![]() |
|
[27/09/1972] The night before tomorrow - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [27/09/1972] The night before tomorrow (/showthread.php?tid=5330) Strony:
1
2
|
[27/09/1972] The night before tomorrow - Benjy Fenwick - 11.11.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Dwudziesty siódmy września, końcówka lata - taka, w której człowiek zaczynał się zastanawiać, czy to jeszcze wieczny deszcz, czy już jesienna melancholia. Londyn był ciężki od wilgoci i zapachu sadzy, końcówka tego wieczoru był mokra i pachniała deszczem, kurzem, dymem z kominów, a drewniane schody skrzypiały pod moimi butami, kiedy wspinałem się na ostatnie piętro starej kamienicy przy Alei Horyzontalnej. Znowu lało - woda spływała po moim płaszczu, ciężkim jak grzech, i ściekała mi po karku. Zegarek na nadgarstku pokazywał coś po jedenastej. Oparłem się ramieniem o framugę, gdy włożyłem klucz do zamka, a stare drzwi skrzypnęły znajomo, kiedy wszedłem cicho, jednym ruchem zrzucając kaptur. Włosy miałem mokre, przylgnięte do karku, zimny powiew z klatki schodowej przyniósł ze sobą zapach dymu i ulicy. W mieszkaniu paliła się tylko jedna lampa - jej ciepłe światło rozlewało się po drewnianej podłodze, przez szparę drzwi do salonu, łapiąc na chwilę błysk wody z moich butów. Na kuchennym blacie leżał kubek z niedopitą herbatą, a z głównego pomieszczenia dobiegał cichy szmer. Płaszcz ciążył mi na ramionach bardziej niż zwykle, lewą ręką trzymałem go zapiętego przy piersi, żeby to, co ukrywałem pod nim, nie zaczęło się wiercić. Spojrzałem w stronę salonu i uśmiechnąłem się krzywo, czując, jak maleńkie pazurki przebijają się przez materiał płaszcza. Mały demon poruszył się niecierpliwie. Czułem pod palcami drobne drgania - szybkie, ciepłe, ledwo wyczuwalne. Wszedłem głębiej, zostawiając za sobą ciężar dnia i stukot deszczu o okna, powoli, jak ktoś, kto wracał na terytorium, którego sam jeszcze nie uznał za swoje. - Sunny, kochanie? - Rzuciłem nisko, trochę zachrypniętym głosem, opierając się o framugę. Nie tak, jak do kobiety, którą się chce zdobyć, tylko znacznie bardziej czule - tak, jak do kogoś, kogo samemu już się ma w głowie, w środku, mimo że się jeszcze tego przed sobą nie przyznało. - Mam… Coś. - Powiedziałem, nie odrywając wzroku od niej. Nie wszedłem po to, by ją pocałować, chociaż, cholera, widok jej na kanapie - nogi podciągnięte, sweter za duży, włosy w nieładzie - sprawił, że coś się we mnie lekko przesunęło, jakby ktoś pociągnął niewidzialną strunę. Woda kapała z końców moich włosów na podłogę, ale nawet mimo tego, w tym wszystkim było coś absurdalnie domowego. - I zanim powiesz, sze znowu coś pszyniosłem s placy, tym lasem to szyje i wymaga uwagi. - Kot zapiszczał cicho, jakby potwierdzając moje słowa, płaszcz zadrżał, a dwa złote punkty błysnęły spod jego połów. !Strach przed imieniem RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Pan Losu - 11.11.2025 Słyszysz go. Słyszysz kroki czarnoksiężnika, który znajduje się tak blisko. Czujesz smród zgnilizny jego duszy. To omamy? Przez moment tak sobie wmawiasz, bo to lżejsze niż pogodzić się z prawdą, że być może jakaś część Niego będzie w tobie już na zawsze. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Prudence Fenwick - 11.11.2025 Był to dla niej dość mocno zabiegany dzień. Wszystko idealnie się złożyło. Miała czas na to, by przygotować się na jutro, nie zwracając przy tym na siebie uwagi Benjy'ego. Była w wyjątkowo dobrym humorze, zadowolona z siebie, udało jej się bowiem załatwić wszystkie pilne sprawy nie cierpiące zwłoki. Pierwszy raz od bardzo dawna przygotowywała dla kogoś niespodziankę, wzbudzało w niej to dziwny entuzjazm, którego się nie spodziewała, to nie miało być może wielkie przyjęcie, ale czuła, że zainteresowany doceni to bardziej od jednego z takich wystawnych bankietów. Wpadła na ten pomysł dość spontanicznie, co nie zmieniało jednak faktu, że Prudence - jak zawsze, wszystko doskonale przemyślała. Zaprosiła gości, upewniła się, że na pewno ich jutro odwiedzą, zamówiła tort, całkiem uroczy, poprosiła nawet jedną z sąsiadek, panią Hughes o to, aby go dla niej przechowała. Niespodzianka miała pozostać niespodzianką i w jej mieszkaniu nie mogły znajdować się żadne ślady, które