się szykował na Mabon, a jakże. Jego pojęcie "szykowania się" różniło się jednak od "szykowania się" w wydaniu Lorien, która miała już zapewne gotowy makijaż, włosy, wieczorną kreację... Alexander wciąż jeszcze był w podkoszulku, na który miał włożyć koszulę. Miał też na sobie, co prawda, spodnie od garnituru, ale wydały mu się wytarte, więc wybebeszył wnętrze szafy w poszukiwaniu bardziej wyjściowej pary. No tak, w Mulciber Manor pozostawił w większości ubrania albo nazbyt swobodne, albo przesadnie wręcz eleganckie. Resztę swoich rzeczy trzymał przecież w mieszkaniu, które spłonęło. Nie zdążył obstalować sobie nowej garderoby. W końcu na drzwiach szafy zawisła jednak nieco zbyt formalna jak na jego gust szata, przypominająca frak. Nie żeby przesadnie różniła się od tego, co zwykł nosić na co dzień, a jednak konserwatywny krój kamizelki kojarzył mu się z ojcem, który znajdował upodobanie w podobnych strojach. A niech będzie i tak, pomyślał, zobojętniały. Nikt nie zarzuci mu przynajmniej, że traktuje rodzinne zobowiązania bez należytej powagi. Bo przecież zamiast wysuszyć lekko wilgotne włosy, leżał rozwalony na pokrytej miękkimi dywanami podłodze, próbując rozczytać własne, pomazane notatki na marginesach wysłużonego wydania Speculum Samsarae.

Praca czy może przyjemność? Dla Alexandra nie było różnicy.

Ranek spędził jednak zaszyty przed wszystkimi w gabinecie ojca, gdzie dokończył w spokoju lekturę miesięcznych raportów z działalności rodzinnej firmy. Zauważył, że coraz lepiej idzie mu przedzieranie się przez zawarte w nich zawiłości. Wciąż potrzebował do tego skupienia. A dzisiaj... Dzisiaj trudno było mu się skupić. Martwy zwykle dom może i nie ożył, ale wydawał się jak gdyby nieco mniej martwy. Myśli Alexandra zajmowała zbliżająca się kolacja z okazji Mabon. Na początku sceptycznie podszedł do zaangażowania Scarlett, która wyraziła zainteresowanie organizacją rodzinnego spotkania. Nie zamierzał jednak spragnionemu rodzinnego ciepła dziewczęciu wzbraniać miejsca przy domowym ognisku. Rolą kobiety było stać na straży tego ognia, podtrzymywać jego płomię, a Scarlett wchodziła przecież w ten wrażliwy wiek, w którym dziewczęta zaczynały przeobrażać się w kobiety. Zamiast przyjęć dla lalek, zaczynały organizować bale charytatywne, albo, tak jak w przypadku Lorien: zamiast na pozorowanych procesach wydawać wyroki śmierci na magiczne figurki z kolekcji Alexa, zasiąść przychodziło im w ławach Wizengamotu, gdzie można się było bawić się dalece ciekawszym zabaweczkami. Takie, które roniły prawdziwe łzy, czuły prawdziwy ból. Dokładnie tak jak dziewczynki, gdy stawały się kobietami.

Niech Scarlett ma swoją kolację, pomyślał, sięgając po małe, czarne zwierciadełko, z którego często wróżył. W niczym nie przypominało monumentalnej, czarnej tafli potrójnego lustra przekazanego mu przez matkę. To byłoby tak, jak gdyby przeciwstawić morskiej głębinie płyciznę kałuży. Nie, niewielkich rozmiarów lusterko bardziej było podobnym do wypolerowanego kamienia, wyślizganej przez wodę skały, którą morze wyrzuciło na brzeg. Na wpół leżący pośród rozrzuconych na podłodze poduszek Alexander ustawił je jednak w taki sposób, aby mogło odbijać jaskrawe jesienne słońce, którego resztki chowały się właśnie za horyzontem. Jego promienie raziły go w oczy, ale Alexander wpatrywał się w nie, starając się nie mrużyć powiek. Starając się nie mrugać. Przez chwilę wyobrażał sobie, jak idzie przez zalane słońcem wrzosowisko, ale wiedział, że musi iść dalej. Dalej, tam gdzie rósł wrotycz, maciejka i mniszek. Dalej, aż do...

Ocknął się, posłyszawszy pukanie do drzwi. Od razu wiedział, że to Lorien. Nie wiedział, jak doszedł do tego wniosku, po prostu wiedział, że za drzwiami czeka na niego właśnie siostra. Odłożył na bok lusterko i porzuconą książkę, która wciąż otwarta, spoczywała do tej pory na jego piersi, a potem przymknął zmęczone oczy, ucisnąwszy kciukiem nasadę nosa.

Proszę, wejdź – wyrzekł, po czym uniósł się nieco na poduszkach, pan na swym barłogu, na audiencję nieprzygotowany, ale przecież nie była to zwykła audiencja. W końcu zapraszał do siebie Lorien. Spłynęła na jego ramię niby ptaszyna, jak gdyby Mulciber Manor było dla niej gniazdem uwitym z gałęzi, traw i pierza. Powtykałby w nie kłaki wydarte z futer dzikich zwierząt, niesione przez wiatr liście, byleby poczuła się bezpieczną. Spodziewał się, że zechce porozmawiać o kolacji. Wciąż pół siedząc, pół leżąc, czekał więc, aż Lorien zasiądzie na podłodze u jego boku. Może złoży głowę na jego piersi, może oprze się o ramię... Ale tego, że poliże go po policzku, nie spodziewał się.

Otworzył oczy.

Z jego gardła wydostał się zduszony śmiech, jak gdyby nie dowierzał temu, co widzi. Przytrzymał delikatnie puchatego szczeniaka, który radośnie popiskując, witał się z nim, trącając ręce i twarz wilgotnym noskiem. Podniósłszy się do siadu, Alexander przesunął dłonią wzdłuż psiego grzbietu, zatapiając palce w miękkiej sierści. "Nazywa się Łajka", równie miękko oznajmiła Lorien. Alexander skinął tylko głową. Potargał aksamitne uszy szczeniaka, jedno z nich urokliwie przyklapnięte. Aż trzęsły się z ekscytacji, podobnie jak i ogon, który wciąż pozostawał w ruchu. Gdyby nie to, pewnie i na nim wywiązano by pasującą kokardę, pomyślał z rozczuleniem, pozwalając przytulić się do siebie rozemocjowanemu zwierzątku.

"Wesołego Mabon, Alexandrze."

Wyciągnął wolną rękę w stronę Lorien, jak gdyby prosił, żeby podeszła bliżej. Nie podnosząc się z podłogi, przyciągnął ją do siebie i przytulił. Nie był w stanie wydusić z siebie żadnych słów. Jeszcze nie. Po prostu chciał, żeby była blisko.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Lorien Mulciber - 12.11.2025

- Dlaczego ty jesteś jeszcze nie gotowy?- Zapytała nagle, dopiero teraz dostrzegając wilgotne po prysznicu włosy człowieka, którego lubiła określać mianem swojego brata. Brat. Smakowała w myślach to słowo.
Zarówno teraz jak i całkiem niedawno, gdy leżała w Mungu, a wyjątkowo upierdliwa pielęgniarka kazała jej zaktualizować kartę pacjenta. Na nic przekonanie, że “niewiele się zmieniło”. Trzeba i już. W końcu bezmyślnie w rubryczce “osoba do pierwszego kontaktu w razie wypadku” wpisała Alexandra. Potem to skreśliła. Wpisała Anthony’ego. Musi być członek rodziny. Przekreśliła znowu ku wyraźnemu niezadowoleniu pielęgniarki. Wpisała ojca. Usłyszała, że to musi być osoba na stałe przebywająca w kraju. Skreśliła znowu. Pielęgniarka wyrwała jej na wpół wypełniony formularz i wręczyła kolejny. Wpisała więc Basiliusa. Nie, nie może być magomedyk. Skreśliła. Pielęgniarka pokrzyczała, pokrzyczała i sobie wreszcie poszła. Więc Lorien znów wpisała Alexandra. Emergency contact. Też coś. Ale baba nie musiała wiedzieć, że jej brat nie postawi nogi w Mungu, a równie dobrze mogła wpisać pierwszego lepszego znajomego albo Ministrę Magii.

