Secrets of London
[2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę (/showthread.php?tid=5346)



[2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Brenna Longbottom - 15.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VII

Klub wędrujących rączek

– Pytanie brzmi… drań przewidział, że przyjdziemy, czy ktoś dał mu cynk? – westchnęła Brenna, poruszając przy tym lekko ramieniem, chyba nieco nadwyrężonym, gdy rano z Samem działali w Warowni.
Od tego czasu minęło wiele godzin: zmierzch już dawno opadł na Londyn, i magiczne ulice tonęły w ciemnościach, rozpraszanych tylko światłem latarni, we mgle, a tutaj, gdzie się znalazły – bo właśnie przechodziły z Nokturnu ku jednej z uliczek wiodących na Horyzontalną – wciąż jeszcze tu i ówdzie w nieusuniętych popiołach. Zsunęła z twarzy szalik, który wspólnie z kapturem płaszcza (zakapturzone, tajemnicze postacie na Nokturnie: nic nowego…) miał w zamierzeniu nie alarmować pewnego wróżbity, podejrzanego o wróżenie z ludzkich kości, że zbliżają się ludzie z Ministerstwa. Prawą dłoń, z przyzwyczajenia, trzymała przy różdżce, a gadać zaczęła dopiero, kiedy znalazły się na granicy między dzielnicami. Wprawdzie o tej porze i w taką pogodę, i pewnie trochę z powodu grozy Spalonej Nocy, niemal puste były już wszystkie ulice magicznej części miasta, ale tam wolała zachowywać szczególną ostrożność.
– Przecież miejsce jego pobytu udało się ustalić niecałe dwie godziny temu – dodała, z jakimś takim niedowierzaniem: bo zastały jego mieszkanie absolutnie puste, ale noszące ślady ledwo co rzucanych zaklęć. Ktoś spakował się w ogromnym pośpiechu, to czego nie mógł zabrać zniszczył czarami i musiał to zrobić niedługo przed ich przybyciem.
A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że wróżbitą był fałszywym. Stąd w ogóle zgłoszenie, które Brenna normalnie zepchnęłaby na szeregowych Brygadzistów, bo naprawdę miała teraz poważniejsze sprawy niż naciągaczy, gdyby nie to, że opisy samego wróżenia były dość niepokojące i wyglądały na to, że mężczyzna nie wróży sobie z fusów, kryształowej kuli czy choćby zwierzęcych wnętrzności. Szczątki? Obojętnie czy pozyskane z cmentarza, czy w… inny sposób, były już nielegalne. A do tego takie rzeczy mogły sugerować udział w jakichś paskudniejszych procederach, bo chyba nikt nie rozkopywałby grobów tylko po to, by „zrobić wrażenie”.
– To drugi wróżbita, z którym mam problemy tej jesieni. Tylko poprzedni na pewno nie miał trzeciego oka, za to wyraźne zamiłowanie do klątw.
A w przypadku tego? Nie była pewna. Chociaż chyba wolała, aby okazało się, że przewidział ich przebycie, a nie że w Ministerstwie pracował ktoś, kto dał mu cynk – zwłaszcza że musiałby to być ktoś, kogo znały, bo przecież nie traciły czasu


RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Victoria Lestrange - 15.11.2025

Lestrange skrzywiła się wyraźnie: jej opinia na temat jasnowidzenia czy wróżb była jasna Brennie już od czasów szkoły i nie zmieniła się ani o jotę przez te wszystkie lata. Szło to mniej-więcej tak, że uważała to po pierwsze za bardzo niekonkretną dziedzinę, a po drugie, że ludzie sugerowali się tymi całymi wróżbami, a potem dopasowywali sobie „przepowiedziane” znaczenie do sytuacji, która zdawała się jakoś tam pasować. Wygodne, co nie? Rzucasz słowem, które zobaczyłeś w kupce fusów po herbacie i na tym nagle opierać ma się przyszłość. Nie wierz wróżbom, bo przyszłość jest w twoich rękach – taką właśnie myślą się kierowała w życiu. Do samych jasnowidzów podchodziła z nieco większym szacunkiem… Rozumiała, że są w stanie zobaczyć w splotach świata coś więcej, nadal jednak uważała, że wypowiadając przepowiednie na głos, odbierali możliwość wyboru osobie, której to dotyczyło, gdy już następował właściwy czas. Taką Szeptuchę miała ochotę zakneblować, żeby nie łaziła i nieproszona nie opowiadała swoich widzeń tym, którzy sobie tego nawet nie życzą. Poza tym – nadal było to cholernie niekonkretne i znowuż można było to dopasować do wielu różnych momentów.

