![]() |
|
[1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence (/showthread.php?tid=5315) |
[1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 06.11.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Zawsze uważałem, że cisza jest przereklamowana - dopóki nie usiedliśmy w niej razem. Nie planowałem tego. Miała po prostu zabrać rzeczy i zniknąć, może mruknąć coś w rodzaju „dziękuję”, choć nawet na to nie liczyłem, a jednak teraz siedzieliśmy obok siebie, w milczeniu, które nie było już obce, tylko… Gęste, nieprzyzwoicie spokojne. Pomieszczenie gospodarcze, ulokowane tuż przy wejściu do dormitorium Ravenclawu, pachniało kurzem, drewnem i starymi eliksirami, kiedyś pewnie trzymano tu zapas środków do czyszczenia albo skrzynie z pościelą, a teraz stało się tymczasowym azylem, chociaż nikt z nas nie miał w planach, żeby tu wylądować. Zimne kamienne ściany odbijały ciepłe światło pojedynczej pochodni. Za oknem, przez lekko zaparowaną szybę, widać było dziedziniec - biel śniegu połyskiwała w blasku zaklętych lamp, a daleko w tle ciemniał zarys Zakazanego Lasu. Przez chwilę patrzyłem na jej profil odbity w szybie - na zarys policzka, rzęsy rzucające cień na skórę, bladość twarzy przełamaną ciepłym blaskiem pochodni. Widziałem w odbiciu, jak lekko się poruszyła, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zrobiła tego od razu. W ciszy dało się słyszeć tylko delikatne trzaski drewna i jednostajny dźwięk śniegu uderzającego o szybę, a także okazjonalne zawodzenie wiatru szarpiącego okiennicę. Zastanawiałem się, dlaczego właściwie tu siedziałem - swoje już zrobiłem, powinienem był wrócić do moich spraw, zejść po schodach, zniknąć jak zwykle, ale nogi nie ruszyły się z miejsca. Myślałem, że gdy sowa zastuka do szyby pokoju wspólnego Krukonów, Prudence podejdzie do pomieszczenia, w którym mieliśmy się spotkać, weźmie wszystkie przedmioty, podziękuje, może rzuci jakieś swoje chłodne „to było zbędne” i zniknie, ale zamiast tego została, i ja też. Nie wiedziałem, co miałem zrobić z tą ciszą - teraz była czymś innym, czymś, co mnie drażniło, bo nie wiedziałem, co znaczyła. Oparłem się o parapet, wyciągając nogi przed siebie. Wszystko, czego mogła potrzebować, leżało na skrzyni obok, stojącej między nami, jak linia demarkacyjna - słoik z maścią, kilka bandaży, fiolka eliksiru przeciwbólowego, okład chłodzący, czysta woda, nawet coś słodkiego „na wzmocnienie”, jak powiedziała skrzatka, kiedy to brałem - wszystko, co udało mi się pożyczyć po drodze, przy odrobinie sprytu. Albo ukraść - Prue chyba wolała to słowo. Zza szyby po drugiej stronie pomieszczenia widać było czarne sylwetki drzew na tle bieli. Światło księżyca odbijało się od śniegu, tworząc złudzenie, że noc była jaśniejsza, niż być powinna. Przejechałem palcem po wilgotnej szybie, zostawiając smugę wzdłuż której spływała kropla. Za oknem śnieg padał coraz gęściej, wiatr szarpał gałęzie drzew na granicy Zakazanego Lasu. Wszystko w tym obrazie było ciche, zimne, jakby świat na chwilę zamarł. Nie szukałem rozmowy, ale jej obecność była zbyt wyraźna, by ją zignorować. - Powinnaś to zrobić zanim kostka spuchnie bardziej. - Wskazałem lekko podbródkiem na fiolkę z eliksirem. - Będzie działać szybciej, jeśli nie będziesz zwlekać. - Dodałem po chwili, nie odwracając głowy, zamiast tego oparłem łokcie o kolana, spojrzenie zatrzymując na śniegu za oknem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8j49hgT.