mogły spowodować, że Fenwick zacznie domyślać się, że coś planowała. To było dla niej ważne, naprawdę chciała zrobić dla niego coś, aby poczuł się tutaj jak w domu, cokolwiek miało to znaczyć. W końcu mogła odpocząć, była nieco zmęczona, jednak było to zmęczenie z tych, które wzbudzały świadomość, że zrobiło się coś produktywnego. Mogła pozwolić sobie na to, by legnąć na kanapie z książką w rękach, jakżeby inaczej. Czekała, aż Benjy wróci do domu. Stało się to dla niej naturalną częścią dnia, przynajmniej wtedy, kiedy nie była w pracy. Nie była w stanie położyć się do łóżka bez świadomości, że nie wrócił cały i zdrowy. Wiedziała w końcu czym się zajmował. Nie denerwowała się przy tym, wiedziała przecież, że kto jak kto, ale on jest w stanie poradzić sobie niemalże ze wszystkim. Nie wypytywała go o szczegóły jego zleceń, nie chciała tego robić, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wiedział, co robi. Usłyszała skrzypnięcie, które zwiastowało otwierające się drzwi, tak właściwie to wiedziała, że się zbliża już wtedy, gdy klucz znalazł się w zamku. Prue była czujna, słuchała tego, co działo się w otoczeniu. Nie uniosła jednak jeszcze wzroku znad książki, która znajdowała się w jej dłoniach, czekała, aż jej chłopak pojawi się w salonie, wiedział, gdzie ją znajdzie. To nie była nowość, od kilku dni w ten sam sposób spędzała wieczory. Uniosła wzrok dopiero wtedy, gdy się do niej odezwał. Mimowolnie się uśmiechnęła, a oczy jej błysnęły. Wrócił. Dostrzegła to, że deszcz dość mocno dał mu się we znaki, powinna mu dolać czegoś do porannej kawy na wzmocnienie, żeby się nie przeziębił, wcale nie musiał o tym wiedzieć, bo przecież zdawała sobie sprawę na to, jak reagował na wspomnienie o medykamentach. Poczuła dziwną miękkość, gdy na niego spoglądała, mogłaby się chyba wtopić w kanapę, gdyby trwało to zbyt długo. - Tak? - Odezwała się w końcu, nie odrywając od niego wzroku nawet na chwilę. Zmrużyła nieco oczy i zmarszczyła nos, gdy wspomniał o tym, że coś ma. Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, bo pod tymi słowami mogło kryć się naprawdę wiele. Zamknęła książkę i odłożyła ją na stolik, który znajdował się tuż obok. Mrugnęła. Przyniósł coś, co żyło, to też mogło znaczyć wiele. - Jesteśmy sobie w stanie z tym poradzić? - To było pierwsze co przyszło jej na myśl. Kilka dni temu spotkali na swojej drodze borsuka, którego odprowadzili do lasu tylko dlatego, że Benjy okazał się być bardziej asertywny w stosunku do tego stworzonka od niej. Usłyszała cichy pisk dochodzący spod jego płaszcza, a później dostrzegła dwa złote punkty, oczy? To musiały być oczy. Podniosła się na nogi, powoli, jakby nie chciała robić gwałtownych ruchów, aby nie wystraszyć tego, co kryło się pod płaszczem mężczyzny. Zwinnie pokonała odległość między nimi, by znaleźć się przed Benjy'm. - Przedstawisz mi to? - Uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Nie miała pojęcia, jakiej płci było zwierzątko, tak to musiało być zwierzę, więc starała się podejść do sprawy bardzo neutralnie, jakby pomyłka mogła kogoś w ogóle skrzywdzić... Nie widać po niej było, aby była szczególnie zdenerwowana tym, że Fenwick postanowił przynieść coś żywego do domu. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Benjy Fenwick - 12.11.2025 Wsunąłem klucz do zamka i poczułem znajome, lekkie napięcie, które zawsze mi towarzyszyło, kiedy przekraczałem próg mieszkania. Woda spływała po moim płaszczu, ciężkim od wilgoci. Wszedłem cicho, zostawiając za sobą ciężar deszczu i ulicy, czując pod płaszczem drobne, nerwowe drgania. Prue uniosła wzrok dopiero wtedy, gdy odezwałem się nisko, jej uśmiech rozświetlił przez moment ciemność pokoju, sprawiając, że serce mi zadrżało, chociaż starałem się tego nie pokazać. To spojrzenie było jak miękki promień światła w tym mokrym, ciemnym świecie. Mimowolnie uśmiechnąłem się w odpowiedzi, ale to był uśmiech pełen niepokoju zarazem, bo pod płaszczem poruszało się coś, co wymagało mojej uwagi. Naszej uwagi, jeśli tylko tego chciała, czego jeszcze nie mogłem być pewnym. - Tak… - Powiedziałem, choć nie było w tym słowie nic konkretnego, poza faktem, że coś miałem - coś, co nie mogło czekać. Poczułem, jak jej spojrzenie bada mnie i to, co kryłem pod