– Może miał po prostu dobre przeczucie i szczęście – albo faktycznie ktoś dał mu cynk, ale to oznaczało, że musieli mieć gdzieś kreta, co też jej się nie podobało… – I to tylko bardzo niefortunny i podejrzany zbieg okoliczności.

Również zsunęła głęboki kaptur z głowy i przeczesała włosy w roztargnieniu, zastanawiając się, co dalej, bo fakt, że typ im zwiał, a jego lokum było wyczyszczone z wszelkich śladów, które mogłyby wykorzystać, nie polepszał sytuacji. Chwilę zajmie, nim uda się go namierzyć, a do tego czasu może znowu narozrabiać… Najlepiej byłoby zastawić na niego jakąś pułapkę… tylko jaką? Natomiast samo to, że w takim pośpiechu się ewakuował, znaczyło ni mniej, ni więcej, że miał coś na sumieniu i dobrą decyzją było nie zrzucać tego na szeregowych brygadzistów.

– Wróżbita sróżbita – wymamrotała niepocieszona i ewidentnie rozczarowana tym, jak potraktował je typ, do którego chciały się wprosić w gościnę. – A ten poprzedni? Rozumiem, że nie specjalizował się we wróżeniu z kości – zagadnęła.




RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Brenna Longbottom - 15.11.2025

Brenna miała do wróżb ambiwalentny stosunek, większość z nich uznając za zbyt niejasne, zostawiające za dużo pola do interpretacji, i zakładając – lub chcąc wierzyć – że są kowalami własnego losu. Jednocześnie babka wniosła do ich linii krwi całkiem silne trzecie oko i wujowi zdarzało się widywać przynajmniej fragmenty przyszłości.
– Czy ja wiem? Z powodu przeczucia rozwaliłby wszystko, czego nie mógłby zabrać? Cholerny pech – powiedziała, bo jeszcze te dwie – trzy godziny temu miałyby szansę go zastać… – Och, on przepowiadał ludziom katastrofy. A one potem faktycznie się przydarzały. Albo zbieg okoliczności, albo sam o to dbał, a biorąc pod uwagę, że miał w domu przeklętą lampę, to może i to dr…
W tym momencie latarnie zgasły.
Wszystkie, jak na zawołanie, bez ostrzeżenia. Zaułek i pobliska ulica pogrążyły się w ciemnościach: jedynymi źródłami światła były pojedyncze okna mieszkań, w których ktoś nie spał. Brenna odruchowo natychmiast sięgnęła po różdżkę, obracając się przodem w stronę, z której przyszły… może ulegała stereotypom, ale chyba zagrożenia spodziewałaby się przede wszystkim z tamtej strony.
Czyjeś palce zacisnęły się na jej dłoni – i Brenna w pierwszej chwili założyła, że to Victoria. Nie minęło jednak więcej niż parę sekund, gdy dotarło do niej, że nie, to nie mogła być ona. Znała dotyk Zimnych. Ręce mieli chłodne, jakby zmarzli w zimową noc, a ten dotyk… ten dotyk był ciepły.
– Co do diabła? – spytała, jednocześnie różdżkę, wycelowaną przed siebie, unosząc, by rzucić zaklęcie lumos. I spoglądając w bok, jakby spodziewając się, że zobaczy w ciemnościach jeszcze jedną sylwetkę, ale nie: widziała tylko niewysoką postać przyjaciółki, ledwo rysującą się w mroku.
A ktoś trzymał ją za rękę.


lumos
[roll=W]

