Secrets of London
[26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi (/showthread.php?tid=5292)

Strony: 1 2 3


[26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 31.10.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VII



„Bębny, bębny w głębi. Nie możemy się wydostać. Cień porusza się w ciemności. Nie możemy się wydostać. Idą.”


Stuk, stuk, bam. Mniej-więcej tak zaczęło się to popołudnie, gdy rozłożyły się z Brenną w salonie na kanapach i stoliku, w tym gąszczu roślin, które Victoria tutaj u siebie trzymała. Błękitny Kwiatuszek wlazł do donicy rozłożystej areki i zwinął się na ziemi dopasowując do kształtu, mruczał tam zadowolony ze swojego życia, za to mała czarna Luna, której chyba zaczęły wypadać mleczne zęby, ciamkała z zawziętością rąbek koszuli Victorii, która nie zwracała na to większej uwagi (zresztą lepiej tak, niż jakby obgryzała papiery, z którymi się tutaj z Brenną okopały). Victoria starała się to stukanie ignorować, miała wrażenie że już to zresztą kilka razy słyszała, i może i miała przebłyski tego, co wyczyniał tutaj w lipcu i sierpniu pewien bardzo upierdliwy Poltergeist,  ale przecież Berth go przepędził… no i okolica była przecież zamieszkana, widziała jak do kamienicy obok wprowadza się nowy lokator. W ciągu tego miesiąca była zresztą w mieszkaniu dość mało – pracy było w cholerę, zwłaszcza tuż po Spalonej Nocy, no i… nie mieszkała tu przecież sama. Primrose nic jej nie zgłosiła, skrzatka domowa też o niczym nie wspominała (ale może myślała, że to ktoś stąd i wolała się nie narażać?), Sauriel, który po stracie swojego domu wolał czasami siedzieć w jej piwnicy, niż wrócić do Rookwoodów, też się nie skarżył… Stuk, stuk, bam. Odgłosy nie ustawały jednak i po którymś razie Lestrange złożyła papiery i wprost zapytała Brennę, czy znowu tylko ona słyszy dźwięki, czy może panna Longbottom też dostąpiła tego niewątpliwego zaszczytu…

I tak właśnie wylądowały na krótkiej wycieczce po sąsiadach, żeby dowiedzieć się, że nie, u nich nic nie stuka. Potem przeszły się spacerkiem po okolicy – równie bezowocnie (czy raczej… źródło tego stukania zdawało się znajdować gdzieś blisko mieszkania Victorii), aż w końcu ponownie znalazły się w kamienicy, tym razem na parterze.

Stuk, stuk, bam.

– Przysięgam, że jeśli to znowu jakiś skurwiały Poltergeist wrzucony tu przez pieprzonego Thorana Yaxleya, to go znajdę i… – nie dokończyła, ale można było sobie bardzo łatwo wyobrazić, co Victoria mu zrobi jak go złapie.




RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 31.10.2025

Na początku Brenna zachowywała się, jakby nie słyszała dźwięków.
Po części miało to związek z tym, że Victoria na nie nijak nie zareagowała i Brenna zaczęła się zastanawiać, czy to nie jest coś, co tkwi tylko w jej głowie. Może jakiś uboczny efekt kuracji u hipnotyzerki, która sprawiła, że Brenna wreszcie przestała wpadać w skrajną panikę na widok ognia – ale wciąż od czasu do czasu miała jeszcze różne zwidy, które ponoć miały przejść „wkrótce”? I z których powodów wolała na wszelki wypadek dziś jeszcze przeglądać te stosy dokumentów na temat dostaw, aptek, odczynników zwierzęcego pochodzenia, certyfikatów i ludzi powiązanych z branżą dostawczą gdy szło o magiczne zwierzęta nie w biurze pełnym ludzi, a u Victorii. Czuła się momentami jak krasnoludy w Morii, nasłuchujące bębnów i nieuchronnego końca. Nie zaatakowały ich jednak żadne potwory, a w końcu Victoria spytała o te odgłosy… i Brenna z wielką ulgą wybrała się razem z nią sprawdzić, czy nowi sąsiedzi przypadkiem nie założyli zespołu rockowego.
– Merlinie. Yaxley – powiedziała, gdy wrócili i Victoria wspomniała o poltergeiście. Brenna jakoś o nim… zapominała. Nie była pewna czy dlatego, że Spalona Noc i wszystkie jej konsekwencje zajmowały jej głowę, czy może był to uboczny efekt jego magii. W tamtym zaułku rzucił na nią jakieś zaklęcie, przez które uwierzyła, że jest bratem Geraldine, potem usłyszała, że jest demonem, w co nie była pewna czy wierzyć, a potem…
…potem zapomniała o nim aż do momentu, gdy wspomniał o Thoranie Atreus. I później znowu nie myślała o nim, o tej istocie, aż bębny u Lestrange zaczęły robić się coraz głośniejsze, przywołując na myśl nie tak dawną przygodę…
– Wątpię, czy to kolejny poltergeist, skoro Flint się go pozbył, ale musimy wszystko przeszukać, bo cholera, nawet nie wiem, od czego zacząć? Pamiętasz, jak mówiłam, że znalazłam Thorana pobitego i zachowywał się dziwnie, i że pamiętam ze szkoły? Okazało się, że ja go wcale nie znam. On w ogóle nie chodził do Hogwartu. Ten drań mnie zauroczył. W ogóle wyszło na to, że to żaden Yaxley, hipnotyzował ludzi i podawał to nazwisko. Może wkurzał cię celowo, bo przy oklumencji nie mógł wepchnąć ci do głowy, że jest twoim najlepszym przyjacielem? Do Brygady wpłynęły jakieś tam zgłoszenia w jego sprawie, ale wychodzi na to, że znikł na dobre z Londynu i Anglii. Jeżeli znowu gdzieś tu wrócił albo zostawił coś w okolicy po sobie... to może być paskudne – wyliczyła, a jej spojrzenie wędrowało wzdłuż ścian. Tak, kratki wentylacyjne były pierwsze na liście do sprawdzenia. – Od czego zaczynamy? Klatka schodowa? Piwnica? Bo chyba do środka byłoby mu trudniej się dostać. Dawaj krzesło, zajrzymy do tej kratki, co ostatnio…

!Trauma Ognia

Wrzucam drugi raz, bo zjadłam kostkę


RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Pan Losu - 31.10.2025

Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...


RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 31.10.2025

Powinna się wcześniej połapać, ze te dziwne sesje stukania dochodzą z jej domu. Miała przecież na kamienicę nałożone wyciszające zabezpieczenie (bardzo się zdenerwowała podczas tego, co wyczyniał tutaj poltergeist) i póki nie miała pootwieranych okien, to hałasy nie dochodziły z zewnątrz ani na zewnątrz. Tyle że łatwo było o tym zapomnieć i teraz bliska była plaśnięcia sobie otwartą dłonią w czoło. I jednocześnie czuła też narastającą w środku złość – bo oto znowu coś działo się w jej własnym domu bez jej kontroli i aprobaty. Coś, co działało bardzo mocno na zmysły i spokój tego miejsca.

Victoria o Thoranie nie zapomniała. Być może dlatego, że nigdy nie spotkała go osobiście i nie wiedziała o jego istnieniu do momentu, gdy właściciel sąsiedniej kamienicy podał jej jego nazwisko. Dopiero wtedy kontaktowała się z Geraldine, a ona napisała jej, że to jej brat bliźniak. A ona nie znała ich tak dobrze, żeby wyczuwać podstęp… Do czasu, gdy Brenna powiedziała jej, że zna Thorana ze szkoły i jakoś nigdy wcześniej nie uświadomiła sobie, że jest podobny do innego jej znajomego – jakiegoś Sama. Więc nie zapomniała o Thoranie, ale może dlatego, że wspomnienie nie zostało w żaden sposób w jej głowę wszczepione, ani zmajstrowane – ot… usłyszała coś od kogoś i tyle. Wystarczyło, by znienawidziła gościa. Ale rzeczy, jakie Brenna zaczęła teraz mówić, wprawiły ją w tym większą konsternację, która zresztą była do wyczytania w jej twarzy.