Ułożyła dłonie na biodrach. Kolacja coraz bliżej, a ten leżał rozwalony i… co on w ogóle robił. Nieważne. Puściła psa, żeby przywitał się z nowym panem.
- Scarlett na razie wyszła. Obiecała, że się nie spóźni.- Powiedziała dokładnie tym samym tonem, którego używa do składania raportów przed Wizengamotem.- Widziałam się też z Philomeną, ale zamknęła się w swoim pokoju. Myślę, że nie ma co jej przeszkadzać…
Podeszła do szafy, na której pewnie służba zawiesiła odprasowaną szatę wyjściową Mulcibera. Przypominała jej… Duncana. To było miłe. Nagle poczuła się odrobinę lepiej ze swoją decyzją. Pogłaskała ostrożnie miękki materiał.
- Ostatni raz cię widziałam w takiej szacie na Yule w… ‘58? Pamiętasz, na przyjęciu świątecznym w Ministerstwie Magii. Pamiętam jak ojciec stwierdził, że jest z ciebie szalenie elegancki kawaler.- Zaśmiała się ciepło. Jej wzrok uciekł do lustra na drzwiach szafy. Miała podobne w pokoju, ale zasłoniła je jednym z prześcieradeł. Nawet teraz trudno było jej patrzeć na swoje odbicie.
Ale teraz patrzyła. Na swoją kościstą, drobną sylwetkę, ukrytą pod miękkim materiałem szlafroka. Od szamotania się psa, jedno z ramion osunęło się prezentując materiał jedwabnej chemise. A skoro miała ją na sobie, to znaczy że miała też już ciasno zawiązany gorset. Ale nie zwracała uwagi na swój ubiór. Ani nawet na loki, wystylizowane przez wyjątkowo zdolną służącą w miękkie fale, czy fakt, że brak makijażu ujawnił jej cienie pod oczami i siateczkę popękanych naczynek na policzkach. Przynajmniej mogła podarować sobie ich pudrowanie różem.
Lorien patrzyła na szczupłe dłonie, na drobne pierścionki, które dziś wybrała. Czekała kiedy zobaczy liszaje i kości. Zamrugała. Ale nic się nie zmieniło. Za to kątem oka dostrzegła jak Alexander wyciąga w jej stronę dłoń.

Uniosła kąciki ust. W porządku, mogli tu jeszcze chwilę poczekać. Nacieszyć się ciszą przed kolacją.
Podeszła. Splotla ich palce razem, przysiadając na poduszkach obok brata. Pozwoliła się przytulić. Oparła wygodnie głowę o jego pierś i skupiła się na Łajce, która uznała, że dwoje ludzi to lepiej niż jeden człowiek i dopadła do Lorien, z całych swoich psich sił próbując polizać Lorien po twarzy
Przesunęła lekko drżącymi palcami po karku psiny. Gest czuły i ostrożny. To nie tak, że nie lubiła psów. Lubiła. Może nie tak jak koty, ale lubiła. Po prostu… Zbyt często widziała ojca udającego się na polowanie z wiernymi wyżłami przy boku, czy też powracającego z niego ze zdechłymi bażantami i przepiórkami przytroczonymi do końskiego boku, by podskórnie nie czuć przed nimi respektu. Nawet takimi uroczymi jak to szczenię.
Łajka oparła się przednimi łapkami o jej brzuch, machając ogonem tak radośnie, że raz po raz trafiała w Alexandra.
- Mam coś jeszcze…- Ton się zmienił. Wyciągnęła z kieszeni małą fiolkę pełną charakterystycznego eliksiru - gęstej mazi podobnej do błota, w której leniwie pływały pęcherzyki powietrza. Eliksir wielosokowy. Dobrej jakości sądząc po kolorze i strukturze.- Daj tu coś jej a przez dwie godziny mogę udawać. Umiem udawać.- Zacisnęła nerwowo palce na przedramieniu, drapiąc jedną z ranek po ostatniej przemianie. Niewiele potrzeba było, żeby strupek zmienił się w krwawą papkę. Skubała dalej, czując tkwiące pod skórą pióro.- Pomyślałam, że tak po prostu ucieszysz babkę. Ona na pewno wolałaby, żeby pojawiła się tu Loretta niż ja.
Ciężko powiedzieć co było bardziej przerażające - spokój z jakim to mówiła czy fakt, że sama zdawała się wierzyć w swój pomysł. A może to, że nawet na moment nie przestała głaskać szczeniaka, nie chcąc pokazać po sobie żadnych głębszych emocji.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Alexander Mulciber - 12.11.2025

Na pytanie dlaczego nie jest jeszcze gotowy, Alexander tylko wzruszył ramionami. Bo co mógłby jej powiedzieć? Wymówki na temat pracy zbyłaby śmiechem, a gdyby zaczął opowiadać jej o tym, że szczątki hinduskiej wiary w Sansarę przetrwały wśród cygańskiej braci w symbolice kołowrotu życia i śmierci, chociaż ich przodkowie z terenów współczesnych Indii wywędrowali w nieznane blisko tysiąc temu... Nie. Wystarczyć musiało obojętne wzruszenie ramion. "Jasnowidz nigdy się nie spóźnia, nigdy nie jest też zbyt wcześnie", powiedział jej kiedyś wyniośle. "Jasnowidz przybywa wtedy, kiedy ma na to ochotę". Czy to nie było właśnie przed przyjęciem z okazji Yule w pięćdziesiątym ósmym? Śmiał się, gdy ze złości pociągnęła go wówczas za krawat, zmuszając do pośpiechu. Za chwilę jednak zapomniała o dąsach, i poprawiała wiązanie krawata tak, aby prezentował się jak najlepiej w towarzystwie ministerialnych urzędasów.
A choć Alexander normalnie skrzywiłby się paskudnie na wspomnienie bycia nazwanym "szalenie eleganckim kawalerem", zbyt pochłonięty był teraz obecnością Łajki, aby zareagować w jakikolwiek sposób na słowa Lorien. Skinął tylko głową, na znak, że przyjmuje do wiadomości przyniesione przez nią wieści. Wciąż nie mógł bowiem dobyć z siebie głosu. Nie był wzruszony, po prostu... Nie był przywiązany do żadnego z psów swego świętej pamięci ojca, które miały swoje kojce w psiarni, schowanej pośród zabudowań gospodarczych. Lubił do nich zaglądać, a kiedy tylko mógł, chadzał z nimi na długie spacery po otaczających dom wrzosowiskach. A jednak wiedział, że to nie jego zapachu szukają, gdy nosami trącały wyciągniętą ku nim dłoń.

Dziękuję.

Alexander zanurzył twarz we włosach zasiadłej obok Lorien, przez chwilę po prostu chłonąc jej zapach. Oddychając nim, w powolnym rytmie wdechów i wydechów, od których raz to wznosiła się, raz opadała jego klatka piersiowa. Wreszcie ucałował głowę którą Lorien oparła o jego pierś. Lubił, gdy była... Taka. Przytrzymał szczenię z delikatnym wyczuciem, pohamowując nieco psią afektację. Zdawał sobie sprawę, że Lorien nie do końca pewnie czuje się w towarzystwie psów. Potrzebowała zaufania, że nagle nie kłapną na nią zębami. Chociaż szczeniak zdawał się mieć raczej łagodne usposobienie, wiedział, że będzie musiało minąć trochę czasu, zanim Lorien odważy się potarmosić go za uszami tak jak robiła z Kopernikiem.

On też miał dla niej prezent. Nie planował go dawać przed kolacją, a jednak... "Mam dla ciebie coś jeszcze", padło. Alexander uśmiechnął się, patrząc na Łajkę opierającą się łapkami o brzuch Lorien. "Ja też", chciał odpowiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach tak samo, jak zamarł uśmiech. Ledwie chwilę przed tym, jak Lorien wyciągnęła z kieszeni fiolkę wypełnioną eliksirem wielosokowym.

Wysłuchał jej w milczeniu.

Robiła wszystko, żeby na niego nie patrzyć. Ale Alex patrzył tylko na nią, przedłużając zaległe między nimi milczenie, zdawałoby się, w nieskończoność. Milczał... W końcu jednak pochwycił bezceremonialnie dłoń Lorien, delikatnie, acz stanowczo powstrzymując ją przed dalszym skubaniem poznaczonej drobnymi rankami skóry przedramienia.

Zostaw.

Prosta komenda. Prawie jak dla psa. Wydana łagodnie, a jednak głos, który ją wypowiedział, zdawał się nie znosić sprzeciwu.

Puścił wtedy dopiero, gdy nabrał pewności, że rzeczywiście mu się nie sprzeciwi.

Dlaczego tylko na dwie godziny, mógłby zakpić z niej okrutnie. Zażartować jej kosztem, tak jak i ona żartowała jego kosztem. Powinnaś załatwić zapas, który wystarczyłby nam na całą noc. Niegdyś wypaliłby to bez zastanowienia. Naciskałby na nią, chcąc, aby poczuła się ze swoją propozycją tak samo podle, jak czuł się z nią on. Podobałoby ci się to, prawda? Gdybym nazwał cię swoją żoną. Może jeszcze wziął do swojego łóżka. Tego chcesz, Lorien? Żebym cię zerżnął w mojej dziecinnej sypialni, z naklejkami w kształcie gwiazd przyklejonymi do sufitu? Gdyby powiedział, że układają się tak samo jak gwiazdy, na które razem patrzyli w Rumunii, czy uwierzyłaby mu na słowo, czy musiałby jej rozkazać głosem pana na Mulciber Manor?

