![]() |
|
[1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence (/showthread.php?tid=5293) Strony:
1
2
|
[1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 31.10.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Śnieg chrzęścił pod butami, a zamarznięte kałuże połyskiwały bladym złotem, łapiąc resztki zachodzącego słońca. Był to pierwszy dzień po przerwie świątecznej, a Hogwart wyglądał, jakby ktoś przykrył go szkłem i brokatem. Zimne powietrze szczypało w policzki, wślizgując się pod kołnierz płaszcza i gryząc kark. Dziedziniec był niemal pusty, tylko echo kroków odbijało się od ścian, gdy kilka sylwetek przemykało pod łukami krużganków, spiesząc się do ciepła Wielkiej Sali. Kałuże po roztopionym śniegu zamarzły w przezroczyste tafle, w których odbijało się blade światło zmierzchu, więc ślizgałem się między nimi powoli, z torbą zwisającą z ramienia i wzrokiem wbitym w bruk. Dzień był ładny, owszem, ale cholernie zimny, a po ostatnich tygodniach najmniej chciało mi się podziwiać piękno natury. Słońce stało nisko, pomarańczową smugą przecinając lód, który oplatał kamienie. Myśli miałem rozproszone, byłem zmęczony - nie tyle fizycznie, co po prostu... Zmęczony ludźmi. Święta minęły, ale ten czas wcale mnie nie odświeżył, wręcz przeciwnie - padło zbyt dużo słów, za mało ciszy, na dodatek pojawiło się za dużo nowych wspomnień, które nie chciały się odczepić - o domu, o rozmowach, które poszły nie tak, o spojrzeniach, których wolałbym nie pamiętać. Nie chciałem o niczym myśleć, nie chciałem myśleć w ogóle, a jednak, gdzieś po drodze, usłyszałem to - dziewczęcy rechot, nie chichot, nie zwykły śmiech, tylko dzikie, nieprzyjemne rżenie, jakby stado hien wyrwało się z menażerii i znalazło coś, co można było rozszarpać. Nie odwróciłem się, nie drążyłem, nie miałem ochoty - śmiech dziewczyn z niższych roczników nigdy mnie nie interesował, tym bardziej, że dochodził gdzieś zza rogu, nie blisko. Odruchowo zmarszczyłem brwi, ale nie zwolniłem. Nie dotyczyło mnie - nie obchodziło mnie. A potem - łup. Coś, a raczej ktoś, wpadł na mnie z pełnym impetem. - O chol… - Wyrwało mi się półgłosem, bo zanim zdążyłem pomyśleć, instynkt zrobił swoje. Puściłem wszystko, co miałem w rękach - książki, notatki, fiolkę z resztką ingrediencji, która z brzdękiem potoczyła się po lodzie, i złapałem ją, podczas gdy wszystko poszło w diabły. Ręce same złapały ją za ramiona, żeby nie runęła na lód. Zderzenie było mocne, impet prawie ściął mi nogi, buty poślizgnęły się po lodowej tafli, ale utrzymałem równowagę. Dłonie odruchowo zacisnęły mi się na przedramionach nieszczęśnicy, delikatnych, drżących, zaskakująco zimnych. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, poczułem, że miękki policzek oparł się o moją pierś, ciepły oddech przesiąkł przez materiał płaszcza. Jej włosy pachniały czymś miękkim, słodkim, jak miód i kurz z biblioteki. Zamrugałem, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło, i wtedy zza rogu wysunęły się trzy postacie. Jedna z nich zmrużyła oczy, uniosła brwi, chciała coś powiedzieć, ale mój wzrok skutecznie ją zatrzymał. Znałem aż za dobrze tę reakcję, wiedziałem, że to nie koniec, za to spojrzenie, za ten ton, zapłacę później podwójnie. Nasze oczy spotkały się tylko na sekundę, a w tej sekundzie wiedziałem już, że wieczorem będę miał piekło. - Wynocha. - Warknąłem, mrużąc oczy. - Spierdalać. - Cisza. Śmiechy zgasły, jak zdmuchnięte świeczki, przez moment patrzyłem na nie chłodno, szczególnie na tę, która zatrzymała się najsztywniej - jej spojrzenie spotkało się z moim, ostre jak brzytwa, napięte jak struna, a potem wszystkie trzy obróciły się na pięcie, odchodząc z głośnymi tupnięciami. Cisza wróciła powoli, tylko wiatr przeszedł przez dziedziniec, przewracając parę kartek z moich notatek. Minęła minuta, może dwie - dopiero po chwili zorientowałem się, że praktycznie ją obejmowałem, wylądowała właściwie na mnie, wplątana w moje ramiona, z policzkiem przy mojej piersi, oddechem ciepłym, urywanym, jej włosy miały na sobie drobne płatki śniegu, które zaczęły topnieć na materiale mojego płaszcza. Westchnąłem cicho, biorąc głębszy wdech. Jedną ręką strzepnąłem śnieg z jej włosów, drugą, w rękawiczce, przesunąłem lekko po jej plecach, bardziej dla uspokojenia niż czegokolwiek innego. - Stoisz? - Zapytałem cicho, nieco chrapliwie od zimna, głos mi się uspokoił, stracił tę ostrość, którą zwykle miał. - Nie zabijesz się, jak cię puszczę? - Dodałem po chwili, zdziwiło mnie, że tym razem naprawdę brzmiałem... Miło. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 02.