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 06.11.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie do końca spodziewała się takiego rozwoju sytuacji, ale ten dzień udowadniał jej, że nie nad wszystkim ma kontrolę. Wyjątkowo, nie przeszkadzało jej to, aż tak bardzo. Pogodziła się już z jego obecnością, z każdą minutą przeszkadzała jej coraz mniej, co nieco ją niepokoiło, ale starała się nie dawać tego po sobie poznać. Miejsce w którym się znajdowali nie należało do szczególnie atrakcyjnych, czy malowniczych, jednak przynajmniej mogli mieć pewność, że nikt ich tutaj nie przyłapie, chociaż, czy właściwie było ich w ogóle na czym przyłapywać? Cisza nie była taka ciężka, jak mogło się wydawać, zabawne - wydawało jej się bowiem, że milczenie przy kimś było raczej objawem zaufania, a nie kojarzyła z nim tego uczucia, chociaż dzisiaj, może trochę. Przyniósł ją tutaj we własnych ramionach, zaopiekował się Prue kiedy wyjątkowo tego potrzebował, zrobił to bez żadnego ale, sam z siebie. Pokazał jej coś, czego nie spodziewała się zobaczyć. Nie miała w planach wychodzić poza dormitorium na dłużej, kiedy sowa zastukała w szybę, co miało być oznaką tego, że przesyłka została dostarczona wyszła na zewnątrz i jakoś tak się stało, że wylądowali w tym śmiesznym, ciasnym pomieszczeniu. Miało tu jedynie dość do wymiany, właściwie to przekazania jej potrzebnych przedmiotów, ale jakoś żadne z nich nie spieszyło się, aby stąd wyjść. To było dziwne, tak samo dziwne jak to, że nie strzelali w siebie piorunami z oczu, ani nie rzucali jak najbardziej wyszukanymi epitetami. Nie miała pojęcia, co oznaczała ta cisza, czy był to chwilowy sojusz, być może, jutro powróci do swojej zwyczajowej czujności, dzisiaj nie bardzo miała na to siłę, ten dzień naprawdę należał do bardzo wyczerpujących. Nie zapytała go o to, czy pojawiły się jakieś problemy, kiedy wybrał się po to, czego potrzebowała. Pewnie gdyby tak się stało to i tak by sobie z nimi poradził, zresztą wrócił, miał całe zamówienie, a może nawet nieco więcej. Śnieg za oknem nie przestawał sypać, przeniosła na moment wzrok na szybę, wieczór był naprawdę piękny, szkoda, że musiała go obserwować przez okno. - Myślisz, że może spuchnąć jeszcze bardziej? - Przeniosła wzrok na chłopaka, który opierał się o parapet. Fakt, powinna zacząć działać, jeśli chciała w miarę szybko doprowadzić się do porządku, liczyła na to, że po urazie po kilku dniach nie będzie najdrobniejszego śladu, więc zrobiła to, co powiedział. Zaczęła od eliksiru, wydawało jej się to być najbardziej istotną czynnością, za chwilę będzie mogła zająć się stopą, mikstura powinna złagodzić nieco ból, dzięki czemu łatwiej będzie jej się uporać z tą praktyczną częścią zabezpieczenia stopy. - Masz z tym niemałe doświadczenie. - Nie mogła nie skomentować tego, co powiedział. Oczywiście, że miał, grał w quidditcha, pakował się w różne, niekoniecznie bezpieczne sytuacje, na pewno nabawił się w swoim życiu o wiele więcej urazów od niej. Sięgnęła po fiolkę, otworzyła ją, nim jednak wypiła zawartość zamknęła oczy - jakby to miało ustrzec ją od okropnego smaku, którego się spodziewała. Wypiła zawartość jednym haustem, skrzywiła się przy tym okropnie. - Dlaczego te eliksiry muszą tak okropnie smakować? - Nie sądziła, żeby udzielił jej odpowiedzi na to pytanie, co jednak wcale nie powstrzymało ją od tego, by je zadała. RE: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 