Alexander westchnął.

Myślisz, że to ucieszyłoby babkę? A może ucieszyłoby to mnie. Czy zrobiłabyś to, gdyby ucieszyłoby to mnie? Czy zrobiłabyś to, gdyby ucieszyłoby to ciebie? Nie, nigdy ciebie. Przecież wszystko co robisz, robisz dla rodziny. Chociaż... Któż cię tam wie. Któż bowiwm mógłby cię przejrzeć, Lorien Mulciber? Przecież umiesz tak dobrze udawać. Czy cieszyłabyś się z tego? Czy udawałabyś, że się cieszysz? Czy udawałabyś, że się nie cieszysz...?

Alexander oparł na ręku głowę, która nagle zdała mu się tak ciężką, jak ciężkie były bazaltowe rzeźby Olmeków z Mezoameryki, mające wyobrażać głowy królów. Spuścił oczy, zapatrzywszy się na Łajkę, która zaczęła gonić własny ogon.

A może to ja powinienem wypić, pomyślał, wciąż z tym samym upiornym spokojem. Może to ja powinienem wypić, żebyś mogła mieć wreszcie swojego Donalda.

Jakiej reakcji się spodziewałaś, mówiąc mi to wszystko – spytał spokojnie, nie racząc nawet spojrzeć na Lorien. Nie było groźby w jego słowach. Nie było w nim gwałtowności. Alexander zdawał się być w pełni opanowany. A jednak coś niewypowiedzianego zawisło między nimi, gdy zacząć bawić się jak gdyby od niechcenia kosmykiem włosów siostry. – Chciałaś mnie wesprzeć czy zawstydzić? Hm? Wyjaśnij mi, proszę. – Cicha monotonia jego głosu, który był niewiele głośniejszy od szeptu, zdawać się jej mogła niemal kojącą. – Miałem być gniewnym...? Czy raczej wdzięcznym?


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Lorien Mulciber - 13.11.2025

Pamiętała to Yule jak przez mgłę.
Zniekształcone, utracone z biegiem lat wspomnienie z którego zachowały się pojedyncze sceny. Pamiętała to, że padał śnieg a praktycznie przed samym wejściem do Ministerstwa rozstawiono jarmark bożonarodzeniowy. To że prawie się spóźnili. To że wtedy jeszcze byli nierozłączni. I to, że niedługo potem ją zostawił, żeby ruszyć w świat studiować wróżbiarstwo i pić z cyganerią.
Rozstania i powroty były nieodłączną częścią ich życia. Gdy obecność zastępowała ucieczkę, mogli tylko odliczać. Mogli mieć siebie dzień, miesiąc, rok. Ale w końcu któreś i tak ruszało w swoją stronę.

Nie odpowiedziała na ciche “dziękuje”, ale pozwoliła się przytulić. To wystarczyło.
Nawet podsunęła się wyżej, by było mu wygodniej. Ostatnio coraz częściej taka była. Jak kot, który wreszcie przyzwyczaił się do właściciela. Zmęczona - zasypiała na kanapie w salonie grzejąc się przy cieple kominka, a Alex był zawsze blisko. Wspólne posiłki stały się rutyną. Nawet się rozpakowała, z dna kufra wyciągając stare jaśminowe perfumy. Jej ulubione.
Teraz zamiast złotego flakonika trzymała w dłoniach fiolkę eliksiru.

- Zostaw.
Zareagował szybko, ale nie dość szybko. Zdążyła wydłubać ostrymi pazurami zapodziane przy przemianie pióro. Lepkie od krwi brudziło jej palce, a później poduszkę, na którą zostało opuszczone. Ale cofnęła rękę, beznamiętnie patrząc na ranę i zaczerwienioną skórę. Bolało. Ale to dobrze.
Nie szarpała się, nie próbowała wyrwać. Po prostu zamarła. Przestała skubać w momencie, gdy wydał komendę. Bo przecież to była komenda prawda? Nie prośba, nie braterskie polecenie. Komenda jak do upartej suki. Co następne? Siad? Zostań? Zdechł pies?

Mógłby zakpić, ale cóż kpiną swoją by uzyskał? Nie chciał znać odpowiedzi na wiszące od tak dawna w powietrzu pytania. Nie. Wolał dokarmiać swoje fantazje o nazywaniu siostry żoną w bezpiecznym zaciszu umysłu. Nie patrzyła na niego, obracając buteleczkę w palcach. Słuchała. Bo dobra siostra powinna słuchać.
- Chciałam ci pomóc.- Odpowiedziała. Głowę nadal miała wspartą o pierś Alexandra.- Ona nie chce tu mnie. Chce jej. Wiesz o tym.- Oparła brudne od krwi palce o policzek, by przymusić Alexandra do spojrzenia w dół. Przytrzymała je na ustach czarodzieja, by powstrzymać go od przerwania tego co ma do powiedzenia.- Wróciłam do domu, bo mnie o to prosiłeś. Wróciłam do życia, które nigdy nie było moje, bo tego chciałeś. Wróciłam dla ciebie, chociaż to wciąż boli. Wróciłam tu doczekać ostatnich dni, a potem…- Musiała przerwać na chwilę. Nie płakała, ale nie chciała dzisiaj myśleć o własnej śmierci. To miał być taki miły wieczór.
- Powiedziałeś, że jestem Panią na Mulciber Manor, ale to nie jest prawda. Nic tu nie jest moje. Rodzina nie jest moja, wrzosowiska nie są moje, sen nie jest mój. Mogłeś to zmienić lata temu - nie zmieniłeś. Odebrali mi nawet prawo do bycia panią w kamienicy w Londynie, a ja dla ciebie będę znosić przez cały wieczór towarzystwo człowieka, który za to odpowiada.- Wreszcie opuściła dłoń. Ułożyła ją wygodnie na wysokości brzucha, przez moment oddychając głęboko. Na tyle na ile pozwalał gorset.- W oczach babki Loretta jest wszystkim tym czym ja nigdy nie będę. A ty w gruncie rzeczy wiesz, że ma rację. Powinna być tu. Ona, nie ja. I tego nic nie zmieni, Alex. Więc skąd wstyd? Skąd gniew? Chciałam ci dać tylko to co wybrałeś.

Łajka swojego ogona nie złapała i szalenie ją to sfrustrowało. Szczeknęła raz czy dwa, padała na ziemię popiskiwaniem próbując zwrócić na siebie uwagę.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Alexander Mulciber - 14.11.2025

Tak jak zmęczony pies ciężko opiera pysk na swym człowieku, tak Alexander oparł swój policzek o dłoń Lorien, gdy ta zmusiła go, żeby na nią patrzył. Do milczenia nie musiała go zmuszać. Wcale nie zamierzał jej przerywać. Milczał posłusznie, chcąc usłyszeć wszystko, co miała mu do powiedzenia. "Rodzina nie jest moja", powtórzył w myślach słowa, które padły między cichymi skomleniami proszącego o uwagę psa. "Wrzosowiska nie są moje, sen nie jest mój."
Ktoś to już kiedyś powiedział.
Może w innym miejscu, może w innym czasie. Nie siedzieli wtedy pośród miękkich poduszek, na przykrytej grubymi dywanami podłodze pokoju Alexandra, lecz na zimnych płytkach łazienki Agnes Delacour. Lustro ponad ich głowami zamiast gasnącego jesiennego słońca, które barwiło horyzont ciepłą czerwienią, odbijało zgniłozielone światło lamp, zimne i nieprzyjazne. "Nic nie jest tu twoje", ostro rzuciła mu wtedy w twarz. "Nic tu nie jest moje", mówiła teraz miękko, wtulona w jego pierś. Ale jeżeli nic tutaj nie należało do niego, i nic nie należało do niej... To do kogo należało to wszystko?

Wciąż milcząc, patrzył przed siebie pustym wzrokiem zawieszonym w przestrzeni, próbując poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał.

Myślałem, że chcesz tu być ze mną – powiedział powoli – tak samo jak ja chcę być tu z tobą.

Proste słowa, więc czemu wypowiedzenie ich na głos zajęło Alexandrowi tak wiele czasu? A gdy już wybrzmiały, brzmiały przecież tak dziecinnie. Jak gdyby był dzieckiem, które pyta, dlaczego nikt nie chce się z nim bawić, głupim i naiwnym bachorem, beczącym, że nikt go nie lubi. Jak gdyby był porzuconym na poboczu bezdomnym psem, który zdążył jednak poznać ciepło domostwa. Kochankiem, który nie umie pogodzić się z miłosnym zawodem. "Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie". A potem stawiała na piedestale babkę, która nie była jej babką. Lorettę, której nigdy jej nawet nie przedstawił. Nawet zdanie Richarda zdawała się cenić wyżej. Bo to, że życzeniem Alexandra było mieć ją obok siebie, nigdy nie było dla Lorien wystarczającym.
Jego "ale ja ciebie tutaj chcę", nie mogło równać się z jej "ale babka mnie tutaj nie chce". Być może gdyby nie próbowała sprezentować mu eliksiru wielosokowego, zdołałby rozładować napięcie żartem. "Philomena prędzej zauważyłaby twoją nieobecność niż moją obecność", zażartowałby. Żaden żart nie był jednak w stanie przedostać się przez zaciśnięte boleśnie gardło.
"Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie".
Kiedy Alexander stał się jej przykrym obowiązkiem? Jej osobistym "leż i myśl o Anglii"? Przecież chciał, żeby była tutaj szczęśliwa. Szczęśliwa aż do samego końca, nieważne, kiedy ten koniec miałby nastąpić. Myślał, że zabierając ją do domu, da jej to wszystko. Rodzinę, uspaną pośród portretów. Wrzosowisko, po którym hulał wiatr. Samego siebie, zawsze gdzieś obok.

