![]() |
|
[wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy (/showthread.php?tid=5323) |
[wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Przygotowania do Mabon na Nokturnie, 4 – 22 września 1972 roku
Ach, nie do wiary, jak ten czas leci, pomyślała Lorraine, zaglądając do wiszącego w kuchni kalendarza. A przecież dopiero co był sierpień, jarmark z okazji Lammas... Skończyło się lato, nadchodzi pora jesieni. Już czwarty września, a to oznacza, że Mabon zbliża się wielkim krokami. To niecałe trzy tygodnie! Odwróciła kartkę kalendarza, odliczając dni do święta Samhain. Dopiero co wróciła z Doliny Godryka, a rozmowa z Hjalmarem przypomniała jej, że wciąż jest tak wiele do zrobienia. A najważniejsze były jak zawsze upominki dla rodziny i przyjaciół, bo przecież należało przygotować je z odpowiednim wyprzedzeniem. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Stanley
Na początku Lorraine kompletnie nie miał pomysłu na prezent dla Stanleya. Chciała dać mu coś ładnego, ale jednocześnie praktycznego, żeby realnie mógł z tego korzystać w codziennym życiu. Natchnienie przyszło, gdy weszła do zakurzonego zakładu fotograficznego, w którym w tych godzinach urzędować zwykł James Malouel. W tle grało nieco trzeszczące radio, w którym rozbrzmiewały sentymentalne szlagiery, a w fotelu za biurkiem, przy którym przyjmowano interesantów, zamiast Jamesa, siedziała Madeleine, jego żona. Na przemian to mruczała pod nosem, to znów w ciszy marszczyła go w skupieniu, w pełni zaabsorbowana swoją robótką ręczną. Robiła bowiem na drutach sweter dla swojego męża. Druty klikały w takt, noga tupała w rytm muzyki... Głowę znad roboty podniosła wtedy dopiero, gdy znowu zadzwonił dzwoneczek u drzwi. Zdziwiona spojrzała zarówno na Lorraine, jak i na kobietę, która przyszła odebrać obrobione przez Jamesa fotografie, jak gdyby zastanawiała się, skąd się tutaj wzięły. A gdy już odprawiła klientkę, zaprosiła Lorraine za ladę, żeby mogły poplotkować, a potem... Zaczęła uczyć ją, jak się robi na drutach. Palce Lorraine nie pracowały tak zręcznie jak palce Madeleine, a chociaż nie gubiła się w liczeniu oczek, nie śmiała na razie brać się za trudniejsze projekty. Sweter? Może kiedyś. Na razie głowa bolała ją przy prostej czapce, a gdy zobaczyła jak Madeleine śmiga na szydełku, stwierdziła, że woli uczyć się wszystkiego powolutku, w swoim tempie. Wydziergała więc szalik w barwach ulubionej drużyny quidditcha Stanleya. Na robieniu na drutach się nie znała, a na quidditchu jeszcze mniej, ale szalik robiło się całkiem prosto, gdy Madeleine pokazała jej, jak po skończeniu jednego rządku przejść do kolejnego. Zmiana kolorów włóczki na początku zdawała się Lorraine czarną magią... rzemiosło, 1 kropka
[roll=O] Westchnęła, zdając sobie sprawę, że znowu się pomyliła. Zrzuciła to jednak na karb zmęczenia. Zacisnęła usta, zwinęła motek i obiecała sobie, że rano zacznie od nowa. rzemiosło, 1 kropka
[roll=O] ...Rzeczywiście, musiała być wtedy zmęczona. Po kilku próbach poradziła sobie bowiem ze zmianą kolorów. Nazajutrz mogła pochwalić się przyjaciółce, że zrobiła na drutach swój pierwszy szalik. A po paru dniach nawet i krzywą czapkę do kompletu. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Helloise