Różdżka zabłysła, a potem światło znowu zgasło i to tylko jeszcze bardziej skonsternowało Brennę, bo zaklęcie należało do tych z gatunku najłatwiejszych. Powinno zadziałać. Latarnie nie powinny gasnąć.
I nie powinna czuć ciepłego dotyku.
Uniosła rękę, i wreszcie, gdy ta znalazła się bliżej oczu, Brenna dostrzegła...
...dwie ręce.
Własną.
I tę drugą.
Nie przytwierdzoną do żadnego nadgarstka.
Przez ułamek sekundy jej umysł zawiesił się na tym widoku. Może powinna wpaść w panikę. Może zacząć krzyczeć. Albo zrobić coś rozsądnego. Ale zamiast tego po prostu się odezwała, zaskakująco spokojnym głosem.
- Victoria? Trup bez ciała trzyma mnie za rękę - powiedziała i dopiero gdy słowa przebrzmiały, zdała sobie sprawę z tego, jak absurdalnie brzmią.


RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Victoria Lestrange - 15.11.2025

– No? Może tak narozrabiał, że wie, że dementorzy w Azkabanie już czekają z otwartymi ramionami i wolał dmuchać na zimne jak się skapnął, że gdzieś popełnił taki błąd, po którym na niego wpadniemy – przekonywała, bo uparcie nie chciała dopuścić do siebie myśli, że jakiś frajer mógł przewidywać ruchy… nieznanych mu nawet osób, bo skąd miał wiedzieć, że to akurat niezawodny duet Brenna x Victoria ruszy jego śladem. – Katastrofy… ależ oryginalnie – mruknęła pod nosem, mentalnie odznaczając na swojej liście cechę wróżbity niewiarygodnego: oni wprost uwielbiali widywać wszędzie ponuraki, mówić o katastrofie i stracie i inne takie dyrdymały. – Zawsze sobie powtarzam, żeby nie wierzyć wróżbom – ale sam fakt, że typ mógł sprawić, że te wróżby się spełniały, bo miał jakąś przeklętą lampę… Miała zapytać jak ostatecznie skończyła się ta historia, ale wtedy właśnie latarnie zgasły, a Victoria poczuła się przez moment ślepa jak kret. W odruchu mocniej złapała za różdżkę i mocniej otworzyła oczy, próbując czegoś w tej ciemności wypatrzyć, obracając głowę najpierw w lewo, potem w prawo…

– Nie wiem… – dostrzegła króciutki błysk różdżki Brenny i sama uniosła głowę, widząc, że jednak światła w mieszkaniach nie zgasły – to tylko ulica. To niczego jeszcze nie dowodziło, ale miała cholerną nadzieję, że to nie jest kolejny atak imć Voldemorta. Nasłuchiwała, gotując się jednak na absolutnie wszystko…

No, na prawie wszystko.

– Że co? – odpowiedziała na to jakże niepasujące do niczego wyznanie Brenny i skonsternowana machnęła różdżką, próbują wyczarować światło na jej końcu, by zrozumieć, o czym Longbottom w ogóle do niej gada.


// Kształtowanie ◉◉◉◉○ – światełko
[roll=PO]

Jej Lumos nie zgasło po chwili, pozwalając na rozświetlenie całej sceny, a Victoria musiała przyznać, że pojawiająca się znikąd, zaciśnięta na nadgarstku Brenny oderwana, trupia ręka, to nie było coś, co miała w swoim bingo na październik. Zamrugała kilka razy, zupełnie tak, jak Brenna przed chwilą, przez moment krążyła spojrzeniem na Brennę, to na rękę, znowu na Brennę, znowu na rękę… A ostatecznie uniosła swoją różdżkę nad głowę i okręciła się wokół własnej osi, szukając ciała, do którego owa łapa powinna należeć. Z marnym skutkiem.

– Co się kurwa dzieje w tym mieście – wymamrotała, nawet nieświadoma tego, że oderwane łapsko powinno zrobić na niej większe wrażenie. Że obie powinny się właśnie wydzierać. Ale nie. One całkiem spokojnie przyjęły to do wiadomości i… I szukały teraz… No. Sensu. – Pokaż ją, spróbuję ją odczepić – uznała w końcu, przytomnie, ale późno, zbliżywszy się do przyjaciółki.




RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Brenna Longbottom - 15.11.2025

– Hm… jestem ostrożna wobec wróżb… ale chyba wierzę w wizje Morpheusa – przyznała. Zresztą, czy nie miała najlepszego dowodu na to, że są prawdziwe? Przewidział, że Warownię ogarną płomienie.
Mogła mieć tylko nadzieję, że jego wizja nie oznaczała też ich ostatecznego upadku.
*

– Trup trzyma mnie za rękę… nie, ręka trupa trzyma mnie za rękę – powtórzyła Brenna, a potem zamrugała, gdy światło znów się pojawiło, ujawniając ten makabryczny widok: palce Brenny, na których zaciskała się bardzo blada dłoń odcięta od ciała. Nie krwawi, pomyślała Brenna. Nie krwawiła, a była ciepła.
A potem jej umysł wreszcie zaczął działać.
Wszystko w niej krzyczało, by po prostu zacząć machać dłonią i pozbyć się tego paskudztwa, ale jeżeli to faktycznie było to czym się wydawało, miały tutaj fragment czyjegoś ciała. Nie mogła ot tak rzucić go w kąt. I w świetle, które się pojawiło, rozglądała się wokół jak Victoria, nie tylko w poszukiwaniu trupa… ale też czy przypadkiem nie zostaną zaraz zaatakowane.
– Nie gołymi rękami. W kieszeni mam chusteczkę – powiedziała Brenna, sama mając pewien problem z sięgnięciem do tej, bo w jednej ręce trzymała różdżkę, a w drugiej… no cóż, druga była chwilowo unieruchomiona. Walcząc z obrzydzeniem wyciągnęła rękę, pozwalając, aby Victoria ją uwolniła. Odruchowo otarła dłoń o płaszcz, mając wrażenie, że przylgnęło do niej coś bardzo paskudnego.
– Jest ciepła. Nie krwawi. Jedno z dwojga. Albo jakiś czarnomagiczny eksperyment, albo to nie jest ręka, a jakiś… wytwór walniętego rzemieślnika? – stwierdziła, wciąż bardzo spokojnie. Ta ręka dosłownie się do niej doczepiła! Musiała jakoś… wspiąć się po jej nodze? A to oznaczało, że musiała być zaklęta. I to tylko potęgowało absurd i grozę całej sytuacji. Samo znalezienie odciętej kończyny było dostatecznie makabryczne: a coś takiego? Och bogowie, oby to naprawdę był jakiś walnięty eksperymentator, który stwierdził, że fajnie będzie zrobić mechanizm w kształcie ludzkiej dłoni… – Popilnujesz żeby… do licha, jak głupio to brzmi… nie uciekła? – spytała, sama zaciskając mocno palce na różdżce. Najszybszym sposobem, aby sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu leżał trup albo za którymś kubłem na śmierci krył się jakiś czarnoksiężnik, wydała się jej w tej chwili przemiana. Krew i rozkład to były dwa zapachy, które naprawdę ciężko pomylić z innymi, a w zwierzęcej postaci zmysły stawały się znacznie bardziej wrażliwe.
Moment później opadła na cztery wilcze łapy i zbliżyła się do Victorii, by powąchać rękę. A potem zaczęła krążyć w pobliżu, pozostając jednak cały czas w zasięgu światła – za żadne skarby nie chciała, by teraz się rozdzieliły.
Niczego jednak nie wyczuwała. Żadnego trupa. Zapachy dziesiątek ludzi, którzy przeszli tędy ostatnio, krzyżowały się i nie mogłaby wyłapać pośród nich jednego, ale nie było i świeżego smrodu czarnej magii, który doprowadziłby je do celu.
Po dłuższej chwili na chodniku znów pojawiła się ciemnowłosa kobieta.
- W pobliżu nie ma ciała.


RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Victoria Lestrange - 16.11.2025

To wyjaśnienie nie pomagało za bardzo. Znaczy się Victoria rozumiała, co Brenna powiedziała, ale jednocześnie nie rozumiała, bo jej mózg zwyczajnie nie chciał zrozumieć. Trup, ręka trupa – skąd tu takie coś i jakim cudem złapało za dłoń Brenny? Czy ta nagła ciemność miała z tym coś wspólnego? Najpewniej, tylko w jaki sposób? Trup zwiastował ciemność, czy ciemność trupa? No i… Nie dało się zapomnieć, że jednak nadal były w pobliżu Nokturnu. Może jakiś eksperyment wyrwał się tam komuś spod kontroli… I przy tej myśli ciemne spojrzenie Victorii na dłużej zatrzymało się w kierunku ulicy Śmiertlenego Nokturnu właśnie.