07.11.2025 Nie wiedziałem, dlaczego jeszcze tu byłem. Siedziałem przy oknie, oparty o zimny parapet, jakbym próbował wmówić sobie, że patrzenie na śnieg to dobry powód, by nie wyjść. Nie sądziłem, że ten wieczór jeszcze się wydłuży. Miało być prosto - znaleźć to, czego potrzebowała, dostarczyć, wrócić, bez niepotrzebnych rozmów, bez tego dziwnego uczucia, że robiłem coś... Dobrego, a jednak stało się inaczej. Siedzieliśmy w tym małym, ciasnym pomieszczeniu, w którym pachniało kurzem i starym drewnem, a za brudnym oknem sypał śnieg, gęsty, ciężki, jakby chciał przyciszyć cały świat. Nie mieliśmy już nic do powiedzenia, ale żadne z nas nie wychodziło. W rzeczywistości oboje po prostu trwaliśmy w tym dziwnym zawieszeniu - w tej chwili, która nie była ani kłótnią, ani pokojem. Milczenie nie było niezręczne, tylko dziwnie spokojne, jakbyśmy przez chwilę zawiesili broń. Śnieg padał coraz gęściej, każdy płatek znikał, gdy tylko zdążył dotknąć ziemi, a ja pomyślałem, że to całkiem dobry obraz wszystkiego, co dotychczas trzymałem w rękach - nietrwałe, krótkie, niewarte zbytniego wysiłku. Nie wiedziałem, dlaczego jeszcze nie wyszedłem - może dlatego, że po raz pierwszy od dawna ktoś nie kazał mi niczego udowadniać, nie patrzyła na mnie jak na kogoś, kto powinien być lepszy, głośniejszy, mocniejszy. Po prostu siedziała naprzeciwko mnie, z tym swoim zmęczonym spojrzeniem, i to wystarczyło, by poczuć coś na kształt ulgi. Złapałem się na tym, że przyglądam się jej zbyt długo, więc odwróciłem wzrok, udając, że coś mnie zainteresowało za oknem. Las majaczył w oddali, ciemny i nieprzystępny, ale świat na zewnątrz wyglądał czysto, niemal nierealnie. Zamek pogrążony w zimie miał w sobie coś z iluzji - biel przykrywała wszystko, nawet brud i pęknięcia. Tak jak ja próbowałem przykryć swoje. Czasem los miał wyjątkowo kiepskie poczucie humoru. Powinienem był po prostu zostawić to pod jej drzwiami, odejść, nie oglądać się za siebie. Tak byłoby prościej, ale nie zrobiłem tego, może dlatego, że przez chwilę miałem ochotę nie być sobą. - Może. Albo nie. Zależy, jak bardzo ją przeciążyłaś. - Mój głos zabrzmiał zbyt obojętnie, ale to dobrze, lepiej tak, lepiej nie brzmieć, jakby mnie to obchodziło. Brzmiało to rzeczowo, ale wewnątrz mnie coś drgnęło, to nie była troska, próbowałem sobie wmówić, to była praktyczność. Nic więcej. Uśmiechnąłem się lekko, żeby nie zdradzić, co naprawdę przeszło mi przez myśl. Spojrzałem na nią dopiero po chwili, jakby jej głos potrzebował czasu, by do mnie dotrzeć. Parsknąłem cicho, opierając głowę o zimny kamień za sobą. To też była połowiczna prawda, miałem doświadczenie, ale czasami się podnosiłem, czasami po prostu udawałem, że już stoję. „Quidditch” - słowo, które tłumaczyło wszystko, siniaki wyglądały lepiej, gdy miały konkretną historię. Ludzie nie pytali. Widząc bandaż, zakładali, że to zasługa tłuczka, nawet podczas przerw sezonowych, nie domu samego w sobie. Pociągnęła łyk mikstury, skrzywiła się tak bardzo, że prawie się roześmiałem. - Żebyś nie chciała ich pić dla przyjemności. - Nie dodałem, że większość rzeczy, które naprawdę działały, też smakowała gorzko. Nauczyłem się tego dawno temu - miłość, szacunek, rodzina - wszystkie miały posmak czegoś, czego nie dało się przełknąć bez skrzywienia. Odwróciłem wzrok z powrotem w stronę okna - śnieg wciąż padał, odbijając światło pochodni z dziedzińca. W tym blasku wszystko wyglądało