Secrets of London
[1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence (/showthread.php?tid=5336)

Strony: 1 2


[1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Pierwszego września peron przypominał mrowisko, w które ktoś wsadził zapalony kijek. Wszyscy pędzili w różnych kierunkach, ciągnąc za sobą kufry, walizki, torby i plecaki, które wydawały się mieć własną wolę. Ktoś biegł w tę i z powrotem, ktoś inny szarpał czyjś rękaw, pakował rzeczy osobiste na półki, krzyczał do kumpli, których nagle nie było widać. Zapach drewna, smaru i pary mieszał się z czymś, co przypominało perfumy albo kremy do włosów. Ja szedłem korytarzem, starając się ogarnąć, czy mój przyjaciel już zdążył wsiąść, czy jeszcze będzie mnie szukał, kiedy nagle zauważyłem problem - dziewczyna, chyba mniej więcej w moim wieku, walczyła z gigantycznym kuferkiem. Wyglądało, jakby ważył tonę, a ona szarpała się z nim tak, że prawie przewróciła się na podłogę. Obok leżały jeszcze jakieś torby, które ewidentnie należały do kogoś jeszcze. Sama, bez pomocy, szarpała się z tym wszystkim, a ja mogłem przysiąc, że bagaż miał ochotę wystrzelić jej w głowę, właściwie, mógł to zrobić praktycznie w każdej chwili. Nie myśląc długo, ruszyłem naprzód. Chwyciłem kufer, podpierając go ręką, zanim całkiem zsunął się z półki, chociaż i tak oboje częściowo dostaliśmy nim po ramionach, a parę drobnych rzeczy wysunęło się i spadło na podłogę. Wcisnąłem go na miejsce nad jej głową, odchylając się odrobinę na piętach, żeby nie stracić równowagi, i westchnąłem cicho, bo serio - pierwsze minuty w pociągu mogły wyczerpać całą energię.
- Hej, reszta miejsc wolna? - Zapytałem, rozglądając się po przedziale - jednym z nielicznych, w którym jeszcze nie kręcili się inni uczniowie, śmiejąc się, przepychając, rozglądając z ciekawością i lekkim podekscytowaniem. - Aloysius Rookwood. - Przedstawiłem się, pewnym siebie tonem, może nawet trochę zbyt pewnym, ale jednak wszyscy wiedzieli, że Rookwoodowie nie są byle kim. - A ty? - Dodałem, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, sięgnąłem do kieszeni po paczkę gumy balonowej. - Chcesz gumę? - Zapytałem, mając nadzieję, że to trochę rozluźni atmosferę.
W tym samym czasie korytarzem przetaczały się kolejne grupy pierwszoroczniaków, śmiechy mieszały się z jękami dorosłych uczniów i stukotem walizek. Ktoś próbował wcisnąć się do już pełnego przedziału, ktoś inny przepychał się z plecakiem większym niż on sam. Wszyscy byli trochę zagubieni, trochę podekscytowani - nic dziwnego, w końcu to był pierwszy dzień szkoły, nowe twarze, nowe zasady.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Rok temu było podobnie, ale teraz czułem się pewniej, znając rytm tego chaosu, uśmiechałem się pod nosem, obserwując młodszych kolegów, którzy gubili się pośród innych roczników. Zgiełk na peronie wyglądał dokładnie tak, jak można się było tego spodziewać - tłumy uczniów pchających kufry lub siebie nawzajem, głośne śmiechy, stukot kół walizek po brukowanym chodniku i niezliczone jęki nadętych rodziców, którzy starali się zdążyć ze wszystkimi bagażami, zanim ich dzieci umkną albo pociąg odjedzie. Bycie pierwszą osobą w przedziale dawało poczucie władzy i spokoju, które rzadko się trafiało. Siedziałem w pustym i błogosławionym azylu, patrząc na to przez przybrudzone szkło, uprzednio zadbawszy o zasłonięcie zasłon od strony korytarza. Patrzyłem przez szybę na peron, wreszcie, wśród tłumu, dostrzegając dwie sylwetki - znajome, choć jeszcze niezupełnie bliskie.
