Secrets of London
[22.09.1972] No mourners, no funerals - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [22.09.1972] No mourners, no funerals (/showthread.php?tid=5322)

Strony: 1 2 3


[22.09.1972] No mourners, no funerals - Lorraine Malfoy - 10.11.2025

Nocna kolacja z okazji Mabon w Necronomiconie, ulica Śmiertelnego Nokturnu

Na prośbę Lorraine, Alhazred Malik zawiesił tego ranka na drzwiach Necronomiconu kartkę z bardzo ważną informacją. "Wstęp wyłącznie dla petentów w sprawie świątecznego przyjęcia z okazji Mabon." Byle karteczka, nieważne, z jak starannie wykaligrafowanym napisem, nie potrafiłaby, oczywiście, powstrzymać tych, którzy czytać żadnych ogłoszeń nie zwykli albo też czytać nie umieli. Na tych czekały jednak zamknięte na wszystkie spusty drzwi. Tego dnia w zakładzie pogrzebowym wyjątkowo nikt nie pracował. Nie odbył się żaden pogrzeb, żaden żałobnik nie przybył, aby czuwać przy rozłożonych w kaplicy marach. Wszyscy mieszkańcy Necronomiconu zbytnio zajęci byli przygotowaniami do święta, które winno się spędzać w rodzinnym gronie. A nie wszyscy członkowie ich rodziny nosili jednak nazwisko Malfoy. Nie wszyscy mieszkali nawet pod dachem wiekowego zakładu pogrzebowego na Nokturnie. A jednak wszyscy, którzy otrzymali namalowane przez Fridę zaproszenia, mieli dzisiejszej nocy pojawić się na uroczystej kolacji z okazji Mabon.

Wszyscy, za wyjątkiem Helloise. Helloise pojawiła się na progu Necronomiconu wczesnym rankiem, po wspólnym powrocie z nabożeństwa, na którym święcono dary dla Matki. Przejęła wówczas prym w kuchni, stwierdziwszy, że skoro nie może być obecna na kolacji ciałem – udaje się bowiem świętować do swej rodziny w Walii – będzie obecna w Necronomiconie duchem. A konkretnie pod postacią swojego popisowego świątecznego placka z jabłkami. Zapach jabłek i cynamonu unosił się więc od rana w zakładzie, wabiąc do malutkiej kuchni wszystkich jego mieszkańców, którzy zostali w mniej lub bardziej przymusowy sposób zatrudnieni do ostatnich przygotowań świątecznych. Nie zostało do zrobienia wiele. W końcu zarówno Lorraine i Baldwin wywodzący się z Malfoyów, jak i nosząca nazwisko Mulciber Scarlett, zadbać musieli o żłożenie wizyty w rodowych posiadłościach, wypełniając obowiązki wobec swych szacownych rodzin. Tak więc Alhazred wywiesił na drzwiach karteczkę z informacją o tym, że zakład jest w dniu dzisiejszym nieczynny. Na tej samej karteczce – również na prośbę Lorraine – charakterem pisma, po którym od razu można było poznać, że wiadomość skreśliła ręka Baldwina, dopisano późnym wieczorem: "UWAGA NA PRÓG!!!!!!!". Jeden chyba tylko Peregrinus wiedział bowiem, jak wysoko należy podnieść nogę, żeby nie zaczepić się o przeklęty próg na wejściu do Necronomiconu, który nieustannie zmieniał swoją wysokość. Gdy jednak udało wam się już wejść do środka...


Lorraine jak zawsze była w bieli, choć sukienkę miała bardziej odświętną. Ramiona okryła grubym, zielonym szalem, na którym zaciskała, zaaferowana, dłonie, witając was wszystkich niemal już od progu. Z natury skrupulatna, ukształtowana swym odwiecznym dążeniem do perfekcji, wiedziała jak należy organizować przyjęcia. Wielokrotnie uczestniczyła przecież w podobnych przygotowaniach ze swoimi ciotkami, kuzynami, planując, i wydając odpowiednie dyspozycje dla służby... No właśnie, tylko że Lorraine służby nie miała. Każdy kielich i talerz, każdą łyżkę i serwetę, jakie leżały na nakrytym hafrtowanym obrusem stole, ułożyć więc musiała sama. Wiedziała, że stół powinien błyszczeć, więc błyszczał, choć nie srebrem, a wypolerowaną do granic możliwości cyną. Zastawa stołowa była niedopasowana ("każdy z innego kowenu", mogła usłyszeć Scarlett tego ranka, gdy Lorraine krążyła wokół stołu, mrucząc poirytowana pod nosem), ale starano się to sprytnie zamaskować, ustawiając talerze z pożyczonego od przyjaciół kompletu na przemian z tymi, których używali na co dzień. Sztućce z mosiądzu były nieco powyginane, ale wypolerowane tak, że łapały każdy odblask światła. Z jakiegoś powodu widelców było najwięcej, ale nikt nie zastanawiał się nad tym zbyt długo.

Potrawy na stole były w większości postne. Małe pieczone dynie, przepołowione i wypełnione aromatycznym farszem. Bochny chleba na lnianych serwetach, odłożone dla Lorraine przez znajomego piekarza z Nokturnu, czekające na podanie w nich aromatycznej zupy. Gulasz z duszonych warzyw, dyni, ziemniaków, pietruszki i pasternaku, z dodatkiem żurawiny. Zapiekany ryż. Chrupiące paszteciki z grzybami zebranymi na Ścieżkach. Kiszone ogórki, rzecz jasna, wyrobu Stanleya Borgina. Placek jabłkowy upieczony przez Helloise, która wpadła rano. Słodkości przywiezione przez Alhazreda hen z odległych krain, ale i zwyczajne jabłka z rynku w Little Hangleton, zapieczone, pokryte warstwą karmelu i goździków. Na stole, oprócz herbaty z lipy i dzikiej róży czekało na was również domowej roboty wino, które wydobył skądś Baldwin.

Potężny, drewniany stół o nierównej powierzchni tonął w jesiennych barwach, przystrojony bukietami z suszonych kwiatów i traw, przewiązanych czarnymi wstążkami. Pogrzebowymi? Zapewne, ale kto by się tym przejmował. Dzisiaj wszyscy zebraliście się w końcu po to, żeby w cieniu śmierci, jaki rzucał zakład pogrzebowy świętować... Życie. Miejsca przy stole nie były podpisane. Niby czemu miałyby być? Mogliście swobodnie zamieniać się krzesłami, żeby rozmawiać między sobą, do woli krążąc wokół stołu pomiędzy kolejnymi daniami. Porządek ustąpił miejsca chaosowi... A może po prostu serdeczności? Już od progu powinniście się przecież spodziewać, że w jakimś momencie kolacji wpakuje się wam na kolana mała, wyjątkowo żądna waszej uwagi ghoulka. Lorraine, która uciekła na chwilę w głąb kaplicy, aby zapalić zgasłe świece przed posągiem Matki, odsunęła krzesło dla Fridy, po czym rozejrzała się po twarzach zgromadzonych wokół stołu gości... Zmarszczywszy delikatnie brwi, dopiero gdy napotkała wzrokiem Alhazreda.


Zapraszam was do zajmowania miejsc! Serduszko
Podałam luźną propozycję usadzenia, żeby na samym początku było nam wszystkim łatwiej wymieniać posty. Proszę, nie bójcie się przemieszczać w trakcie kolacji, jeżeli tylko macie taką potrzebę albo życzenie. Po prostu podkreślcie to w poście, aby w ten sposób ułatwić reszcie graczy orientację w czasie i przestrzeni.