płaszczem. Świadomość jej uwagi była przyjemna, lecz napięcie małego stworzenia pod materiałem przypomniało mi, że wszystko musiało być powolne, ostrożne. Czułem, że nie mogę po prostu zostawić jej w niepewności, chociaż widok jej spokojnej twarzy sprawiał, że chciałem jeszcze trochę zatrzymać ten moment, zanim przejdziemy do konkretów, lecz wystarczył lekki ruch ręki, a złote punkty rozbłysły i drgnęły, jakby chciały ujawnić swoją obecność same. - Na pewno lepiej od bolsuka? - Odbiłem pytanie. Materiał drgnął, kot lub coś w rodzaju kota syknęło cicho, niekoniecznie potwierdzając moje słowa i moje uczucia. Borsuk nie byłby tak bardzo gotowy do walki. Mały demon pod moim płaszczem zareagował natychmiast na jej obecność. Prue zrobiła jeden krok w moją stronę, powoli, ostrożnie, a ja niemal odczułem rytm jej oddechu w moim własnym. Nie spieszyła się, nie panikowała, nie nastawiała się defensywnie na zaskoczenie - to było coś, czego nigdy nie mogłem jej odmówić, jej spojrzenie wtopiło się w mój płaszcz, ciepłe i ciekawskie, a ja poczułem dziwną mieszankę ulgi i napięcia. Może nie miała wyrzucić i mnie, i kota. Nie zabrałem go dla rozrywki, nie dla eksperymentu, ale dlatego, że Prudence była częścią świata, w którym chciałem, aby ten mały twór żył i rósł bezpiecznie, chociaż już zdążył mnie pogryźć i udrapać. Pochyliłem się, unosząc krawędź płaszcza, aby demon mógł ukazać się jej w pełni. Uniosłem rękę i powoli odsłoniłem połowę płaszcza, pozwalając, aby kot wychylił głowę. Złote oczy błysnęły w półmroku pokoju, niemal jak dwa drobne punkty światła, które wbiły się w spojrzenie Prue. Malutkie uszy drgnęły, wąsiki poruszyły się w takt cichego szmeru mieszkania, a jego futerko ujawniło się po raz pierwszy, był czarny jak noc, maleńki, wielkości połowy mojej dłoni. Czułem pod palcami jego ciepło, a każde mrugnięcie złotych oczu sprawiało, że jego małe ciało drżało lekko, próbując odnaleźć równowagę między ciekawością a strachem. - To… - Powiedziałem powoli, trzymając kota w taki sposób, aby czuł się chroniony. - Nie ma jeszcze imienia. Znaleźliśmy go z jego matką i lodzeństwem w stalej posiadłości. Sama zobacz, jest taki malutki… - Przesunąłem dłoń, biorąc głębszy oddech. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Prudence Fenwick - 12.11.2025 Próbowała dostrzec to co skrywał pod swoim płaszczem, póki co jednak nie było to możliwe. Nie do końca była w stanie przewidzieć co takiego spotkał dzisiaj na swojej drodze, i co było w stanie zwrócić jego uwagę na tyle, że postanowił przynieść to do domu. Na pewno musiało być to bardzo urocze stworzenie, chociaż może i nie, to ona reagowała zbyt entuzjastycznie na małe, słodkie zwierzątka, on pewnie uchylił się nad losem czegoś, co wyjątkowo potrzebowało pomocy. Lepiej od borsuka. Zmrużyła oczy po raz kolejny. Zaczęła analizować możliwości. Borsuk był raczej dzikim stworzeniem, nawet ten malutki, którego spotkali podczas ślubu. Zwierzę musiało być więc bardziej przystępne, prostsze w obsłudze, pewnie można było je trzymać w domu. Nie do końca martwiła się o to, co skrywał pod płaszczem, wiedziała, że nie przyniósłby tutaj czegoś, co mogłoby sprawić im problem. Benjy był rozsądny, zdecydowanie dużo bardziej rozsądny od niej pod tym względem, bo naprawdę była bliska zabrania wtedy tego nieszczęsnego borsuka do domu. - Skoro tak mówisz, to dobrze, to dobrze, że lepiej od borsuka. - Mimo tego, że nadal nie miała pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć, kogo przyniósł pod ich dach to nadal nie wyglądała na szczególnie przejętą tym, że coś kryło się pod jego płaszczem i miało z nimi zamieszkać. Całkiem normalna sprawa, każdemu zdarzyło przynieś się coś, za co trzeba było być odpowiedzialnym, ot tak, zupełnie znienacka. Zresztą nie było rzeczy, z którą razem nie byliby w stanie sobie poradzić, wspólnymi siłami na pewno uda im się to zrobić. To nie mogło być nic trudnego, w końcu chodziło tylko o jakieś zwierzę. Spokój przyszedł jej całkiem naturalnie, nie chciała, aby stworzenie poczuło się nieswojo w nowym miejscu. Wypadało zadbać o jego komfort, skoro już się tutaj znajdowało. Zresztą była ogromnie ciekawa tego, co miało jej się zaraz ukazać. Benjy wzbudził w niej zainteresowanie, dawkował informacje powoli, nie