Stuknąłem lekko w szybę dłonią, żeby zwrócić ich uwagę. Dziewczyna odwróciła głowę, a jej towarzysz przyspieszył kroku, jakby nagle przypomniał sobie o czymś ważnym. Wiedziałem, że wejdą do pociągu osobno, bo mieli swoje własne, nieco inne przyzwyczajenia - to było całkiem przewidywalne i przez to zabawne. Chwilę poczekałem, obserwując ich ruchy, i podniosłem się z miejsca, gotowy do akcji. Kiedy dziewczyna podeszła do przedziału, uśmiechnąłem się szeroko, a brązowe oczy zabłysły mi w sposób, który sam uznałbym za niepokojący, gdybym nie był w tym momencie tak skoncentrowany na jej bagażu.
- Naprawdę nie musisz zabierać aż tylu książek. W Hogwarcie mają coś takiego, co się nazywa biblioteka, wydawało mi się, że wiesz. - Powiedziałem, unosząc brew i gestem wskazując na jej nadwymiarowy kufer. - Chociaż przyznam, że to całkiem imponujące. - Rzuciłem, bardziej zaczepnie niż krytycznie, sięgając po ciężar z jej rąk i wpychając go na miejsce nad głową. Kufer w końcu znalazł swoje miejsce, chociaż, oczywiście, nie obeszło się bez kilku niezdarnych uderzeń o półkę. Gdy ciężar odpuścił, sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem paczkę gumy balonowej - wysunąłem ją w jej stronę, nadal z szerokim uśmiechem, jakby to był najprostszy i najprzyjemniejszy sposób na rozpoczęcie rozmowy.
- Chcesz gumę? - Zapytałem z lekkim uśmiechem, po którym nie dało się nie zauważyć, że cieszyłem się z tego krótkiego, spokojnego momentu w tym całym wrzasku.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Rok trzeci. Zaskakujące, jak bardzo wszystko może wyglądać tak samo, a jednak być zupełnie inne - ten sam gwar na peronie, ten sam syk pary, echo kół uderzających o bruk, znajomy zapach smaru, perfum i herbatników unoszący się w powietrzu, a jednak coś w tym wszystkim było cięższe - nie w bagażach, nie w powietrzu, tylko w nas.
Przeciśnięcie się przez korytarz zajęło mi chwilę, co roku chaos wydawał się większy, młodsi uczniowie bardziej rozemocjonowani, starsi bardziej znudzeni, gdy wreszcie dotarłem do przedziału, który od dawna był nasz, zobaczyłem ją już w środku. Siedziała przy oknie, z dłonią opartą o szybę, jakby nie do końca tam była. Nie szarpała się z bagażem jak kiedyś - jej kufer stał na ziemi, starannie zamknięty, jakby czekał - może na mnie, może po prostu na to, aż pociąg ruszy. Nie powiedziała ani słowa. Ja też nie. Podszedłem, jakby nic się nie zmieniło, chwyciłem jej kufer - ciężki, chociaż wydał mi się lżejszy niż dawniej, i bez słowa uniosłem go, wsuwając na półkę. Gdybym się odezwał, pewnie coś by pękło, więc wolałem milczeć. Zrobiłem to machinalnie, odruchowo, jak coś, co robiło się co roku, z przyzwyczajenia. Usiadłem na swoim miejscu naprzeciwko niej, tym samym co zawsze, wciąż bez słowa. Przez szybę widać było ludzi żegnających się na peronie - uśmiechy, ręce machające w powietrzu, a potem rozmazujące się przez parę. Czułem, że powinienem coś powiedzieć, choćby drobiazg, coś zwyczajnego, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Sięgnąłem do kieszeni po gumę balonową, wyjąłem jedną, wsunąłem ją do ust, przeżułem chwilę. Smak był znajomy, słodko-chemiczny, taki sam jak każdego roku. Potem wyjąłem drugą sztukę i, zamiast jej ją zaproponować - po prostu rzuciłem nią w jej stronę. Nie mocno, raczej z przesadną lekkością, jakby to miało być zabawne, ale nie było. Guma wylądowała na jej kolanach.