– Ja go nigdy nie widziałam na oczy, tego całego Thorana. Nazwisko sprzedał mi właściciel tamtego mieszkania jak robiłam wywiad środowiskowy i potem Geraldine potwierdzała mi, że to jej brat. Na początku pomyślałam, że to może po prostu jakiś dalszy krewny czy coś, bo nie kojarzyłam typa. Czyli to nie był jej bliźniak?– to się robiło coraz bardziej poryte i skomplikowane. To czego on w ogóle chciał? Skąd tu był i czemu tak uprzykrzał ludziom życie? – Dægberht powiedział mi, że ten poltergeist może wrócić, bo nie złapał go do pojemnika. Żeby się go pozbyć, musiałby go spalić w ogniskach podczas Samhain – nie znała się na egzorcyzmach, ale ufała Berhtowi. I jakby nie naginać kalendarza, to do Samhain był jeszcze miesiąc – ale po prawdzie, to Victoria zdążyła o tym akurat zapomnieć, bo przez półtora miesiąca był spokój. To znaczy – przynajmniej jeśli chodziło o wycie, ryki, afrykańskie bębny inne walenie w ścianę.

Stuk, stuk, bam.

Albo – wmawiała sobie, że jest spokój.

– To chodź, wracamy do salonu – mruknęła pod nosem, ale zamiast pójść na górę, to skręciła do kuchni, skąd przechodząc do jadalni, zamierzała teleportować się na pierwsze piętro z krzesłem. I podstawiła je pod ścianą tuż pod kratką, po czym, gdy Brenna była już obok niej, zrobiła zapraszający gest dla przyjaciółki, jakby mówiła „panie przodem”.




RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 02.11.2025

– Słuchaj, to jest tak porąbane, że nawet nie wiem, jak o tym opowiadać, żebym nie wyszła na wariatkę – przyznała Brenna, która zdawała się teraz trochę rozbawiona, może trochę zmartwiona, a trochę zbita z tropu. Z jednej strony wszystko to było absurdalne. Z drugiej powracające dźwięki bębnów wskazywały na to, że Yaxley mógł znowu pojawić się w pobliżu Victorii i jeżeli wziął sobie ją na cel, mogła być w niebezpieczeństwie. Po trzecie wreszcie… próbowała ubrać to wszystko w słowa w taki sposób, aby jej historia brzmiała choć trochę wiarygodnie. Zwłaszcza w obliczu prześladujących ją w ostatnich miesiącach zwidów. A przecież nie mogła całkowicie nabrać wody w usta, skoro coś działo się przy kamienicy Lestrange. – W każdym razie jak pójdziesz przerzucać papiery, to jestem pewna, że nie znajdzie się niczego o Thoranie sprzed wiosny. Listy absolwentów, rejestrach i tak dalej… nic. I też napisałam wtedy do Geraldine i ona też mi potwierdziła, że to jej brat, ale chyba była po prostu pierwszą osobą, którą zahipnotyzował. Może dlatego przedstawiał się jako jej brat. Ten gość to… nawet brak mi określenia? W księgarni jakiś czas temu znalazłam książkę „Thoran Yaxley i Komnata Tajemnic”, i mam podejrzenia, że ją tam podłożył, bo jestem pewna, że żaden szanujący się księgarz na Pokątnej nie sprzedawałby czegoś takiego.
Brenna wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Lubiła przeglądać książkowe nowości, nazwisko Yaxyleów przyciągnęło jej uwagę, a sięgnięcie po tę książkę okazało się jednym z tych błędów, których człowiek nie powinien popełniać.
– W sumie… lepiej jeśli to wrócił ten poltergeist niż sam Thoran… – mruknęła jeszcze, gdy Victoria wyjaśniła, że Flint nie zdołał schwycić istoty do pojemnika. Spojrzenie, którym przesunęła po pomieszczeniu, było pełne podejrzliwości: jakby spodziewała się, że zza któregoś mebla zaraz wychynie duch i wzorem Irytka z Hogwartu spróbuje schwytać ją za nos, by krzyknąć „MAM TWÓJ NOCHAL”. Wredna istota bardzo lubiła robić takie żarty pierwszorocznym…
Ruszyła za Victorią, a kiedy ta podstawiła krzesło, wspięła się na nie. Była na tyle wysoka, że kratka znalazła się mniej więcej na wysokości jej oczu: tym razem jednak wyglądało na to, że jest tam pusto.
– Tu chyba nie siedzi… – powiedziała, na wszelki wypadek jednak mocowała się przez chwilę, by zdjąć kratkę, a potem przyświeciła różdżką, aby upewnić się, że nie leżały tam żadne przeklęte przedmioty, sznury albo niewielkie bębenki. Dźgnęła jeszcze różdżką powietrze, tak na wszelki wypadek, gdyby poltergeist siedział tam niewidziany, ale znów nic się nie stało. – Okay, nic. Z dziwnych miejsc, w których ludzie chowają rzeczy, których nie chcą, żeby ktoś znalazł, jak na przykład poltergeisty, przychodzi mi do głowy sprawdzenie poza piwnicy i strychu też pod wanną, pod zlewem i opukanie desek w korytarzu. Mam nadzieję, że w twoim domu nie siedzi druga Marta, bo nie chciałabym rozkręcać rur kanalizacyjnych.


RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 02.11.2025

– Chyba nie istnieje już na tym świecie żadna rzecz, w którą bym nie uwierzyła – a to również sprawiało, że nie pomyślałaby o Brennie jako wariatce, skoro nie było niczego, czego nie wzięłaby na serio. A po tym, jakie rzeczy słyszała odnośnie rzeczy, jakie robił Thoran, tym bardziej nie miała powodu, by nazywać Brennę wariatką. Uniosła wyżej brwi, gdy Longbottom mówiła o „Yaxleyu” – brzmiało równie absurdalnie, co te rzeczy, które robił ludziom wokół, znaczy, ze wszystko się zgadzało. – To, co on robił, to wyjątkowo potężna magia. Wszczepione wspomnienia, zbiorowa dezinformacja, więzienie poltergeistów, krzywdzenie magicznych stworzeń, kradzież twarzy, tożsamości. I pojawił się równie nagle, co zniknął… – bardzo jej się to nie podobało, bardzo.

– Nie wiem czy lepiej, czy równie źle – wymamrotała pod nosem, bo w obu przypadkach skutki mogły być tyleż opłakane, co losowe, jak zresztą było już widać na przykładzie Victorii. Poza tym nie bardzo rozumiała, czemu ewentualny poltergeist miałby się uwziąć właśnie na jej dom – nie miał się tutaj chyba czym karmić…? Chyba, że miał? Im więcej o tym myślała, tym bardziej robiła się zła, ale zacisnęła zęby, próbując się uzbroić w cierpliwość, której do takich istot i „kawałów” wcale nie miała zbyt dużo.

Zerkała ciągle w stronę kratki i Brenny, gdy ta majstrowała na górze w poszukiwaniu intruza. W pewnym napięciu wręcz, bo obawiała się, że zaraz usłyszy, że znowu patrzą na nią ściekłe, żółte oczy upiora – ale nie. Szyb wentylacyjny był pusty i była to tylko odrobina ulgi, bo to oznaczało, że problem leżał gdzieś indziej i jakby na zawołanie, znowu dał o sobie znać donośnym stukaniem.

– To możemy zacząć od łazienki… Tej na górze znaczy się i sowiarni, bo innego strychu nie mam. Tylko się nie zdziw, bo stojak na papier śpiewa* – ryba, jaka była, każdy mógł zobaczyć, a był to prezent od Aidana, który nie wiedział co zrobić, żeby przebłagać nieugiętą Victorię, kiedy się na niego obraziła. I tym sposobem miała w domu nowe nabytki: śpiewający stojak na papier toaletowy w kształcie ryby oraz drugą rybę, która pytała o hasło**, kiedy patrzyło się w jej rybie oko. Lestrange, która zostawiła tę drugą w salonie, nauczyła się już unikać spoglądania na to wątpliwe dzieło sztuki, ale jej koty czasami męczyły „zabawkę”, aż Victoria, albo ktoś inny, nie zamknął ryby w szafce, żeby było trochę spokoju. Teraz pyszniła się znowu na zewnątrz, ale mogła się nie rzucać w oczy tak łatwo przez liczne rośliny porozstawiane po całym pomieszczeniu.