Ustalmy wstępnie termin odpisu do 16 listopada, do godziny 23:59. Doradzam względny umiar do około 500-600 słów na posta, ale jeżeli wyjdzie wam więcej, nikt się nie obrazi. Zobaczymy, czy będziemy potrzebować ścisłej kolejki, czy będziemy pisać tak, jak komu pasuje, trzymając się tylko terminów dziennych, żeby sesja nam nie stała. Na razie proszę o to, aby każdy dodał w tej turze przynajmniej jeden post. Chciałam dać wam przestrzeń na napisanie paru słów zanim rozpoczniemy właściwą kolację. Przepraszam was wszystkich za moją obsuwę, wiem, że miało być wcześniej. Wiem, że ze mną to nie zaskoczenie, ale i tak mi z tego powodu głupio.

Jeżeli chodzi o animację NPC: ja będę pisać Alhazredem Malikiem, założycielem Necronomiconu, natomiast Lorien zanimuje, rzecz jasna, ghoulkę Fridę. Gdybyście życzyli sobie wejść z nimi w jakąś interakcję, proszę do nas śmiało uderzać. Zapewne i tak zostaniecie do tych interakcji przymuszeni, bo z naszych NPC są straszne przylepy... Ale są tutaj po to właśnie, żeby was dokochać i jeszcze bardziej urozmaicić nam grę. Lorraine ma dla wszystkich drobne prezenciki, które planuję zrobić mechanicznie w osobnym poście przed Mabon, więc i w tym aspekcie możecie spodziewać się paru niespodzianek.

Za narysowanie przepięknych zaproszeń Fridą dziękuję serdecznie Baldwinowi Malfoyowi.

W razie jakichkolwiek wątpliwości, zapraszam na kanał Necronomiconu na discordzie.

Miłej zabawy, kochani! Serduszko



RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Bard Beedle - 10.11.2025

Wspaniały okaz Homo heidelbergensis z charakterystycznie poszerzoną przedniotylnie gałęzią żuchwy, w sam raz do mojej kolekcjimruczał pod nosem stary, obracając w sękatych, suto opierścienionych dłoniach czaszkę, podarowaną mu z okazji Mabon. Biorąc pod uwagę upodobanie Alhazreda do zbieractwa, trudno było sprawić mu prezent, który byłby dla wiekowego czarownika w jakikolwiek sposób wyjątkowym. Czego bowiem nie było w jego zbiorach! Poupychane po kątach księgi, słoje z formaliną, w których zanurzone były przeróżne dziwy, magiczne artefakty, których przeznaczenia nie sposób było się domyślić... A pośród nich setki, jeśli nie tysiące nieudanych projektów, realizowanych tylko li wyłącznie z czystej fanaberii badacza nekromancji i innych sztuk tajemnych. Odpady na śmietnisku czasu, jakim był Necronomicon, niegdyś pełniący funkcję pracowni Alhazreda.

A jednak Baldwinowi udało się znaleźć odpowiedni prezent dla czarownika podczas jednej z wypraw do głęboko położonych podziemnych sal na terytorium Ścieżek. Czaszkę. Nie byle jaką czaszkę! Nie wiedział, co prawda, czym dokładnie różniła się od innych czaszek... Ale się różniła. Drobne różnice w percepcji, których sam nie do końca był świadomy, zdawały aktywować Milforda. Czaszka niewątpliwie nadawała się na prezent dla Alhazreda. A staruch, oczywiście, nie mógł czekać z odpakowaniem prezentu do końca kolacji. Gdy nikt nie patrzył, wręczył dla Fridy zaklętą kolekcję złożonych z drobniutkich kosteczek figurek zwierząt (z namaszczeniem tłumacząc dziecinie łacińską nazwę każdego z nich), a potem sam odpakował prezent od Lorraine i Baldwina. – Nada się niewątpliwie do najnowszego z mych automatonów, prominentny foramen mentale pozwoli na dogodną instalację mechanizmu, który...Alhazred podniósł głowę, po czym zastygł bez ruchu, z zaskoczeniem przyjmując obecność tak wielu gości przy stole.Och, proszę o wybaczenie, czy już... Czy już wszyscy przybyli?

Trudno było wam zidentyfikować akcent czarownika, była to bowiem niezwykle konfundująca mieszanka ostrych spółgłosek spowita rozwlekle miękką i melodyjną intonacją. Dziwaczny akcent, nieco ciemniejsza, aniżeli przystało na rodowitego Anglika karnacja, ogorzała od słońca twarz, a także obco brzmiące nazwisko, utwierdziły was w przekonaniu, że mężczyzna nie pochodzi stąd. Tym z was, którzy go nie znali, został przedstawiony przez Lorraine po prostu jako: "mistrz Alhazred Malik, założyciel Necronomiconu".

Odziany był ekstrawagancko, a biel jego szat pasowała do pokrytych bielą siwizny długich włosów i brody. Nienaturalnie ciemne, a wręcz czarne oczy mężczyzny, do złudzenia przypominały puste oczodoły trzymanej przez niego w rękach czaszki. A jednak wcale nie wydawał się strasznym, gdy na was patrzył. Bo patrzył życzliwie, może z lekkim zakłopotaniem, odkładając pospiesznie czaszkę na stół. Chyba uznał, że nikt z was czaszki nie zauważy, jeżeli tylko będzie udawał, że ta stanowi część dekoracji stołu... [inny avek]https://64.media.tumblr.com/bffc82145388da61bc60d3f6fdb9922a/d70940016578ff00-dd/s1280x1920/c02f7577da631ab9f6beb02f9e50c3aaa790cd59.jpg[/inny avek]


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Dægberht Flint - 14.11.2025

Każdy, kto znał Dægberhta Flinta wiedział, że obchody wszelkich świąt Koła Roku były dla niego niezwykle ważne. Chłopak nie pogardziłby większym sabatem z okazji Mabon, takim przypominającym mu, że do Anglii warto było wracać, ale nie brak mu było piątej klepki – w pełni rozumiał, dlaczego w tym roku zorganizowano jedynie zakurzony kiermasz, a większość czarodziejów wolała spędzić ten czas w zamkniętym, bezpiecznym gronie rodzinnym.

On też miał dużą, wartą uwagi rodzinę, wiecie?

Miał rodziców, od których bardzo sprawnie uciekł, żeby nie wysłuchiwać kolejnej przydługiej wypowiedzi ojca o tym, jak bezużyteczny był w tym co robił, skoro tak często przychodziło im dokładać do jego interesów.

Miał dziadków, którzy zdawali się nie zauważać go od czasu rozwodu.

Miał też (byłą)żonę i córkę. Tę drugą łatwo było przeoczyć przez wzgląd na to, jak mało spędzał z nią czasu, (byłej)żony natomiast nie sposób było zignorować, kiedy stała na ulicy i krzyczała na niego z kolejnego z tysiąca zrozumiałych powodów, a on nieruchomy i sztywny uśmiechał się tylko, cudem powstrzymując drganie powieki mogące zdemaskować go w tym, jak bardzo miał ochotę rzucić w nią wszystkimi trzymanymi przez siebie pakunkami i uciec w szkockie góry. Z jednej strony nie chciał, żeby go ktokolwiek w tym stanie zobaczył, z drugiej wydawało mu się, że mogłoby mu to pomóc – gdyby wszyscy zobaczyli, że on czasami też mierzy się z agresją i niesprawiedliwością, nawet jeżeli to on dopuścił się do skruszenia fundamentów ich małżeństwa.