Jeśli tak bardzo nie chcesz tu ze mną być, powinnaś była zamiast eliksiru wielosokowego przynieść amortencję – wyszeptał Alexander, niemal wbrew sobie. Niemal. Nie wiedział, co go podkusiło, aby to powiedzieć na głos. Nie, sprzeciwił się sam sobie. Wiedział. Powolnym, starannie odmierzonym ruchem poprawił szlafrok zsuwający się z ramienia Lorien. "Nic tu nie jest moje", mówiła, zasmucona. "A ja?", mógłby spytać Alexander, jak gdyby nie był już wystarczająco żałosnym.
Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich? – spytał cicho. – Podzielilibyśmy się buteleczką. Wypili prosto z gwinta. Uczucia są prawdziwe, więc wystarczyłoby na znacznie dłużej niż dwie godziny, wiem to. Recenzowałem wiele prac przeglądowych na ten temat. Wystarczyłoby kilka kropel do wina, i... – Na powrót spuścił głowę, aby móc spojrzeć prosto w oczy Lorien. – Wypiłbym. Słyszysz? Wypiłbym. A gdybyś chciała, wypilibyśmy razem. – W głosie Alexandra słyszeć dało się zmęczenie. Zmęczony był błędami, jakie popełnił, a jednak nie mógł żałować ich popełnienia. – Może wtedy wreszcie poczułabyś się chciana. Nie żebym cię osądzał. Niektórzy potrzebują do tego amortencji. Inni... Inni po prostu biorą sobie psa.
Alexander wziął na ręce szczenię podarowane mu przez Lorien, obracając je tak, aby móc spojrzeć prosto w wielkie, psie oczy. Miłość, jaka mieszkała na ich dnie była prosta. Niewymagająca. Prawdziwa. Bogowie, jak on by chciał tak kochać. Tak prosto, tak prawdziwie.
Albo żonę – dodał, na chwilę tracąc panowanie nad głosem, który załamał mu się, jak gdyby na powrót stał się gówniarzem.

Przytulił policzek do miękkiej sierści Łajki, która zaczęła lizać go po nosie.

Twój prezent znajduje się w szufladzie biurka. Pierwsza od góry po prawej stronie. Miałem nadzieję sprawić ci tym przyjemność. Chciałem powiedzieć po kolacji, gdybyś w trakcie rodzinnego spotkania... Gdybyś wciąż miała wątpliwości co do swojego miejsca w moim życiu.

Normalnie biurko pozostawało zamkniętym: Alexander dbał o zachowanie poufności w stosunku do przechowywanej tam dokumentacji, pilnując, aby nikt inny nie miał dostępu do jego najbardziej prywatnych zapisków. Gdyby jednak Lorien zdecydowała się zajrzeć do wspomianej szuflady, nie napotkałaby oporu ze strony wiekowego zamka. Szuflada otworzyłaby się z przeraźliwym skrzypieniem nienaoliwionych prowadnic, ujawniając Lorien swą zawartość. Osobiste dokumenty Alexandra. Klucz do starego barku stojącego w ojcowskim gabinecie. Kilka wypolerowanych kostek zwierząt, w których wyryto dziwaczne symbole. Gdyby nie to, przypominałyby zwykłe kości wykorzystywane w grach hazardowych.

Nie one miały przyciągnąć jej uwagę.

Na samym wierzchu szuflady leżał prezent dla Lorien. Wykonany z grubego, czerpanego papieru folder, oprawny w czarną skórę. Starannie przewiązany wstążką o głębokim, kobaltowym odcieniu niebieskiego. Wewnątrz, Lorien mogła znaleźć... Wizytówkę. Niewielki kartonik koloru kości słoniowej z nazwiskiem wytłoczonym obok symbolu przypominającego znak herbowy.

L. L. Sargent della Francesca
portrecista

"Et creaverunt dii hominem ad imaginem suam: ad imaginem deorum creaverunt illum."

Na odwrocie wizytówki zapisano czas i miejsce pierwszej sesji. Widać Alexander pozwolił sobie wstępnie umówić spotkanie.

Wnętrze folderu było wyściełane czarnym aksamitem. Eleganckie, w twardej oprawie,  wypełnione zostało kartami, na których odbito reprodukcje prac włoskiego portrecisty. Jego nazwisko nie było powszechnie znane szerszej publiczności, pozostawało jednak cenionym w kręgach artystycznych. Pomiędzy kolejne karty portfolio wsunięto cienkie, półprzezroczyste niemal arkusze pergaminu, które miały za zadanie zabezpieczać prezentowane prace przed uszkodzeniem. Portrety. Tylko portrety. W większości wykonane techniką olejną na płótnie. Warstwy farby, nabudowywanej jedna na drugą, niczym pofragmentowane wspomnienia. Kolorystyka była powściągliwa. Zgaszone błękity, tony umbry i ochry, ciepłe połyski karminu w skórze. Każde płótno tchnęło życiem, tym nieuchwytnym drżeniem, które pojawia się w translacji pamięci na materiał trwalszego medium. Styl artysty zdradzał wrażliwość i dyscyplinę kogoś, kto przeszedł klasyczne szkoły, lecz świadomie wymykał się wytyczonym przez nie ramom. Widać było tych pracach obsesję na punkcie prawdy, uchwycenia nie tylko ulotnej impresji pierwszego wrażenia, lecz i czegoś głębszego, kłębiącego się pod powierzchnią.
W każdym ze skreślonych ręką artysty wizerunków można było dostrzec echo malarstwa dawnych mistrzów. Ale było w nich coś więcej. Nie tylko dlatego, że wydawały się osobistymi. Była w nich czułość. Potworna czułość artysty próbującego zatrzymać w płótnach ludzi, których nie chciał utracić.

Na samym dnie folderu znajdował się surowy szkic Lorien, wykonany węglem na podstawie starego zdjęcia. Obok niej, jak gdyby po namyśle, wyrysowano wątły kontur męskiej sylwetki.

Wesołego Mabon, Lorien.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Lorien Mulciber - 25.11.2025

Czy można umrzeć na złamane serce? Każdy magomedyk stwierdziłby, że nie. To głupota. Serce jest mięśniem, a mięśnie mają to do siebie, że mogą się naciągnąć, nadwyrężyć, zerwać ale nie złamać. Więc dlaczego, kiedy patrzył w ten sposób, Lorien czuła, że jej serce rozpada się na setki kawałeczków.
Wpatrując się w zmęczoną twarz brata, przełykając każde kolejne pytanie jak łyżkę piołunu.
Kiedy stał się taki… nieobecny? Pusty. Obojętny na wszystko.
Kiedy z człowieka stał się prorokiem, który widział już wszystko, więc nic co ludzkie nie miało prawa go interesować?
Kiedy i ona stanie się tylko echem przeszłości, którą porzuca się na rzecz przyszłości?

Nic tu nie jest twoje. Nic tu nie jest moje.
Gdyby zapytał do kogo to wszystko należy - odpowiedziałaby mu. Odpowiedź była przecież na wyciągnięcie rąk. Jej - na której błyszczała noszona z przyzwyczajenia obrączka; jego - z ciążącym na palcu sygnetem dziedziców. Wszystko należało do duchów.
Miałkich, nieistotnych, martwych.
Nie miała już nawet sił płakać, gdy wreszcie się odezwał. Okazywanie uczuć było trudne, skomplikowane; jej umysł przeżarty mocnymi dawkami eliksirów uspokajających - otępiały i nieporadny w chwilach, gdy do głosu dochodziły stłumione emocje.