* https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=665&pid=64404#pid64404
** https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=665&pid=64013#pid64013



RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 04.11.2025

– Granice wiary i niewiary faktycznie tak trochę się ostatnio przesuwają. Wiedziałaś na przykład, że po Pokątnej fruwa poltergeist, który zamienia kobiety w mężczyzn i odwrotnie? Tylko na dobę, ale i tak. Teraz to serio trudno odróżnić, komu odbiło, a kto mówi absolutną prawdę… – westchnęła Brenna, z jakąś formą rezygnacji, bo choćby kiedy ostatnio pewna pani zgłaszała, że okradł ją i pobił jej zmarły wujek, Brenna musiała potraktować to poważnie, niepewna, czy czarownica oszalała, czy do jej domu faktycznie włamał się metamorfomag albo wujek wygrzebał się z grobu jako ghul czy coś takiego… – Co racja, to racja. Hipnoza, forma metamorfomagii, możliwe, że legilimencja, a ten poltergeist sugerowałby… sama nie jestem pewna. Egzorcyzmy? Wywoływanie duchów? Pieczętowanie? Co trzeba potrafić robić, żeby złapać poltergeista w łańcuchy?
Uwięzili kiedyś jednego za pomocą pieczęci, ale tak jakby to było tymczasowe rozwiązanie, i nikt nie wepchnął go do klatki wentylacyjnej, wiążąc jak baleronik. Poza tym to było naprawdę… dziwne. Złapał go celowo, by umieścić w domu Victorii? A może poltergeist nawiedzał mieszkanie Thorana, ten się na niego wkurzył i sprezentował sąsiadom?
Thoran Yaxley był demonem, przemknęło przez umysł Brenny, ale to wciąż była myśl dziwna, nie chcąca jakoś zagnieździć się w umyśle, może po części przez to, że bawiono się jej pamięcią. Przymknęła na moment oczy i potarła skronie, czując nagły ból głowy i postanowiła, że chwilowo po prostu nie będzie rozmyślać za wiele o Thoranie, jego demonicznym pochodzeniu i o tym, czy na pewno pozbyto się go dość skutecznie. Musiały upewnić się, co takiego dzieje się w mieszkaniu Victorii – i czy jest z nim związane. Resztą mogła zająć się później.
Uśmiechnęła się, rozbawiona przez widok stojaka, ale nie poświęciła mu wiele uwagi, bo czekało je przeszukanie pomieszczenia. Brenna na początek ponownie wspięła się na krzesło, by sprawdzić klatkę wentylacyjną i z wielką ulgą odkryła, że ta jest pusta. Położyła się na podłodze, by zajrzeć w dziurę przy odpływie i nawet wyszeptała parę zaklęć rozpraszających, ale też niczego nie znalazła…
– Szafki też puste? – spytała, ot tak pro forma, bo gdyby poltergeist wyskoczył nagle na Victorię ze schowka na ręczniki, to pewnie ta dałaby o tym znać. Brenna dźwignęła się z podłogi i jeszcze raz rozejrzała po pomieszczeniu, ale jeżeli coś nie siedziało w rurach, to nie wiedziała, gdzie mógłby się ukryć tu poltergeist… – Okay. W sumie to się bardzo cieszę, że niczego nie znalazłyśmy, bo to byłoby bardzo... porąbane, gdyby Thoran albo poltergeist zakradał się do waszej łazienki. Sowiarnia czy piwnica? Tak sobie myślę, że gdyby coś siedziało na górze, to pewnie sowy robiłyby raban?


RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 04.11.2025

O, wiedziała. Nie przekonała się o tym na własnej skórze, ale w lipcu przyszedł do niej Laurent zamieniony w kobietę, prosząc o sukienkę i żeby go umalowała, skoro już ma tak niezwykłą okazję pobyć trochę w innej skórze.

