Secrets of London
[maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue (/showthread.php?tid=5348)



[maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Prudence Fenwick - 15.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

Był piękny majowy dzień. Słońce lśniło wysoko na niebie, w powietrzu dało się wyczuć już zapach zbliżających się wakacji. Niektórzy uczniowie, aż za bardzo czuli je w powietrzu. Nie ona, ona oczywiście zamierzała przykładać się do samego końca, nie daj Merlinie, żeby przypadkiem narobiła sobie jakichś braków w materiale. Właśnie dlatego ciągle tachała wszędzie ze sobą torbę pełną książek.

Latanie na miotle... był to jeden z przedmiotów, z którym zupełnie sobie nie radziła. Właśnie skończyli lekcję, od pierwszego roku nie wykonała chyba żadnego postępu, nie sądziła, że kiedyś mogłoby się to zmienić. Nie uważała zresztą, aby akurat ta umiejętność miała jej się do czegoś przydać. Tak próbowała sobie wmawiać, że nie jest gorszą czarownicą, bo nie umie latać na miotle, a miotła... to był przecież atrybut każdej prawdziwej wiedźmy. Może gdyby wtedy nie spadła z takim hukiem... nie rozwaliła sobie nogi, to nie bałaby się wznosić w powietrze.

Starała się nie pokazywać zniechęcenia, szczególnie, że szła obok Aloysius'a, który w przeciwieństwie do niej radził sobie znakomicie. Lubiła patrzeć na niego jak wznosił się w powietrze i latał, przychodziło mu to z taką lekkością. No i grał w drużynie, był taki świetny w tym co robił. - Podziwiam Cię wiesz, chyba nikt nie radzi sobie z tym, tak dobrze jak Ty. - Prue nie miała najmniejszego problemu z tym, aby stwierdzić fakt, który był niezaprzeczalny. - Nie wiem jakim cudem udaje Ci się nie spaść na ziemię, musisz być jakiś specjalny. - Specjalnie uzdolniony, czy coś.

- Idziemy na błonia? Moglibyśmy się tam pouczyć. - Nie brzmiało to szczególnie zachęcająco, pogoda raczej nie skłaniała ku temu, aby spędzać czas nad książkami, Bletchley jednak z tyłu głowy miała to, że czekał ich bardzo intensywny tydzień. Ktoś musiał dopilnować jej przyjaciela, nie, żeby sam sobie nie radził, jednak od zawsze robili to razem, chyba zaproponowała to bardziej dla siebie niż dla niego.

- Musimy poćwiczyć zaklęcia, profesor Flitwick mówił, że sprawdzi nasze postępy, a mam wrażenie, że różdżka ostatnio nie chce mnie słuchać. - Nie miała problemu z tym, aby przyznać się do tego przed chłopakiem, miała wrażenie, że tak bardzo chciała, żeby wszystko było idealnie, że nic jej nie wychodziło. Na błoniach zresztą nie powinni nikomu zrobić krzywdy, znajdą sobie jakiś kawałek miejsca, gdzie będą mogli zająć się swoimi sprawami.

- A Ty masz z czymś problem? - Zapytała jeszcze kontrolnie, żeby mogli ustalić jakiś plan na naukę, o ile w ogóle postanowi jej towarzyszyć, bo przecież mógł mieć chęć dzisiaj robić coś zupełnie innego.