Abigail radziła sobie z tym na swój sposób. Czmychnęła rodzicom, poprawiając czerwony kubraczek, w którym wyglądała jak wielka truskawka i poszła przodem w kierunku Necronomiconu, będącego docelowym miejscem ich spaceru. To ona pierwsza zapukała do drzwi, wspięła się na ten jakże niebezpieczny stopień (i była z siebie bardzo dumna!), a także przywitała z każdym, kto był na tę kolację zaproszony. Jej ojciec, pachnący przepięknym, różanym zapachem (a to było do niego niepodobne) dołączył do niej później, utrzymując szeroki uśmiech, mający zamaskować to, że przed chwilą Vivi prysnęła mu perfumami prosto w twarz.

Nie zamierzał poruszać tego tematu z nikim innym niż Peregrin. Nie lubił słuchać o tym, że sobie na takie zachowanie w pełni zasłużył, a kobiety... cóż, lubiły stawać po swojej stronie i odrobinę im się nie dziwił. Nie znaczyło to oczywiście, że w pomieszczeniu znajdowały się osoby, których nie darzył sympatią lub szacunkiem – zdarzało mu się zaplątać we własnych przemyśleniach*, po prostu... Kiedy człowiek nie może kłamać, a przysięgę złożoną Matce traktował BARDZO poważnie, lepiej się było w pewne dyskusje nie wdawać.

Ograniczył się do bycia dobrym gościem. Dobry gość uśmiechał się szeroko, przynosił prezenty (mimo otrzymanego listu obyło się bez biedronek, ale to nie znaczyło, że przyszedł z pustymi rękoma – przyniósł dwie puszki ziołowego naparu, jakiego się w Anglii dostać nie dało, bo go sam skomponował z liści zwiezionych zewsząd, plecionki z Ameryki Południowej odstraszające złe duchy, wino z Whitecroft i absurdalną ilość „nieodpakowanych” kasztanów, na których przyniesienie głośno nalegała jego córka), witał się z Lorraine w progu, a później innych witał równie serdecznie. Dobry gość zachwycał się głośno posągiem:

Jakiż to piękny, czarujący twór ludzkich rąk.

Zachowywał też komplementy odnośnie potraw do czasu aż ich nie spróbuje, bo nikt nie lubił pustych słów.

Abbie, a co mieliśmy powiedzieć?

Młoda Flintówna nabrała powietrza w usta i oboje powiedzieli chórem:

Dziękujemy za zaproszenie.

Jeżeli im się to udało, chcieli tymi podziękowaniami poczęstować nie tylko Lorraine, ale również (a może nawet i głównie), twórczynię zaproszenia, czyli Fridę. Nie miał jeszcze okazji jej wyczuć, zorientować się jakim dzieckiem była, na co sobie pozwalała, a co nie.



* – Ciężko być mężczyzną przy Lorraine. Kiedy z jednej strony widzisz w niej swoją siostrę – czarującą wilę Wulfwyn – i niby myślisz o kimś, z kim dzieliłeś krew i rodziców, za kogo oddałbyś swoje życie tak jak za Abigail, a później... kiedy wyobrażałeś sobie kogoś o urodzie panny Malfoy skąpanego w blasku księżyca, oblanego wodą leśnej sadzawki, budziły się w tobie popędy, których zdecydowanie nie chciałeś czuć przy rodzonej siostrze. Nie był złym człowiekiem, prawda? To nawet nie było tak, że chciał cokolwiek z tymi myślami zrobić. Ale one pojawiały się znikąd, atakowały go, były tak piekielnie intruzywne... Piekielnie? Nie, to co sobie wyobrażał, nie mogło być żadnym piekłem, nie mogło być karą. Po prostu było podszyte skojarzeniami obdzierającymi to z czystości.

PS. Popłynęłam i zabrakło mi słów na opis stroju - ma na sobie długą, czarną, czarodziejską szatę z koronkowymi rękawami i płaszcz. Tak, wyobrażałam to sobie jako losową sukienkę z Reserved.



RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Scarlett Mulciber - 15.11.2025

Do domu wróciła zaraz po kolacji w Mulciber Manor. Chciała pomóc w ewentualnych przygotowaniach, bo nawet jeśli takowych nie było i wszystko zostało dopięte na ostatni guzik -  to domyślała się, że w oczach Lorraine mogło być inaczej. A przynajmniej dopóki nie minie początkowy stres i wszyscy nie zasiądą na swoich miejscach. Jeszcze przed ustaloną godziną podążyła do pokoju, który zajmowała razem z Baldwinem, aby poprawić makijaż i przez krótki moment odetchnąć od gwaru i napięcia jaki towarzyszył wydarzeniom tego typu. Rodzinka Mulciberów nie należała do najłatwiejszych - stwierdziła w myślach, zasiadając na parapecie, odpalając papierosa. Potrzebowała chwili, aby się wyciszyć. Gdy dopaliła papierosa, poprawiła włosy i po raz ostatni poczęstowała się waniliowymi perfumami, które przyjemnie chłodną chmurką musnęły jej alabastrową skórę. Sięgnęła po białą kokardę.

Zbiegła na dół, odnajdując spojrzeniem Lorraine. Pukle jasnych włosów rozsypały się po ramieniu Scarlett, kontrastując z elegancką, czarną sukienką. Na burgundowych ustach Mulciber wpłynął delikatny uśmiech, a jasne ślepia połowicznie skryły się za kotarami kruczoczarnych rzęs nadając im kociego wyrazu, gdy przypatrywała się pani domu i zdawała się nad czymś zastanawiać.
W końcu nieśpiesznie podeszła do Lorraine, muskając opuszkami palców lśniące, miękkie loki Malfoyówny
-Wyglądasz przepięknie... - wyznała cicho, niemal szeptem, zbierając kilka kosmyków, tym samym wpinając białą kokardę w jej włosy- Dom wygląda przepięknie i wszystko jest absolutnie przepiękne  - umilkła na moment, aby ocenić czy wpięta ozdoba leży tak jak powinna -  ale nie jestem tym zdziwiona, bardzo się starałaś dla nas wszystkich... -delikatnie poprawiła kokardę - zawsze się starasz z całych sił, wiem... - stwierdziła cicho i nieco nonszalancko, chociaż mówiła całkiem szczerze - Nawet jeśli czasem jest to kurewsko ciężkie... - odnalazła jej spojrzenie, a na jej usta wpłynął ciepły uśmiech - Dziękuje Ci
Bo chociaż w tym domu nie było pięciu pokojówek i czterech skrzatów, nie było złotych sztućców i alabastrowych zastaw sprowadzonych zza morza to było coś co sprawiało, że to wszystko wydawało się niepotrzebne. I nawet nieprzyjemne mrowienie powstałe na wskutek chaosu w lśniącej zastawie, spowodowane świadomością, że każdy widelec i każdy talerz był z innego kowenu zdawało się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia.
Obróciła się na pięcie, aby ulotnić się z pola rażenia, a tym samym nie być pierwszym na co mogą wpaść goście, których spodziewała się, że nie znać.
Wzrokiem szukała Baldwina, wracając grzecznie na swoje miejsce.
-Lucyfer - mruknęła oschle, widząc czarnego kota, przyozdobionego czerwoną wstęgą, który akurat siedział na jej krześle, zaglądając z ciekawością na stół. Kot zerknął w jej kierunku po czym zeskoczył z krzesła, siadając tuż pod nim.