– Taaak, wiedziałam. Spotkałam raz jego ofiarę… Dobrze, że to nie trwa dłużej i że nie trzeba kombinować z klątwołamaczami. Ostatecznie mogło być gorzej… – na przykład od tygodni można było słyszeć wrzaski, ryki i łupanie w losowe instrumenty, nie mogąc zaznać spokoju we własnym domu. – Nie mam pojęcia – odparła zresztą zgodnie z prawdą, bo nie wiedziała, jaką mocą trzeba dysponować, by uwięzić poltergeista w jednej pozycji na kilka tygodni w taki sposób, jak to miało miejsce w jej własnym mieszkaniu. – A wytrącenie abraksanom nóg w drugą stronę? Transmutacja? Translokacja? Za dużo potrafił i za mocne były te jego zaklęcia – dodała niezadowolona, przypominając sobie o biednych abraksanach u Laurenta w rezerwacie, a poszkodowanych było więcej… feniks, hipogryfy, jarczuk. I o kim nawet nie wiedziała?

Poszły więc na górę, obszukać najpierw łazienkę. Gdy Brenna sprawdzała swoją część, Victoria stukała po ścianach i otwierała szafki, patrzyła za kwiaty, by ostatecznie uznać, że jedyną obecność stanowiła tutaj ta cholerna ryba i jej obsceniczna piosenka.

– Nie zanotowałam żadnej obrzydliwej mordy – stwierdziła w końcu, pozwalając, by ostatnia szafka zamknęła się z trzaskiem i obróciła się na pięcie wokół własnej osi, zakładając ręce na biodra. – Chodź do sowiarni, to i tak obok… Cholera go wie, ostatnio moje koty nie reagowały na te hałasy – wtedy nie czułaby, że tak bardzo wariuje, bo koty były nader spokojne… Znaczy… Spokojne to za dużo powiedziane. Kwiatuszek był tu wtedy nowy, w czasie egzorcyzmu był u niej raptem tydzień, a mała Luna nie miała w swoim słowniku odpowiedniej definicji wyrażenia „uspokoić się”, bo rozpierał ją nadmiar energii. Wyszły zresztą z łazienki i Victoria już zrobiła trzy kroki w kierunku sowiarni, kiedy drzwi do innego pokoiku na tym piętrze otworzyły się i wyszła z nich skrzatka ubrana w swój schludny fartuszek i zatrzymała się, patrząc swoimi wielkimi oczami to na Victorię, to na Brennę. Zaraz złapała się za plecami, jakby kuląc się, ale nie do końca, zawstydzona, że wpadła tutaj na nie obie i wyglądała, jakby była bliska płaczu, że im przeszkodziła.

– S-s-strzałka n-najmocniej p-p-przeprasza – powiedziała, jąkając się jak zwykle. – S-strzałka nie chciała p-przeszkodzić – wymamrotała, mnąc rąbek fartuszka.

Victoria już trzymała rękę na klamce, kiedy nagle się odwróciła, słysząc piskliwy głos skrzatki domowej, którą zabrała do siebie niecałe dwa tygodnie temu z rodowej rezydencji. Była to jedna ze skrzatek, która służyła jej rodzinie odkąd pamiętała i mieszała w jej domu rodzinnym.

– Oo? Ale nic się nie stało. Sprawdzamy coś tylko. Słyszałaś może takie dziwne hałasy? Nie umiemy ustalić źródła – Victoria nie przejmowała się standardowym jąkaniem skrzatki i zresztą nie zachowywała się tak, jakby miała na nią zaraz nakrzyczeć.

– H-hałasy? – buzia skrzatki wygładziła się nagle i ta rozejrzała się na boki, jakby czegoś szukała. Albo próbowała się schować. Jedno z dwóch, po skrzatach trudno było powiedzieć. – Nie t-t-tu – zamrugała kilka razy bardzo szybko. – Z p-piwnicy. Strzałka m-myślała, że… – urwała, ale Victoria chyba wiedziała, co skrzatka sobie myślała: że to ktoś z domowników i że nie powinna się tym interesować.