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek] Powroty do szkoły bywały różne. Niby lubiła to miejsce, jednak zdecydowanie lepiej czuła się w swoim domu rodzinnym, gdzie mogła po prostu siedzieć w pokoju, nie obawiać się tego, że spotka kogoś, z kim nie ma ochoty rozmawiać. Rodzice jej nie nachodzili, wiedzieli, że jeśli będzie miała ochotę na interakcje z ludźmi to ich znajdzie, to było całkiem wygodne. Mogła po prostu siedzieć, czytać, no i co najważniejsze rozmawiać ze swoją babcią, która była jej największym wsparciem. To ona pomogła jej w radzeniu sobie z tymi dziwnymi rzutami wspomnień, które pojawiały się czasem, gdy czegoś dotykała, wyjaśniła wszystko, bo sama posiadała ten dar. Sporo czasu więc spędzała w towarzystwie starszej kobiety, która wprowadziła ją w tajniki tej umiejętności. Nic co dobre nie trwa jednak wiecznie, musiała wrócić do szkoły, tak jak wszyscy inni, wiązało się to z tym, że ponownie musiała się dostosować. Grać swoją rolę, tę całkiem wygodną, nie rzucać się w oczy, wtapiać w tło, a najlepiej gdyby udawała, że w ogóle nie istnieje. Dziwadła nie były mile widziane wśród innych dzieciaków. Powrót do rzeczywistości okazał się niezbyt przyjemny, dość szybko bowiem stała się znowu ofiarą śmiechów i towarzyszącym ich wyzwisk, a chciała tylko i wyłącznie odetchnąć świeżym powietrzem, napawać oczy widokiem zamku przykrytego śniegiem i lodem, wydawał się być bowiem w takich warunkach niczym wyciągnięty z jakiejś bajki. Odruchowo opuściła głowę, zignorowała śmiechy, zaczepki, tak było prościej - nie wdawać się w dyskusję, wolała po prostu uciec. Nie spoglądała przed siebie, nie chciała widzieć, zobaczyć, czy ktoś był świadkiem tego jakże przyjemnego przywitania w Hogwarcie. Jeszcze pół roku, i jej tu nie będzie, ta myśl dodawała jej nadziei, nie zakładała bowiem, że nagle zmieni się nastawienie do jej osoby, musiała to przetrwać, wytrzymała tyle lat... ten ostatni czas nie powinien być dla niej żadnym problemem. Szła całkiem szybkim krokiem, z głową wbitą w swoje buty, nie zauważyła więc przeszkody, która pojawiła się zupełnie nagle, tak właściwie to po prostu w nią weszła, podłoże okazało się być śliskie, bardzo śliskie, co powinna przewidzieć, niby ale tego nie zrobiła, poślizgnęła się na lodzie, była niemalże pewna, że się przewróci, jednak jej przeszkoda ją ustabilizowała, poczuła dłonie zaciskające się jej na ramionach, nie uniosła jednak głowy, w tym momencie skupiła się na stopach, które walczyły o równowagę, miała wrażenie, że coś chrupnęło jej w kostce, ale może to jednak był dźwięk przedmiotów, które wylądowały na ziemi, usłyszała kilka łupnięć, jakby coś się posypało. Jej przeszkoda okazała się być całkiem ciepła i przyjemna w dotyku, łatwo jej przyszło odruchowe wtulenie się w pierś, szczególnie, że nadal ją trzymał, dzięki czemu nie zaliczyła bliższego spotkania z podłożem, znajdowanie się tak blisko było całkiem przyjemnym uczuciem, zupełnie zapomniała o chichotach i zaczepkach, przez które tak szybko postanowiła zmierzać w kierunku jednego z wejść do zamku. Oddychała coraz spokojniej, nie musiała już uciekać, pozwoliła sobie nawet na chwilę przymknąć oczy, chciała się zupełnie uspokoić. Wtedy do jej uszu dobiegły głosy, najwyraźniej to nie był koniec, jakby tamto upokorzenie nie było wystarczające, nie chciała otwierać oczu, nie chciała widzieć ich reakcji, miała dość tego wszystkiego. Odezwał się jednak, w dość niespodziewany sposób, znała ten głos, doskonale go kojarzyła, wolała jednak przez chwilę poudawać, że wcale nie, inaczej powinna by stąd spieprzać w podskokach, ale to chyba nie było do końca możliwe. Poczuła jego dłoń na swoich włosach, dotyk był delikatny, co nieco ją zaskoczyło, ale nie odezwała się nawet słowem na ten gest, drgnęła zaś delikatnie, gdy druga przesuwała się po jej plecach w tym uspokajającym ruchu. - Tak. - Przynajmniej tak się jej wydawało, skupiła się na tym, aby wyczuć podłoże u swoich sto, obawiała się tego, iż może się zaraz spektakularnie wywrócić, jednak nie mogła być miękka. Dopiero teraz poczuła pulsujący ból w lewej stopie, nie wspomniała o tym jednak, jeszcze nie, to nie mogło być nic wielkiego z czym sama sobie nie poradzi. RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 02.11.2025 Nie wiedziałem, kogo właśnie złapałem. Początkowo liczył się tylko odruch - to, żeby nie upadła, by nie rozwaliła sobie głowy na lodzie. Dopiero po chwili, gdy jej oddech uspokoił się przy mojej piersi, a ramiona przestały tak drżeć, zaczęło do mnie docierać, że trzymałem ją dłużej, niż to konieczne. Ciepło jej ciała było wręcz nierealne w tym mrozie, biło przez