Dojrzała pierwszych gości, których tak jak i podejrzewała - nie znała, aczkolwiek niezbyt się tym przejmowała. Obserwowała z zaciekawieniem uroczą scenę, gdy podziękowali za zaproszenie.
Kim byli dla Lorraine i Baldwina? Rodzina? Przyjaciele? Zerknęła w kierunku Lorraine, na dłuższą chwilę zwieszając na niej spojrzenie. Być może gdy ją o to zapyta to ta odpowie, wyciągnie kolejny album ze zdjęciami, które zdawało się, że skrupulatnie zbierała (sądząc po ilości) przez lata.
Uśmiechnęła się pod nosem do własnych myśli, przenosząc wzrok na Baldwina (lub jego krzesło), pozwalając sobie odbiec myślami gdzieś ciut dalej.


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Bard Beedle - 16.11.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/70f38ba2e8d8c10f527e75331323edea/8e014488f3cdcb5b-e4/s2048x3072/a471c88a1fd1b53fa4fd2efcc4bd720ba249cfca.jpg[/inny avek]
To był bardzo bardzo ważny dzień. Jeden z takich najnajnajważniejszych na świecie! Frida doskonale wiedziała co to było Mabon. Miała przecież katechizm dla dzieci, który mama przyniosła z kowenu. Frida co prawda nie do końca potrafiła przeczytać co tam napisali, ale na szczęście w katechizmie było dużo obrazków. Jeszcze dzisiaj rano zanim mama przyszła, żeby ją ubrać na nabożeństwo, Frida otworzyła książeczkę.
Znalazła M-A-B-O-N. To było łatwe słowo. Prawie jak F-R-I-D-A. Oba potrafiła już napisać, chociaż nie miały wcale takich samych literek! Co znaczy że potrafiła napisać aż… dużo literek. Co najmniej dwie! Tata zawsze powtarzał, że Frida jest bardzo zdolna i na pewno miał rację. Na pewno inni nie znali aż tylu literek. Taki jeden chłopak, z którym czasami bawiła się w berka na placyku to nawet nie wiedział jak napisać, że się nazywa Fred. A ona wiedziała. F-R-E-D. Prawie takie same literki jak w F-R-I-D-A. Tylko troszkę inne.
Znalazła w katechizmie odpowiednią stronę i pogłaskała palcami obrazek z uśmiechniętą rodziną przy stole. Prawie jak jej rodzina! Posiedziała jeszcze troszkę oglądając kolorowe strony, a potem przyszedł tata i zapytał czemu Frida wciąż jest nie ubrana do kowenu i ma na sobie dwie różne skarpetki. Westchnęła ciężko. Tata to nic nie rozumiał! Na jednej skarpetce były duszki, a na drugiej szkieleciki. To oczywiste, że to byli przyjaciele. Poza tym jedną skarpetkę ze szkielecikami gdzieś zgubiła, a w duszkach zrobiła się dziura. Tylko że dziura się zrobiła zaraz po tym jak mama powiedziała, żeby Frida nie nosiła tych skarpetek, bo się dziura zrobi. Mama to naprawdę czasem była jasnowidzem! Więc ghoulka wepchnęła skarpetkę na dno szuflady i kompletnie zapomniała.
Na szczęście tata tylko pokręcił głową i pomógł jej ubrać tą ładną, białą sukienkę, która miała strasznie dużo guziczków. I buciki. I tiarę.
I ani się Frida obejrzała była gotowa do wyjścia.

Po powrocie ghoulka pomagała cioci Heli w pieczeniu ciasta. Wsypywała mąkę do miski (a część poza miskę), układała jabłuszka, a kiedy ciocia nie patrzyła to wsypała całkiem sporą ilość cynamonu. A potem ciocia się odwróciła i złapała za głowę. Pewnie w zachwycie. Przecież Frida miała wsypać “troszkę, tak od serduszka”. A że Frida serduszko miała duże…
Już miała się troszkę popłakać, że cioci coś zepsuła, ale dostała dużą drewnianą łyżkę i miskę do oblizania z ciasta i wszystko było dobrze.
Więc przez pewien czas siedziała grzecznie na jednym z krzesełek w kaplicy, oglądając jak mama rozstawia wszystkie talerze i miseczki i łyżki i widelce i ojej tyle tego było, że Frida się zupełnie pogubiła. Próbowała potem jeszcze podkraść świeżego chlebka, ale mama powiedziała że nie wolno przed kolacją.
Więc Frida pokiwała główką i poczekała.
Niekoniecznie do samej kolacji, bo tylko kiedy mama i tata i nie-mama Scarlett sobie gdzieś poszli, to zaraz obudziła dziadka śpiącego w fotelu. Dziadek zawsze tak śmiesznie chrapał, ale nigdy nie był zły kiedy Frida go budziła, tylko opowiadał jej ciekawe bajki. No i dziadek dał jej całą piętkę chlebka z masłem. A potem kolejną. Jedną też sobie wziął, więc był… jak to tata mówił “partnerem w zbrodni”. O tak. Dała też trochę chlebka Rozalindzie i Lucyferowi, ale Lucyfer nie chciał. Nie to nie. Zjadła za niego.
Zanim się zorientowali żaden z bochenków chleba nie miał już dupki .

Mama jak wróciła załamała ręce i pytała “kto zjadł chlebek” więc Frida uczciwie pokazała palcem na Rozalindę. Szczurzyca jej ostatnio odgryzła nogę jej misia puchatka, a ghoulka jeszcze jej nie wybaczyła. Zdrada za zdradę czy coś. Co prawda nie-mama Scarlett nogę misiowi doszyła, ale była jakaś taka krzywa.

Na pierwszych gości czekała niecierpliwie przy oknie w kuchni, z nosem praktycznie przyciśniętym do szyby. To było jej pierwsze Mabon! Takie pierwsze pierwsze! Przerwała wyczekiwanie tylko na chwilę, gdy dziadek zawołał ją do stołu i dał całą kolekcję kosteczkowych zwierzątek. Ależ to było interesujące. Co prawda nie pamiętała wszystkich kolejnych nazw, ale postanowiła, że się ich kiedyś nauczy. Może. Niektóre były strasznie trudne!

Ona też miała prezenty!
Znaczy miała tylko dla Abigail. Tak się nazywała córka pana Flinta. Mama powiedziała, że to bardzo miła dziewczynka. Więc Frida za własne kieszonkowe kupiła jej prezent. Znaczy poszła z tatą do menażerii i wybrała najładniejszego, najbardziej różowego puszka pigmejskiego. Od kilku dni wyobrażała sobie, że wreszcie będzie miała prawdziwą koleżankę. Nie to co te chłopaczyska! Znaczy Fred był nawet miły, ale taka koleżanka to coś zupełnie innego! Z taką koleżanką to można będzie się pobawić zwierzątkami od dziadka i pooglądać książeczki z bajkami i... tyle innych rzeczy!