sięgał po konkrety. Prue niby lubiła niespodzianki, ale im szybciej dowiadywała się prawdy tym lepiej. Ruchy mężczyzny wydawały się być bardzo ostrożne i spokojne, co w sumie przy tym, jak wyglądał robiło się całkiem urocze. Ten wielki typ, który wzbudzał strach w mijających go ludziach, trzymał w swoich ramionach coś tak kruchego. - Aww. - Wymsknęło jej się, gdy zobaczyła wyłaniającą się na zewnątrz głowę. Kotek. Malutki, słodziutki koteczek. Jej reakcja mówiła sama za siebie, Prudence nie należała do osób szczególnie asertywnych, gdy widziała przed sobą takie maleństwa. Póki co jednak nie wyciągnęła dłoni w kierunku stworzonka, nie wiedziała, jak zareaguje na ruch, nie chciała go wystraszyć. - Koteczek. - Powiedziała cicho, jakby bała się tego, że zbyt głośny ton głosu może wystraszyć zwierzę. Niepewnie spoglądał na nią swoimi ślepiami. Był naprawdę słodki, taki malutki, jak dobrze, że Benjy na niego wpadł, na dworze było zimno i mokro, na pewno nie zaznałby tam szczęśliwego życia. - Postanowiłeś zabrać go do domu? - Zapytała, chociaż przecież nie musiała tego robić. Stał tutaj z nim w ramionach, zrobił to. Nie miała pojęcia, gdzie znajdowała się matka i kocięta o których wspomniał, jednak ten jeden zwierzak był teraz, tutaj z nimi. - Na pewno będzie mu u nas dobrze. - Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, jakby to było całkiem jasne, że będą teraz wesołą, szczęśliwą rodziną. Ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń, pewnym ruchem, jednakże spokojnym, aby nie wystraszyć kocura. - Mogę cię dotknąć? - Tak, zaczynała do niego mówić, jakby faktycznie mógł ją zrozumieć. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na zupełnie obcą osobę, ale próbowała się z nim przywitać. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Benjy Fenwick - 12.11.2025 Przyłapałem się na tym, że uśmiecham się niemal mimowolnie, obserwując, jak Prudence wpatruje się w kota z taką uwagą, jakbym w tajemniczy sposób otworzył przed nią nowy rozdział. Nie byłem typem, który okazywał łatwo emocje, a już na pewno nie rozmiękczał się nad malutkimi stworzeniami, ale coś w tej chwili sprawiło, że poczułem dziwne ciepło. Kiedy powiedziała to cicho „koteczek”, coś w moim wnętrzu zadrżało, nie wiedziałem dlaczego - może przez to, jak brzmiało to słowo w jej ustach, tak miękko, jakby naprawdę mówiła do dziecka. Stałem przez chwilę, patrząc, jak jej oczy śledzą każdy ruch kota, który nie zareagował od razu. Zamiast tego zmrużył oczy, lekko przechylił głowę i wydał z siebie ciche, ledwie słyszalne mruknięcie, które bardziej przypominało syk niż pomruk zadowolenia. - Spokojnie, nie zlobi ci kszywdy. - Powiedziałem nisko, bardziej do kotka niż do niej. Zwróciłem uwagę na to, jak się kurczył w moich ramionach, jakby wiedział, że w moim płaszczu miał względne bezpieczeństwo. Złote oczy zwierzęcia znowu błysnęły, kiedy uniosłem dłoń i odchyliłem materiał trochę bardziej. Zrobiłem to powoli, pozwalając, by miękkie światło z lampy przesunęło się po jego futrze. Prue nachyliła się lekko, a ja poczułem jej zapach - ten znajomy, ciepły, z nutą truskawek - mieszający się z wilgocią deszczu, którą przyniosłem ze sobą. Z jej twarzy biło coś tak spokojnego, że nawet demon, bo wciąż tak o nim myślałem, przestał się szarpać. Kot przekrzywił głowę, jego maleńkie pazurki zahaczyły o rękaw mojego płaszcza, wąsiki poruszyły się, a potem zrobił ruch w jej stronę. Nie miałem pojęcia, jak kot zareaguje na dłoń, ale obserwowałem każdy jego ruch. - Moszemy go wziąś, jeśli zechcesz. Albo poszukaś mu nowego domu, gdy tylko minie Samhain. - Moje spojrzenie przeszło z kota na Prue. Wzruszyłem ramionami, trochę niezdarnie, przez sam gest przyznając, że nie do końca wiem, co z tym zrobić. To było jej mieszkanie, jej przestrzeń - ja byłem tu gościem, nawet jeśli udawaliśmy, że dzielimy coś więcej. A jednak… Spojrzenie, które jej posłałem, było pełne tej cichej, zmęczonej melancholii, przypominało o tym, że nasze „my” to nadal bardziej iluzja niż fakt. - Ja… - Zawahałem się na chwilę, nie wiedząc, jak powiedzieć to, co chodziło mi po głowie. Tamto słowo, „domu”, zawisło w powietrzu na moment, a ja udawałem, że nie czuję, jak delikatnie mi ciąży. Patrzyłem na nią chwilę za długo - w jej spojrzeniu