miękko, prawie pięknie, ale wiedziałem, że to tylko złudzenie, piękne rzeczy kłamią najskuteczniej. Prawie się uśmiechnąłem, prawie, bo coś we mnie zacięło się w pół drogi. W głowie wrócił mi obraz ojca, jego dłoń zaciśnięta w pięść, zapach whisky i stłumione słowa. Czasem też kończyło się gorzej, ale to nie był temat na rozmowę. Nie z nią. Zgarnąłem ze skrzyni kawałek bandaża, który zostawiłem obok mikstur, nie potrafiłem usiedzieć spokojnie, więc zacząłem go nawijać na dłoń, ot tak, bez sensu. Ja też kiedyś musiałem nauczyć się łykać coś, co zostawiało gorzki posmak - tylko że to nie były eliksiry. Kiedy stajesz w drzwiach, tuż po zakończeniu eleganckiej farsy, i słyszysz, że znowu nie jest dobrze, kiedy dźwięk szkła tłuczonego o ścianę każe ci odruchowo zasłonić głowę, chociaż nikt jeszcze nie zdążył podnieść ręki - to zostaje, uczy cię czytać ludzi szybciej, niż oni zdążą cokolwiek powiedzieć. Zachowałem milczenie, choć w głowie kłębiło się zbyt wiele. Wiedziałem, że jutro wszystko wróci do normy - tak to zawsze działało, ale tej nocy, w tym dusznym pomieszczeniu, z dźwiękiem wiatru odbijającym się od kamiennych ścian, pozwoliłem sobie na coś, czego zwykle nie robiłem - na spokój. Nie dlatego, że na niego zasługiwałem. Po prostu nie miałem już siły być kimś innym. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8j49hgT.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 08.11.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Mogła być już w swoim pokoju, właściwie to pewnie nawet w łóżku, w ciepłej i miłej pościeli, która pachniała domem. Zawsze przywoziła od rodziców coś, co przypominało jej o rodzinie i pomagało przetrwać pierwsze dni po przerwie świątecznej. Niby przywykła do tego wszystkiego, a jednak nadal nie do końca łatwo było jej się odnaleźć w szkole po powrocie, pomimo tego, że był to już siódmy rok. Nie czuła się tutaj zbyt pewnie, zbyt wielu ludzi kręciło się wokół, a ona - ona raczej nie lubiła ludzi, może bardziej chodziło o to, że nie pozwalali jej się lubić. Zazwyczaj nie akceptowali inności, szukali w innych słabości i wykorzystywali je przeciwko nim. Były to jedne z wniosków, do których doszła podczas tych wszystkich lat spędzonych w tym zamku. Zdarzało się, że byli dla niej mili, to jednak nigdy nie było bezinteresowne, pojawiali się wtedy kiedy mogła im się do czegoś przydać, i chyba nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że ona to wie. Nie była bowiem ślepa, czy głupia, umiała łączyć fakty. Nie wypadało jednak, aby wrzucała wszystkich do jednego kotła. Ten dzień nieco ją zaskoczył, bo otrzymała pomocną dłoń ze strony, z której nigdy nie spodziewałaby się ją zobaczyć. Być może jej osąd był niewłaściwy, może nie dostrzegała wszystkiego, może ludzie nie byli tacy źli, jak się jej wydawało. Skoro nawet jej największy wróg okazał się mieć w sobie nieco przyzwoitości, to jednak warto by czasem było dopuścić kogoś bliżej siebie. Nie spieszyła się, aby stąd wyjść. Mimo, że pomieszczenie nie należało do najprzyjemniejszych, pełne było zakurzonych, zapomnianych przedmiotów, to całkiem miło było pomilczeć w czyimś towarzystwie. Wiedziała, że to tylko chwilowe, ale nie mogła nie stwierdzić, że nie podobała jej się ta odmiana. Był to dziwny moment wyrwany rzeczywistości, zresztą doprowadziło do tego coś, o czym wolałaby zapomnieć, ale póki co wcale nie spieszyła się, aby znaleźć się w dormitorium. - Nie miałam