Secrets of London
[Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen (/showthread.php?tid=5294)



[Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Millie Moody - 31.10.2025

09.09.1972

kwadrans po godzinie trzeciej w nocy

Klubokawiarnia wypełniona była ludźmi.

Pożoganie, ocaleńcy... zwał jak zwał. Ludzie.

Mugolaki, półkrwiści, czystokrwiści.

Czarnomagiczny ogień z zaskakującą precyzją wcale nie był rasistowski. Wszyscy obrywali. Wszyscy dostawali świra. Wszyscy musieli mierzyć się z imprezką rozkręconą przez V... V... przez... no. Przez wszyscy-wiedzieli-kogo!

Zrobiła tyle ile mogła, choć to chyba jeszcze nie było wszystko, bo pamiętała, że mieli mieć jeszcze jakieś zebranie swojego klubu czytelniczego, czy tam zakonu pieczonej kaczki. Popioły... To były dobre okoliczności do tego, żeby się odrodzić temu Feniksowi. Nie kalkulowała w głowie mimo wszystko strat. Nie planowała. Żyła tu i teraz, jak zawsze, a skoro zostawiła swojego przyjaciela lekarza z drugim przyjacielem, który opieki lekarza potrzebował, zajmowała sobie teraz ręce roznoszeniem pośród ocalonych ciepłego naparu przygotowanego na prędce w kuchni klubokawiarni przemienionej teraz na bezpieczne schronienie dla każdego, kto tego potrzebował.

Wszystko było co prawda ujebane sadzą i już dochodziły do niej głosy, że nie dało się zasnąć bo coś momentalnie się działo. Jej uwagę jednak przyciągnęła inna twarz. Młoda i ładna (może jakiś rocznik Nory?) rozmawiająca z innymi ocalałymi. Postąpiła krok ku niej, gdy poczuła... poczuła...

!Strach przed imieniem


RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Pan Losu - 31.10.2025

Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.


RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Millie Moody - 31.10.2025

... nieprzyjemne łaskotanie w żołądku. To pewnie przez to spotkanie z potworem z dymu i pyłu, który ją sparaliżował. Kiedy to było? Godzinę? Dwie temu? Zdawało się, że to piekło trwa kilka dni, a wciąż można było je odmierzać w minutach. W końcu jednak odkaszlnęła to dziwaczne uczucie, do którego była tak bardzo nienawykła i powróciła na obrany kurs.

– Ej chcesz się napić? – zapytała wskazując głową na lewitujący za nią kociołek. W rękach miała tacę z kubkami. Pewnie nie wyglądała jakoś... poważnie, bo posturą i ubraniem przypominała zbuntowaną nastolatkę na gigancie, która wpadła w węgiel. Przypalone i poszarpane dresy, ujebany czernią podkoszulek, skórzana listonoszówka przewieszona przez ramię i lisia twarz z bardzo intensywnymi złotymi ślepiami świdrującymi rozmówce, jakby chciały te ślepia prześwidrować człowieka na drugą stronę. Próbowała się też uśmiechnąć chociaż trochę, ale nie wyglądało to zbyt wiarygodnie. Wyłaziło z niej zmęczenie, jak z każdego tutaj.


RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Sidonie Lockhart - 06.11.2025

Ordynator puszczał ich ze szpitala rotacyjnie zaczynając od tych, którzy, jak ona, zostali z dniówki. Nie ma pożytku z zamęczonego pracownika, który nie potrafi sklecić zdania przez zacięcia się lub zapętlenia. Poza tym, gdy dopadało zmęczenie, to zaraz za nim strach co z rodziną, bliskimi lub domem, w ogóle czy było do czego wracać. Sidonie wspomniała, że jeśli o ile jej mieszkanie stoi, to miała jakieś kroplówki, pojedyncze i eliksiry przeciwbólowe, a już wiedzieli, że muszą oszczędnie dysponować środkami. Chciała przez kominek skontaktować się z ojcem czy wszystko u nich w porządku, czy wie co z resztą rodziny, wiedziała, że jeśli w Dolinie jej dom rodzinny ucierpiał, to i tak matka była w lecznicy, a ojciec mógł zawsze liczyć, że znajdzie się jakiś kąt w majątku.
Na dach jej kamienicy przeskoczył ogień z sąsiedniego budynku, gdy dotarła na miejsce sąsiedzi walczyli, jak mogli. Sid zmęczona po niekończącym dyżurze jakimś cudem i to większym, niż magia, ochroniła swoje mieszkanie, wygrzebała te kilka kroplówek do torby i wyszła, w trzeszczącej kamienicy nie czuła się bezpiecznie. Gorąco od ognia wypaczało metalowe i drewniane części konstrukcji, więc miała wrażenie, że budynek się porusza, drży i ktoś nieustannie po nim chodzi. Wraz z kilkoma osobami z sąsiedztwa trafiła do klubokawiarni, chciała przysiąść na chwilę, odpocząć, ale kilka osób zagadnęło ją czy może się dowiedzieć o kogoś z rodziny, z pracy, z kółka brydżowego. Ludzie zaczęli organizować coś na kształt dyżurów by pilnować tego, co nie spłonęło przed ewentualnymi szabrownikami. Nie miała siły o tym myśleć ani ile osób straciło domy.
- A, tak, chętnie - odpowiada, choć w pierwszym odruchu już chciała odmówić, bo pomyślała, że to może kolejna kawa, a mogła w sobie mieć więcej kawy, niż krwi, ale herbaty na brytyjskiej ziemi się nie odmawia. - Dziękuję.
- W porządku? W sensie fizycznym - dodała szybko, gdy się zreflektowała, że są daleko od w porządku i to na jakiś czas bliżej nieokreślony. Miała takich dzisiaj, wczoraj pacjentów, może jakiś uraz czy coś, niektórzy w złości na czekanie wychodzili z Munga. Choć Sid nie prezentowała się jakoś lepiej, blada z niewyspania i nadmiaru kawy, i zapewne użycia magii, we włosach mógł się osadzić popiół do tego zapach dymu i spalenizny, który przesycał ubrania czy włosy, ale już praktycznie nikt nie zwracał uwagi na to.


RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Millie Moody - 12.11.2025

Klubokawiarnia.

Obecnie to była trochę klubo i zdecydowanie nie kawiarnia. Powywalane stoliki, krzesła w nieładzie, ogołocona wystawka z jedzeniem, które przecież trzeba było komuś dać dla podtrzymania morale. Dużo było dzieci. Dużo kobiet. Dużo hałasu i bałaganu i kaszlących ludzi.

Wszędzie pełno sadzy - to było najgorsze. Wszystko ujebane po pachy, a czego człowiek nie dotknął to czarne.

Trudno.

Herbatę w końcu też polewała czarną do kurwy nędzy.

- Co ja? - zdziwiła się na to pytanie, chociaż może nie powinna dziwić aż tak. Wojna budziła w ludziach to co najgorsze ale też to co najlepsze. Troska o innych. Wartościowa sprawa. - Ja tam sobie radzę, mój kumpel oberwał szybą… taką szybą co ja ją miałam w ryj dostać czaisz? - przycupnęła na moment obok blondynki i w sumie sama sobie wzięła jeden z kubeczków aby polać na gardło zmęczone od gadania ze wszystkimi. Problem z Moody był jednak taki, że sama w ten sposób rozładowywała swoje napięcie, a miała go dość sporo… - Pojebana sprawa, wyszedł na mnie jakiś upiór z dymu, powiedziałabym że mi do końca odjebało, ale hej, raczej nie, bo to w końcu złodupny ogień z nieba, to i upiory mogły jakieś wychodzić. - nagle ta mistrzyni charyzmy i pocieszania innych zreflektowała się, że może nie powinna obcej babie demotywującej gatki o koszmarzydłach z płomieni opowiadać. Upiła wrzątku. Opatrzyła się. - A Ty jak? Jest ok? Nic Ci nie połamało? Sama jesteś tutaj czy z kimś? - policyjna rutyna wyłaziła z niej uszami, lada moment zacznie raport… a nie, to na pewno nie, do raportów była przecież ostatnia, zwłaszcza teraz na hehe chorobowym. - Pojebane to wszystko co nie? Ciastka niestety wyszły. Już nie miałam pod którą ladę zaglądać serio. - przyznała nie chcąc mówić dalej o straszydłach, ale w sumie brak ciastek też potrafił być dojmujący. Otarła czoło. Zostawiła na nim jeszcze większą czarną smugę. - Pierdolone gówno. skomentowała kwieciście czarność przylepiającą się do wszystkich i wszystkiego.



Korzystam z karty lokacji Klubokawiarnia Nory



RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Sidonie Lockhart - 17.11.2025