Lorraine obróciła w palcach cienki szal znaleziony w jednym ze sklepików na Nokturnie. Zachwycił ją nie tylko kolorem, wysyceniem ciemnej zieleni przywodzącej na myśl korony wiekowych drzew w Kniei. Materiał, z którego został wykonany był równie zachwycający. Lekki i powłóczysty, mienił się w słońcu. Być może nie był to odpowiedni prezent na jesienne chłody, ale przypominał o minionym lecie, które ulatywało powoli, jak ptaki do ciepłych krajów, aż pewnego dnia człowiek nagle uświadamiał sobie, że odeszło całkowicie, podobnie jak i świergot ptaków za oknem. Lorraine wzięła do ręki różdżkę, po czym wyszeptała zaklęcie, budząc do życia igłę, na którą wcześniej nawlokła srebrną nitkę. Jej tkaniną nie był jednak materiał szala, lecz magia. W końcu upleść chciała urok... Nie byle jaki urok. Iluzję, która powodowałaby, że delikatny szal mieniłby się w oczach niby smocze łuski. zauroczenie, 4 kropki
[roll=PO] Musiała się w tym celu skonsultować z rysunkami na kartach starego podręcznika do opieki nad magicznymi stworzeniami. Przypatrywała się uważnie smokom, próbując wyobrazić sobie, jak ma wyglądać iluzja... W końcu udało jej jednak się utkać taką, z której była zadowolona. Wszystkie odcienie zieleni wydawały się bowiem mieszać ze sobą jak na cielskach smoków, zachowując przy tym zwiewną lekkość szala. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Maeve
Motki kolorowych nici mieniły się prześlicznie w oczach, gdy Lorraine odkrywała pokrywki kolejnych puzderek, w których trzymała przybory do szycia. Nagromadziło się tego przez lata. Nie była specjalnie uzdolniona manualnie, a jednak miała się za sprytną. Robota szybko szła jej w rękach, gdy była w czymś wprawiona, a Lorraine nawykła do poprawek dokonywanych na ubraniach wchodzących w jej posiadanie. Robiła to jeszcze będąc dzieckiem, pod okiem macochy, która była zręczną krawcową. Umiała więc sfastrygować, a potem zwęzić zbyt luźną spódnicę. Skrócić taką, która była za długa, obrębiając brzegi ozdobnym ściegiem. Wtedy nie strzępiły przy noszeniu. Łatała dziury, dosztukowując materiałowe zakładki tak, aby nie były widocznymi na pierwszy rzut oka, cerowała przetarcia... Z prostymi pracami krawieckimi Lorraine radziła sobie wcale dobrze, trudniejsze zajmowały jej o wiele więcej czasu, a często nieudane wprawki wymagały, aby spruła całą swoją pracę, zaczynając od początku. Czym innym było bowiem przeszyć sukienkę, tak by pasowała, czym innym stworzyć coś wedle własnego projektu. I to coś pięknego, bo Lorraine chciała przecież, aby wszystko, co wychodziło spod jej rąk było pięknym! Pięknie potrafiła układać kwiaty w pogrzebowych wiązankach, zszywać pokiereszowane ciała, przeprowadzać wymagające precyzji zabiegi tanatokosmetyczne... Niestety, na robótki ręczne trzeba było mieć czas i cierpliwość, a czasu zawsze jej brakowało. Nad pracą pochylała się w trakcie wyrwanych życiu chwil, wcześnie rano lub późną nocą... W końcu większość prezentów miała być niespodzianką. Nad prezentem dla Maeve pracowała najdłużej. Czarną, skórzaną kurtkę znalazła dla ukochanej w mugolskim sklepie: lubiła robić w nich zakupy, bo magiczne pieniądze warte były znacznie więcej niż mugolska waluta. Zależało jej na prostym, uniwersalnym kroju, bo w takich Maeve czuła się dobrze. Zamierzała zresztą przerobić kurtkę tak, aby zachwyciła ukochaną. Spodziewała się przy tym wielu trudności, ale pomysł zbyt długo siedział w jej głowie, żeby znów odkładała jego realizację na potem. Gdy już doszyła do kurtki cieplejszą podszewkę i powiększyła magicznie kieszenie, zabrała się do projektowania naszywek, które chciała umieścić na plecach. Postanowiła wykonać je oddzielnie, aby potem naszyć gotowe na skórę. Ostatnio haftowała w dzieciństwie, ale wykonana na chusteczce dla Stanleya wprawka poszła jej nawet nieźle... Zasiadła więc do roboty, aby zrealizować swoją wizję. rzemiosło, 1 kropka, naszywka z mewą