RE: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Benjy Fenwick - 16.11.2025

Był to taki dzień, w którym nawet kamienne mury szkoły wyglądały jakoś lepiej. A ona, moja niezłomna Prudence, dzierżyła tę swoją torbę wypchaną podręcznikami, jak relikwię, i szła z nią dzielnie, choć przecież maj pachniał wolnością, nie deklinacją zaklęć. Aż chciało się latać! No, może nie wszystkim - tak, widziałem, jak ukradkiem zerkała na miotły niesione przez innych, jakby jednocześnie chciała o nich zapomnieć i upewnić się, że trzymają się od niej z daleka. Gdy powiedziała, że mnie podziwia, uniosłem brodę - to był odruch automatyczny, stary, jak moje własne nazwisko - ale w środku zrobiło mi się miękko. Nie lubiłem i lubiłem, jednocześnie, kiedy patrzyła na mnie z takim przejęciem - człowiek chciał wyglądać jak bohater z opowieści, a czuł się jak dzieciak, któremu raz po raz włosy wpadały do oczu. W naturalny sposób chciałem odwdzięczyć się jej tym samym, ale ona nie cierpiała, gdy próbowałem sprzedawać jej komplementy, więc tylko rzuciłem lekki, niby-zwyczajny uśmiech, jakbym w ogóle nie przejął się brzmieniem tamtych słów. Prawda była taka, iż było w tym tyle prostoty, że aż zrobiło mi się głupio, chociaż zwykle lubiłem tonąć w pochwałach.
- To nie żaden cud. - Mruknąłem, chociaż aż mnie korciło, by spróbować zabrzmieć jak ktoś wyjątkowy. Udawałem jednak, że to nic takiego, kopnąłem jakiś kamień, niby od niechcenia. - Każda miotła ma charakter, trzeba ją traktować jak żywe stworzenie, nie jak narzędzie. Może twoja wciąż pamięta tamten upadek, czeka, aż jej wybaczysz. - Zasugerowałem z uniesieniem brwi, delektując się ciepłym powietrzem. Zapach trawy wznosił się z błoni, niosąc ten znajomy, majowy spokój, który zawsze przychodził tu przed wakacjami. Widok zamku tonącego w słońcu aż prosił, żeby porzucić naukę i pognać gdzieś, gdzie woda odbijała niebo, jak lustro. W głowie miałem już błyski jeziora, kamienie pod stopami, chłód wiatru na rozgrzanych policzkach. Ona mówiła o nauce, o zaklęciach, o profesorze Flitwicku, a ja widziałem jak słońce kładzie w jej włosy pasma światła, jakby ktoś przeplatał je miedzianymi nitkami. Martwiła się o wszystko, jak zwykle - w tym właśnie była niezastąpiona, wiedziałem, że to jej zmartwienie nie było kaprysem, zawsze chciała być przygotowana, jakby świat miał się zawalić przy najmniejszym potknięciu. Chciała iść na błonia, oczywiście, chciała się uczyć, oczywiście, miała rację, oczywiście, psor czegoś od nas będzie chciał, oczywiście, jej różdżka „nie słuchała”… A ja wiedziałem, że wszystko to była wymówka, która pozwalała jej trzymać się zasad, bo zasady były dla niej jak miękka poduszka. Ale maj pachniał jak wolność. A nie jak poduszka.
A jezioro błyszczało między drzewami, gdy tylko spojrzałem w bok.
Przesunąłem dłonią po włosach, jak zwykle, gdy próbowałem wyglądać bardziej światowo niż na to pozwalało moje czternaście lat, i wskazałem brodą w stronę tafli wody. Wiedziałem, że usłyszy w tym moją starą śpiewkę, ale nie mogłem się pohamować.
- Chodźmy nad jezioro, tylko na chwilę, nauka nam nie ucieknie, a piękna pogoda już nie wróci. Możemy tam i ćwiczyć, jeśli chcesz, ale… - Mruknąłem z odrobiną nonszalancji, a kiedy spytała, czy ja mam z czymś problem, zaśmiałem się krótko, cicho, nachylając się odrobinę w jej stronę. - Pewnie, że mam - z tobą, bo zawsze robisz wszystko tak, jak trzeba. - Powiedziałem, nieco zadziornie, lecz miękko w środku. - A ja dziś chciałem zrobić coś, czego nie trzeba. - Stwierdziłem i, nie czekając na odpowiedź, ruszyłem w stronę jeziora, pewien, że pójdzie za mną, choćby tylko po to, by przypilnować, żebym nie wpadł na kolejny szalony pomysł.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Prudence Fenwick - 16.11.2025