Ale gdy Abigail wreszcie przyszła… Frida nagle poczuła się strasznie nieśmiało. Trzymała w rączkach małą drewnianą klatkę z prezentem, ale schowała się za mamą, gdy ta witała się z panem Flintem. Wychyliła niepewnie blond czuprynę zza maminej białej spódnicy i pomachała nieśmiało nowej koleżance.
Zawsze się trochę bała, chociaż tata mówił, że jest bardzo odważna. Więc w końcu niepewnie podeszła do nowej koleżanki i wyciągnęła klatkę ze zwierzątkiem obwiązaną kolorową kokardą w stronę Abby.
A kiedy prezent został przyjęty znów czmychnęła, żeby schować się za Lorraine.


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Stanley Andrew Borgin - 16.11.2025

- Goździki - powiedziała kwiaciarka, która spojrzała na wskazywany przez Stanleya bukiet.
- Gwoździki - poprawił ją.
- Nie, to są goździki - oburzyła się.
- No mówię przecież, gwoździki - powtórzył, bo chyba miała problemy ze słuchem.
- Eh... - ciężko westchnęła i czym prędzej przeszła do pokazywania kolejnych bukietów.
Borgin wiedział, że nie każdy mógł być perfekcyjny i mógł się mylić. Wielka szkoda, że akurat dzisiaj padło na tą biedną panią sklepikarkę, która nawet nie miała fundamentalnej wiedzy o swoich produktach.
Mimo wszystko udało im się dojść do porozumienia, a wszelkie potrzebne bukiety zostały zakupione i można było iść dalej.

Stanley powrócił do Głębiny aby zebrać wszystkie pozostałe podarki. Przebrał się w jakiś galowy strój, który opiewał na śnieżnobiałą koszulę, czarne niczym sadza spodnie i jakiś pasujący pantofel do tego. Nie brakowało jego ukochanego płaszcza, który został wytypowany jako odzienie wierzchnie. Teraz był gotów.

Po krótkiej przeprawie przez Nokturn, znalazł się na miejscu i czym predzej wszedł do środka. W końcu miał ze sobą list z zaproszeniem od panienki Fridy, więc gdyby była potrzeba okazania go przed jakimś ochroniarzem, Borgin był przygotowany.

Ty szkarado Stanley zaklinał w myślach, ponieważ niemal stracił zęby, potykając się o własne nogi przy pomocy tego ustrojstwa, które niektórzy nazywali progiem. Czy widział kartkę? Tak, ale jej nie przeczytał, bo po co miałby to robić? Nikt nie będzie mu mówić co ma robić. No chyba, że była jakąś ładną blondynką - wtedy mógłby się nad tym solidnie zastanowić.


Stanley dostrzegł zniszczenia w Necronomiconie. Zrobił wszystko co mógł aby jak najbardziej uchronić to miejsce - musiał jednak ochronić je na tyle, aby inni nie osądzili tego przybytku o spoufalanie się ze Śmierciożercami.

Nie popadał jednak w zadumę i czym prędzej udał się do miejsca docelowego. Wszedł do środka i zobaczył, że wiele osób było już w środku. Było też wiele osób, których nie znał i niestety - lub stety - nie przygotował nic dla nich. Po prostu pech


Borgin przywitał się ze wszystkimi - kulturalnie kiwając głową, podając dłoń jak było trzeba oraz pozwalając sobie na krótkie uśmiechy. Nie omieszkał również zostawić prezentów, które gdzieś tam przygotował. W taki oto sposób Lorraine otrzymała bukiet chryzantem złocistych i wino mszalne (wszelkie pytania o pochodzenie ów butelki zostały zbyte), Maeve otrzymała bukiet srebrnych sztućców, pochodzących z zastawy rodowej Borginów (co sugerowała wygrawerowana litera "B") oraz butelkę "Ducha Puszczy" (wysokoprocentowego alkoholu, który załatwił jego barman. Stanley był bardzo ciekaw jej reakcji). Baldwin zaś dostał butelkę "Becherovki" (którą też załatwił Frantisek). Taka sama butelczyna została przygotowana dla Alhazreda. W końcu przyszła pora na główną prowodyrkę tego wydarzenia - Fridę. Dla niej były przygotowane następujące podarki: bukiet z ogórków, bukiet "z gwoździków" (który był bukietem goździków) oraz mały, wypchany pluszowy nietoperz. Stanley nie miał pojęcia co mógłby innego dać małemu dziecku, więc po prostu zorganizował to, co uważał za słuszne. Najbardziej był dumny z tego bukietu ogórków, co chyba nie powinno dziwić nikogo.

Wartym dodania był fakt, że każda z butelek miała ładną zieloną wstążkę, otulającą szyjkę. Czy kolor był przypadkowy? Raczej nie, wszak był równie zielony co ogórki w bukiecie Fridy.

W ramach wytłumaczeń odnośnie takiego doboru kwiatów - Borgin - był gotów tłumaczyć się, że on to w zasadzie nie zna się na kwiatach i wybierał te, które mu jakoś wpadły w oko. Każdy kto go znał, wiedział, że z pszyrką to on się miał za pan brat - szkoda tylko, że nie.

Kiedy zrobił co miał, usiadł na jakimś miejscu, które wydawało mu się odpowiednie i czekał na rozwój wydarzeń.




RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Peregrinus Trelawney - 16.11.2025

Wedle mojej najlepszej wiedzy, na Mabon w Necronomiconie Peregrinus udał się po zachwycającej, luksusowej kolacji w Prawach Czasu. Proszę o interwencję, jeśli się mylę. Póki co wedle mojej najlepszej wiedzy: bateria społeczna wróżbity była w związku z tymi poprzedzającymi okolicznościami nadszarpnięta, kiedy to późnym wieczorem teleportował się pod drzwi zakładu na Nokturnie. Pod samiutkie drzwi, aby nie kusić tak pięknej nocy losu ani nokturńskich kości.
Podły los sam znalazł do niego jednak drogę, bo czarodziej niefortunnie wylądował tuż obok Dægberhta kłócącego się z żoną.
— Cześć, Vivianne — wymamrotał Trelawney speszony, że przyszło mu być świadkiem czegoś takiego. Posłał niezręczne spojrzenie Flintowi, rzucił na brudny bruk Nokturnu niedopalonego papierosa, zdusił go butem, po czym czmychnął w ślady Abigail do środka, gdzie od progu powitała go Lorraine.
À propos progu… czy rzeczywiście udało mu się przewidzieć, jakiej tego wieczoru będzie wysokości?

// rzucam na percepcję, konkretnie wykaz intencji progu
[roll=PO]