[roll=O] Największą z naszywek była wzbijająca się do lotu mewa z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Miała zostać naszyta na samym środku pleców, wieńcząc pracę Lorraine, wiadomym było więc, że na jej dopracowanoe półwila poświęciła najwięcej czasu. Dziób był może nieco krzywy, a pióra nie zawsze układały się tak, jak Lorraine by chciała... Ale ogólnie była ze swojego dzieła dumna. rzemiosło, 1 kropka, naszywka z pianinem
[roll=O] Nie wiedziała natomiast co ją podkusiło, żeby zrobić naszywkę z pianinem. Tym samym, które ktoś wyrzucił z okna opuszczonej posiadłości zaginionego lichwiarza z Nokturnu, kiedy razem z Maeve stały na balkonie, zwierzając się ze swych uczuć. Zbyt wiele szczegółów, zbyt trudny kształt... Patrząc na potworka, którego wyszyła, sama nie wiedziała, na co właściwie patrzy. Zamiast tego, spróbowała więc wyszyć różę. W końcu oglądały wtedy pijacką reedycję przedstawienia o Romeo i Julii. A Maeve lubiła kwiatki. Nawet te z pogrzebowych wiązanek Lorraine. rzemiosło, 1 kropka, naszywki z kwiatami
[roll=O] Może być, pomyślała Lorraine, rozcierając zmęczone opuszki palców. Dorobiła więcej kwiatowych girland, chcąc zatuszować niedoskonałości poprzez zwiększenie ilości kwiatków, wśród których pojawiły się polne chabry, maki, i nagietki. Co prawda, kojarzyły jej się trochę z wiankami ze święta Lithy... Ale miała z tego święta wiele dobrych wspomnień, których nie zdołały zniszczyć późniejsze wydarzenia. rzemiosło, 1 kropka, naszywka z kotwicą
[roll=O] Zdecydowanie trudniejszą wydawała się kotwica, która wypadła im w ciasteczku z wróżbą, kiedy śledziły uciekającego przed wymiarem sprawiedliwości dilera. A jednak po tym, jak narysowała na kanwie jej kształt, udało jej się wcale udanie odwzorować symbol kotwicy. Nie zachwycał, ale przynajmniej dało się rozpoznać, co to jest. rzemiosło, 1 kropka, naszywki z grzybkami
[roll=O] I jeszcze kilka neonowych grzybków, zdecydowała nagle Lorraine. Bo Maeve jak nikt inny znała się na świecących w ciemnościach grzybach rosnących na Podziemnych Ścieżkach. rzemiosło, 1 kropka, naszywka z czarnym kotem
[roll=O] Nie. Czarny kot zdecydowanie nie wyszedł. Wyglądał jakby potrącił go zaprzęg hipogryfów ciągnący dwukółkę. Nie mogła naszyć przejechanego kota na kurtkę. rzemiosło, 1 kropka, naszywki z czaszkami
[roll=O] Najprostszym projektem wydawała się naszywka z trupią czaszką. Tak, trupia czaszka była zdecydowanie najprostsza! Zostawiła czaszki na sam koniec, żeby robota szybciej szła. Zrobiła ich kilka, podobnie jak i kosteczek, bo przecież kojarzyły się z Necronomiconem. Przywodziły na myśl romantyczne spacery po pokrytych truchłem korytarzach Podziemnych Ścieżkek, wspólną eskapadę do Kościanego Zamtuza, ale i wkurzoną Maeve, która warczała pod nosem, jak to chętnie "porachowałaby komuś kości". Wszystkie udane naszywki naszyła na kurtkę, którą schowała do szafy, kończąc robotę na dzień przed Mabon. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Scarlett
Co by tutaj dać na prezent dla Scarlett, dumała Lorraine, głaszcząc kota Mulciberówny, który mrucząc, rozłożył się na kolanach półwili. Lorraine musiała wyglądać w tym momencie jak zły geniusz planujący zagładę świata. Widać było po niej, że usilnie się nad czymś zastanawia, bo nie dbała o to, aby panować nad twarzą: zmarszczyła lekko brwi, a usta jej nie wyginały się w zwyczajowym uśmiechu, przydając Lorraine powagi. – Wszystko w porządku, Lorraine? – Wszystko jest w najlepszym porządku – odpowiedziała na zaniepokojone pytanie Scarlett, nie poruszywszy się nawet w zajmowanym fotelu. Nie przestała choćby na chwilę głaskać przy tym kociego futerka. W końcu, wymyśliła. Kupiła Scarlett album na zdjęcia. Prosty klaser, na którego kolejnych stronach mogła umieścić wywołane zdjęcia. Ochronna