Złapała kubek z herbatą, faktycznie czarną, jak wszystko inne. Szczęśliwie jej bardzo praktyczne i w równym stopniu nudne ubrania praktycznie nie ucierpią w tej pełnej popiołu katastrofie. A jeśli nawet, to niewielka strata, to znak, że nie powinno się za bardzo przywiązywać do dóbr materialnych.
Skinęła głową na znak, że ona, a potem mrugnęła z kilka razy, żeby nadążyć za wątkiem, który przeskakiwał, choć kręcił się wokół pożarów, zresztą inne tematy chwilowo nie istniały.
- Wyszedł w jednym kawałku? Kumpel od szyby - dodała. Liczyła, że cokolwiek się wydarzyło, to został zaopiekowany przez kogoś, kto mu towarzyszył, przez tę dziewczynę lub kogoś z pogotowia, w którym na szczęście nie pracowała obecnie, gdyby miała teleportować się po tych spalonych miejscówkach, to chyba potrzebowała pomocy medycznej szybciej od potencjalnych pacjentów.
- Słyszałam opowieści o dłoniach albo ich odciskach na ścianach w niektórych budynkach, które uniknęły spalenia. Różne osoby niezależnie od siebie o tym mówiły. - Na upiory nie natknęła się, może jeszcze. Byłaby w stanie uwierzyć we wszystko, nawet w fakt, że Śmierciożercy mają większościowy udział w firmach czy warsztatach budowlano-renowacyjnych i zamierzają zgromadzić środki z remontów i odbudowy na swoje dalsze działania.
- Sama, jest tu kilka osób z sąsiedztwa. Ja byłam przez ten cały czas w Mungu, trudno znaleźć teraz bezpieczniejsze miejsce w tej części Londynu. - Jej słowom towarzyszył blady uśmiech, ponura satysfakcja, szpital najlepszą miejscówką na czas burzy politycznej.
- Jestem uzdrowicielką na pozaklęciowych, jak potrzebujesz informacji o kimś znajomym lub z rodziny, to mogę się dowiedzieć tylko musisz mi zapisać nazwiska, bo niedługo będą wracać. No, pojebane - zgodziła się. - I bardzo, bardzo tchórzliwe.
Sid zastanowiła się, kiedy coś jadła, chyba przed północą, gdy jej przełożona pielęgniarek wcisnęła pół kanapki z marmoladą, musiało być z nią źle, gdy jeden z największych postrachów oddziałowych ją karmił, zamiast gonić do pracy i jeszcze sama zapomniała o jedzeniu. Nie zamierzała objadać kawiarnię, poza tym były osoby bardziej w potrzebie. Właściwie czy ktoś w Ministerstwie pomyślał, żeby zorganizować rano punkt wydawania posiłków, na fali tych myśli na głos powiedziała: - straszny burdel. - Aż poczuła się przytłoczona skalą zniszczeń i tego, co w najbliższym czasie trzeba będzie zrobić. Machnęła dłonią na swoim czołem: - rozmazałaś się tutaj. Nie rozumiem, obrzydliwe to wszystko, skąd mieli tyle mocy, ogień pojawił się też poza Londynem. - Może nie powinna tego mówić głośno albo nieznanej sobie osobie lub wszystko na raz głośno w nieznajomym otoczeniu, ale chyba zwolennicy Voldemorta zajęci byli podziwianiem efektów swoich działań.


RE: [Jesień 72, 09.09 Klubokawiarnia Nory | Sidonie & Millie] God Save the Queen - Millie Moody - 03.12.2025

- T… tak. No w jednym. Podziobanym, ale jednym. - dobrze było chociaż na moment usiąść. Trochę bała się, że jak klapnie to już nie wstanie. Adrenalina jednak dalej toczyła się w jej żyłach. - Dalej napierdala żarty z oczami, więc się nie przytępił w żaden sposób. Był nienormalny już wcześniej, pewnie nienormalnym pozostanie. - Zachichotała nieco, lekko niekontrolowanie. Słychać było w tym dziwacznym dźwięku pewien rodzaj ulgi, charakterystyczny dla ludzi, którzy próbują żartować z tragedii, która otarła się o nich.

Potem słuchała opowieści jak się okazywało uzdrowicielki. Musiało być przejebane w tym Mungu. Musiało być…
- Uh, nie chciałaś tam zostać, skoro było bezpiecznie? Jak tam w ogóle było? Ja podczas spalonej działałam w terenie. Pokątna. Aleja Horyzontalna. Tak w kółko. - w sumie zapytana nie była w stanie do końca odtworzyć swojej trasy. Zaczęło się pod Loftem, kamienica, zabranie kilku rzeczy i… w drogę. W drogę bez końca. Chociaż teraz mógł być koniec?

- Wiesz co… wiesz co… - W sumie to miała nazwiska. Miała Bardzo Dużo Nazwisk spisanych od ludzi, których mieli poukrywanych w dziuplach. Mugolaków, półkrwistych rzemieślników, którzy nie zgodzili się usługiwać rebelii, potem w sumie już ludzi zgarnianych z ulicy. Pogrzebała po kieszeni i wyciągnęła zmięte kartki pełne jej chaotycznego pisma, którego niejeden doktor by się nie powstydził. - Takie o? To… to nie do końca moi krewni, ale tych ludzi będziemy musieli znaleźć. - Ta liczba mnoga może była nie na miejscu, ale Miles złapana zawsze wycierała sobie twarz brygadą. Brygadziści musieli znaleźć zaginionych. Oczywista sprawa.

- Tylko tego nie mów Norze, ze ma burdel bo wiesz… Pogoni Cię wałkiem… - parsknęła, żartując w tym samym histerycznym stylu co wcześniej. - A te żołędne dupki to wiesz… Może obciągnęli jakiemuś bóstwu w tym Limbo, nie wiem… - zasępiła się. Po wizji Morpheusa, jej mentora wróżbiarstwa i ćpania, poważnego pana Niewymownego, który to osobiście skontaktował się z boginią Matką (chyba) podczas poprzedniego sabatu, Miles zaczęła dopuszczać do siebie myśl, że są pionkami na planszy o wiele większych graczy niż Dumbledore czy ten p…p… ten tam no. Sami Wiecie Kto.

- Uch dzięki… - rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku kobiety, która najwidoczniej chciała się nią zaopiekować wtedy, gdy to przecież Moody miała się zaopiekować nią! Zaczęła trzeć sadze.

Było jeszcze gorzej.