Oparłem się o oparcie, patrząc w okno. Pociąg ruszył z głośnym zgrzytem, a w powietrzu zawisło to, czego nie dało się już cofnąć - jakaś różnica, która wyrosła między nami przez ostatni rok. Nie było już tego samego pierwszowrześniowego podniecenia. Tylko cisza, lepka jak ta guma w ustach, i świadomość, że coś, co było lekkie i oczywiste, właśnie się skończyło.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Peron wyglądał jak zwykle - tłum, chaos, para z lokomotywy i dzieciaki, które po raz kolejny przeżywały swoją wielką przygodę. Dla mnie to już nie było nic nowego - wiedziałem, w którym miejscu wsiąść, znałem zapach wagonu i nawet ten skrzypiący stopień, który zawsze zdawał się mówić „znowu ty”. Przebiłem się przez tłum, przepychając kufer między nogami innych uczniów. Wszedłem do wagonu razem z chłopakami, z tymi samymi, z którymi siedziałem w pociągu od trzech lat. Zajęliśmy nasz zwyczajowy przedział, śmiejąc się z czegoś głupiego, co tylko my uważaliśmy za zabawne, ktoś rzucił komentarz o eliksirach, ktoś inny o nowych miotłach, a ja, z przyzwyczajenia, zająłem swoje zwyczajowe miejsce przy oknie. Kufry ładowałem na półkę machinalnie, wcisnąłem swoje, potem torbę jednego z kumpli, potem jeszcze coś, co prawdopodobnie nawet nie musiało tam trafić. Nie zostawiłem miejsca, może specjalnie, a może po prostu tak wyszło, chyba jednak bardziej to pierwsze.
Drzwi do przedziału otworzyły się z charakterystycznym stukiem. Nawet nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, kto stanął w progu, powietrze jakby lekko zgęstniało, rozmowy przycichły na moment - może tylko w mojej głowie, może naprawdę. Nie odwróciłem głowy, widziałem jej odbicie w szybie, kufer w dłoniach, próba znalezienia miejsca. Górne półki były pełne, ale wystarczyłby jeden ruch, przesunięcie moich rzeczy o kilka centymetrów - i miałaby miejsce, ale nie drgnąłem. Wiedziałem, że będzie zmuszona siedzieć z bagażem przed sobą, kolana podparte o ciężką walizę - ale przecież miała krótkie nogi, prawda? Da sobie radę. To lepsze, niż próba dźwigania kufra w górę, poniekąd robiłem jej przysługę.
Usiadła naprzeciwko, nie mówiąc ani słowa. Wszystkie półki były zajęte, więc z pewnością chwilę krążyła wzrokiem po górze, potem po nas, potem z powrotem na swoje ręce - nie musiałem tego widzieć, by wiedzieć, przecież się znaliśmy. Udawałem, że jej nie widzę, chociaż każdy mięsień w karku mówił mi, że doskonale wiem, że tam stoi. Gadałem coś o Quidditchu, śmiejąc się z nowych rękawic, jakby nic się nie działo. Nie ruszyłem się, nie odwróciłem głowy. Żułem gumę, powoli, leniwie, słyszalnie. Miałem ochotę powiedzieć coś złośliwego - coś o tym, że i tak jest mała, więc się zmieści, ale nawet tego nie zrobiłem. Milczenie było lepsze, milczenie zawsze bardziej ciążyło. Kiedy po chwili drzwi znowu się otworzyły i do przedziału wszedł jej brat, od razu się poruszyłem. Wstałem, robiąc miejsce na półce, bez najmniejszego problemu. Uśmiechnąłem się przy tym, klepiąc go po ramieniu, jakby nic w tym nie było. Nie spojrzałem na nią ani razu. Rozmowa znów wróciła do normalnego tonu. W dalszym ciągu mówiłem coś do chłopaków o nowym zestawie do Quidditcha, uśmiechając się od niechcenia, jakby jej nie było. Śmiech, żarty, guma balonowa, smak cynamonu ze sztuczną miętą i echo tego, co kiedyś było między nami - zepchnięte gdzieś pod siedzenie, razem z jej kufrem.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Peron znów tonął w parze i hałasie - ten sam, co zawsze, a jednak z każdym rokiem, jakby bardziej duszny. Nawet dźwięk gwizdka lokomotywy nie wywoływał już tego znajomego dreszczu podniecenia, był po prostu początkiem kolejnego roku, kolejnego powrotu. Torby, kufry, miotły - wszystko już było wciśnięte na swoje miejsce, górne półki były zapchane po brzegi. Pachniało gumą balonową i słodyczami z wózka, który jeszcze nie przedzierał się przez korytarz, bo nie miałby szans z ludzką masą.
Siedziałem rozwalony przy oknie, z nogą opartą o siedzenie naprzeciwko, żując gumę z leniwą rutyną. Ktoś rzucił papierową kulką w sufit, inna osoba kopnęła mnie w nogę, komentując coś o wycieraniu buta w materiał siedziska, śmialiśmy się z czegoś, co tylko nam wydawało się zabawne, i nikt z zewnątrz pewnie nie zrozumiałby, co właściwie było w tym śmiesznego.