Nie było jednak teraz czasu na rozważania, bo w pierwszej kolejności należało uwolnić Brennę od tego niechcianego i całkiem… okropnego uścisku. A przynajmniej okropnego dla większości ludzi. Victoria, często obcując z wampirem, miała na ten temat nieco inne podejście, znacznie luźniejsze i na myśl o dotknięciu odciętej, trupiej ręki, jakoś nie czuła tego wzdrygnięcia, które powinno się normalnie pojawić.

Podeszła do Brenny i wsadziła jej do kieszeni swoją całkiem lodowatą rękę i znalazłszy tam wspomniana chusteczkę, wyciągnęła ją, żeby teraz narzucić na magicznie zmaterializowany wierzch dłoni i móc odczepić te całkiem ciepłe palce, które ciepłe być nie powinny, od ich ofiary. Na całe szczęście nie trwało to długo i ostatecznie Victoria trzymała rączkę za palec i chusteczkę, prawie tak, jakby z ręki zwisał jej za szczypce rak – obrazek był niemalże tak samo absurdalny. Może z tą różnicą, że trupia łapa pasowała do niej bardziej niż czerwoniutki raczek.

– Wytwór rzemieślnika? Nie sądzę. Wygląda faktycznie jak ręka – powiedziała okiem znawcy, gdy uniosła tę rękę na wysokość swoich oczu. – Bardziej mnie zastanawia jaki jest związek tej łapy z tym, że światła tu tak nagle zgasły… Ostatecznie ciągle jesteśmy w pobliżu Nokturnu – opuściła rękę z łapką wzdłuż ciała, a drugą, trzymającą różdżkę rozświetlającą im otoczenie, nadal trzymała wysoko. – Popilnuję – uśmieszek zatańczył na jej ustach, bo sytuacja wydawała się kuriozalna. W czasie, gdy Brenna przemieniła się w wilka, próbując złapać trop za trupem, Lestrange jednak starała się polegać na swoim wzroku i rozglądała się, czy coś nie próbuje do nich podpełznąć, ani czy przypadkiem nie zbliża się jakiś człowiek, któremu będzie musiała powiedzieć, że to zaplanowana operacja i żeby kontynuował. Nikt na szczęście się nie napatoczył, kiedy Brenna wększyła, ręka też nie próbowała żadnych nowych podrygów, nie próbowała złapać i Victorii za dłoń, zwisała sobie dokładnie tak, jak oderwana ręka powinna się zachowywać. Z tą różnicą, że przez chusteczkę nie czuła braku różnicy temperatur pomiędzy sobą, a oderwaną kończyną – a powinna. Tutaj Brenna miała pełną rację.

– Nie widziałam też, żeby ktokolwiek się tutaj kręcił. No i melduję, że twoja rączka była bardzo grzeczna – dodała już nieco żartobliwie. – Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z naszym uciekinierem? Jakaś próba zmylenia pościgu? Może w coś wdepłyśmy w tej jego ruderze i teraz się aktywowało? – rozmyślała nad tym dalej. Ale równie dobrze… to mógł być kolejny zbieg okoliczności tego dnia. Zaczynało ich być jakoś śmiesznie dużo...




RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Brenna Longbottom - 16.11.2025