- Jesteś okrutny.- Powiedziała tylko, nieświadoma wręcz swojej własnej hipokryzji. Nie rozumiała czego od niej żąda. Jak jeszcze ma okazać, że ze wszystkich miejsc na świecie - wybrała bycie u jego boku. Zrobiła to. Podjęła decyzję. Została w domu jak na posłuszną siostrę przystało.  Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, drżąc ni to z zimna, ni z przejmującego żalu.- Wracam do ciebie każdej nocy, a ty we mnie nadal wątpisz.
Jej głos łamał się płaczliwie. Nienawidziła tego. Nienawidziła, gdy przez ludzko brzmiące tony przebijał się ptasi skrzek. Cichy, rozpaczliwy, przypominający dlaczego to wszystko było tylko iluzją życia.
Jakież to było łatwe mówić, że chce się jej szczęścia i mówić to w ciszy zamkniętych czterech ścian, gdy publiką byli śniący przodkowie. Ofiarować jej odosobnienie, ciszę i samego siebie tak długo jak świat nie patrzył.
Czym w gruncie rzeczy różniła się zamknięta i opustoszała łazienka Agnes Delacour od sypialni Pana na Mulciber Manor. Niczym. W każdym przypadku grali przed pustymi rzędami krzeseł widowni, która nigdy nie dostała na spektakl zaproszenia.
Nie miał prawa dziwić się, że stawia na piedestale kobietę, której słowo w tej rodzinie było prawem. A gdyby kazała ci mnie odtrącić, zrobiłbyś to? czystokrwistą dziewuchę, której nie musiała znać, żeby jej nienawidzić Gdyby przybyła na twój próg, w zgodzie z tradycją nie mógłbyś jej oddalić. Ona byłaby tu Panią. człowieka, który nienawiść do niej przekuł w kluczową część swojej osobowości. Jest krwią z twojej krwi. Co zrobiłeś by wiedział, że jestem równie mu ważna?
Gdy napisał z prośbą, aby wróciła do domu - zrobiła to. Porzuciła piękne włości w Little Hangleton, by zamieszkać wśród wrzosowisk i duchów, w sypialni, która przynależna jej była od dziecka.

Jej twarz przypominała woskową maskę, gdy mówił dalej. Nie przerywała mu. Nie poruszyła się. W pewnym momencie nawet przestała mrugać - po prostu wpatrywała się w niego z bólem, którego nie próbowała nawet ukryć.
Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich?
Dla kogo? Dla kogo byłoby to prostsze? Dla niego? Wreszcie nie musiałby się ukrywać, bo po co się ukrywać, skoro wystarczy zwykłe “to wina eliksiru”. Dla niej? Bo choć wiedziałaby, że wszystko jest kłamstwem, byłoby kłamstwem tak czułym, że skłonna byłaby uwierzyć choć na chwilę w swoją miłość?
Wypiłbym.
Czego spodziewał się spoglądając w dół? Co chciał tak naprawdę dostrzec na jej twarzy? Ulgę? Radość? Zrozumienie? A może złość?
Zamiast tego, Lorien po prostu… się odsunęła.
- Nie potrzebuję Amortencji, żeby wiedzieć, że cię kocham. Nie potrzebuję jej, żeby wiedzieć, że jestem gdzie powinnam być.- Jej głos był zimny. Podniosła się na łokciach i objęła chudymi ramionami kolana. Spuściła wzrok na swoje własne pokryte bliznami i rankami dłonie.- Sądziłam, że choć trochę ty… Nieważne.
Otarła szybko wilgotne od łez oczy. Idiotka.
Nie chciała wstawać po prezent. Nie chciała w tym momencie absolutnie niczego co miało jakikolwiek związek z Alexandrem Mulciberem. W ogóle nie powinna była tu przychodzić.
Weź sobie psa. Weź sobie żonę. Spłodź dziecko nokturnowej kurwie. Rób co tylko chcesz. Utop się w tej pieprzonej amortencji, skoro tylko tak jesteś w stanie ze mną być.
Ale jeszcze bardziej nie chciała być w zasięgu jego rąk. Więc podniosła się powoli; na drżących nogach w końcu dotarła do biurka. Słowa Alexandra docierały do niej tak naprawdę piąte przez dziesiąte - nie potrafiła poradzić sobie z natłokiem myśli. Emocje były przerażające. Emocje były zabójcze.
Dlatego przysiadła na krześle, próbując zachować namiastkę kontroli nad samą sobą. Wdzięczność nigdy nie była jej mocną stroną.
Może dlatego czekała dłuższą chwilę, żeby otworzyć folder. Drżącymi dłońmi rozsupłała wstążkę. Pewnie w innej sytuacji zażartowałaby, że właśnie taki potrzebowała do pracy, bo akurat skończyły się w Dziale Zaopatrzenia, ale… nie teraz. Teraz w milczeniu wyciągnęła wizytówkę. Przeczytała ją raz. Kolejny. Odwróciła, patrząc na wypisaną datę, jakby ta miała zdradzić cokolwiek więcej.

Zaczęła kartkować prace. Jedną za drugą, z odpowiednią troską odsuwała półprzeźroczyste bibułki. Oglądała kolejne portrety jak wprawny kolekcjoner zastanawiający się która dusza jest warta licytowania na aukcji. W końcu natrafiła na swój szkic.
- Matce by się spodobał.- Powiedziała cicho. Może zbyt cicho, żeby to usłyszał, ale to nie miało żadnego znaczenia.-Wyglądam tu dużo młodziej.
Przesunęła palcami po swoim odbiciu, próbując powstrzymać płaczliwy skrzek i pociąganie nosem. Wciąż nie odwróciła się z powrotem w stronę Mulcibera. Wiedziała, że jeśli teraz się odwróci, może zapomnieć o kolacji. Nie chciała być sama. Nienawidziła, kiedy był tak daleko. Dlaczego go tu jeszcze przy niej nie było?!
- Dlaczego to robisz?- Zapytała jeszcze czując jak głos jej się łamie jak dziecku.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Alexander Mulciber - 25.11.2025

Ja wcale nie wątpię. Pomyślałem po prostu, że ty chciałabyś... Nie wątpić. Nie przeszkadzałoby mi to, jeżeli miałoby w jakiś sposób... – Oblizał przyschnięte wargi, nie kończąc zdania. Nie, nie tak, nie brzmiało właściwie... – Wypiłbym, jeżeli... – Alexander odetchnął głęboko, próbując odzyskać panowanie nad sobą. – Po prostu myślałem, że chciałabyś mieć pewność – powiedział w końcu. Bo przecież amortencja dałaby Lorien pewność, której tak bardzo potrzebowała. A jeżeli chodziło o Alexandra... Czy amortencja zmieniłaby wiele? Nie był przecież swoim ojcem. "Uczucia są prawdziwe", czy nie tak powiedział? Gdy dowiedział się, że ojciec od lat miesza amortencję z winem, aby zatrzymać matkę przy sobie, był zdruzgotany. "Dlaczego", pytał wciąż, nie dbając o to, że podnosi głos. Pierwszy raz w życiu krzyczał w obecności ojca, domagając się od niego odpowiedzi, której nigdy jednak nie uzyskał. "Dlaczego", pytała teraz Lorien. Być może bardziej niż do ojca podobny był jednak do swej matki. Bo on nie pytałby "dlaczego". On po prostu by wypił.
Chciałem ci pomóc – powtórzył jak echo słowa, które wcześniej wyszeptała wtulona w niego Lorien. Wciąż przytulała się do niego, ale nieważne jak blisko by nie była, czuł, że zaczyna się oddalać coraz bardziej. Przestały go wreszcie prześladować sny o martwych ptakach, znajdowanych w gniazdach uwitych pośród wrzosowisk, w gęstwie traw i kamieni. Teraz uciekały zanim zdołał je pochwycić. Zostawiały za sobą piosenki, których nie zdążył zapisać, nieważne, jak pilnie uczył się, jak to robić.
Wypiłbym, bo wiem, dlaczego to wszystko zrobiłaś. Dlaczego przyniosłaś ten eliksir. Nie winię cię za to. Wiem, że to przez to, co powiedziałem w Rumunii. Że kiedy... Kiedy... Kiedy brałem... Czułem się... – Pokręcił głową, gwałtownie, czując, jak coraz bardziej uciekają mu słowa. Jak zawsze, gdy poruszali się wokół tematu, którego wstydził się tak straszliwie, że nie był w stanie mówić o nim wprost.
Urywane zdania. Ucięte myśli. Blizny poukrywane pod zaklęciami. Czasem wciąż wyobrażał sobie, że budzi się po to tylko, żeby wziąć kolejną działkę. Poczuć to znowu. Ostatni raz, na pożegnanie. Przypominał sobie o tym mijając znajome uliczki na Horyzontalnej. Wsiadając do windy, w której jechał ktoś w kitlu uzdrowiciela. Wpadało mu to do głowy, gdy przeglądał korespondencję, wypadało, gdy odbierał kolejny list. Myślał o tym leżąc w wannie, marząc o rozlewającym się w ciele błogim zamroczeniu opiatów. W snach szukał żyły, w którą mógłby wpuścić zrobioną naprędce szprychę. Budził się z tych snów zlany potem, z drżącymi rękoma, które nie utrzymałyby strzykawki. Nie brał. Nie brał od czasu śmierci ojca. Przysiągł na jego pamięć, że przestanie. Ale pokusa zawsze gdzieś tam była. Gdzieś z tyłu głowy. Alexander akceptował jej obecność. Ignorował ją. A jednak przyznanie się na głos, że pokusa zostanie z nim aż do końca, przerastała jego możliwości.
Nie każ mi tego powtarzać, proszę – wyszeptał. – Nie chcę. Nie chcę do tego wracać. – Siedział wciąż na podłodze, chowając twarz w sierści psa, który uspokoił się nieco w ramionach mężczyzny. –  Wiem, co myślisz, Lorien. W porządku. Wiem. Myślisz – wyszeptał — że to nie jest dla mnie prawdziwe, jeżeli nie jestem czymś napierdolony.
Nie mógł na nią patrzeć.
Czyż nie kochałem ich wszystkich najlepiej, gdy byłem napierdolony?
Nie chciał podnieść głowy, mamrotał więc pod nosem. Monotonny monolog, który wyrzucał z siebie, jak gdyby nie mógł przestać: gdy zaczął mówić, zdawał się bowiem mówić bez końca.
Jedną tłoczysz w żyłę, żeby jakoś przetrwać. Z drugiej pociągasz od czasu do czasu, jak z gwinta butelki, żeby poczuć smak na języku. Przypomnieć sobie, że nie zawsze był suchy i skołowaciały. Trzecią pogrywasz jak kartami, nieważne, że przegrywasz. Przecież masz tyle różnych talii pochowanych po kieszeniach, z którąś na pewno się poszczęści. – Nie przestawał delikatnie tarmosić psa za uszy. – Myślałaś, że nie potrafię inaczej? Że nie umiem kochać bez tego? Bez dragów, bez alkoholu, bez kart? W porządku, Lorien. W porządku, naprawdę. Rozumiem. Kto by tak nie pomyślał. Wszyscy tak myślą. Może coś w tym jest. Może macie rację. Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Wiedziałaś, że mugole w policji szkolą swoje psy, żeby szukały narkotyków? Może tak mnie wyszkolono. Może to właśnie zapach, za którym podąża mój nos. – Łajka. Dobry pies. Szukaj. Wciąż pachnę Lorien, co? – Chyba nie zdawał sobie nawet sprawy, z tego co mówi, bo mówił nieprzerwanie, a jednak głos jego był spokojny, dziwnie odległy. – Zastanawiałem się, czym pachniałaby moja amortencja. – Łajka, szukaj Lorien. Szukaj pani. – Czy smakowałaby jak mieszanka wszystkich moich ulubionych trucizn? A może nie czułbym w ogóle smaku, tylko upojenie? Nie winię cię, że zastanawiałaś się, czy umiem kochać tylko pod wpływem.