folia była zaklęta przez Malouela tak, aby zapobiegać wyblakaniu tuszu, a poza tym, chroniła, oczywiście, przed zabrudzeniem fotografii. Scarlett cykała zdjęcia chętnie, i w dużych ilościach, a nie wszystkie nadawały się przecież do powieszenia na ścianie. Lorraine nie wiedziała, czy to zaczątek nowej pasji, czy chwilowa fanaberia, miała jednak przeczucie, że album spodoba się Scarlett. Prezent, jaki zamierzała wręczyć kuzynce, był poniekąd nawiązaniem do jej pierwszej wizyty w progach Necronomiconu. Wtedy Lorraine przyniosła do obejrzenia swój własny album, w którym kolekcjonowała rodzinne zdjęcia. Album przyozdobiała razem z Fridą, chcąc uwzględnić ghoulkę w przygotowaniach do Mabon. Projekt okładki wykonały na osobnej kartce, którą Lorraine zamierzała potem przykleić na album zaklęciem trwałego przylepca. Gdyby jednak coś nie wyszło, mogły zawsze spróbować na nowo. rzemiosło, 1 kropka
[roll=O] Pierwszy projekt poszedł na straty, bo przypadkiem wylała im się na rysunek woda, w której maczały pędzle: Lorraine traciła niechcący łokciem stojący na stole kubek. Drugi projekt... rzemiosło, 1 kropka
[roll=O] ...Okazał się już lepszy. Zdecydowanie lepszy! Ale gdy Lorraine zalewała czułością Fridę, którą należało wychwalić za to, że tak ładnie koloruje, trzymając się linii, zdarzył się niespodziewany wypadek. Bawiąca się z kociakiem Rozalinda zostawiła na niewyschniętym jeszcze rysunku ślady szczurzych pazurków. Zanim Lorraine zdążyła ją powstrzymać, na stół wpadł też i kot Lucyfer, solidarnie odcisnąwszy pieczątkę z kociej łapki. Lorraine westchnęła. Nie mogła dzisiaj poświęcić temu więcej czasu, pozostało więc mieć nadzieję, że Scarlett spodoba się album przyozdobiony we współpracy z domowym zwierzyńcem. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Dægberht
Na pomysł, co podarować na Mabon dla Flinta, wpadła podczas wieczornej przechadzki nad nokturńskim kanałem. Wracała z rozmowy z szefową jednej z komórek informacyjnych swej sieci. Postanowiła pofatygować się do niej osobiście, chciała bowiem podziękować Thomasin za przysługę, którą jej wyświadczyła. Lojalność w ich świecie nie miała ceny. Spacerując brzegiem kanału, Lorraine przyglądała się postępującym wciąż pracom nad odbudową zniszczeń po Spalonej Nocy. Jej informatorzy zapewniali ją, że nic nie zaburza spławu towarów na Tamizie, co stanowiło dosyć optymistyczną wiadomość, biorąc pod uwagę, że ataki Śmierciożerców dotknęły wielu strategicznych punktów komunikacyjnych. Nagle w ucho wpadła jej marynarska szanta, śpiewana przez flisaków pracujących na pokładzie niewielkiej łodzi. Gdzie tam flisaków. Zwykłych przemytników, znaczy się, ale myśli Lorraine już popłynęły dalej, podobnie jak i piosenka. Dla Flinta postanowiła podarować śpiewnik, który wynalazła przed tygodniem w starym antykwariacie. Wpadł jej w oko, a nie kosztował wiele, więc wzięła go, usprawiedliwiając się sama przed sobą, że nie kupi sobie nic na urodziny, bo i tak wydaje za dużo pieniędzy. A jednak udzielono jej, widać, rozgrzeszenia, bo śpiewnik miała dać w prezencie Flintowi. Oczywiście, najpierw starannie wyczyściła okładkę, naprostowała zagięte kartki... A potem zabrała się do właściwej pracy. Zamierzała bowiem zakląć w śpiewniku cichy akompaniament pod większość zawartych w nim piosenek. Zasiadła do pianina w Eurydyce, przygrawszy kilka prostych akordów: prostota była tutaj kluczem, bo miała zachęcać do śpiewania na cześć Matki. Lorraine zaczęła wlewać muzykę między kartki. zauroczenie, 4 kropki