materiał płaszcza, topiło coś pod skórą, zbyt nagle przypomniało mi, że istniało coś takiego jak dotyk. Za winklem nadal słyszałem ten dźwięk - śmiech, który odcinał się od ciszy dziedzińca, wysoki, przepełniony złośliwością, aż zęby bolały. Wiedziałem, co to za ton. Wiedziałem też, kto się śmiał. Odetchnąłem ciężko i zanim pomyślałem, warknąłem ostrzeżenie, które ich uciszyło. Głowy zniknęły, a echo śmiechu rozmyło się w mrozie. Zapanowała cisza. Wtedy dopiero spojrzałem w dół - brunetka, włosy w nieładzie, płatki śniegu wplątane między kosmyki. Policzki zaróżowione od chłodu, oddech urywany, nie patrzyła na mnie - wzrok miała wbity w lód, jak gdyby żywiła nadzieję, że zaraz się w nim zapadnie. Trzymałem ją nadal, ostrożnie, jakby mogła się rozbić, jeśli puszczę zbyt szybko. Przytaknęła, ale nie ruszyła się od razu, dopiero po chwili spróbowała stanąć pewniej, jakby badała, czy nogi ją utrzymają. Widziałem, jak na moment skrzywiła się, ledwo dostrzegalnie, ale dostrzegłem to, i wtedy coś mnie w niej uderzyło. Nie śmiech tamtych dziewczyn, nie sama sytuacja, tylko ten ton - pusty, zrezygnowany, jakby naprawdę wierzyła, że mogłaby się tu rozpaść na kawałki i nikt nawet nie zwróciłby na to uwagi. Miała głowę wtuloną w mój płaszcz, a ja przez moment nie potrafiłem nic powiedzieć, chociaż normalnie byłbym pierwszy do jakiegoś złośliwego komentarza. Tylko że teraz… Nie pasował. Prue mówiła jak ktoś, kto nie chciał, żeby cokolwiek jeszcze ją dotknęło, nawet wzrok. Miała ten ton... Zbyt zmęczony jak na pierwszy dzień po przerwie. Znałem go - aż za dobrze. Omruknęła, tak cicho, że niemal przegapiłem te słowa. Czułem, jak jej włosy łaskoczą mnie w szyję, gdy lekko się poruszyła. Na ramionach miałem śnieg, ale to z jej włosów strząsnąłem go najpierw, prawie automatycznie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypuściłem powietrze i powiedziałem: - Gówno prawda. - Westchnąłem cicho, zwykle jej duma mnie bawiła, była jak gra, którą znałem od lat - ona atakowała, ja odbijałem, ja atakowałem, ona odbijała, a teraz stała tu przede mną, skulona, jakby próbowała wrosnąć w ziemię. W tej chwili nie było we mnie miejsca na drwinę. - Nie pierdol. - Powiedziałem to miękko, zaskakująco łagodnie jak na mnie, chociaż i tak nie brzmiało to jak pocieszenie, raczej jak rozkaz, jakbym próbował odgonić coś, co nie miało prawa się w niej zagnieździć. - Przejmuję się właśnie. - Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, dlaczego w ogóle to mówię. Może dlatego, że wyglądała, jakby miała się zaraz rozpaść. Poluzowałem uścisk, pozwalając jej stanąć pewniej, ale nie odsunąłem się całkiem. Zanim zdążyła zaprzeczyć, znów położyłem dłoń na jej ramieniu. - Daj sobie chwilę, oddychaj, nie musisz od razu uciekać. - To ostatnie wyszło mi bardziej jak prośba niż rada. Mróz szczypał w policzki, wiatr znów przeszedł przez dziedziniec, sypiąc drobnym śniegiem, w ciszy, jaka po tym zapadła, jedynym dźwiękiem były nasze oddechy. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 02.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek] Spodziewała się, że gdy zobaczy z kim na do czynienia to odsunie się raptownie, być może nawet na tyle, żeby straciła równowagę i poślizgnęła się na lodzie. Nie zdziwiłoby jej to, ten dzień nie należał do najlepszych i brakowało mu tylko spektakularnego zakończenia, nie jednego z tych dobrych, takie na nią nie czekały, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ten pierwszy dzień w szkole okazał się być dość bolesnym powrotem do rzeczywistości. Nie zdążyła jeszcze założyć swojej maski obojętności, która pomagała jej udawać, że nic takiego się nie dzieje, że wcale jej to nie rusza. Powinna była wyłączyć emocje przed pojawieniem się w zamku, jednak łatwo przywykła do tej domowej atmosfery, gdzie nie musiała się przed nikim, ani niczym bronić. Przez to straciła czujność. Udało mu się pozbyć dziewcząt, które postanowiły uprzykrzyć jej życie, oczywiście, wystarczyło, że na nie spojrzał, odezwał się i już. Miał zdecydowanie większą siłę przebicia od niej, co wcale nie było takie trudne, bo ta jej nie istniała, no dopóki nie sięgała po swoje możliwości prefekta, gdyby nie ta funkcja to w ogóle nikt by się nią nie przejmował. Miała kiepski humor, trudno było jej powrócić do tej szkolnej normalności, i może powinna była już, właśnie w tej chwili się ogarnąć, doprowadzić do porządku, pokazać, że jest w niej jakaś wola walki, jak zawsze, gdy znajdowała się blisko niego, ale zamiast tego pojawiła się rezygnacja, zupełnie nietypowa dla niej. Nie odsunęła się gwałtownie, nie uciekała, nie próbowała