było coś, co przypominało ciepło bijące od ognia, przy którym siedzisz zbyt blisko - nie parzy, ale przypomina, że możesz się oparzyć, a mimo to dalej do niego lgniesz. - Nie wiem za balso, jak się nim zajmowaś… - Powiedziałem, lekko obojętnie, wybierając łatwiejszą wersję, niż ta, że tak naprawdę nie był to nasz wspólny dom, chociaż w moim głosie pobrzmiewała nuta melancholii. - Ale ty wiesz, co się lobi s kotami, plawda? Bo ja… No, wiesz. Najbliszej posiadania zwieszęsia byłem, gdy kalaluch zagnieścił mi się w uchu. - Rzuciłem z nutą ironii w głosie, nieco przekornie. Kociak lekko mruknął, co sprawiło, że poczułem coś w rodzaju ulgi, choć wcale nie było mi lżej. Zawsze byłem tym, który przynosi problem, a nie rozwiązuje go, nawet jeśli nie zamierzałem tego przyznawać głośno. Chciałem, żeby to był bardziej gest niż słowa, bo w tym, co powiedziałem, i tak kryło się całe nasze niepewne, trochę smutne „my” - kot był tylko pretekstem, żebyśmy mogli chociaż na chwilę udawać, że wszystko jest w porządku. W końcu inaczej nie robilibyśmy długoterminowych planów, nie przynosząc do domu żyjącej istoty. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Prudence Fenwick - 13.11.2025 Kot syknął. Nie wydawało się to być szczególnie pozytywną reakcją na jej obecność, ale nie miała zamiaru się poddawać. Wiedziała, że w przypadku takich stworzeń bardzo istotne było zaufanie, musiała go jakoś do siebie przekonać. Byłoby to prostsze gdyby miała przy sobie jedzenie, jednak skoro spróbowała to zrobić bez tego, to zamierzała kontynuować. Nie mogło pójść bardzo źle, co mogło jej się stać? Najwyżej ją podrapie, to nic wielkiego, była gotowa na takie drobne poświęcenie. Zauważyła, że kocur schował się w ramionach Benjy'ego. Nie zareagował na nią najlepiej, nie było w tym nic dziwnego, kto wie, jakich ludzi wcześniej spotkał na swojej drodze. Zmartwiła ją sama myśl o tym, co mógł wcześniej przeżywać, takie maleństwo samo w wielkim świecie, gdzie czaiło się zło z każdej strony. Zwierzę miało jednak wiele szczęścia, że stanęło na drodze Fenwicka, który postanowił zabrać je ze sobą. Znał ją, mógł się spodziewać tego, że nie wywali go z tym maleństwem za drzwi. Nie była pod tym względem jakoś szczególnie skomplikowana, zresztą, czy ktoś zareagowałby inaczej widząc taką malutką, czarną kulkę? Nie wydawało jej się. Nawet przez moment nie pomyślała o tym, że z nimi nie zostanie, nie kiedy już znalazł się w mieszkaniu. Wyczuła, że słowa Benjy'ego były skierowane bardziej do kota niż do niej. - Nie musisz się mnie bać. - Powiedziała jeszcze cicho, bardzo spokojnym tonem głosu. Fenwick odchylił nieco płaszcz, kiedy się nad nim nachyliła. Znajdowała się coraz bliżej zwierzęcia, które w końcu ku jej zaskoczeniu poruszyło się, a może nawet nieco wysunęło w jej kierunku. Był to spory krok ku temu, aby mogła go dotknąć. Szczególnie, że nie wyglądał już na gotowego do walki. Zachęciło ją to ku temu, aby przysunąć dłoń jeszcze bliżej, dotknąć opuszkami placów jego futerka, z początku bardzo delikatnie, tak właściwie to ledwie je musnęła. Gdy jednak zobaczyła, że na nią nie syczy, ani nie próbował wbić w dłoń Prue swoich pazurów odważyła się go pogłaskać, również delikatnie, ale nieco pewniej niż wcześniej. - Czy naprawdę myślisz, że oddamy go po Samhain? - Uniosła głowę, by spojrzeć na swojego chłopaka. To wydawało się jej niemożliwe, ten mały demon już rzucił na nią swój urok, mieli miesiąc do sabatu, przez ten czas na pewno przywyknie do jego obecności, ba zapewne zrobi to dużo szybciej. Nie wątpiła w to, że i Benjy już chociaż odrobinę został przez niego zaczarowany, bo inaczej by go tutaj nie przyniósł. Uśmiechnęła się. Tak właściwie to kąciki ust drgnęły jej w uśmiechu, jakby bała się, że może wystraszyć kota swoją zbyt ekspresyjną mimiką. - To nic trudnego, pokażę Ci. - W końcu miała kiedyś kota, fakt był to bardziej kot jej rodziców, niż samej Prue, ale zajmowała się nim podczas wakacji, wydawało jej się, że to powinno wystarczyć. Zresztą tak wielu ludzi posiadało koty, że nie mogło to być przecież trudne. Jasne, ten tutaj był kocim maleństwem, ale i z tym powinni sobie poradzić. - Zagnieździł? To brzmi, jakby mieszkał tam przez jakiś czas? - Zmrużyła oczy, próbowała przeanalizować, czy