Drzwi przedziału otworzyły się z lekkim zgrzytem. Nie musiałem nawet patrzeć, wiedziałem, zanim jeszcze głos jej brata rozbrzmiał w wejściu, czułem tę zmianę w powietrzu - lekki chłód, jakby ktoś odsunął firankę i wpuścił wiatr. Ruchem podbródka wskazałem mu wolne siedzenie, jedyne jakie zostało, prócz tego pod moimi butami, a guma w moich ustach pękła z cichym trzaskiem.
Nie było miejsca dla niej.
Stała przez chwilę w drzwiach, może licząc, że się przesunę, zdejmę nogi z siedzenia, może że coś się zmieni, ale nikt się nie ruszył. Kumple dalej trajkotali o czymś zupełnie obojętnym, a ja…
Czułem jej wzrok, ten sam, który kiedyś potrafił rozbroić mnie jednym ruchem, teraz chłodny, spokojny, niemal obcy. Spojrzałem na nią krótko, tylko przez sekundę, i wróciłem wzrokiem do okna. Nic nie powiedziałem, jak co roku, siedziałem w tym samym miejscu, tylko że tym razem coś we mnie nie chciało się już śmiać. Żułem gumę, wypuszczając z ust bańkę, która pękła cicho w powietrzu. Mogłem się przesunąć, mogłem powiedzieć cokolwiek, ale nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego. Pociąg ruszył. Kiedy odchodziła korytarzem, słyszałem tylko stuk jej kroków. Raz, dwa, trzy - aż dźwięk zagłuszył śmiech kumpli i pociąg ruszył.
Nie patrzyłem za nią, nie wtedy. Byliśmy jak dwa statki mijające się w nocy, każdy w swoim kierunku, każdy z własnym ładunkiem, z którym nie chciał się dzielić.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Na peronie było chłodniej niż zwykle, chociaż to wciąż ten sam poranek, ten sam dźwięk pary, ten sam tłum uczniów, którzy zachowywali się, jakby to wszystko było nowe i ekscytujące. Dla mnie nie było - dla mnie to był tylko kolejny wrzesień, kolejny powrót do murów, gdzie wszystko już dawno się poukładało - kto z kim trzymał, kto z kim nie rozmawiał, kto udawał, że nie pamięta, jak to było wcześniej.
Zająłem swoje miejsce w przedziale razem z chłopakami. Ostatni rok bez egzaminów, niby swobodniejszy, a jednak cięższy od wszystkich poprzednich. Każdy z nas wiedział, że za chwilę wszystko się rozlezie - w różne strony, własne przyszłości, więc śmialiśmy się głośniej niż trzeba, jakbyśmy chcieli zagłuszyć to, co nieuchronne. W ustach miałem gumę, stary, znajomy smak - ten sam, którym zaczynało się wszystko lata temu, teraz był tylko trochę bardziej gorzki i chemiczny, nieco nienaturalny.
Kiedy Elias pojawił się w drzwiach, wiedziałem, że przyjdzie sam - już od dawna było jasne, że przyjdzie sam, bez niej. A jednak przez ułamek sekundy, ogarnęło mnie to znajome uczucie - ten stary odruch, że zaraz się obejrzę, a za nim wejdzie też ona, powie coś z tym swoim chłodnym spokojem, który zawsze próbował mnie rozbroić, ale nie. Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
Pociąg nabierał prędkości, krajobraz za oknem rozmazywał się w zielono-szare smugi, a ja żułem gumę coraz wolniej. Każdy ruch szczęki brzmiał jak odliczanie do czegoś, czego nie chciałem nazwać. Nie było już żadnych niedomówień, zawieszonych spojrzeń, półsłówek, które można by było zrozumieć tak albo inaczej. Od tamtego roku między nami była już otwarta wojna - wyrachowana, prawdziwa. To nie była już chłodna obojętność - to było coś żywszego, ciemniejszego. Mimo to czasem myślałem, że może by się dało to wszystko naprawić - że to tylko duma, złość, te wszystkie głupoty, które między nami urosły jak mur, ale potem przypominałem sobie ostatnie słowa przed wakacjami, spojrzenia, i wiedziałem, że nie ma już po co. Nie była już tą dziewczyną z pierwszego września, a ja nie byłem tym chłopakiem, który wtedy podał jej kufer. Tym razem nawet nie próbowałem udawać, że mi jej brak.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 13.11.2025