wykonywać jakichś nieprzemyślanych ruchów, tak właściwie to to ciepło, bliskość jego ciała okazała się być całkiem przyjemna. Skarciła się w głowie za to, że w ogóle coś takiego przeszło jej przez myśl, bo nie powinna tak reagować, nie w tym przypadku, a jednak na niektóre odruchy nie miało się większego wpływu. Uniosła w końcu głowę do góry, by na niego spojrzeć. Nie mogła tak stać i wpatrywać się w swoje buty. Chciała sprawdzić, czy dostrzeże na twarzy chłopaka ten znajomy, kpiący uśmiech, który zazwyczaj miał na twarzy, kiedy dochodziło do ich drobnych lub mniej drobnych spięć. Nie zauważyła go jednak, nie tym razem. - Faktycznie. - Odetchnęła głęboko. Nie do końca wiedziała dlaczego się nią przejmował, ale nie mogła zaprzeczyć temu, że tak było. - Postaram się więc nie zabić, żebyś nie musiał się przejmować. - Mogło to mu przysporzyć niepotrzebnych problemów, pewnie pojawiłyby się pytania, jak do tego doszło, czy coś, a po śmierci jednak wolałaby mieć święty spokój i nie komplikować nikomu życia. Stanęła pewniej na nogach, co upewniło ją w tym, że ten drobny taniec na lodzie spowodował jakieś szkody, starała się nie pokazywać słabości, jednak to było raczej dość trudne, zacisnęła bowiem zęby, próbując utrzymać równowagę, nie było dobrym pomysłem równomierne rozkładanie ciężaru ciała, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Ucieczka nie byłaby najrozsądniejsza w takich warunkach. - Nawet jeśli chciałaby zniknąć stąd szybko, to wiedziała, iż raczej istnieją marne szanse na powodzenie. Było ślisko, a ona nie była w najlepszej formie. Śnieg nie przestawał prószyć, wydawało jej się, że jest jeszcze chłodniej niż chwilę temu, ale może była to tylko reakcja na to, że odsunęła się od niego i nie czuła już ciepła jego ciała. Starała się oddychać spokojnie, jakoś się ustabilizować mentalnie, ale również fizycznie, ale nie do końca jej się to udawało. RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 02.11.2025 Śnieg osiadał nam na rzęsach, w powietrzu unosiła się para naszych oddechów, i przez krótką chwilę zrobiło się naprawdę cicho, tak że słychać było tylko skrzypienie lodu pod stopami i szelest płaszczy na wietrze. Parsknąłem cicho - nie był to śmiech, raczej coś pomiędzy rozbawieniem a bezradnością wobec jej bycia… Cóż - sobą. Śnieg zaczął sypać mocniej, drobne płatki osiadały na jej rzęsach i włosach, zlepiając się w ciemnych pasmach. Wyciągnąłem rękę, machinalnie, żeby zrzucić z jej ramienia kilka płatków, dopiero po chwili uświadomiłem sobie, jak naturalnie mi to przyszło, nie myśląc nawet o tym, że to gest zbyt… Osobisty, po prostu zrobiłem to. Mróz szczypał w policzki, ale jej głos brzmiał cieplej, niż się spodziewałem. Może to ten nerwowy półuśmiech, albo sposób, w jaki wypowiedziała to swoje „faktycznie”, jakby próbowała żartować, chociaż pod spodem coś w niej pękało. Czasem miała w oczach ten błysk - nie gniewu, tylko zmęczenia, które znałem aż za dobrze. Znałem ten teatr - sam go grałem, tylko że w jej wydaniu był jakoś trudniejszy do oglądania. - Nie musisz się zabijać, żeby ktoś zwrócił na ciebie uwagę, Bletchley. - Odparłem spokojnie, bez złośliwości, co pewnie ją zaskoczyło. - Wystarczy, że wlecisz we mnie jak kometa. - Uśmiechnąłem się lekko, ale nie był to ten drwiący grymas, do którego była przyzwyczajona, bardziej coś w rodzaju próby rozładowania napięcia. Śnieg cicho osiadał na naszych ramionach, a powietrze między nami parowało od ciepłego oddechu. Pokręciłem głową, bez śladu kpiny, po czym powoli odsunąłem dłonie z jej ramion, pozwalając jej złapać równowagę. Zaraz potem przykucnąłem - moje księgi, pergaminy i jakieś jej drobiazgi porozrzucały się po lodzie. Ślizgając się na zmarzniętym kamieniu, zbierałem wszystko po kolei, uważając, żeby nie połamać różdżki, która zatrzymała się przy krawędzi schodka, a gdy wyprostowałem się z powrotem, trzymałem już całą garść naszych rzeczy. Rzuciłem na nią okiem - stała, ale widziałem, że ciężar rozkładała nierówno, jakby jednw stopa paliła ją przy każdym oddechu. Nie mówiła nic, udając, że nic się nie stało, ale napięcie w jej ramionach zdradzało wszystko. Otrzepałem rękawice ze śniegu i poprawiłem kołnierz płaszcza. Wszystko trafiło z powrotem do mojej torby, włącznie z tym, co należało do niej. Przez moment po prostu patrzyłem, a potem, bez słowa, wyciągnąłem do niej rękę, nie po to, by jej pomóc się podeprzeć, tylko po torbę. Wciąż miała ją przewieszoną przez ramię, trzymała ją jak tarczę, jakby wciąż chciała udowodnić, że sama da sobie radę, ale wiedziałem, że to pozory. - Daj. - Powiedziałem w końcu cicho, prawie szeptem, ale ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję. W drugiej ręce wciąż trzymałem jej pióro, które wetknąłem między swoje książki, żeby nie spadło znowu. Tym razem także to nie była propozycja, mój głos zabrzmiał twardo, ale spokojnie. - I nie gadaj, że nie potrzebujesz. Widziałem, jak cię przygięło. - Nie czekałem, aż się sprzeciwi, po prostu ująłem ją lekko pod łokciem i przesunąłem dłoń na jej przedramię, by mogła się wesprzeć, drugą dłoń nadal trzymając wyciągniętą, otwartą, po torbę. Spojrzałem w stronę wejścia do zamku, gdzie w świetle pochodni błyszczały lodowe sople. - Nie bądź głupią gęsią, daj mi to i chodźmy do środka, zanim naprawdę zamarzniesz. - Zresztą oboje wiedzieliśmy, że nawet jeśli spróbuje iść o własnych siłach, to daleko nie zajdzie, zwłaszcza z obciążeniem - racja? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 03.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek] - Jasne, zapamiętam to sobie. - Nie zamierzała oczywiście tego powtórzyć, nigdy nie zależało jej na tym, aby zostać zauważoną, raczej wolała być w cieniu, jednak to nie do końca działało. Miała wrażenie, że ostatnio nic nie szło po jej myśli, przynajmniej w tym miejscu, w szkole, w której chcąc nie chcąc wzbudzała pewne zainteresowanie z racji na swoją inność. Nie dodała tego, że pewnie wiele osób ucieszyłoby się, gdyby faktycznie zniknęła, czy też zginęła śmiercią tragiczną, bo nie chciała bardziej się nad sobą użalać, ale przeszło jej to przez myśl. Nie komentowała w żaden sposób tych gestów, chociaż wydawało jej się, że było to nieco nietypowe, jak na to, jak wyglądała ich relacja, jednak w tej chwili nie skupiała się na tym, że nie do końca to do nich pasowało. To było całkiem miłe, a że humor miała raczej wisielczy to wystarczało, aby nieco jej go poprawić. Niby nic wielkiego, ale jednak. Odsunął się od niej, aby zebrać rzeczy, które rozsypały się wokół nich, kiedy w niego wpadła. Był to moment, w którym ponownie starała się ustabilizować swoje stopy. Czuła, że coś jest nie tak, zresztą trudno było ignorować ból, który pojawiał się za każdym razem, gdy próbowała normalnie stanąć. To zdecydowanie nie był jej dzień. Wpatrywała się w swoje stopy, próbując zrozumieć co było nie tak, tamten cichy chrzęst, który słyszała musiał być za to odpowiedzialny, skoro jedna z nich nie do końca działała musiała coś na to zaradzić, przeniosła cały ciężar ciała na lewą stopę i to chyba było to. Nie będzie poruszać się jak gepard, ale przynajmniej nie utknie tutaj na wieczność, jakoś może doczołga się do dormitorium, gdzie powinna dojść do siebie, prędzej lub później. Pojawił się przed nią ponownie, najwyraźniej szybciej udało mu się zebrać ten rozgardiasz, który spowodowali kiedy się ze sobą zderzyli, niżeli ona do końca zrozumiała, co się stało z jej stopą. Patrzyła na niego niepewnie, zastanawiając się nad tym, czy to na pewno jest dobrym pomysłem, z drugiej strony, czy miała jakieś inne wyjście, lepsze? No nie do końca, musiała mu tym razem zaufać, co wcale nie było takie oczywiste. Westchnęła jedynie ciężko, bo wcale nie było dla niej łatwe korzystanie z pomocy, raczej ze wszystkim radziła sobie sama, jednak w tej sytuacji to byłoby by po prostu głupie, więc zsunęła bez słowa swoją torbę z ramienia, aby mu ją przekazać, nie miała też za bardzo jak oponować z tym wsparciem, którego jej udzielił by łatwiej jej było się poruszać. Nie był to dzień, w którym miała siłę na niepotrzebną walkę. - Skoro tak ładnie prosisz, to kimże jestem, aby Ci odmawiać. - Musiała się odezwać, żeby nie było, więc starała się, aby to zabrzmiało lekko, chociaż zdecydowanie ubodło to wszystko w jej dumę. - Tylko powoli, dobrze? Najprawdopodobniej skręciłam sobie kostkę. - Była to całkiem szybka diagnoza, mogła być mylna, jednak wydawało jej się, iż trafiła. Wolała nie pogorszyć tego stanu, bo nie uśmiechało jej się trafienie do skrzydła szpitalnego. RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 03.11.2025 Spojrzałem na nią z góry, dosłownie i w przenośni, była drobna, o głowę niższa ode mnie, więc kiedy podniosłem jej torbę, wyglądało to tak, jakbym zabierał dziecku bagaż większy od niego samego, ale tym razem zachowanie nie odpowiadało pozorom - nie protestowała, nie wywracała oczami, nie próbowała być ironiczna. Westchnęła tylko cicho i podała mi ją, jakby wbrew sobie, sprawiając wrażenie, że to kosztowało ją więcej niż ból w kostce. Torba była cięższa, niż się spodziewałem, Prue pewnie nosiła w niej książki zajmujące pół biblioteki. Zawiesiłem ją sobie na ramieniu - jednym płynnym ruchem, jakby nic nie ważyła, i odruchowo