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

- Niby nie, ale mało kto umie tak jak Ty wiesz, masz chyba wyjątkowe podejście do tego kawałka drewna.- Tak, tym dla niej była miotła, kawałkiem drewna, z którym bardzo trudno było współpracować. Pogodziła się z tym, że nie będzie już tą typową czarownicą, która o północy latała na miotle i straszyła ludzi, mogła ewentualnie zaopatrzyć się w czarnego kota, który jednak nie do końca wzbudzał, aż taki respekt jak miotła.

- To raczej nigdy się nie wydarzy, czekam, aż nie będą nas zmuszać do latania, będę mogła ją rzucić w kąt i nigdy więcej z niej nie korzystać. Kiedyś trafi w lepsze ręce, każde będą lepsze od moich. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Niby raczej się nie poddawała, była całkiem zawzięta, starała się opanować to, co jej nie wychodziło, z tym lataniem było jednak zupełnie inaczej. Pogodziła się z porażką. Prudence nie była stworzona do tego rodzaju aktywności, no, może gdyby jako dzieciak nie nabawiła się lęku związanego z wysokością jakoś udałoby się jej opanować podstawy, jednak teraz? Teraz było naprawdę ciężko. Nie mogła się nadziwić, że Aloysius unosił się w powietrzu z taką lekkością, naprawdę jej tym imponował.

Czekała na to, aż zaakceptuje jej pomysł. Mogli skorzystać z pięknej pogody, a przy okazji się poczuć. Prue miała problem z wyluzowaniem, odpuszczeniem. Nawet kiedy pogoda zachęcała do tego, by rzucić książki w kąt. Obawiała się, że przez swoje zaniedbanie mogłaby mieć jakieś braki, a nie znosiła tego uczucia. Nie chciała mieć później do siebie pretensji o to, że marnowała czas na coś innego. Być może to było głupie, nie samą nauką żył człowiek, jednak tak było jej łatwiej odnajdywać się w rzeczywistości. Książki, zaklęcia, notatki, by mieć pewność, że wszystko będzie idealne. Robiła to chyba tylko i wyłącznie dla siebie, nie odczuwała żadnego nacisku, chociaż w tym mogła być doskonała.

Obserwowała go uważnie i już wiedziała, że to nie przejdzie. Miał ten wyraz twarzy, który nie zwiastował niczego dobrego. Spodziewała się, że zaraz usłyszy z jego ust nowy, lepszy plan.

Przeniosła wzrok w stronę jeziora. Mogli się tam pouczyć, tak, nie sądziła jednak, że to dojdzie do skutku. Zbyt wiele rzeczy zacznie ich rozpraszać, nauka im nie ucieknie... to mówiło samo za siebie, niekoniecznie wydawało jej się to dobrym pomysłem, ale jak zawsze miała problem z odmówieniem mu. Jeśli ktoś był w stanie odciągnąć ją od nauki, to właśnie on. Właściwie, czy jeden dzień bez książek zmieni tak wiele?

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. - Ktoś musi Cię pilnować, padło na mnie. - Nie, żeby na to jakoś specjalnie narzekała, odnajdywała się w te roli doskonale. - Ja robię wszystko jak trzeba, Ty jak nie trzeba, dzięki czemu mamy równowagę. - Idealnie się pod tym względem uzupełniali.

Miał rację co do tego, że piękna pogoda mogła nie wrócić... Maj bywał kapryśny, niedługo mógł ich zaskoczyć kolejnymi deszczowymi dniami, faktycznie może warto więc było skorzystać z tego pięknego, wiosennego dnia. Wahała się jeszcze, ale jej przyjaciel już podjął decyzję. Ruszył w stronę jeziora, nie miała więc innego wyboru, ruszyła za nim.