Lestrange spojrzała za to przy tym na Brennę.

Z piwnicy.

One nie umiały tego ot tak ustalić, ale skrzat… Skrzaty miały w sobie zupełnie inną moc. Tylko skąd w piwnicy? Tam prawie nic nie było. Pracownia Victorii, pokój, który zajął dla siebie Sauriel i jeszcze jedno puste pomieszczenie. Może tam? Albo coś na korytarzu? Mina Victorii wyrażała wyraźną konsternację.




RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Brenna Longbottom - 05.11.2025

– Nawet myślałam, żeby zapolować na niego z egzorcystą, ale okazało się, że drań pojawia się w innych miejscach… więc niewiele to da, jeżeli może fruwać w tę i z powrotem po wszystkich magicznych ulicach.
Niby to było nic. Złośliwe żarty. Dezorganizujące życie, ale nieszkodliwe. Tylko czy na pewno? Co jeżeli poltergeist zmieni w dzieciaka aurora, akurat ścigającego przestępcę? Albo jeśli ofiarą zamiany ciał padną dwie przypadkowe osoby i jedna z nich wykorzysta tę okazję do popełnienia przestępstwa? Jakby szukanie przestępców nie było obecnie dostatecznie skomplikowane: zawsze musieli brać pod uwagę metamorfomagów, eliksiry wielosokowe czy namieszanie komuś w głowie hipnozą.
– Hm… myślisz że przywykły czy po prostu ich nie słyszą? – zastanowiła się Brenna, bo przecież ostatnio, gdy to poltergeist wydawał te wszystkie odgłosy, okazało się, że tak naprawdę sprowadzał halucynacje na Victorię. Może koty były spokojne, bo nie było żadnych bębnów, a jedynie zaklęcie? – Jeżeli nic nie znajdziemy, to może spróbować u klątwołamacza? – zasugerowała, przypominając sobie te wszystkie dziwne wydarzenia, do których dochodziło w niektórych mieszkaniach po Spalonej Nocy. – Może w Spaloną Noc coś dotknęło też tej kamienicy, tylko objawiło się później? U niektórych na ścianach pojawiały się odciski rąk, u innych jakieś runy… obeszłam trochę domów z takimi pamiątkami…
Zamilkła, gdy pojawiła się skrzatka. Skrzaty z natury zawsze zdawały się na swój sposób przestraszone, nawet jeżeli rodzina nie miała w zwyczaju się nad nimi znęcać, Brenna więc po prostu milczała, nie chcąc przypadkiem Strzałki zdenerwować.
– Piwnica, hm – mruknęła Brenna. Sięgnęła do kieszeni, wyciągając różdżkę, bo jednak dźwięki w piwnicy tego typu mogły oznaczać wszystko: że zagnieździł się tam bogin, że ktoś z mieszkańców postanowił zacząć karierę perkusisty (w sumie to Brenna tego nie wiedziała, ale taki Sauriel mógł przecież zamienić gitarę na perkusję…), że byli właściciele zostawili tam pamiątkę… ale też że Thoran faktycznie był demonem, nie udało się go pozbyć i wrócił tutaj, w pobliże kamienicy, którą wynajmował…
Uśmiechnęła się do Victorii promiennie, chociaż spojrzenie miała czujne i mocno zaciskała palce na różdżce.
– To co, Tori? Pokażesz mi kotki w swojej piwnicy? – zażartowała. Nie to, że nie wiedziała, że Kwiatuszek i Luna mieszkają na kanapie, a nie w piwnicy.