przesunąłem dłoń na łokieć Prudence, delikatnie, tak żeby jej nie przewrócić. - No, proszę. - Mruknąłem pod nosem, niemal niesłyszalnie. - Potrafisz być rozsądna. - W porównaniu do niej byłem wysoki, może nawet za bardzo, więc lekko nachyliłem się, żeby nie musiała zadzierać głowy, gdy coś mówiłem. - Jasne, powoli. - Rzuciłem głośniej, nieco niższym tonem niż zwykle, tym spokojnym, którego używałem tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba było. Nie chciałem, żeby się czuła jak ofiara. Po prostu… Nie wyglądała najlepiej, jej policzki były zaróżowione od zimna, a pod oczami miała cień zmęczenia, którego wcześniej nie zauważyłem. Nie była z tych, które się skarżą, raczej gryzła się w środku, więc to, że w ogóle wspomniała o kostce, już samo w sobie znaczyło sporo. - Skręciłaś kostkę pierwszego dnia po przerwie. - Uniosłem brew z lekkim uśmiechem, nie złośliwym, raczej pobłażliwym, prawie jak żart między znajomymi. - Ambitny początek semestru. Masz szczęście, że nie wpadłaś na kogoś mniejszego, pewnie oboje byście się pozbierali z ziemi dopiero w marcu. Ruszyliśmy wolno przez dziedziniec. Lód chrzęścił pod butami, a śnieg sypał prosto w twarze, lecz nie przyspieszałem kroku, dostosowując się do niej. Nie czekałem na zgodę, tylko przesunąłem dłoń za jej plecy, drugą obejmując jej przedramię. Gest był pewny, praktyczny. Moja dłoń przesunęła się nieco niżej, na jej talię, żeby mogła się oprzeć pewniej, jeśli znów straci równowagę. Śnieg na jej ramionach topniał, mokre pasma włosów przykleiły się do policzka, i przez chwilę miałem ochotę je odgarnąć, ale się powstrzymałem. - Co dalej? Nie ma szans, żebyś sama doszła do dormitorium. - Dodałem po chwili, całkiem rzeczowo. Wystarczyło jedno spojrzenie na to, jak próbuje stanąć na nogach, żeby wiedzieć, że sama nie dojdzie nigdzie dalej niż do najbliższego parapetu. Zresztą nawet jeśli jakimś cudem doczłapałaby się do wieży, to nie było szans, żeby wpakowała się po tych wszystkich zakręconych schodach bez ryzyka, że zaraz znowu się wywróci. - Albo do skrzydła szpitalnego, zresztą, to praktycznie tak samo wysoko. Zgaduję, że wolisz się doczołgać na górę niż pozwolić, żeby ktoś cię tam wtargał. - Przez chwilę wahałem się, jak to ująć, żeby nie zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale w końcu wzruszyłem lekko ramieniem i po prostu powiedziałem: - Ale większość teraz siedzi już w Wielkiej Sali, więc korytarze będą puste, klatki też, po prostu pomogę ci, zanim ktoś nas zobaczy, będzie z głowy i zapomnimy o całej sytuacji, ok? - Zerknąłem w stronę korytarza prowadzącego ku Wielkiej Sali. Chciałem, żeby to zabrzmiało rzeczowo, nie protekcjonalnie, ale znając mnie, pewnie wyszło pół na pół. Miałem ten ton, który nie pytał o zgodę - po prostu informował o faktach. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 03.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek] - Czasem mi się zdarza. - Nie był to moment, w którym zamierzała się kłócić, że w jej mniemaniu zawsze była rozsądna, chociaż trochę tak to widziała. No, bywały chwile, kiedy nie do końca kierowała się rozsądkiem, ale zazwyczaj działo się tak przez to, że znajdowała się w nieodpowiednim towarzystwie, przy osobie, która potrafiła powodować, że przestawała myśleć, dzisiaj jednak całkiem wyjątkowo było wręcz przeciwnie. Naprawdę miała nadzieję, że szybko uda im się dotrzeć do zamku i będą mogli zapomnieć o tym, co się wydarzyło, albo chociaż udawać, że to nie miało miejsca, bo jednak z tym zapomnieniem... cóż, raczej nie było jej to pisane. Był to jeden z tych momentów, które pewnie będzie pamiętać bardzo długo, z racji na swoją nieporadność. - Dzięki. - Może i chciała znaleźć się w środku jak najszybciej, wiedziała jednak, że to nie było do końca możliwe, bo jej ruchy w tej chwili były bardzo spokojne, nie chciała jeszcze bardziej sobie zaszkodzić. Śnieg nie przestawał prószyć, sceneria wyglądała jak z bajki, chociaż cała reszta nie do końca nią była. Ten dzień należał raczej do jednych z gorszych, nie spodziewała się, że tak spektakularnie rozpocznie ten semestr, ale jak widać nie zawsze miało się do końca wpływ na to, co mogło się wydarzyć. - Może nawet w czerwca, ominęłyby nas egzaminy. - Trzeba było szukać jakichś plusów, jednak tak - miała szczęście, że padło akurat na niego. Aloysius'a nie tak łatwo było powalić na ziemię, gdyby trafiło na kogoś innego szkody mogły być zdecydowanie większe, a tak to przede wszystkim ucierpiała jej duma, z dwojga złego to chyba lepsze od bardziej skomplikowanych uszkodzeń ciała. - Na szczęście to tylko kostka, gorzej by było, gdyby