[roll=PO] Gdyby zaś prezent nie spodobał się Flintowi, stwierdziła zdroworozsądkowo Lorraine, zamykając śpiewnik, zawsze mógł przecież go oddać swej córeczce. Zaklęta na kartach śpiewnika muzyka nie była głośna, bawiąca się Abigail nie mogła więc przyprawić rodziców o ból głowy... Co najwyżej lekkie poirytowanie. Lorraine uśmiechnęła się pod nosem, a potem przesunęła się, aby zrobić miejsce przy pianinie Fridzie, która od tygodnia z zapałem ćwiczyła: "wlazł kotek na płotek". RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Peregrinus
Cóż dla mistrza Peregrinusa, którego nie można było zaskoczyć niczym, a już na pewno nie byle prezentem? Lorraine złożyła głowę na biurku, wzdychając ciężko. Sfrustrowana stwierdziła, że nie potrafi wcale a wcale wymyślać prezentów. Taka to z niej była przyjaciółka, nawet nie wiedziała, co dać prezencie Peregrinowi! Nagle poczuła się bardzo smutna, chociaż gdyby się nad tym zastanowiła, to nie brak odpowiedniego prezentu był tego powodem. Nie, powodem było to, że była głodna, bo nie zjadła kolacji. Ani obiadu. A śniadania? Też pewnie nie zjadła. Lorraine Malfoy nie zamierzała zniżać się do pamiętania o takich przyziemnych rzeczach jak śniadanie. Sen był równie przyziemną potrzebą, na którą marnotrawiła zbyt wiele czasu. Z tego, że jest zmęczona, zdała sobie sprawę wtedy, gdy zegar wybił trzecią nad ranem. Ale zostało jej jeszcze tak wiele do zrobienia! Nie przejrzała raportów od Delaneya, przed nią na biurku leżał stos listów, na które należało odpisać, a jutro czekało ją spotkanie z klientem, do którego powinna się przygotować... Na domiar złego, ogień w kominku zgasł, i było jej zimno. Lorraine zrobiła więc to, co zrobiłaby na jej miejscu każda rozsądna osoba. Poszła pożalić się do Alhazreda, że jest jej smutno, bo tylko on w tym domu nie spał jeszcze o tej porze nocy. Bo przecież nawet Lorraine potrzebowała się czasem komuś wygadać. Przydybała nekromantę w jego biurze, gdzie pochylony nad mapami nieba, raczył się swoim przysmakiem, suszonymi odwłokami szarańczy, popijając ze zdobionego kielicha coś, co pachniało jak środek owadobójczy. Lorraine nie pytała. Usiadła obok Alhazreda, nakrywając się kocem, a ten, wyczuwszy, że coś jest nie tak, przerwał pracę. – Wiesz co jest dobre na smutki? Sok malinowy. – Nie wiadomo skąd, w rękach starca znalazła się zakorkowana butelka, opatrzona nieco niechlujną etykietką. – A, uważaj, panna Fletcher podarowała mi dzisiaj domowej roboty flaszeczkę soku z czarnych malin. – Że stara pani Fletcher? – wymruczała Lorraine, zbyt zmęczona jednak, żeby się zdziwić. Wiedziała, że staruszka uwielbiała flirtować z Alhazredem, chociaż ten jej awansów był kompletnie nieświadomy. A może po prostu nie chciał rezygnować z regularnych dostaw soku malinowego, o którego wspaniałych właściwościach rozwodził się jeszcze przez co najmniej kwadrans. Napiwszy się soku, Lorraine poczuła się nieco lepiej. Zainteresowała się wówczas pracą Alhazreda, który analizował mapy nieba północnego. Ożywiła się, gdy staruszek stwierdził, że może mu pomóc przy robocie. Zawsze zadziwiało ją, jak szeroką wiedzę posiada jej mentor. Niespecjalnie przepadał jednak za magią zauroczenia, w której celowała z kolei Lorraine. Poprosił ją, aby pomogła zakląć mapy nieba, na którymi właśnie się pochylał. Chciał, aby gwiazdy mrugały na nich wesoło, a pozycje planet, oznaczone pieczołowicie na tle stałych gwiazdozbiorów, układały się w efemerydy, czyli graficzne przedstawienia ruchów planet. Chociaż Lorraine nie znała się za specjalnie na astronomii, pamiętając jedynie podstawowe wiadomości z lat szkolnych, zaczeła zaklinać ostrożnie mapę, podążając za wskazówkami Alhazreda. zauroczenie, 4 kropki