- Niech Ci będzie, ale tylko dzisiaj. - Jak zawsze łatwo było przekonać mu ją do zmiany zdania, czy też planów. Wiedziała, że nie powinna się rozpraszać, miała całkiem jasny cel, tylko, że zdecydowanie wolała pójść za nim, niż uczyć się sama.




RE: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Benjy Fenwick - 16.11.2025

Prue była mistrzynią w zaniżaniu swojej własnej legendy - i może dlatego nie mogłem jej tak po prostu przytaknąć, gdy mówiła, że „nigdy więcej”, „nie dla niej”, „rzuci w kąt”. Powiedziała to swoim rzeczowym tonem - „kawałek drewna” - a ja, chociaż zazwyczaj potrafiłem pokątnie kpić z rzeczy, które innym sprawiały trudność, przy niej nie miałem w sobie ani odrobiny tej zadziornej złośliwości. Może odrobinkę, bo taka już była moja natura, ale nie w taki sposób, by ją zranić.
- Gdybyś wiedziała, ile razy ja prawie zleciałem z tego „kawałka drewna”, zanim nauczył się mnie słuchać… - Mruknąłem pod nosem z lekkim rozbawieniem, a potem odwróciłem głowę, kiedy przewróciła oczami, bo to zawsze było u niej słodsze niż przyznałbym komukolwiek.
- Jasne, że ktoś musi mnie pilnować. - Przytaknąłem z udawaną powagą, jakbym godził się z losem zapisanym w gwiazdach. - A nikt nie robi tego tak sumiennie, jak ty. - Odwróciłem głowę, patrząc na nią z tym lekkim półuśmiechem, który podobno miał w sobie więcej uroku, niż było to dla mnie bezpieczne, więc całkiem bezczelnie z niego korzystałem, nawet jeśli akurat na Prue to nie działało.
Szliśmy dalej, a wiatr niósł zapach nagrzanych trzcin. Wtedy zatrzymałem się na moment, jakby coś mnie tknęło, chociaż prawdę mówiąc, nosiłem to w sobie od dawna.
- Wiesz, Pruey… - Zacząłem spokojnie, jakby od niechcenia. - Moja oferta zawsze jest na stole. Ta dotycząca miotły. - Słowa wypłynęły gładko, bez nacisku, chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, co za nimi stało. Nie musiałem jej zapewniać, że nic by się jej nie stało - to było tak oczywiste, jak to, że jezioro odbijało dziś światło jak polerowane srebro. Wyprzedziłem ją o pół kroku, ale zaraz zwolniłem, bo z Prudence nie wypadało iść zbyt daleko przed siebie - źle by to wyglądało. Trzymałem się blisko, lecz nie narzucająco, tak jak zawsze, spoglądając na nią kątem oka, w majowym słońcu jej włosy wyglądały, jakby wciągały w siebie światło, a ona nie miała o tym pojęcia.
- Jak tylko będziesz chciała. - Dodałem cicho, z miękką pewnością człowieka, który nie zwykł rzucać słów na wiatr. - Choćby jutro, choćby za rok, jeśli kiedykolwiek zechcesz spróbować jeszcze raz, poza zajęciami, nawet od ziemi o tyle - tu uniosłem palce, pokazując coś śmiesznie niskiego - zaklniemy miotłę i zrobimy to lepiej od psorki. Jej lekcje są do bani. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, a nie cicha obietnica, której zamierzałem dotrzymać nawet za sto lat. Gdy powiedziała „tylko dzisiaj”, obróciłem się lekko, idąc już trochę tyłem i powstrzymując szeroki uśmiech. Zatrzymałem się na moment, niby to poprawiając rąbek szaty, chociaż tak naprawdę chciałem, by mnie dogoniła, a gdy zrównała się ze mną, rzuciłem jej to najzwyklejsze, a jednak trochę porozumiewawcze spojrzenie.
- Tylko dzisiaj. - Powtórzyłem spokojnie, chociaż wiedziałem, że gdy przyjdzie jutro, znów spróbuję ją namówić na coś niewłaściwego, a ona być może znów pójdzie za mną, bo tak właśnie wyglądała nasza równowaga. Skinąłem głową z pełną, uroczystą powagą, której absolutnie nie należało mi ufać, a słońce świeciło coraz wyżej, jakby błogosławiło wszystkie nieodpowiednie decyzje, które mieliśmy podjąć.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]