szansy jej zbytnio przeciążyć. - Uniosła głowę, i spojrzała na swojego towarzysza. Wiedział o tym doskonale, bo sam o to zadbał, więc raczej ominie ją ta część związana z jeszcze większym spuchnięciem. Naprawdę na to liczyła, wolała sobie nie wyobrażać bowiem siebie pokonującej te wszystkie schody, szczególnie w biegu, który zazwyczaj towarzyszył jej kiedy musiała znaleźć się na tych wszystkich zajęciach. Westchnęła cicho, na samą myśl o tym, jak będzie mógł wyglądać najbliższy czas zrobiło jej się słabo. Nie mogła sobie pozwolić na niedyspozycję w takim momencie. Ostatnie pół roku szkoły, egzaminy - to wszystko miało warunkować jej przyszłość. - Po co pić eliksiry dla przyjemności? - Istniało wiele napojów, które były dużo bardziej przyjemne w smaku to po pierwsze, a po drugie ich spożywanie nie wiązało się z żadnymi zmianami w organizmie. Jej pytanie było bezsensowne, ale i tak je postawiła, wiedziała, że ludzie byli różni, potrafili przyzwyczajać swoje ciało do pewnych substancji, a później ciężko im było się od nich odzwyczaić. Nie sądziła jednak, że w tym wypadku gorzki smak był dla nich przeszkodą... kiedy ktoś był zdesperowany był w stanie znieść gorycz, jak w życiu, czyż nie? Wystarczyło zacisnąć zęby i jakoś można było przetrwać wszystko. Kiedy sięgnął po bandaż Prue odruchowo spojrzała na skrzynię, postanowiła skorzystać z okładu chłodzącego, wydawał się być dobrym wyborem na pierwszy ogień. Usiadła na ziemi, po turecku, nie przejmowała się tym, że górował nad nią oparty o parapet, tak właściwie to przestała się póki co przejmować jego obecnością, zupełnie jej nie przeszkadzała, co było na swój sposób wyjątkowe. Syknęła cicho, gdy zdjęła but, niby eliksir powoli zaczynał działać, ale jednak sama świadomość tego, jak wyglądała jej kończyna... wzbudzała w niej sporo nie do końca przyjemnych emocji. Przymknęła na moment oczy, gdy przykładała okład, był zimny, niezbyt przyjemny, ale musiała to przetrwać. Liczył się cel - miał pomóc, szkoda tylko, że nie dało się tego zrobić w bardziej humanitarny sposób. Chciała mu powiedzieć, że nie musi tu z nią siedzieć, bo przecież zrobił już swoje, wykonał zadanie, przyniósł jej wszystko, czego potrzebowała. Nie musiał teraz patrzeć, jak sobie ze wszystkim radzi, ale tego nie zrobiła. Gdyby chciał znajdować się gdzieś indziej, to by go tutaj nie było. Nie wiedziała, jakie były jego intencje, ale tym razem chyba nie do końca chciała się tego dowiedzieć, nie był to dzień, kiedy analiza przychodziła jej łatwo. RE: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 11.11.2025 Cisza była dziwnie miękka, jakby ktoś rozłożył ją między nami na podłodze zamiast koca, nie przywykłem do takiego rodzaju spokoju - nie tego, który każe milczeć z lęku, tylko tego, w którym milczenie nie wymagało żadnego tłumaczenia. Złapałem się na tym, że przypominam sobie dom, nie w sensie miejsca, tylko dźwięku - brzdęk szklanki, ciężki krok po podłodze, trzask drzwi. Zapach dymu i metaliczny smak krwi w ustach - to wszystko wracało, kiedy robiło się zbyt cicho. Odepchnąłem to wspomnienie tak, jak się odpycha coś gorącego, co pali palce, ale powracało raz za razem. Teoretycznie mógłbym już być daleko stąd w pokoju wspólnym, z nogami na stole, udając, że to był dzień jak każdy inny, ale nie ruszyłem się. Nie wiedziałem nawet, kiedy przestałem chcieć wyjść. Zostałem, oparty o zimny parapet, z dłoniami wsuniętymi do kieszeni, patrząc na