Cały poranek był dokładnie taki jak zawsze - ludzie krzyczeli, machali, śmiali się, a ja tylko przepychałem się przez tłum, niosąc kufer jedną ręką i nawet nie patrząc, komu wchodzę w drogę. Miałem już dosyć tego pierwszowrześniowego cyrku, dosyć min, które trzeba przybierać. Dosyć jej i wszystkich w tym cyrku. W przedziale siedzieli już wszyscy moi kumple, rozgadani, rozparci na siedzeniach jak u siebie w salonie. Drzwi były otwarte, więc po prostu wszedłem, rzuciłem kufer na półkę i usiadłem tam, gdzie zawsze. Gumę balonową wyciągnąłem niemal odruchowo, cukrowy smak rozlał się po ustach - zbyt słodki, sztuczny, ale znajomy. Nie minęła minuta, kiedy drzwi się rozsunęły z tym charakterystycznym kliknięciem, spojrzałem mimo woli - jakiś pierwszak spojrzał na mnie z przerażeniem widocznym na twarzy, odwzajemniłem się niechętnym, wrogim grymasem. Guma w moich ustach znów pękła, cicho i boleśnie, jakby coś wewnątrz mnie pękało razem z nią.
Przez większość podróży patrzyłem w okno, obserwując rozmazywujący się krajobraz, myśląc o wszystkim i o niczym jednocześnie - każdy dźwięk pociągu, każdy trzask kół był dokładnie taki, jaki pamiętałem, a mimo to coś było inaczej. Nie wiedziałem, ile minęło czasu, kiedy poczułem potrzebę wyjścia na korytarz. Chciałem przewietrzyć głowę, rozprostować nogi, wyrzucić z siebie ten cały syf i napięcie, które zbierało się wewnątrz. Wysunąłem drzwi przedziału, wcisnąłem się w wąski korytarz, i wtedy - prawie na siebie wpadliśmy. Stanęła przede mną, sama, lekko zdezorientowana, jakby nie wiedziała, czy iść w lewo, czy w prawo. Jej oczy spotkały moje - to było krótkie, pełne napięcia spojrzenie.
- Uważaj, jak łazisz. - Wymamrotałem, przepychając się w kierunku łazienki, starając się zachować rytm kroków mimo, że serce waliło mi jak szalone. Nie czekałem na odpowiedź, minąłem ją, wciąż warcząc coś do siebie, wkładając ręce w kieszenie. Korytarz wydawał się wąski, a powietrze gęste od zapachu spalin, wilgoci i tłumu - ostatni rok, nareszcie. Ostatni rok i nigdy więcej.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 13.11.2025