padło na rękę. - Nie mogłaby wtedy pisać, co w przypadku ostatniego roku nauki nie wróżyłoby niczego dobrego. - Nie do końca takiego początku semestru się spodziewałam. - Dodała jeszcze, chociaż mogła tego nie mówić. Faktycznie liczyła na to, że tym razem będzie inaczej, że może w końcu, podczas tej końcówki nauki jakoś się odnajdzie wśród rówieśników, ale rzeczywistość całkiem szybko zweryfikowała jej plany. Rookwood wydawał się nie odczuwać ciężaru jej książek, czy samej Prue opierającej się o niego, nie sprawiało mu problemu przemieszczanie się po oblodzonym podłożu, wiedziała, że jest zwinny, jednak nigdy nie miała szansy doświadczyć tego na własnej skórze, był całkiem niezłym oparciem, chociaż nie podzieliłaby się tą myślą z nikim. Nie musiał się nią przejmować, ale szedł z nią teraz tym żółwim tempem w stronę zamku, pozwalając aby śnieg sypał mu w oczy. Dotarli w końcu do zamku, jednak to wcale nie był koniec jej problemów, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, na jej nieszczęście dormitorium Krukonów znajdowało się wysoko. Nie miała póki co na to żadnego planu, jakoś musiała sobie poradzić. - Zawsze są jakieś szanse. - Nie chciała dłużej zawracać mu głowy, i tak czuła, że spotkało ją z jego strony wiele dobrego, nie chciała tego nadużywać. Przynajmniej nie znajdowała się już na zewnątrz. - Do dormitorium, jakoś się doczołgam. - Zdecydowanie nie chciała trafić do skrzydła szpitalnego, wolała jakoś sama sobie poradzić z tym drobnym uszkodzeniem ciała. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Propozycja była całkiem logiczna, jednak czy na pewno chciał to zrobić, co jeśli jednak ktoś ich zobaczy? Dla niej to było nic takiego, jednak jego reputacja mogłaby na tym ucierpieć, jeszcze ktoś by pomyślał, że nie ma wszystkiego w nosie. - Co jeśli jednak nie wszyscy są w Wielkiej Sali? Jesteś przekonany o tym, że chcesz mi pomóc? - Wolała się upewnić co do tego, nie musiał się jej tłumaczyć, zrozumiałaby gdyby było inaczej. RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 03.11.2025 Spojrzałem na nią spod lekko zmrużonych powiek, kąciki ust drgnęły mi ledwie zauważalnie - nie był to uśmiech, raczej coś w rodzaju cichego „Naprawdę?”. Śnieg osiadał mi na włosach, topniał zaraz przy karku, ale nie zwracałem na to uwagi. - Prudy, już dzisiaj powiedziałem swojej dziewczynie, żeby spierdalała. - Odparłem spokojnie, niemal obojętnie, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, nie było w tym kpiny, raczej coś w rodzaju zmęczonego rozbawienia, które przypominało, że ten dzień dla mnie też nie był najlepszy. - Więc wątpię, żeby było jeszcze coś gorszego, co mógłbym zrobić. - Rzuciłem sucho, jakby to był fakt, a nie coś, co miało jakiekolwiek emocjonalne konsekwencje. Wzruszyłem ramionami, to załatwiało sprawę, w moim głosie nie było ani skruchy, ani szczególnej dumy, tylko zmęczenie. Ostatnie dni i tak dały mi w kość, nie miałem już siły przejmować się tym, co kto sobie pomyśli. - Poza tym, jakby ktoś nas zobaczył… - Dodałem po chwili, lekko unosząc brew. - Poleciałaś na mnie, ja tylko nie chciałem, żebyś zaliczyła drugi upadek. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, nieco krzywo, i skinąłem głową w stronę schodów prowadzących w głąb zamku. - Nie dramatyzuj. - Mruknąłem jeszcze, z odrobiną rozbawienia w głosie. - Jak ktoś nas zobaczy, najwyżej pomyślą, że znów się wpakowałem w coś głupiego. To się przecież zgadza, nie? - Zabrzmiało pół-żartobliwie, pół-poważnie, z charakterystycznym tonem, w którym ironia nie brzmiała całkiem ostro. Zatrzymałem się na moment tuż za progiem, w cieniu łuku prowadzącego do korytarza, otrzepując śnieg z płaszcza, żeby dać jej chwilę na złapanie oddechu. Kamienne płyty lśniły od wilgoci, a powietrze wewnątrz było cieplejsze, niosło echo rozmów z Wielkiej Sali. Wiedziałem, że miałem rację - dormitorium Krukonów było wysoko, za wysoko. Zerknąłem na jej stopę, potem z powrotem na nią. Milczałem chwilę, po czym westchnąłem, przesuwając dłonią po karku. Miałem świadomość, że pewnie już mnie przeklinała w duchu, ale mimo to otworzyłem usta. - Dormitorium, hm? - Powtórzyłem, jakby to było coś głupiego. - Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł. Nawet jeśli się tam doczołgasz, to co potem? Będziesz siedzieć całą noc z kostką jak balon i udawać, że wszystko jest w porządku? - Zerknąłem na nią z ukosa, nadal wyglądała na uparcie zdeterminowaną, co było w niej wkurzająco przewidywalne, kiedy inni kwiczeliby z bólu, ona po prostu stała, z zaciśniętą szczęką, jakby dumą mogła wyleczyć uraz. - Zrobimy tak. Pomogę ci wejść, potem zdobędę coś, żeby nie bolało i nie spuchło. Ty to odbierzesz i sprawa zakończona. - Urwałem na moment, jakby to, co miałem na myśli, było oczywiste. Lepiej, żeby nie wiedziała. - Nie będziesz musiała się z tym szarpać na własną rękę ani nagle podejmować decyzji o pójściu do piguły. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale po drodze masz jakieś osiemset schodów. W połowie pewnie odpadnie ci noga, a ja znajdę cię pod jedną z balustrad. - Brzmiało to sucho, ale mój ton był miękki, pozbawiony ostrości. - Nie mówiąc o tym, że jak się przewrócisz, to już naprawdę będziesz musiała iść do skrzydła szpitalnego, tylko na noszach. - Nie mówiłem, skąd chciałem jej coś udostępnić. Nie musiała wiedzieć, że miałem swoje sposoby na rzeczy, których Pomfrey nie wydaje uczniom, bo „to niebezpieczne”. - Jak już zaczęliśmy ten cyrk, to skończmy go porządnie, zanim zrobisz sobie większą krzywdę. - Złapałem jej torbę pewniej, przesuwając ją mocniej na ramię, a drugą ręką znów sięgnąłem do łokcia Prudence, czekając, aż ruszymy. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 03.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek] - Mhm. - Odpowiedziała nieco zmieszana, bo było to coś, czego nie spodziewała się usłyszeć. Najwyraźniej nie do końca nadążała za tym, co właściwie się wydarzyło, chyba nie zarejestrowała tego, że Rookwood miał dziewczynę, gdy jednak dłużej o tym myślała, to w sumie pasował do kogoś z tamtego grona, przynajmniej w jej głowie, tyle, że one atakowały stadami, nie w pojedynkę. Aloysius robił to z większą finezją, nie było to tylko i wyłącznie naśmiewanie się i zagrywki, na które nie dało się odpowiedzieć. Zapraszał do gry, w której każdy mógł przegrać, nie atakował w grupie, może jednak wcale nie byli z tą jego dziewczyną do siebie, aż tak bardzo podobni, jak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Słuchała jego dalszych słów, w sumie były całkiem sensowne, na pewno udałoby się im wymyślić jakąś bajeczkę na poczekaniu, która nie naruszy jego dobrego imienia... - Tak, to się zgadza, wpakowałeś się w coś bardzo, bardzo głupiego. - że też musiało trafić właśnie na niego, z drugiej strony mógł to być ktoś komu byłaby zupełnie obojętna, o co wcale nie byłoby trudno. Wydawało jej się, że Aloysius nie chce stracić wroga, jakby nie doczołgała się na górę po tych ruchomych schodach nie miałby z kim wchodzić w kolejne kłótnie, tak starała sobie w ten sposób tłumaczyć jego motywację. Westchnęła ciężko, kiedy znowu podzielił się z nią swoją złotą myślą. Tak, ten plan miał dziury, wiedziała o tym doskonale, ale nie miała zamiaru robić wokół siebie zbędnego zamieszania. Wolała zniknąć w dormitorium, położyć się na swoim łóżku i pozwolić, aby ten okropny dzień wreszcie dobiegł końca. Kostką będzie się martwić jutro. Tak było najprościej. - Pójdę spać i rano zobaczę, jak bardzo jest źle. Nie mam dzisiaj na to siły. - Odpowiedziała szczerze, a w tonie jej głosu można było wyczuć rezygnację, naprawdę miała po prostu ochotę, aby ten dzień się skończył. Rookwood okazał się jednak być wrzodem na tyłku - jakby to była jakaś nowość. - Jak niby to zdobędziesz? Nie dostaniesz eliksirów ot tak, od ręki. To przejdzie. - Prędzej, czy później ból musiał minąć. Starała się zbytnio nie krzywić, aby nie było widać, jak bardzo sprawiało jej to dyskomfort, jednak chyba sama nie do końca wierzyła w to, że to minie samo. Jego argumenty miały sens, jednak naprawdę nie sądziła, żeby to o czym mówił było najlepszym pomysłem, jeszcze tego brakowało, żeby wyniósł coś dla niej ze skrzydła szpitalnego, co jeśli ktoś go na tym przyłapie? To nie mogło się udać, no nie mogłoby się udać, gdyby to ona miała coś wykraść, w jego przypadku... tak, to mogło zadziałać. Zmrużyła na moment oczy, widać było, że bije się właśnie z myślami i próbuje podjąć jakąś racjonalną decyzję. - Musisz być ostrożny. - Powiedziała, jakby to wcale nie było takie oczywiste. - Wiesz, że możesz mieć przez to kłopoty, prawda? - Nie, żeby się nimi kiedykolwiek przejmował, jednak nie mogła tego ignorować, szczególnie, że miał to zrobić dla niej, co samo w sobie było nie do końca normalne. - Bardzo nie chcę trafić do skrzydła szpitalnego. - Rzuciła jeszcze i chyba tylko dlatego miała się na to zgodzisz. - Jeśli coś pójdzie nie tak, zwalisz to na mnie. - Nie mogła pozwolić na to, aby to on ponosił ewentualne konsekwencje i tak już dzisiaj wiele dla niej zrobił. - Niech Ci będzie. - Dodała jeszcze cicho, zgadzając się z jego pomysłem. Mogli zacząć powoli iść w kierunku schodów, skorzystała z oparcia, pogodziła się z tym, że dzisiaj z nim nie wygra. |