to, jak śnieg padał coraz gęściej, przykrywając dziedziniec, jakby chciał uciszyć cały świat. Głos Prudence był wyjątkowo spokojny, pozbawiony tej ostrej nuty, którą zwykle niosło każde jej słowo. Odpowiedziałem odruchowo, jakbym znał ten dialog na pamięć. - Mhm. Tak czy siak, daj jej spokój przez kilka dni i nie kombinuj, bo skończy się gorzej. - To był ton, którego używałem na treningach, gdy ktoś z młodszych graczy udawał bohatera. Nie ostry, ale nie łagodny. Przez chwilę chciałem dodać coś kąśliwego, dla równowagi, lecz słowa ugrzęzły mi w gardle. Poprawiłem się plecami na chłodnym kawałku ściany, patrząc, jak próbuje sobie poradzić z kostką. Zawsze wszystko robiła sama - nawet teraz, gdy miała prawo poprosić o pomoc, wybierała dumę zamiast ulgi. Miała w sobie to coś - tę dziwną konsekwencję ludzi, którzy wolą cierpieć po cichu, niż przyznać, że coś ich przerasta, więc nie narzucałem się z dodatkowym, niechcianym wsparciem na siłę. Oparłem głowę o mur i pozwoliłem sobie na oddech, w takich chwilach zawsze czułem się trochę jak wtedy, gdy siedziałem sam w starym pokoju i czekałem, aż gniew ucichnie po drugiej stronie drzwi. To jednocześnie był i nie był ten sam rodzaj ciszy, wciąż wzbudzał lekki dysonans, ale głównie przez to, że wydawał się inny. Może nawet... Łagodny. Przez grubą szybę widać było śnieg - miękki, gęsty, cichy. Zamek wyglądał, jakby zasnął, tylko gdzieś w oddali słychać było echo kroków, najpewniej woźnego. Nie rozumiałem, czemu to na mnie działało w ten sposób - może dlatego, że nikt nigdy nie potrafił tak milczeć, w moim świecie cisza była groźbą, tutaj... Była czymś prawie łagodnym. - Dla zapomnienia. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, w zamyśleniu, niezbyt przytomnie. Zapomnienie, tak. Przez chwilę pomyślałem, że mógłbym tak siedzieć dłużej, może pierwszy raz od dawna nie musząc niczego udawać, ale potem przypomniałem sobie, kim jestem, kim mam być - i wszystko wróciło na swoje miejsce. Włącznie z tym, że nie powinienem się zapominać i mówić głupot. - Bo tak? Ludzie uzależniają się od różnego gówna, po co to analizować? - Powiedziałem to sucho, niemal szorstko. - Eliksir zrobi swoje, jeśli mu pozwolisz i przestaniesz się guzdrać. Jak skończysz, powinnaś iść odpocząć. - Chciałem dodać coś jeszcze, coś banalnego - „jutro będzie lepiej” albo „uważaj na siebie” - ale nie byłem człowiekiem od takich słów, nigdy nie byłem. Zamiast tego przesunąłem dłonią po parapecie, strzepując z niego pył, i rzuciłem: - Spierdalam stąd. Jakby co, wiesz, gdzie mnie znaleźć. - To brzmiało wystarczająco obojętnie, wystarczająco jak ja. Potem spojrzałem jeszcze raz na śnieg za oknem, wstając z miejsca i rzucając bandaż na skrzynię, białe płatki wirowały powoli, w ciszy, jakby czas naprawdę mógł się zatrzymać. Na sekundę uwierzyłem, że świat jest spokojny. A potem odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że nie jest. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8j49hgT.jpeg[/inny avek] RE: [1.1959] Not the villain tonight | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 12.11.