A potem Alexander wypuścił psa, pozwalając mu podbiec do Lorien, a sam wreszcie podniósł głowę. Oczy miał lekko zeszklone, a jednak wydawał się obecnym. Był obecny. Wciąż z niedosuszonymi włosami, z twarzą pomazaną resztkami śliny psa i krwawymi smugami palców Lorien, odciśniętymi na policzku.

A jednak kochałem cię bez tego, prawda? – Głos zadrżał mu znowu. – Więc dlaczego myślisz, że potrzebuję eliksiru wielosokowego? Do czego miałbym go potrzebować, Lorien? – Żeby rozmyślać o tym, jak bardzo był rozjebany, gdy był ze swoją żoną? Jak wiele razy sięgał z nią dna? Jak obsikał się, myśląc, że idzie do łazienki, a tymczasem nawet nie wszedł do domu, nie dał rady się teleportować, a schody na klatce przerosły jego możliwości. A może siedząc na rodzinnej kolacyjce miał myśleć o tym jak nie mógł nawet postawić chuja, żeby przelecieć Lorettę, której zaczynało brakować cierpliwości? Jak miał urojenie, że Loretta jest Ambrosią, a Ambrosia jest jedną z martwych kurew z Kościanego, bo był tak naćpany, że nie rozpoznawał twarzy, więc musiał wyjść z jej sypialni, z mieszkania, bo czuł, że zaraz się porzyga?

Nie, nie oczekiwał od Lorien odpowiedzi na zadane przez siebie pytania. W milczeniu przyglądał się, jak przewraca kolejne strony konspektu z portfolio, który przygotował portrecista. Potrzebował czasu, żeby się uspokoić, podobnie jak i Lorien. Zgarnął więc podłogi książkę, i małe zwierciadełko, które wcześniej odłożył na bok, zanim zbliżył się do biurka, przy którym przysiadła jego siostra, z Łajką łaszącą się do jej nóg. Ukucnął przy krześle, aby móc być blisko niej, ręką wspierając się o podłokietnik.

To moje ulubione z twoich zdjęć – powiedział cicho. – Powiedziałem mu, że cenię sobie jego prostotę. Piękno tkwi w detalu. Chciałem zobaczyć, czy jest wystarczająco wrażliwym na piękno, żeby je dostrzec. Wystarczająco uważnym, żeby je namalować. Wystarczającym, żeby cię uchwycić. Ten twój półuśmiech. – Alexander nachylił się lekko, aby przesunąć palcem nad portretem. – Może nie sięga warg, ale widać, że uśmiechasz się oczami. Sposób, w jaki poruszasz brwiami. – Niespodziewanie dotknął środka jej czoła jedną ręką, unosząc się nieco na nogach, gdy postawił na biurku przed Lorien malutkie, czarne lusterko: drugą ręką manewrował lustrem tak, aby zrozumiała, co ma na myśli. Przycisnął nieco jedną brew, jak gdyby przewidywał, że zaraz ją zmarszczy. Wydawał się ignorować zapłakaną twarz. – Nie są tak ściągnięte, gdy nie walczysz z czymś w środku. Wtedy twoje spojrzenie wydaje się łagodniejszym. – W lusterku mignęło jedno ciemnokobaltowe oko Lorien. Łzy wiszące na rzęsach, ciężka powieka. Ta sama, którą zraniła różdżką w łazience Agnes Delacour, kiedy znalazł ją przed lustrem. – Niemal spokojnym.

Odłożył lusterko wierzchem do dołu, a potem delikatnie ujął Lorien za rękę.

Będę zaszczycony, gdybyś zdecydowała się mieć mnie obok siebie na swoim portrecie. Nawet jeśli ze mną obok będzie o wiele brzydszy.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Lorien Mulciber - 27.11.2025

Gdyby uczucia były tak proste, że wystarczyłoby kilka kropli Amortencji, żeby wreszcie mieć pewność… Nie robiłaby tego Donaldowi. Nie trzymałaby się rozpaczliwie myśli, że jest w stanie kontrolować serce i obsesję człowieka zawieszonego na granicy życia i śmierci. Nie spędzałaby czasu przy jego łóżku, bardziej zaznajomiona ze stanem czarodzieja niż jego własna żona. Ale uczucia nie były proste; Alexander tak często porównywał się do porzuconego przy drodze psa, że nie dostrzegał kto przez tyle lat czekał w samotności na progu.

Czyż nie kochałem ich wszystkich najlepiej, gdy byłem napierdolony?

Słuchała go w milczeniu, ale choć słowotok zdawał się płynąć wprost z strutego żalem serca, to jednak ona nie mogła pozbyć się myśli, że to wszystko jest niesprawiedliwe. Nie mogła go osądzać. Nie miała do tego prawa. Bo przecież nie zmienił się, aż tak bardzo od czasów, gdy to z nią szwendał się po kasynach Prewettów zawsze obstawiając czerwone. Nie. Alexander zawsze lubił tanie kobiety w drogiej biżuterii i fakt, że spowiadał się przed nią jak przed Bogiem ze swoich słabości, wcale tego nie zmieniał. Bo go znała. Znała go zbyt dobrze, żeby wiedzieć, że w gruncie rzeczy przeżył swoje życie tak jak tego chciał.

Wiem dlaczego to zrobiłaś.
Nie. Nie wiedział. Myślał, że rozumie, ale przecież gdyby rzeczywiście chciała odsłonić jego najgorsze przywary. Gdyby faktycznie chciała zniszczyć tą farsę przyniosłaby inny włos. Jaśniejszy. Ale tu chodziło o rodzinę. Zawsze chodziło o rodzinę. O poświęcenie, które była gotowa ponieść przyjmując na krótką chwilę twarz pani na Mulciber Manor. O konsekwencje wyborów, które Alexander bez mrugnięcia okiem podjąłby takie same.