Ano dał, pokonał próg, nie musząc patrzeć pod nogi, i tak oto zanurzył się Peregrinus w dziwacznych wnętrzach zakładu pogrzebowego.
Dla pani domu przyniósł wino — bynajmniej nie mszalne, a porządne, czerwone, wytrawne. Kwiatów i słodyczy zawsze zalegały w Necronomiconie całe pęczki — wróż więc swoim umysłem pierwej praktycznym, w drugiej zaś dopiero kolejności uprzejmym, nie widział potrzeby dokładania do tego stosu. Choć obecność samej Lorraine była mu komfortowa, to cała sytuacja zjawiania się na kolacji z tyloma obcymi osobami tuż po odbyciu kolacji z… mniej obcymi, choć wciąż osobami, sprawiła, że mężczyzna był zdecydowanie mniej rozluźniony niż przy ich zwyczajowych spotkaniach.
Od wejścia do sali przeznaczonej na świętowanie rzucił mu się w ocz… nos zapach ciasta z jabłkami — wielkie nieba, ciekawe, kto mógł taki jabłecznik upiec — dusiołek po raz drugi w tym tygodniu wali konia jednej swojej postaci drugą postacią.
Wchodząc między gości, jasnowidz prezentował się najnudniej, jak tylko można sobie to wyobrazić — pod czarną marynarką czarna koszula wciśnięta w czarne spodnie, na bladej twarzy odbite czarne cienie, a nad białą twarzą czarne włosy. Najbardziej posępny pracownik biurowy na Horyzontalnej. Uścisnął jak należy wszystkie ręce, które uścisnąć należało, a każdy nieznajomy, który mu rękę uścisnął, dowiedzieć mógł się, że imię jego Peregrinus Trelawney, że miło poznać i że… cóż, to tyle, bo choć uprzejmy, był raczej oszczędny w słowie i geście. Jedynie przy Alhazredzie zatrzymał się na dłużej — czarodzieje wymienili szeptem kilka zdań. Pochyleni ku sobie chronili niezwykle pilnie swoje sekrety. Peregrinus podsumował je skinieniem głowy pieczętującym warunki ich konspiracyjnej umowy, stary czarownik również zdawał się ukontentowany wynikiem tej krótkiej wymiany. Ich tajne sprawki miały pozostać pomiędzy nimi, lecz być może miały jakiś związek z tym, że na kilka dni wcześniej Trelanwey odwiedził dawny antykwariat swojego ojca. Może tak, może nie.
Najważniejszą jednak osobistością, której wola przeważyła o zaakceptowaniu przez wróża nadprogramowego zaproszenia świątecznego, była Frida.
Złapał ghoulkę pod posągiem Matki, choć złapał było zbyt dużym słowem: przykucnął bowiem przy podstawie statui, a płaszcz rozlał się wokół niego czarnym trenem po podłodze, gdy wróż cierpliwie czekał, aż mała sama odważy się podejść. Widział, jak wcześniej plącze się przy maminej spódnicy; pamiętał, co Lorraine pisała o tym, że ghoulka jest nieśmiała. Peregrin był zaś ostatnią osobą, która narzucałaby swoją obecność komukolwiek.
Gdy (jeśli?) zbliżyła się, nie powiedział nic, tylko wyciągnął z głębokiej kieszeni płaszcza małą paczuszkę w szeleszczącym czerwonym papierze w czarne kropki. W środku czekała na Fridę mlecznobiała, sięgająca do kolana sukienka z wełnianego muślinu. Co najważniejsze: na tkaninę naniesiono spacerujące w tę i we w tę biedroneczki. Pomiędzy równo poskładanymi fałdami sukienki ukryta była również talia tarota malowana zamiast klasycznych kolorów w motyw insektów — ponownie, co najważniejsze: biedronki zastępowały Kielichy. Nie była to może talia, którą komukolwiek polecałoby się do nauki wróżenia, lecz... w tym przypadku najważniejsze było, że obrazki są przeurocze.
Idąc na swoje miejsce, Peregrinus podsunął ukradkiem Abigail opakowaną w ten sam papier talię — zrobił to tak zręcznie i porozumiewawczo, jak tylko babcie potrafią wcisnąć pieniążka na słodycze. Tarot dla Abbie był klasyczny. Flintówna miała przecież lada chwila dorosnąć, pójść do Hogwartu — być może zapisze się na wróżbiarstwo i przyda jej się wówczas porządna talia. Frida tymczasem zostanie tutaj ze swoimi biedronkami i kościanymi zwierzątkami.


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Maeve Chang - 16.11.2025

Maeve pojawiła się przed Necronomiconem w porze, którą większość społeczeństwa określiłaby jako zdecydowanie za późno na zaczynanie czegokolwiek, ale dla Nokturnu była to godzina w sam raz, żeby coś wybuchło albo ożyło. Kartka na drzwiach natychmiast przyciągnęła jej uwagę - pięknie wykaligrafowane ogłoszenie Alhazreda, jakby gość naprawdę wierzył, że na Nokturnie ktokolwiek potrafi czytać ze zrozumieniem. Tuż pod nim dojrzała dramatyczny dopisek „UWAGA NA PRÓG!!!!!!!”, a jako iż autor go nabazgrał jak kura pazurem, domniemała, że to autorstwa Baldwina. Ilość wykrzykników sugerowała, że ktoś już stracił przez ten próg nie tylko cierpliwość, ale i godność. Mewa uniosła nogę wyżej, niż podpowiadała fizyka, i jeszcze wyżej, niż normalnie pozwalała anatomia - jedynie dzięki temu udało jej się uniknąć przeszkody, która próbowała ją złapać z entuzjazmem psa witającego właściciela. Drzwi puściły ją do środka z cichym skrzypnięciem, które brzmiało jak zawiedzione następnym razem mi się uda.
Mewa oczywiście pokazała progowi środkowy palec na pożegnanie.

W środku uderzył ją aromat jabłek, cynamonu i czegoś, co najpewniej było przypaloną wczoraj zupą, którą ktoś usiłował dziś wmieszać w wystrój. Oczywiście klasycznie pachniało również trupem, ale nigdy nie była pewna, czy to jakiś denat dojrzewający za winklem, czy Frida nie pozwoliła się wykąpać. Necronomicon oddychał świętem - tak, jak mogą oddychać miejsca, gdzie połowa mieszkańców technicznie żyje, a połowa jest… bardziej w fazie przejściowej. Chang oczywiście pojęła, że to jest okazja podniosła, dla większości czarodziejów istotna, a już zwłaszcza ważna dla Lorraine, ale była skośna na tyle, że nie do końca wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Wiedziała, że można dobrze zjeść i tutaj się jej wiedza w tym zakresie kończyła. A może po prostu więcej jej nie interesowało.

Maeve miała ze sobą kilka prezentów, ale tylko jeden było widać na pierwszy rzut oka. Była nim mianowicie niesamowicie otyła mysz, która świeciła tak intensywnie, że wyglądała jak lampka nocna dla kogoś z niezwykle wyrodnym poczuciem humoru. A może to był szczur? Gryzoń był tak zdeformowany nadmiarem wagi, że ciężko było stwierdzić. Niewykluczone, że istota była magiczna, przeklęta albo radioaktywna - ale skoro nie zjadła Mewy po drodze, to można było uznać, że jest względnie bezpieczna. Nie zeżarła też Stacha, z którym przedwczoraj tego skurwibąka łapała w jednym z zaułków pełnym tych dziwacznych grzybów. Może faktycznie wkupił się w jej łaski tą ofiarą z ogórków kiszonych.
- Od razu pomyślałam o tobie, jak ją zobaczyłam. - To było pierwsze co Mewa powiedziała po przekroczeniu wejścia, wciskając zwierzę w ręce Lorraine. Potem spojrzała raz jeszcze na gryzonia, zamrugała z lekkim opóźnieniem, a potem spojrzała na Lorraine tak, jakby mózg wreszcie dogonił usta i ciało. - Oczywiście nie dlatego, że myślę, że jesteś gruba. Absolutnie nie, nie-e. Po prostu świeci na niebiesko, a ty masz niebieskie oczy i zamiłowanie do pokrak. Wesołego jabłka, czy cokolwiek sobie mówicie dzisiaj - skwitowała, najpierw sprzedając ukochanej firmowy uśmiech nr 5, a następnie czułego buziaka w czoło, kładąc przy tym jedną z dłoni na czubku jej głowy.
- Gdzie jest Baldwin? Przyniosłam mu butelkę mleka - zapytała, nie tłumacząc jednak, czemu akurat taki prezent. Dla niej rozumiało się samo przez się: zastanawiała się co może mu dać, a że pierwsze do głowy przyszło jej to, że może dać mu w łeb, to się jednak wycofała z pomysłu, nie chcąc rozwścieczać Raine. Butelka mleka była natomiast pierwszą rzeczą pod ręką, która wyglądała, jak coś, co się temu krzywusowi może przydać. Może w końcu urośnie.