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Ekscytacja. Towarzyszyła jej od samego rana, tak właściwie to od poprzedniego wieczora. Nie mogła spać, tak długo oczekiwany moment w końcu nadszedł. Już dzisiaj miała się znaleźć w Hogwarcie, w Szkole Magii! Tyle się tam będzie mogła nauczyć. Mało kto miał tak łatwo jak ona, rozpoczynała naukę ze swoim bratem, dzięki czemu nie obawiała się tego jakoś za bardzo. W końcu mieli siebie, prościej będzie im się zaklimatyzować.

Dworzec był pełen ludzi, rodzin z dziećmi, w różnym wieku, jedni dopiero zaczynali edukację, inni mieli ją kończyć. Prudence starała się zapamiętać jak najwięcej twarzy, niedługo mogło okazać się, że ktoś kogo właśnie mijała miał z nią mieszkać przez najbliższe siedem lat. Niesamowite, przygoda miała się rozpocząć niebawem.
Nie mogło być zbyt prosto, zgubiła gdzieś Eliasa, czy to zawsze musiało się tak kończyć, została sama z tymi wszystkimi bagażmi, jej kufer, była przekonana, że był większy od niej samej, wpatrywała się w niego zrozpaczona i co ona niby miała z tym zrobić. Poprawiła swoje krótkie, ciemne włosy, by nie wpadały jej do oczu, jeszcze tego brakowała, żeby potknęła się o te rzeczy, musiała być dzielna. Jakoś sobie poradzi. Rzuciła krótkie spojrzenie w bok, by zobaczyć, czy nikogo nie było na korytarzu, nie chciała, by ktokolwiek dostrzegł jaka była nieporadna. W końcu szła do szkoły, musiała być samodzielna. Nie pokonają jej bagaże, nie było nawet takiej opcji. Jakoś udało jej się go podnieść, chociaż czuła, że to wcale nie oznaczało niczego dobrego. Oczy miała szeroko otwarte, czuła, że zaraz wyląduje na jej głowie, brakowało jej tylko siniaka na twarzy.

Nie stało się tak jednak. Nawet nie zauważyła, kiedy pojawił się w środku. Chłopak, tak to był chłopak, dostrzegła go kątem oka kiedy ratował ją przed atakiem bagaży. Udało mu się jakoś wepchnąć kufer nad ich głowy.

- Tak, wolna. - Powiedziała niepewnie, przyglądając mu się uważnie. Nie wspomniała o tym, że jedno miejsce przewidziała dla swojego bliźniaka, zapomniała o nim w tej chwili. – Prudence Bletchley. – Nie było to może zbyt znane nazwisko w popularnym świecie. Miała wrażenie, że to jego już gdzieś słyszała pewnie w domu, będzie musiała o to spytać tatę.

- Mhm, chętnie. – Wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że od tego momentu podróże pociągiem będą jej się kojarzyć z tym specyficznym, chemicznym zapachem gumy balonowej.




RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 13.11.2025

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Radość. Tym razem było to radość. Nie mogła się doczekać, aż wróci do zamku. W końcu nie zdołała poznać jego wszystkich tajemnic podczas pierwszego roku. Cieszyła się z powrotu do szkoły. Wreszcie zobaczy znajome twarze.

Na stacji jak zawsze było pełno ludzi, tym razem się jednak nie obawiała. Wiedziała dokąd ma pójść, gdzie wejść, z kim usiąść. Było jeszcze fajniej niż za pierwszym razem. Stukanie w szybę utwierdziło ją w tych przemyśleniach. W jej oczach zatańczyły wesołe iskierki, pożegnała się szybko z rodzicami. Nie było sensu zwlekać. Doskonale wiedziała do którego przedziału ma trafić, zgubiła gdzieś po drodze brata, wiedziała, że ją znajdzie. Zmierzali w końcu do tego samego miejsca. Jakoś udało jej się przejść przez korytarz, póki co był praktycznie pusty, większość dzieciaków znajdowała się jeszcze na peronie, żegnała z rodzicami.