Kochałem cię bez tego, prawda?
- Kochałeś?- Powtórzyła pytanie. Nie patrzyła w jego stronę, nawet kiedy podszedł bliżej.
Miałeś piętnaście lat, żeby mi to powiedzieć, ale wolałeś latać po świecie, kiedy ja siedziałam tutaj, w Anglii. A gdy wróciłeś - nie wróciłeś dla mnie. Nie wróciłeś do mnie. Pozwoliłeś żebym wyszła za Roberta i jedyne na co się zdobyłeś to głupi list i kwiaty, które wybrała Diana. Ze wszystkich osób - o n a. Wolałeś czekać aż mój mąż umrze. Czy naprawdę potrzeba było, żeby jakiś idiota mnie prawie zamordował, żebyś mnie wreszcie zabrał do domu? Choć myśli kołatały się w głowie, nie odezwała się słowem. Bo na pytania mogłaby dostać odpowiedź. Nie oczekiwała odpowiedzi. Znała ją.
Po prostu przeglądała kolejne obrazy, jakby próbowała zgadnąć uchwycone weń historie ludzi, których nie znała. Czy ktoś kiedyś tak spojrzy na jej obraz? Oceniając kunszt artysty, przyglądając się palecie kolorów. Jakie wspomnienia będzie musiała oddać, żeby dzieło stało się prawdziwe, gdy ona sama nie wiedziała co jest prawdą, a co nie.

Nie chciała patrzeć na swoje odbicie. Nie chciała widzieć łez, cieni pod oczami, zaczerwienionej, zniszczonej skóry i jasnej, niemal niewidocznej blizny pod lewym okiem - pamiątki po tamtym wieczorze. Ona ją widziała. Zawsze.
Ale posłusznie utkwiła spojrzenie we własnej twarzy. Oczywiście, że chciała zmarszczyć brwi, kiedy dostrzegła pierwsze zmarszczki w kącikach ust. Nienawidziła ich. Nienawidziła każdej niedoskonałości. Ciało mogła ukryć pod długimi rękawami i szatami, ale twarz? Matka od razu widziała. Od razu krytykowała.
- To zdjęcie zrobili tuż przed moim wyjazdem do Jordanii. Wtedy jeszcze siedziałeś w Rumunii z tym całym Don Vasylem, a o moją rękę zabiegał całkiem spory tłumek adoratorów.- Zaśmiała się cicho, nieszczerze, przełykając kolejne łzy.
Ale decyzja została podjęta. Nie chciała kontynuować tej rozmowy, nie chciała siedzieć tu i udawać, że spóźniony o piętnaście lat prezent wymaże wszystkie grzechy i nagle sprawi, że “kocham cię” będzie bardziej prawdziwe. Chciała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść bez niszczenia całego świata i palenia wszystkiego co udało się odbudować. Przecież byli rodziną. Rodzinie się nie odmawia. Nie ma wartości wyższej niż rodzina.

Odłożyła wreszcie folder na biurko. Musiało minąć trochę czasu nim wreszcie zebrała się w sobie. Minuta, dwie.
- Przepraszam cię.- Wydusiła wreszcie z trudem, krztusząc się żółcią zazdrości i smutkiem.- Za eliksir. Nie chcę, żebyś do tego wracał…- ale wiem, że i tak to w końcu zrobisz. Wiedzieli przecież, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Gdy będą razem siedzieć wieczorami przy kominku nieważne czy czytając książki, grając w warcaby (bo przecież szachy są dla smutnych nerdów bez przyjaciół) czy próbując zrozumieć zasady nowej mugolskiej karcianki (“Oczywiście, że mogę położyć +4 na +4, chuj mnie obchodzi, że w instrukcji jest inaczej”). Czy wtedy sięgnie po Amortencje? Gdy jej już zabraknie i zostanie tylko…
Spuściła wzrok. To nie było proste. Rozedrgane ciało uspokajało się jednak stopniowo. Mógł poczuć jak trzymana dłoń przestaje wreszcie drżeć. Nie cofnęła jej, ale też nie splotła ich palców razem. Po prostu pozwoliła się trzymać. Tyle musiało wystarczyć.

Więc... uśmiechnęła się. Tak jak lubił, tym półuśmieszkiem, który sprawiał, że w jej policzkach pojawiały się małe dołeczki. Ale uśmiech nie obejmował oczu. Do tego nie potrafiła się zmusić.
- Dobrze, że jestem ładna za nas dwoje.- Powiedziała niemal z dziecinną przekorą, odwracając się w jego stronę. W oczach wciąż błyszczały łzy, ale przynajmniej już nie kliwiła jak ranny ptaszek.- Na pewno nie będziemy tak brzydcy jak pra pra babka stryjeczna Hindergilda. Wiesz ta co ją namalowali ze wszystkimi trzema podbródkami, tą wielką, owłosioną kurzajką na nosie i… Och, Alex.-  W końcu, przekręciła się w fotelu tak, by móc go objąć za szyję i wtulić twarz w jego szyję. To czy się Mulciber nałyka przy okazji jej włosów miało drugorzędne znaczenie. Podobnie zresztą jak to, że zaraz z krzesła się zsunęła wpadając na niego całym swoim ciężarem godnym niewyrośniętego skrzata domowego.

Nie obchodziło jej, że wylądowali znowu na podłodze. To nie ona przecież przywaliła plecami skądinąd w miękki dywan. Wyprostowała się na drżących z wysiłku ramionach spoglądając przez chwilę w dół na jego wychudzoną, zmęczoną używkami twarz. A potem… pochyliła się z powrotem, żeby ucałować go w oba policzki. Zignorowała smak psiej śliny i własnej krwi.
- Gracie, Alessandro.- Zaszczebiotała, znów na granicy szlochu. Nienawidziła być blisko. Musiałą być blisko.- Gracie…
Podskakująca obok radośnie Łajka, podłapała, że to czas na czułości, więc wpakowała się między nich. Polizała Alexandra po nosie. Poszczekiwała radośnie, tak bardzo spragniona atencji. Lorien ostrożnie wyciągnęła jedną rękę, drapiąc szczeniaka za uchem.
- Muszę już wracać. Obiecałam, że pomogę twojej mamie upiąć włosy.- Twojej mamie. Nie Selinie. Nie cioci.
Odsunęła się kawałek, poprawiając swój szlafrok. Szkoda tylko, że spojrzeniem znów uciekła gdzieś w bok.


RE: [22.09. | przed kolacją Mulciberów] Good girl. Wait. Stay. - Alexander Mulciber - 21.12.2025

Wciąż cię kocham – odpowiedział, zanim zmusił się, żeby spojrzeć znów na Lorien. Odwrócona do niego półprofilem, wpatrywała się jak urzeczona w leżący na jej kolanach album. Ale Alexander wpatrywał się tylko w jej twarz. W drżeniu lekko rozchylonych warg Lorien widział wyrzut. Wyczekiwał, aż wykrzywi je grymas obrzydzenia. Aż w przeszklonych wciąż łzami oczach dostrzeże pogardę. Bo przecież ją zawiódł. Wciąż zawodził, i nie mógł nawet użalać się nad sobą z tego powodu. Już było za późno na żale. A jednak nie chciał, żeby przez niego płakała. Jakkolwiek samolubna była jego miłość, nie chciał nigdy, żeby płakała za jego przyczyną.

Z głową wspartą o jej ramię, wsłuchiwał się więc w intencje siostry, czekając, aż się odezwie. Aż wspomni o Jordanii. O smutnych świątyniach pośród piasków. Być może każdy człowiek miał takie miejsce, za którym zawsze będzie tęsknić, nieważne, ile lat minęło. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, nie była to nigdy tęsknota za miejscem. Bo Alexander nie tęsknił za Rumunią, lecz za człowiekiem, którym był przed Rumunią. Gdy wadliwy świstoklik wyrzucił ich przed paroma tygodniami daleko od nizin Walachii, wystarczyło, że zanurzył palce ziemi, żeby wiedzieć, gdzie jest. Nie umiał się modlić, nie był bowiem wierzącym, ale modlił się wtedy, gdy siedzieli nocą pośrodku pola, patrząc w gwiazdy. "Mogłabym tak żyć", powiedziała mu wtedy Lorien, zabierając z jego bark smutek, który ciążył mu tak straszliwie. Słowa, które prześladowały go tygodniami, a może latami, bo przecież tyle razy powtarzał sobie, że jego życie wciąż jeszcze może się zmienić, wciąż może jeszcze wyglądać inaczej. Zmarnowałem tak wiele czasu, pomyślał Alexander. Gdybym tylko mógł, oddałbym go tobie. Wtedy mu powiedziała. Powiedziała mu, kiedy nastąpi koniec. Nigdy nie miała wiele czasu, ale nagle to było tak, jak gdyby nie miała go wcale. Potrafiłby przecież uczynić ją szczęśliwą. Choćby tylko przez chwilę, jak wtedy, w kraju jego przodków, pośród kwitnących wrzosów. Tyle było chwil, które warte były dla niego więcej niż wieczność. Ale wieczność była zbyt długa.

Wieczność nigdy nie była dla nich.

Wysłałem ci co miesiąc pocztówki, żebyś o mnie nie zapomniała. Każda z innego portu, jak od męża za wielkim morzem – przypomniał delikatnie, poddając się narzuconemu przez Lorien biegowi rozmowy. Nie chciał przecież przypominać o milczeniu, które zbyt często zalegało między nimi, gdy zaczął nadużywać. Nie, Rumunia już nie należała do tych wspomnień. Chciał wspominać Lorien w kolorowej sukience, zepsuty traktor, cygańskie przyśpiewki i gwiazdy nad ich głowami. – Ależ byłem zazdrosny. – Uśmiechnął się pod nosem, co prędzej mogła poczuć, niż zobaczyć, bo Alexander wciąż opierał się o jej ramię. Czuł jednak, że Lorien powoli się uspokaja.