Dla Stanleya też oczywiście coś miała, ale to było coś, co trzeba było wręczyć pod stołem. Możliwe, że trunek, który zabrała z domowej spiżarni, nie był do końca legalny. Możliwe, że jeśli się weźmie historię Stacha z substancjami nieznanego pochodzenia, to nie było coś, co powinno trafić w jego ręce. Ale chłopak ostatnio dużo przeszedł i trzeba było priorytetyzować jego szczęście.
Drugim jeszcze niewręczonym prezentem była paczka chińskich fajerwerków, tak barwna, że zdawała się syczeć podekscytowaniem. Przeznaczona dla Fridy, ghoulątka, któremu oczy się zaświecą bardziej niż temu szczurowi, gdy je zobaczy, i które przy odrobinie perswazji na pewno potraktuje te petardy jako narzędzie nowej dyscypliny sportowej o nazwie „jak wysoko podskoczy Baldwin, zanim zorientuje się, że to nie był przeciek z kociołka”. Maeve uznała to za wkład w rozwój motoryki małej Fridy i refleksu Baldwina. Obowiązek rodzicielski spełniony.


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Bard Beedle - 17.11.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/70f38ba2e8d8c10f527e75331323edea/8e014488f3cdcb5b-e4/s2048x3072/a471c88a1fd1b53fa4fd2efcc4bd720ba249cfca.jpg[/inny avek]

Zobaczenie wujka Stanley’a od razu wprawiło małą ghoulkę w stan czystej radości. A to dlatego, że wujek Stanley był zabawny. A pan Franek (Francis, poprawiła się od razu, jak przystało na grzeczną panienkę) mówił tak śmiesznie. Na przykład Frida już wiedziała, że Ahoj to znaczy dzień dobry! Ale w książce o piratach też mówili Ahoj. Więc pan Franek musiał być piratem, co miało bardzo dużo sensu, skoro mieszkał praktycznie na statku pirackim. Tylko takim pod ziemią.
Uśmiechnęła się przepięknie, gdy dostała bukiet kwiatów. Zupełnie jak mama! Mama takie dostawała, bo była ładna i dorosła. I nie-mama Scarlett też dostawała, bo była ładna i dorosła. Co znaczy, że Frida też była ładna i dorosła. Zaśmiała się bezdźwięcznie widząc.. ogórki. Wujek Stanley to jednak czasem był głuptas! Wszyscy wiedzą, że ogórki to nie kwiatki! Co to za bukiet z niekwiatków! Ale dygnęła grzecznie w podziękowaniu, natychmiast przytulając do siebie pluszowego nietoperza i bukiet gwoździków. Ogórki oddała mamie. Były za ciężkie, żeby tak je cały czas nosić! Drugi bukiecik też zaraz mamie oddała, bo Frida wiedziała, że kwiatuszki trzeba trzymać w wodzie. I co ważne, nie wolno tej wody pić. Ciekawe czy wujek Stanley o tym wiedział. Niby był dorosły, ale…

A potem zobaczyła pana Peregrererenusa i nie mogła powstrzymać zachwytu. Przyszedł! Wiedziała, że przyjdzie napisał jej taki ładny list! Aż go postawiła na kominku. Znaczy mama postawiła, bo Frida tam nie sięgała i w ogóle to nie wolno jej jeszcze było zbliżać się do takich rzeczy. Ale nieważne. Ważne, że taki mądry i poważny pan uważał, że jest dorosłą panienką, która czyta takie poważne listy. Zupełnie jak wujek Stanley! On też uważał, że Frida jest dorosła. To też nie tak, że trochę się bała, bo wcale się nie bała, a pan Peregrerenius był bohaterem, bo znalazł głowę Marii Antoniny, kiedy się zgubiła. Och. Nie miała przy sobie lalki, żeby mu pokazać,że głowę miała. Ale miała nietoperza. Ciekawe czy pan Perewergrus lubił nietoperze, bo ona lubiła. Ale był tak cały na czarno zupełnie jak nietoperz! To pewnie lubił.
Może to było mało dorosłe, ale kiedy podszedł czmychnęła za posąg Bogini. Ale w końcu.. wyszła grzecznie za niego. Pan Peregrinus nie jadł małych ghoulek, więc się nie bała tak bardzo.
Przyjęła prezent z zachwytem. Odpakowała powolutku, starając się ładnego papieru nie zniszczyć (zupełnie jak dorosły!). Wyciągnęła… sukienkę! Jaka piękna! W biedronki! Karty ją aż tak nie obeszły, ale jak zobaczyła biedronki w talii to od razu się ucieszyła. Ale sukienka! Sukienka to było coś! Nie za wiele myśląc dopadła do pana Peregrajnusa, obejmując go wątłymi rączkami za szyję. Mógł poczuć wyraźny zapach owocowego szamponu przez który przebijał się charakterystyczny eliksir do balsamowania zwłok z formaliną. Ale buziak w policzek nie smakował wcale trupem, a tą okropną dziecięcą pastą do zębów o smaku gumy balonowej.
Frida gdyby potrafiła - strasznie by się teraz speszyła i na pewno przypominałaby dorodnego pomidorka, ale na szczęście była ghoulką. Więc tylko pobiegła dalej, trzymając wszystkie prezenty w garści.

I takim oto sposobem dotarła do nie-mamy Maeve. Akurat kiedy ta zdążyła się już rozwalić na krześle przy stole.
Wielkie, zielone oczyska wpatrywały się przez chwilę w Changównę. Bezceremonialnie wrzuciła na wciąż pusty talerz czarownicy pluszowego nietoperza. Obok na stole położyła karty od pana Peregrainusa. Ale pokazała sukieneczkę. Wiedziała, że mama się nie zgodzi, żeby ją teraz założyła, a jak pójdzie do taty, to tata spyta pewnie mamy i też się nie zgodzi. Ale nie-mama była dorosła i wcale nie musiała mamy słuchać. Więc wdrapała się na krzesło, a konkretnie na nie-mamine kolana, żeby nie-mama mogła zobaczyć JAKĄ PIĘKNĄ SUKIENKĘ FRIDA DOSTAŁA.
I ŻE NAJLEPIEJ TO JUŹ TERAZ NATYCHMIAST POWINNA JĄ FRIDA ZAŁOŻYĆ!
A potem dostała od nie-mamy prezent. Zamrugała raz. Potem kolejny. Z zachwytem przytuliła się do Changówny w podziękowaniu za tak wspaniałą zabawkę.
Frida wiedziała co to jest! Wiedziała! Chłopaki od takiego pana co często pił z tatą w tym śmiesznym barze, gdzie wisiał pan rycerz często mieli te śmieszne, kolorowe kuleczki. I jak się nimi rzuciło to one robiły BOOM i rozpryskiwały się w kolorowe iskierki i och jakie to było zabawne i ładne i ona się wcale, a wcale wcale wcale nie bała!
To całe świętowanie to było jednak strasznie męczące. Dlatego wtuliła główkę w ramię nie-mamy, ani myśląc przestawać ją przytulać.


RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - Baldwin Malfoy - 17.11.2025

Robienie sabatu podczas pełni księżyca to grzech i okrucieństwo na ludzkości.
Takie było oficjalne stanowisko Baldwina Gotfryda Malfoy’a, który był dzisiaj nie do życia. Choć co bardziej złośliwi powiedzieliby, że Baldwin z reguły był człowiekiem nie do życia i pewnie mieliby rację - ale w pełnię było najgorzej. Nawet jeśli pełnia była dopiero jutro. Taka prawie pełnia to też pełnia.
Jego wkład w tegoroczne Mabon ograniczył się do kilku rzeczy: przede wszystkim bohatersko trzymał Scarlett i scarlettowe OCD z dala od ogarniającej Necronomicon Lorraine; nie przeszkadzał przez większość czasu; a nawet zawiązał wszystkie te pierdolone kokardki. To było w jego własnej skromnej ocenie wystarczająco.

Wybrał się na nabożeństwo poranne, a jakże. Aczkolwiek po samym nabożeństwie na kilka godzin zapadł w absolutnie beznadziejną drzemkę. Tylko po to, żeby zostać z niej wybudzonym na trochę przed wyjściem na rodzinne Mabon. Temat samego spotkania z rodzicami i Matką boską rodzicielką był tematem szalenie drażliwym, więc pomińmy to milczeniem (wcale nie dlatego, że jeszcze nie jest rozegrane, wcale).
Ale na kolację nie mógłby nie zejść. Bo kolacja była przede wszystkim dla Fridy. I to właśnie Fridę zawołał do siebie jeszcze przed wszelkimi uroczystościami wręczając jej zaczarowaną latarenkę z tańczącymi w środku kolorowymi płomyczkami. Płomyczki przybierały kształt to tańczących księżniczek, to wiedźm przy kotle, to ziejącego ogniem smoka. Obcałowany w oba policzki, wreszcie wziął córkę na ręce (wycierając jej buźkę z okruszków chleba) i zszedł na dól.

Nie czekał na gości na progu jak przystało na wspaniałego gospodarza, ale z westchnieniem wsparł dłonie o oparcie krzesła na którym zasiadła w końcu Scarlett. Objął ją lekko, przesuwając czule opuszkami kciuków o ramiona blondynki. Zresztą w blond czubek głowy ucałował ją moment później.
- Jak tam spotkanie z ojcem?- Zapytał cicho. Kompletnie go nie interesowało czy Mulciberowie składali się z kogokolwiek innego niż Richard. Czy tam bracia Scarlett, ale o tych mówiła, że wyjechali. Zanim zdążyła mu jednak odpowiedzieć powoli zaczęli się schodzić inni.- Zaczekaj moment. Zaraz mi wszystko opowiesz.
Nie chciał się ruszać, ale jak mus to mus.

- Dægberht Flint. Dawnośmy się nie widzieli.- Uścisnął mu dłoń na przywitanie. Wsparł lekko ręce na na biodrach przypatrując się młodej Abigail.- Wyrosła ci pannica. Niedługo Hogwart co?
Ugryzł się w język zanim dodał “coraz podobniejsza się robi do matki. Co tam u Vivianne?" Czy Baldwin słyszał jakże burzliwą kłótnię (ex)małżonków? Nie. Jakieś trzecie oko się odpaliło Wręczył pannie Flint natomiast mały zapakowany prezent - wyjątkowo porządny zestaw farb i pędzli wraz ze szkicownikiem.

Chciał coś jeszcze dodać wyjątkowo zapewne patetycznego o rozwijaniu talentów, ale… stał się świadkiem jak Stanley niemal wyrżnął za sprawą progu. A on takie ładne ostrzeżenie napisał!
- Nie martw się. Ten próg jest kur… - Baldwin kurwa, tu są dzieci. Nie żeby twoje nie było przyzwyczajone, ale Abigail to co innego.-... czę niebezpieczny i trzeba bardzo uważać.- Dokończył dokładnie tym samym tonem jakim zwracał się do Fridy. A potem zaśmiał się lekko i Borgina poklepał po ramieniu.
W ramach podziękowania za alkohol, uniósł butelczynę lekko do góry i skinął głową w stronę schowanych specjalnie na tą okazję kieliszków. O suchym pysku siedzieć nie będą, to się nie ma co martwić. Kultura wymagała się napić przy biesiadzie, więc i dla Flinta się kieliszek znajdzie. I dla Peregrinusa też jak będzie chciał. Czym chata bogata. A akurat tu alkoholu nigdy nie brakowało.

Potem przyszła Maeve. Ona się o próg nie potknęła, ale środkowym palcem dokładnie wyraziła to co wszyscy czuli. Przewrócił oczami patrząc na jej czułostki z Lorraine. Gorzej niż oglądać całujących się starych. Ale nie skomentował. Nos ledwo mu się po Spalonej zagoił, nie miał ochoty na powtórkę z rozrywki.
- Proszę. Wiem, że kolekcjonujesz. Tej pewnie nie masz. - Wręczył jej łyżeczkę z... rodowej zastawy Crouchów. Dokładnie z tego zestawu, który dostał od Oleandra. Srebro, kwiaty i pnącza i inne zielska, do tego grawer literki C. Oryginał. Z chęcią przygarnął od niej mleko. Czemu mleko? Nie pytał, ale był wdzięczny. Natychmiast wrzucił do środka dwie aspiryny i wziął solidny łyk. Łeb mu pękał od tej cholernej pełni.

Zanim jednak usiadł przy stole, przystanął jeszcze na chwilę przy Peregrinusie. Poznali się całkiem niedawno, ale przyjaciele jego siostry byli jego przyjaciółmi (za wyjątkiem Chang. Changówny się do tego równania nie liczyły), prowadził jakieś interesy z Malikiem, a Frida suszyła mu głowę, żeby na pewno pamiętać o zaproszeniu pana Trelawney, więc… Niech już będzie.
- Znalazłem to ostatnio w katakumbach.- Wręczył jasnowidzowi starą zakurzoną książeczkę zatytułowaną “Tafla czarnego lustra - notatki i wizje wybrane”. Postukał lekko w odpadającą okładkę.- Obrabowali grobowiec, ale zostawili to. Gość był ponoć niezłym XIV wiecznym jasnowidzem i nekromantą. Jeden Fawley to sprawdził pod kątem klątw - książka jest czysta. Wesołego Mabon, Pereg. I powodzenia. Większego chaosu pewnie nigdzie nie uświadczysz.

Uśmiechnął się i pogwizdując wreszcie wrócił do stołu. Usiadł na swoim krześle, natychmiast wyciągając dłoń do Scarlett. Stęsknił się za nią.
- Mam coś dla ciebie.- Mruknął, wyciągając z kieszeni szaty pudełeczko. Nie, nie z pierścionkiem, a parą wyjątkowo starych, złotych kolczyków mieniących się czerwienią drobnych rubinów.- Należały do mojej babki. Chciałaby, żebyś je miała.
Tak naprawdę to czego chciała babka Malfoy pozostawało tajemnicą tak długo jak się nie wywołało jej ducha, ale... nie podejrzewał, żeby Scar się do tego aż posunęła. Raczej liczył, że uwierzy mu na słowo.