– Taaaak. Niestety – zgodziła się z Victorią, ale po prostu miała jeszcze cień nadziei, że to jednak jakiś głupi żart. Sprawienie, by dłoń martwej osoby była ciepła i sama złapała kogoś za rękę krzyczało wręcz „nekromancja”. Ktoś inny mógłby się ucieszyć, że ma tutaj sprawę, która może ściągnąć na nich światła reflektorów… ale Brenna myślała raczej o tym, że mają gdzieś trupa. I czarnoksiężnika, na tyle wprawionego w czarnej magii, że na pewno krzywdził kolejnych ludzi. Wolała walniętego rzemieślnika albo jakieś części ciał samoistnie ożywione magią Spalonej Nocy.
Jeśli zgaśnięcie świateł nie było przypadkiem, to ten kto to zrobił albo był w jednym z budynków, albo stał nieco dalej od nich, bo ani Victoria nikogo nie wypatrzyła, ani Brenna go nie wyczuła. W magicznych dzielnicach wprawdzie węszenie było trudniejsze, ale w alejce były same, a nie mogła pochwycić żadnego konkretnego zapachu.
– To całkiem pasowałoby do wróżenia z części ciał. Może nie wiem, posłał ją za nami? Albo zapomniał jej zabrać? – zastanowiła się, wbijając wzrok w ich „zdobycz”. Kalkulowała przez jakieś piętnaście sekund, czy powinny tam wrócić, ale w końcu uznała, że tak, owszem, ale najpierw należało zabezpieczyć tę rękę. Skoczyć do Ministerstwa Magii, znaleźć kogoś, kto potwierdzi, że jest ludzka, może podrzuci jakieś wskazówki – co do wieku czy płci ofiary, i jak bardzo mieli przejebane przy czarach, jakich na niej użyto – może spróbować z widmowidzeniem. A potem zajrzeć do pracowni wróżbity.
– Mam przeczucie, że czeka nas bardzo długa noc – oświadczyła Brenna w zadumie, bo to była jedna z tych spraw, które nie mogły czekać. Pewnie i tak utkną w martwym punkcie, ale co tylko się dało należało sprawdzić natychmiast. – To co? Szybka teleportacja do atrium? Może jeszcze owińmy to w szalik… – zaoferowała, ściągając ten z szyi. Nie tyle dlatego, że chciała zabezpieczyć dowód rzeczowy… bo zabezpieczenie to było marne, ale nie miały lepszego… ile nie chciała, aby ktoś zobaczył, jak paraduje z odciętą ręką.


RE: [2.10, późny wieczór] Potrzymaj mnie za rączkę - Victoria Lestrange - 16.11.2025

Było to o tyle problematyczne, że przecież to nie tak, że obie z Brenną narzekały na brak pracy. Tej miały aż nadto, od groma wręcz – a trupa rączka łapiąca przechodniów za rękę mogła niestety bardzo szybko uzyskać wysoki priorytet działania. Światła reflektorów nie były tutaj chyba potrzebne… obie wykonywały swoją pracę sumiennie, nawet Victoria, która z zapamiętaniem przestrzegała godzin pracy, bo gdy ściągała mundur to starała się nie myśleć o łapaniu czarnoksiężników i tak dalej. Ponoć balans w życiu był potrzebny… W każdym razie obie miały ręce pełne roboty, która mogłaby pójść w odstawkę, jeśli miały tutaj nekromantę na wolności.

I niestety Brenna miała rację: to faktycznie bardzo pasowało do wróżenia z części ciał, do rozkopywania grobów, wyciągania kości i… no cokolwiek tamten „wróżbita” z nimi robił. Może rzucał na podłogę i patrzył w jaki kształt się ułożyły, albo mieszał sobie nimi w herbacie – opcji było dużo i właściwie żadna nie przypadała jej do gustu.

– Jeśli zapomniał… to gdzie się chowała? Musiałaby się gdzieś przyczaić, a potem pójść za nami – próbowała sobie przypomnieć, w którym miejscu potencjalnie mogła siedzieć, ale prawdę mówiąc nic nie przychodziło jej do głowy: w tamtym mieszkaniu, albo brakowało rzeczy, albo były poniszczone w drzazgi, a ręka mogła być tak naprawdę gdziekolwiek.

Jeśli jednak ją za nimi wysłał… To może gdzieś tu jeszcze był – i teraz cieszył się, że dwie paniusie są w kropce.

– Niech go szlag – mruknęła pod nosem na myśl o tej długiej nocy, która je najpewniej teraz czekała, westchnęła przy tym i raz jeszcze spojrzała na rączkę, która smętnie sobie teraz zwisała, trzymana za palce przez Victorię. – Omińmy atrium, lepiej od razu na nasze piętro – nie było sensu się przeciskać z dłonią przez ewentualnych maruderów, którzy o tej porze mogli się jeszcze kręcić po atrium, jeszcze by im się wyślizgnęła… Tym niemniej owinęły rękę szalikiem Brenny, a chwilę później, po ostatnim upewnieniu się, że nikogo nie ma obok nich, teleportowały się do Ministerstwa.


Koniec sesji