to w ogóle jest możliwe, ale chyba nie było. - Zawsze musi być ten pierwszy raz. - Najwyraźniej na te krótką chwilę zapomniała o tym, że Benjy niedługo miał zniknąć z jej życia, w sumie to jeszcze nie ustalili kiedy, ale skoro przyniósł kocurka do jej mieszkania, to raczej póki co nigdzie się nie wybierał? Gdyby to naprawdę było takie proste... Nie analizowała tego jednak w tej chwili, skupiona była na tym maleństwie, które trzymał w ramionach. - Może ściągniesz płaszcz? Musi się przyzwyczaić do otoczenia. Pomogę Ci. - Nie chciała jeszcze przejmować kota z rąk Fenwicka, bo nie dało się ukryć, że to było aktualnie jego najbezpieczniejszym miejscem, ale nie powinien tak siedzieć schowany, skoro miał tutaj zamieszkać. Być może była to dość szybka adaptacja do nowego miejsca, ale było późno, musiał się tu jakoś zaaklimatyzować. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025 Nie wiedziałem, dlaczego mnie to aż tak ruszyło. Może dlatego, że Prue wyglądała… Inaczej. Uśmiechnęła się subtelnie, a w jej oczach błysnęło coś miękkiego, kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu, a ja poczułem ciepło, które nie miało nic wspólnego z kotem. To wrażenie spokoju przeszło przez pokój, niewypowiedziane, a może po prostu takie, którego wolałem nie nazywać. Kiedy uniosła głowę i zapytała, czy naprawdę myślę, że go oddamy, uśmiechnąłem się, ale krótko, bardziej samym kącikiem ust niż pełnym uśmiechem. - Nie oddamy go. - Odpowiedziałem, unosząc lekko brew, bo sama myśl, że miałby tu z nami zostać, nie brzmiała wcale źle. - Skolo jusz tutaj tlafił, to chyba zostanie, pszynajmniej na jakiś czas. - Wiedziałem, że to już się stało, wystarczyło spojrzeć, jak na niego patrzyła - jakby znalazła w nim coś, czego ja nie potrafiłem jej dać, coś prostego, nieskomplikowanego. W przeciwieństwie do niej, nie byłem człowiekiem nadmiernie czułym, ale to małe stworzenie… Zdołało mnie też przekonać. Nie była to żadna wielka magia, tylko zwykłe, proste zauroczenie - ten mały kocur nie był sam, nie był porzucony, przynajmniej nie teraz. A ja… Ja mogłem pozwolić mu być przy nas, dać mu szansę na zbliżenie się do czegoś, czego nigdy wcześniej nie miał. - No, tak, kalaluch. To cała histolia. - Kiwnąłem głową, wzruszywszy ramionami. - Nie, nie mieszkał długo, palę godzin, ale zostawił po sobie tlaumę. - To chyba trochę rozluźniło atmosferę, chociaż tylko na moment, wciąż wisiało nad nami coś ciężkiego, coś, czego żadne z nas nie chciało nazwać. Kot znów się poruszył, jakby próbował zdecydować, czy świat poza moim ramieniem jest wart ryzyka. - No, dobla, mały. - Mruknąłem, unosząc drugą rękę, żeby rozpiąć guzik. - Nowy dom, nowe zasady, co? Trzymałem kota blisko siebie, czując jego drobne, napięte ciało, które wciąż próbowało ocenić każdy ruch. Nie był przyzwyczajony do ludzi, a ja… Cóż, też nie miałem w tym zbyt wielu doświadczeń, które mogłyby ułatwić mu kontakt. W sumie trudno się dziwić - świat nie bywał dla takich maleństw łaskawy Prue przysunęła się, gotowa pomóc, a ja poczułem, że coś we mnie drgnęło - może to był dotyk jej palców, kiedy przypadkiem musnęła moją dłoń, a może to po prostu była świadomość, że za chwilę zniknę z miejsca, które, chociaż udawane, zaczynało przypominać coś, czego nigdy nie miałem. Przyglądałem się, jak delikatnie przysunęła dłoń jeszcze bliżej, głaszcząc go pewniej. Czułem w sobie rosnące poczucie, że to maleństwo już odnalazło namiastkę domu, a z nią obok było łatwiej wytrzymać i mnie samego. Płaszcz opadł, a kot ostrożnie wystawił łebek, w jego złotych oczach odbiło się światło lampy. Tak naprawdę nie wiedziałem, co dokładnie przeżył tam, gdzie mieszkał wcześniej, ale też nie chciałem jej martwić. Chwilowo było dobrze. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Prudence Fenwick - 13.11.2025 - Na zawsze, nie na jakiś czas. - To było całkiem logiczne. Skoro miał znaleźć dom w tym miejscu, to nigdy nie miała zamiaru go oddać, było to całkiem proste. Trafił pod ich opiekę, nie było szansy na to, że jeśli spędzi z nim więcej czasu to pozwoli mu odejść, zresztą na pewno będzie chciał zostać, zwłaszcza, że miał możliwość już posmakować tego mniej przyjemnego życia na łonie natury, szkoda, że mogła w ten sposób przekonać do pozostania przy sobie wyłącznie kota. To prawda, Prudence została przekupiona, kocurek był tak słodki, że przez myśl nawet nie przeszło jej, iż mogłaby się go stąd pozbyć. Spoglądała na maleństwo z troską, wypadałoby sprawdzić w jakiej był kondycji, nie wydawało jej się, aby miał lekko tam, skąd przyniósł go Benjy. Tak właściwie to nawet nie zapytała go, gdzie znalazł kota. Nie było to jednak w tej chwili szczególnie istotne. Dobrze się stało, że na niego trafił, sama pewnie nie zdecydowałaby się wziąć zwierzęcia pod swoją opiekę, szczur przez lata jej wystarczał, ale gdy zobaczyła kocię w ramionach Benjy'ego stwierdziła, że może faktycznie to moment na to, by w jej życiu pojawił się ktoś jeszcze, właściwie to w ich życiu, bo przecież miał to być wspólny kot. Wolała tego nie rozkładać na części pierwsze, raczej po prostu pozwoliła sobie cieszyć się tą całkiem uroczą chwilą, którą dane było im przeżyć. Wiedziała, że wspomnienie tego wieczoru na pewno zachowa na długo, bo takich rzeczy się nie zapominało, zresztą będzie miała żywy dowód, który będzie jej o tym przypominał. - Będziesz mi ją musiał kiedyś opowiedzieć. - Była niezmiernie ciekawa, jak to możliwe, że karaluch postanowił zamieszkać w jego uchu, szczególnie, że nie słyszała wcześniej o podobnym przypadku, na pewno mu tego nie odpuści, prędzej, czy później będzie się musiał z nią podzielić tą opowieścią. Uśmiechnęła się, tym razem szerzej, gdy Benjy odezwał się do zwierzaka. To było całkiem urocze, tak samo, jak to, jak kot wyglądał w jego ramionach, niemalże się w nich gubił, taki był malutki. Jak powiedziała, tak też zrobiła. Dotknęła palcami jego ręki, by pomóc mu się pozbyć tego przemoczonego płaszcza, który aktualnie był schronieniem zwierzaka przed całym światem. Robiła to jak najdelikatniej potrafiła, by ponownie nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, zależało jej na tym, aby zwierzę nadal czuło się bezpiecznie. Płaszcz opadł, Prue po niego sięgnęła, by zaraz go odwiesić, nim to zrobiła jednak po raz kolejny podjęła próbę, tym razem odważniejszą, pogłaskała zwierzę, które z ciekawością przyglądało się otoczeniu, nie trzęsło się, nie drapało, to był chyba dobry znak. Jak na początki to wcale nie przeżył tego najgorzej, jasne mogło się to zmienić dość szybko, była jednak dobrej myśli. Gdy odwiesiła płaszcz wróciła do nich, znowu znalazła się tuż obok. - Musimy mu nadać jakieś imię. Ty znasz go dłużej. - Dodała jeszcze. Benjy go znalazł, powinien czynić honory. RE: [27/09/1972] The night before tomorrow - Benjy Fenwick - 13.11.2025 Wiedziałem, że to kot zostanie, żadne „po Samhain” nie będzie miało znaczenia - już odnalazł swoje miejsce i nikt nie miał go stąd wyrzucić, tym bardziej, że Prue nie pytała, gdzie go znalazłem, i dobrze, bo w tym momencie nie było to istotne. Liczyło się, że trafił w dobre ręce… Nasze ręce. Trzymałem kota wciąż blisko siebie, czując, jak jego drobne ciało powoli się rozluźnia. Prudence mówiła o „na zawsze”, a ja wiedziałem, że miała rację - nie było sensu rozważać żadnych terminów, to maleństwo zostało u nas i już. Przez chwilę spoglądałem w jego oczy, które ostrożnie badały nowe otoczenie, i uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to był nasz wspólny wybór, chociaż nie pytałem go o zdanie. Skinąłem głową w milczeniu, to brzmiało jak oczywista oczywistość - skoro już go tu przyniosłem, trudno byłoby dopuścić do tego, żeby zniknął. Zresztą, sam też chyba nie chciałem, żeby odszedł. Świat, który miał wcześniej, był dla niego okrutny. Tutaj mógł przynajmniej oddychać spokojniej. Jej ciekawość odnośnie mojej historii z karaluchem w uchu wywołała u mnie krótki, niemal niewidoczny uśmiech. Kiedyś miałem jej to opowiedzieć, ale nie teraz, teraz najważniejszy był kot. Reszta… Mogła poczekać. Spojrzałem na Prudence, jej uśmiech był wystarczającą nagrodą za to, że przyniosłem go tutaj, nie było potrzeby słów - wiedziałem, że ten moment zostanie z nami na długo. Prue dotknęła mojej ręki, pomagając mi pozbyć się przemoczonego płaszcza, który wciąż był jego bezpiecznym schronieniem. Upewniłem się, że kot nadal czuje się bezpiecznie, gdy płaszcz opadł, a ona go odwiesiła. W jej ruchach było tyle ostrożności, tyle ciepła, że zwierzak w końcu zaczął badać otoczenie z