"Przepraszam cię. Za eliksir. Nie chcę, żebyś do tego wracał..." Alexander pokręcił głową, jak gdyby powiedziała coś bardzo niemądrego. Na początku nic nie odpowiedział na jej przeprosiny. Odgarnął tylko z twarzy siostry włosy czułym gestem, odwzajemniając jej uśmiech, gdy zaczęła mówić o jakiejś Hindergildzie.

Nie pamiętam nawet, która to – szepnął konspiracyjnie, wiedząc, że wywoła tym u niej zniecierpliwione prychnięcie, ale i cichy chichot. Nieważne, jak silnie wtłaczano Alexandrowi do głowy genealogię jego rodu, ten zawsze odmawiał uznania swych korzeni. Cóż mogła obchodzić go jakaś prapraprababka stryjeczna? Z Lorien może i nie łączyły go bliskie więzy krwi, chociaż przez babcię był spokrewniony z Crouchami... Ale przecież byli rodziną.

Zaśmiał się, gdy go wycałowała. Tym samym  beztroskim śmiechem, który znała tak dobrze. Śmiech nie pasował do oblicza Alexa. Wydawał się zmieniać całą jego twarz, zmuszając do pracy tak rzadko używane mięśnie. Wyglądał wtedy młodziej. Wyglądał wtedy bardziej jak chłopak, którym był kiedyś. Jak gdyby szykował się do opowiedzenia żartu z sobie tylko znaną puentą. Po tym uśmiechu przyczajonym na kpiącej, ale przystojnej przecież twarzy pozostały już tylko wspomnienia. Alexander był mężczyzną zmarnowanym życiem i właśnie tak wyglądał.

A jednak wciąż potrafił się śmiać. Jego śmiech miał w sobie coś ze szczekania psa, a może to ujadanie szczęśliwej Łajki mieszało się z tym śmiechem. W końcu jednak obśliniony i obcałowany Alexander wypuścił Lorien z objęć, a potem podparł się lekko na rękach, półsiedząc na podłodze.

"Obiecałam, że pomogę twojej mamie upiąć włosy."

Zostaw swoje takie, jakimi są – poprosił cicho, wyciągając ramię, jak gdyby chciał pomóc wstać Lorien. Uniósł jednak delikatnie jej podbródek, przyglądając się uważnie jej twarzy. Kciukiem potarł wciąż jeszcze mokry policzek, ścierając z niego łzy. Czy gdy dotknie portretu siostry, poczuje pod palcami ciepło jej skóry? Gdy nachyli się bliżej, czy poczuje utrwalony w płótnie oddech, pokryte werniksem życie? – Wyglądasz tak bardzo ładnie – dodał, po czym puścił jeden z jej loków, który nawinął delikatnie na palec.

Podniósł się, aby wręczyć Lorien prezent, który spoczywał wciąż na blacie biurka. Konspekt należał przecież do niej. Obwiązał go na powrót kobaltową wstążką, zanim przekazał go w ręce siostry, jeszcze na chwilę przygarnąwszy ją do siebie ramieniem.

"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."

Wzdragał się długo przed podjęciem tej decyzji, ale gdy ją podjął, wiedział, że nie ma już ucieczki. Uległ Lorien. Podarował jej w prezencie portret, miejsce w rodzinnej galerii, którego pożądała tak długo. To nie była jednak zwyczajna galeria. To był grobowiec. Alexander nigdy nie chciał zawisnąć na ścianach rodowej galerii, tak jak i nie chciał być pochowanym w grobie wykopanym w cmentarnej ziemi. Wyobrażał sobie, że zgodnie z cygańskim obrządkiem, jego ciało strawi ogień, a prochy uniesie wiatr... Teraz już wiedział, że pochłonie go woda. Wizja jego śmierci przyszła do niego we śnie. "Pomyśl, że to sen", szeptały niemal czule portrety, gdy próbował z nimi rozmawiać. Alexander nigdy nie chciał mieć swojego portretu. Nigdy nie chciał zostać zamkniętym w obrębie portretowych ram, pośród pogrążonych w wiecznym śnie portretów swych przodków. Zbyt przytomnych, aby odejść, zbyt martwych, aby żyć. Gotów był oddać Lorien swoje miejsce na ścianie, jeżeli tego sobie życzyła, a jednak...

Nie bez powodu chciał być na tym portrecie wraz z nią.

Wciąż myślał o wiszących niegdyś w salonie ślubnycj portretach swych rodziców. Mąż i żona wisieli niegdyś obok siebie, ramię w ramię, a może rama w ramę. Dzieci nie powinny osądzać rodziców. Alexander nie chciał osądzać swojej matki. Nie chciał osądzać swojego ojca... A jednak go osądzał. Osądzał go tylko o jedno.

Ojciec nie pomyślał o tym, że obrazy można w każdej chwili przewiesić.

Alexander przewiesił je po jego śmierci. Powiesił je w osobnych pokojach. Portret Duncana Mulcibera zabrał do swojego gabinetu, byle daleko od portretu matki, którą ojciec przez lata poił amortencją. Portret Seliny Ayers pozostawił nad kominkiem w salonie, z towarzyszącym mu wymownym przejaśnieniem na ścianie w miejscu, gdzie wcześniej wisiał portret ojca. Służbie kategorycznie przykazał, żeby pod żadnym pozorem nie ruszała portretów. Nikt nie śmiał sprzeciwić się mężczyźnie ogarniętemu żałobą. Nie gdy w tle rozbrzmiewały wrzaski Seliny. Przerażającym było jej zwierzęce zawodzenie, którym po powrocie z pogrzebu wybuchła na widok portretu swego zmarłego męża. Alexander nie wiedział, czy matka nie poznaje ojca, czy... Właśnie go poznaje. Nie wiedział, co było gorsze.

Alexander nie chciał osądzać swojego ojca, ale osądzał go od lat za każdym razem, gdy patrzył w oczy swojej matki. A jednak nie chodziło tutaj o niego. Nie, Alex po prostu nie chciał, żeby mama musiała cierpieć. Nie chciał, żeby popadła znowu w tę straszliwą histerię, gdy rwała włosy z głowy, na przemian to płacząc, to śmiejąc się. Minęły już czasy, gdy biegała po domu, ogarnięta niezrozumiałym strachem, a może szałem, wywrzaskując na głos cygańskie egzorcyzmy, jak gdyby kto ją opętał. Czy uczynił to gwałt na jej duszy czy na ciele? W ciągu pierwszych miesięcy po śmierci ojca często nocował w domu, bo tylko on miał wystarczająco cierpliwości, żeby uspokoić rozhisteryzowaną matkę. A może udawało mu się to tylko dlatego, że Selina Ayers czasem myliła go ze swoim zmarłym mężem.

Najgorszym było chyba to, że za nim tęskniła.

Że on też, mimo wszystko, za ojcem tęsknił.

Gdy przechodził obok salonu, jego spojrzenie od razu kierowało się w stronę pustego miejsca na ścianie. Odkąd sprowadził się do Mulciber Manor, stale zastanawiał się, czy nie przenieść portretu ojca z powrotem na miejsce. Być może nie powinien osądzać małżeństwa swych rodziców... Być może popełnił błąd, myślał, patrząc na matkę, która często wpatrywała się pustym wzrokiem w puste miejsce w ścianie. Gdy zwracał spojrzenie na jej portret, rozumiał, że jest po prostu samotna.

Osądzał ojca tylko dlatego, że ten nie pomyślał o wspólnym portrecie. Alexander pomyślał o wszystkim. Nawet o tym, co stanie się, jeśli dosięgnie go klątwa matki. Jeśli to on na widok portretu Lorien zacznie kiedyś krzyczeć.
Nieważne, kto przyjdzie po nich, czy przyszli mieszkańcy Mulciber Manor kierować się będą troską, czy pogardą. Nie przewieszą ich do innych pokojów. Nie rozdzielą ich. Będą musieli zniszczyć obraz, pociąć płótno, niszcząc nieodwołalnie jego magiczne właściwości.
Nie zostawią jej na ścianie samej.
A nawet jeżeli zacznie krzyczeć, będzie krzyczał jak ptak. Będzie krzyczał, dopóki Lorien nie przyleci do niego na swych wilgowronich skrzydłach. Dopóki nie spłynie miękko na jego ramię, i nie odmieni się z powrotem. Już się nie odmienię, śpiewała mu z łzami w oczach, ale przecież wiedział, że jeżeli nie zaśpiewa mu kobieta, zaśpiewa mu ptak.

"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."

Ucałował czoło Lorien.

Zobaczymy się na kolacji.

Koniec sesji