RE: [26.09.1972] Bębny, bębny w głębi - Victoria Lestrange - 07.11.2025

– To chyba w ogóle rzadkość, żeby poltergeisty nie gnieździły się w zamkniętej przestrzeni, jak na przykład szkoła czy dom, a latały sobie i szalały na zewnątrz – a przynajmniej Victoria to właśnie pamiętała z książek i ogólnie ze szkoły oraz doświadczenia. Nie przypominała sobie żeby taki Irytek latał po błoniach Hogwartu i tam robił te swoje kawały, zawsze zaczajał się na biednych uczniów wyskakując z jakiejś zbroi, obrazu albo przez zamknięte drzwi klasy, którą właśnie zdemolował. Ten latający po magicznych dzielnicach ją zastanawiał, ale nie na tyle, żeby jakoś mocno zawracać sobie nim głowę… głównie dlatego, że miała inne problemy no i złapanie takiego gagatka to nie była taka prosta sprawa. Poza tym, wedle tego, co mówił Berht, egzorcyzm był w pełni skuteczny dopiero, gdy pozbyło się ducha w ogniach Samhain, a to jak na złość było tylko raz w roku.

– Nie jestem pewna… Poltergeista chyba faktycznie nie słyszały, a poza tym oba były wtedy tutaj nowe i jakieś dziwne odruchy zrzucałam na to, że jeszcze nie przywykły, więc nie zwróciłam większej uwagi – stwierdziła z zastanowieniem i aż przymrużyła oczy wysilając pamięć. – A teraz… Trochę za mało jestem w domu, żeby mieć pełne dane – mogłaby zapytać Prim, albo Sauriela, może coś zauważyli. Może widzieli też zachowanie kotów, a może było jakieś jeszcze inne wyjaśnienie? – Może… Nie wykluczam niczego – mruknęła, a klątwołamacz był taką ostatecznością. Nie chciała tu jakiegoś ściągać, jeśli nie było takiej potrzeby, bo wiedziała, że maja teraz ręce pełne roboty, a tutaj nikt się nie skarżył ani na naglą bezsenność (ona i Prim cierpiały na nią już od dawna), ani na żadne odciski dłoni, duszenie, czy inne dziwne rzeczy. Tylko te niepokojące hałasy… Wybudzały czasami Victorię, to fakt. I w dzień, jeśli akurat była w  domu, też wprawiały ją w konsternację.

– Dziękuję, Strzałko – zwróciła się do skrzatki i uśmiechnęła do niej. Ta skrzatka zawsze była nieśmiała i jąkała się chyba od zawsze, a swoje obowiązki wykonywała dobrze, zaś Victoria była bardzo daleka od karania skrzatów czy ogólnie do bycia nerwową. – Możesz wrócić do tego, co robiłaś – Victoria nawet nie była pewna, czym dokładnie się teraz zajmowała, czy sobie po prostu odpoczywała, czy chciała się przejść, czy co – zresztą nie zamierzała się w to mieszać. Skrzatka ukłoniła się i zniknęła z trzaskiem, a Victoria westchnęła. Nie ze względu na Strzałkę, a na hałasy z piwnicy.

– Kotki w piwnicy pewnie teraz śpią – odparła i uśmiechnęła się, myśląc sobie, że jeżeli w ogóle Sauriel tu teraz był, no to zapewne spał. A one zamierzały sprawdzić piwnicę, więc…

Wyciągnęła też swoją różdżkę i skierowała się do schodów, planując zejść nimi z samej góry na sam dół, na wszelki wypadek popukać jeszcze po drodze gdzieniegdzie w ścianę na klatce schodowej. Koty, które zostały w salonie, zorientowały się zresztą, że coś się dzieje i przynajmniej mała Luna zerwała się z miejsca i pognała po schodach za Brenną i Victorią, gdy te przechodziły przez pierwsze piętro, aż do piwnicy.

– No dobra… – mruknęła, gdy znalazły się w korytarzu, w którym kończyły się schody i gdzie znajdowały się trzy pary drzwi. Nic tam zresztą nie było ponad to, nawet obrazów, bo Victoria nie miała czasu żadnego tutaj kupić i powiesić. Stała sobie tylko w kącie wielka monstera w donicy no i był jeszcze rzeźbiony stolik z szufladą, na którym nic nie stało. Poza tym pustka. – Sprawdzamy najpierw stolik? Czy ściany… – bo w stoliku faktycznie mógł się schować bogin. I jak na złość nic teraz nie stukało. Popatrzyła uważnie na Brennę, a potem na kicię, która przyszła tu za nimi, bardzo ciekawa tego, co się właśnie dzieje i skąd ten cały ambaras.