prawdziwą ciekawością, zamiast drżeć lub syczeć. Maleństwo spoglądało na nią złotymi, błyszczącymi oczkami, a ja skinąłem głową, chociaż w duchu uznałem, że to wcale nie miało znaczenia, kto „znał go dłużej”. Nie chodziło o jakieś zasługi ani kolejność spotkań - to, że był przy mnie, w moich ramionach, przez pewien czas, nie dawało mi monopolu na decyzje, mimo to, w głowie przewijałem wszystkie możliwe imiona, które pasowałyby do jego maleńkiej, dzikiej, ale już nieco oswojonej natury. Nic - zero. Nie znałem się na takich sprawach, nie za bardzo wiedziałem, jak do tego podejść. Mimo to - próbowałem, coraz dalej odbiegając tokiem myślowym, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić. Zaskoczyło mnie, jak nagle moje myśli zostały wyrwane z ciepłego rytmu tego wieczoru. Wystarczyło, że pomyślałem o czymś, o czym nie chciałem myśleć, co skojarzyło mi się z tamtą nocą, i poczułem coś niepokojącego - zimny dreszcz przesunął się po moim karku, a kot, którego trzymałem, natychmiast to wyczuł. - Nie. - Wymamrotałem pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem zrozumieć, co się działo, instynkt, sam w sobie, podpowiedział mi coś znajomego, niepokojącego. Stuknięcia podeszw butów, ciężkie i pewne, przeszły gdzieś między mną a ścianą, a ja poczułem chłód przeszywający skórę. Kroki - te kroki, bliskie, ciężkie, wypełnione czymś… Zgniłym, nieprzyjemnym, jakby samo powietrze wokół pulsowało jego obecnością. Smród zgnilizny duszy, której nie dało się wytłumaczyć racjonalnie. Przez moment chciałem sobie wmówić, że to halucynacje, tylko moje zmęczenie albo wyobraźnia robią ze mnie wariata, ale niepokój przyszedł nagle, zbyt realny, żeby go zignorować. Czułem, jak panika zaczyna ściskać mnie od środka - to nie był zwykły strach, to była przeczuwalna, zimna obecność, której nie potrafiłem odepchnąć. Bezwiednie puściłem kota, który wypadł z moich ramion i odskoczył w bok, w poszukiwaniu bezpiecznego kąta. Nie spodziewałem się, że coś takiego uderzy mnie wprost w głowę. Myśli o kocie w jednej chwili zderzyły się z czymś zupełnie innym, czymś, co wbiło mnie w miejsce, w którym nie chciałem być. Nadal słyszałem kroki i czułem ten smród, tak gęsty, że niemal wnikał pod skórę, niepokojący, chorobliwy. Przełknięcie śliny utkwiło mi w gardle, a serce zaczęło walić tak mocno, że każdy oddech wydawał się zbyt głośny. Odruchowo spojrzałem w twarz Prue, dostrzegając na niej cień, bardzo realny, pochodzący z zewnątrz cień, który przesunął się po jej ciepłych rysach, i nagle cały świat zwęził się do jednej myśli - tego, że coś zbliżało się zbyt szybko, nie mogłem tego powstrzymać. Uczucie zgnilizny, ciężaru, smrodu, który nie pochodził od niczego materialnego, wcisnęło się w mój umysł i ciało. Nie odezwałem się, nie chciałem stresować Prudence ani zwierzęcia, ale każdy ruch, każdy mój kolejny oddech był kolejny raz naznaczony świadomością, że ten cień nie znikał tak łatwo, nawet w najbezpieczniejszym kącie. Wiedziałem, że prędzej czy później, wszystko, co ze mną związane, zacznie się psuć. Obróciłem się na pięcie, kierując się w stronę łazienki, zanim rozum zdążył przetworzyć to, co się działo. Drzwi trzasnęły zbyt głośno, echo odbiło się od ścian. Oparłem dłonie o umywalkę, a czoło o lustro, próbując złapać oddech, ale żołądek już się buntował - czułem na sobie zapach herbaty, ciepło, które przed chwilą jeszcze znaczyło bezpieczeństwo, ale teraz dławiło - wymioty przyszły falą, gwałtowną, czyszczącą tylko powierzchnię, zostawiając wewnątrz ten sam strach, ten sam jad, którego nie dało się wypłukać. Serce waliło mi w uszach, a dreszcze przebiegały po całym ciele. Zamarłem na klęczkach, słysząc jedynie własny oddech i to niepokojące echo kroków, które wciąż brzmiało mi w głowie. Nie potrafiłem od tego uciec, nie teraz, nie wcale, nawet gdy już myślałem, że było lepiej, jedynie światło łazienki i zimne kafle pod rękami dawały mi jakąś, choćby minimalną kotwicę w rzeczywistości. Chciałem, żeby było dobrze. Chciałem spokoju, ciepła i bezpieczeństwa, i zawiodłem - w jej przytulnym mieszkanku, w naszym tymczasowym wycinku raju, w miejscu, gdzie wszystko miało być prawdziwe i bezpieczne. Było tylko jedno, co mogłem zrobić w tym momencie, ale nie wiedziałem, czy starczy mi siły… |