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Dziwne było to, że brakowało jej zwyczajowej czujności, która towarzyszyła jej zawsze, kiedy Rookwood znajdował się obok. Dzisiaj nie wydawało się to potrzebne. Czuła, że nie wykorzysta jej niedyspozycji, zresztą wbrew temu co podpowiadałby jej rozsądek, miała ku temu podstawy, bo przecież zajął się nią wcześniej, kiedy tego potrzebowała. Nawiązali jakąś cichą nić porozumienia. Milczenie, które ich otaczało nie przeszkadzało jej zupełnie, było miłą odmianą przy tych słowach, którymi zawsze w siebie rzucali. Mogłoby się wydawać, że będzie się czuła nieswojo, jednak to uczucie się nie pojawiło, wręcz przeciwnie miała wrażenie, że ta cisza jest całkiem wygodna, nieszkodliwa i całkiem szybko się do niej przyzwyczaiła. - Nie zamierzam kombinować. - Cokolwiek miało to znaczyć. Jakoś będzie musiała przemierzać te wszystkie schody w Hogwarcie, to było nieuniknione, jednak poza tym pewnie zalegnie w pokoju wspólnym, albo dormitorium co wcale nie było taką złą opcją. Nie sądziła nawet, że ktoś dostrzeże jej ograniczoną obecność na korytarzach. Wbrew pozorom, nawet ją to cieszyło, jakby ktoś się tym zainteresował to będzie miała wymówkę. Pozwoli to Prue na spokojne wrócić do szkolnej rzeczywistości. W każdej sytuacji można było znaleźć jakieś plusy, nawet w tych fatalnych. Normalnie niby też mogła chować się w swoim bezpiecznym miejscu, jednak czuła na sobie pewną odpowiedzialność, więc raczej nie unikała konfrontacji z tym światem do którego nie do końca chciała należeć. Przyłożyła zimny okład do swojej stopy, przyniósł oczekiwane ukojenie, tak samo jak eliksir, który wypiła chwilę wcześniej. Najwyraźniej środki, które jej dostarczył faktycznie działały, nie, żeby sądziła, że będzie inaczej, dość poważnie bowiem podszedł do tego, co przytrafiło się Bletchley. Sięgnęła w końcu po maść, otworzyła wieczko, uderzył w nią dość nieprzyjemny zapach. No jasne, przecież nie mogło to pachnieć fiołkami... to byłoby zbyt proste. Nałożyła odrobinę specyfiku na dłoń, musiała wetrzeć to w skórę, wiedziała, że jest to potrzebne, chociaż nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Dla zapomnienia. Strasznie łatwo przyszła mu odpowiedź na jej pytanie, jakby miał z tym pewne doświadczenie, albo jakby sam myślał o tym, w jaki sposób można coś zapomnieć. Nie wyglądał jej na kogoś, kto musiałby o czymś zapominać, w końcu był gwiazdą, wszyscy tańczyli jak im zagrał. Nie skomentowała tego w żaden sposób. - Dlaczego tego nie analizować? Warto jest to robić, łączyć fakty, szukać zależności. - Zastanawiać się nad powodami takiego, a nie innego działania. Prue analizowała wszystko, nie potrafiła inaczej. - Nie guzdram się. - Powiedziała jeszcze cicho. Fakt, działała powoli, jednak w jej opini dokładność była ważniejsza od pośpiechu. Wolała się upewnić w tym, że każdy krok który wykonywała był wykonany z odpowiednią precyzją, w końcu chodziło o jej stopę. Zdąży odpocząć, najwyżej wróci do niej ból, gdy eliksir przestanie działać, zagryzie zęby i jakoś to zniesie. - Dobrze. - Co niby miała innego odpowiedzieć na to, jakże ciepłe pożegnanie. Dała znać, że dotarło do niej, co zamierza, tyle. Nie chciała prosić go o kolejną przysługę, nie umknęło jej jednak to, że wspomniał o tym, że wie, gdzie go znaleźć, to byłoby jednak za dużo. Nie miała w zwyczaju nadużywać uczynności innych osób. - Dzięki za wszystko. - Powiedziała odruchowo, uniosła jeszcze głowę znad swojej stopy i na niego spojrzała. Naprawdę doceniała to, co dla niej zrobił, chociaż nie była co do tego zbytnio wylewna. Sama zamierzała zostać tu jeszcze przez kilka minut, musiała bowiem skończyć, to co zaczęła, później jakoś doturla się do dormitorium, na szczęście nie miała do niego daleko. Koniec sesji
|