[roll=PO] – Lorraine, zaraz zrobisz nam tu czarną dziurę – jęknął staruszek. – Przepraszam – odpowiedziała skruszona Lorraine, po czym zaczęła splatać czar na nowo. zauroczenie, 4 kropki
[roll=PO] Gdy skończyli pracę, za oknem zaczynało już świtać. Alhazred wydawał się na tyle zadowolony z efektu końcowego, że podsunął w stronę półwili miseczkę z suszoną szarańczą. Lorraine pokręciła jednak głową, odmawiając uprzejmie przypadłego jej w udziale zaszczytu. Miała apetyt na co innego, a konkretnie, na jedną z zaklętych map nieba. Alhazred łaskawie odstąpił jej jeden z arkuszy. Lorraine przesunęła palcem wzdłuż wyrysowanej na krawędziach mapy skali godzinnej, obserwując jak gwiazdy wędrują po niebie, dokładnie tak, jak na hogwarckim astrolabium. Uśmiechnęła się sama do siebie. Zdobyła więc prezent dla Peregrinusa. RE: [wrzesień 1972] Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy - Lorraine Malfoy - 10.11.2025 Baldwin
Prezenty, jakie dawali sobie z Baldwinem, były zazwyczaj prostymi podarkami, nie przedstawiającymi wartości innej niż sentymentalna. Podarkami prostymi, tanimi wręcz, a jednak bogatymi w znaczenie. Wszystkie, bardziej niż cokolwiek, przypominały wymianę porozumiewawczych spojrzeń ponad głową Fridy. Zarówno Baldwin jak i Lorraine, zwykli przypisywać bowiem znaczenie rzeczom, które tego znaczenia pozornie nie posiadały wcale. Różaniec utkany z czerwonych niczym krew paciorków. Obraz, namalowany dziecinnymi kredkami w ciasnej przestrzeni kuchni Necronomiconu. Zielona aksamitka na szyję, wzięta z powtarzanej przez pospólstwo bajeczki. Piosenka, wyśpiewana pośród zgliszczy spalonego domostwa. Na tym to przecież polegało. Na Mabon kupiła mu nową koszulę. Głównie dlatego, że koszuli potrzebował, chociaż na co dzień niespecjalnie przejmował się stanem swych szat, niemal wszystkie w mniejszym lub większymi stopniu były już bowiem poplamione farbą. Wybór malarza, pomyślała Lorraine, przewracając oczami, gdy wypruwała ze starej, silnie przetartej koszuli Baldwina srebrne guziki z tłoczeniem rodowego herbu. Symbol przynależności do rodu Malfoy, podobnie jak i na rodowe pierścienie na ich dłoniach. Chciała przecież, żeby na obchodach rocznego święta wyglądał tak, jak należało się Malfoyowi. Naszyła na nową koszulę guziki zabrane ze starej, a przynajmniej te, na których nie widać było śladów zużycia. Nie wszystkie dało się jednak wypolerować, nawet za pomocą magii. Ale i na to Lorraine znalazła rozwiązanie. Brakujące guziki wypruła z jednej ze swych lepszych sukienek. Niechby Baldwin miał przy sobie coś, co należało niegdyś do niej. Część Lorraine. Naszyła nowe guziki na plisę, a także na zapięcia mankietów. Nałożyła na nie czar ochronny, dzięki któremu miały wycierać się wolniej. rozproszenie, 1 kropka
[roll=O] Powtórzyła zaklęcie parę razy, aby upewnić się, że zostało nałożone właściwie. rozproszenie, 1 kropka
[roll=O] Czy coś nie powinno się zadziać? Czy guziki nie powinny stać się bardziej błyszczącymi, a koszula piękniejszą? rozproszenie, 1 kropka
[roll=O] Lorraine zmarszczyła brwi. Nigdy nie była najlepsza z magii rozproszenia. No nic, pomyślała, podejmując ostatnią próbę. rozproszenie, 1 kropka
[roll=O] O tym, czy skuteczną, przyjdzie dowiedzieć się dopiero w miarę używania koszuli przez Baldwina. Ranem stanęła więc w drzwiach jego pokoju. Już z góry posłyszała, że zaczyna szykować się na nabożeństwo. – Zrób mi tę przyjemność i załóż dzisiaj do kowenu nową koszulę – wyszeptała, wspinając się palcach, żeby pocałować brata w policzek. Z uśmiechem wręczyła mu wyprasowaną koszulę. Nie wspomniała mu, że w kieszonce na piersi wyszyła nitką swoje inicjały. To było przecież lepszym niż jakiekolwiek zaklęcie ochronne. Koniec sesji
|