Całkiem szybko znalazła się przed przedziałem, chłopak podniósł się na nogi, gotowy by jej pomóc, jakby to było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Rok wcześniej zrobił to samo. Czyżby to miał być ich coroczny rytuał? To było miłe, że sam z siebie chciał jej pomóc. Naprawdę to doceniała, bo przecież nie musiał. Jakoś pewnie sama by sobie z tym poradziła, gdyby nie miała innego wyjścia, być może tym razem kufer nie miał zamiaru skończyć na jej głowie. Na szczęście nie musiała tego sprawdzać. Nie tym razem.

- Wiem, bywam tam przecież codziennie, ale lubię mieć swoje własne egzemplarze. – Całkiem dobrze założył, że większość rzeczy, które zabierała do szkoły to jej własne tomiska, w których lubiła dopisywać swoje własne komentarze.

Wrzucił jej kufer na górę, uśmiechnęła się do niego w podzięce. - Czy ja wiem, to tylko książki. - Nie wydawało jej się to zbyt imponujące, każdy przecież mógł jakieś ze sobą zabrać.
- Mhm, chętnie. - Wyciągnęła dłoń w jego kierunku, a później zajęła swoje miejsce, to naprzeciwko niego. Znowu podróż pachniała jej zapachem gumy balonowej.




RE: [1951 - 1957] We were strangers before we knew it | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 13.11.2025

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Niepokój. Denerwowała się powrotem do szkoły. Coś się zmieniło i nie chodziło tylko o to, że udało jej się zapuścić włosy, które sięgały jej teraz za ramiona. Mogła się za nimi chować, kiedy nie chciała łapać kontaktu wzrokowego. Było inaczej, może to ona była inna. Nie do końca potrafiła stwierdzić, kiedy właściwie do tego doszło.

Jak co roku znalazła się na dworcu, jak zawsze odprowadzili ją rodzice, z którymi się pożegnała, nie do końca chciała już znaleźć się w szkole. Oczywiście cieszyła się, że będzie się uczyć, tylko, że nauka w przypadku Hogwartu była jedną z wielu kwestii.

Ruszyła w stronę przedziału. Tego samego co zawsze, to się nie zmieniło. Był pusty – może to i lepiej, przynajmniej miała pewność, że będzie w nim dla niej miejsce. Nim usiadła spojrzała jeszcze na kufer, postanowiła póki co wstrzymać się z wrzuceniem go na górę, pewnie i tak by się jej to nie udało. Miała wrażenie, że z roku na rok robił się coraz cięższy, przybywało jej książek, które musiała mieć pod ręką.

Oparła się o szybę, przyglądała się dzieciakom za oknem. Większość z nich była podekscytowana, nie dziwiła im się wcale, kiedyś też była na ich miejscu, wtedy wszystko było łatwiejsze. Upływający czas nieco komplikował egzystencję.

Usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Znała te kroki, wstrzymała oddech na chwilę, nie spojrzała w jego kierunku, zastanawiała się, czy wyjdzie, czy jednak tu zostanie, czy coś jeszcze było jak dawniej. Podszedł do jej kufra, bez słowa, podniósł go jak kiedyś, wrzucił na swoje miejsce, nawet na chwilę nie przeniosła wzroku w jego kierunku, jakby bała się, że to może sprowokować go do powiedzenia czegoś, czego nie chciałaby usłyszeć. Powinna się przywitać, ale tego nie zrobiła, wpatrywała się nadal za okno, obserwowała dorosłych którzy machali na pożegnanie swoim dzieciom.

Odsunęła głowę od szyby dopiero wtedy, gdy poczuła, że coś wylądowało na jej kolanach, najpierw na nie spojrzała. Guma balonowa, ta sama co przez poprzednie dwa lata, dopiero wtedy uniosła wzrok i na niego spojrzała, właściwie to rzuciła mu jedno krótkie spojrzenie, a później znowu odwróciła się w kierunku szyby. Podróż znowu miała zapach gumy balonowej. Niektóre rzeczy jednak się nie zmieniały.