RE: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Prudence Fenwick - 16.11.2025

[inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek]

- Widzisz, Ty kilka razy prawie zleciałeś, a ja spadłam raz, a dobrze. - Zdaniem Prudence to mówiło samo za siebie. Potrafiła zrozumieć, że coś nie było dla niej. Mimo, że chciałaby, aby było inaczej, to zdawała sobie sprawę z tego, że nie da się mieć predyspozycji do wszystkiego. Niby dało się nauczyć różnych rzeczy, ale mogła spożytkować ten czas na coś, co jej łatwiej przychodziło.

- Wiesz, że chcę dla Ciebie jak najlepiej. - Troszczyła się o niego, tak ja potrafiła, chociaż może to nie było najprzyjemniejszą możliwą opcją, jednak w ten sposób okazywała, że jej na nim zależy. - Traktuję to po prostu poważnie, co wiąże się z sumiennością, zresztą sama muszę się uczyć tego samego, więc to nic takiego. - Byli przecież na jednym roku, a że Prue notowała wszystko, była bardzo uważna, to nie miała najmniejszego problemu z tym, aby dzielić się tym ze swoim najlepszym przyjacielem.

Poczuła przyjemne ciepło, gdy się do niej uśmiechnął. Potrafił być czarujący, nie była w stanie tego nie zauważyć, chociaż wolałaby jednak być zupełnie obojętna na jego urok, nie wydawało jej się jednak, aby ktokolwiek był w stanie to ignorować, jako przyjaciółka jednak nie powinna się na tym skupiać, nie powinna mi się zbyt długo przyglądać, właśnie dlatego odwróciła wzrok po krótkiej chwili, by odsunąć od siebie te myśli.

- Wiem, nadal myślę jednak, że byłaby to strata czasu, Twojego i mojego. - To nie tak, że nie doceniała wyciągniętej ręki w jej kierunku. Naprawdę ceniła sobie to, że Aloysius chciał jej pomóc, poświęcić swój czas na to, aby chociaż odrobinę w tym się wprawiła, jednak nie wydawało jej się to konieczne. Pogodziła się z porażką, trudno, nie każdy musi przecież latać na miotle.

Nie poddawał się jednak, jeśli nie teraz to innym razem, za rok, czy dwa, jakby najbardziej oczywistą rzeczą na świecie było to, że nadal będą się przyjaźnić. Uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego ciepło. - Dobrze, mamy umowę, że jak kiedyś coś mnie tknie, to przyjdę do Ciebie i wtedy mi to wszystko pokażesz. - Nie sądziła, aby zbyt szybko zmieniła zdanie, jednak nigdy nie warto było mówić nigdy. Mógł pojawić się jakiś czynnik, bodziec, który spowoduje, że zechce jednak nauczyć się latać, czy tam pokonać swój lęk jakim była wysokość.

- Oczywiście, że zrobimy to lepiej, wszystko, co robimy razem jest najlepsze. - Akurat tego nie zamierzała podważać. Lekcje z profesorami bywały nudne, bardzo nudne, a z nim nigdy się nie nudziła, powodował, że każda chwila była warta zapamiętania. Naprawdę nie spodziewała się, że spotka w Hogwarcie kogoś, kto będzie ją tak rozumiał, niby byli różni, a jednak zupełnie im to nie przeszkadzało. Dobrze było mieć koło siebie kogoś takiego, kto miał zupełnie inne podejście do życia, dzięki temu i ona czasem postępowała wbrew narzuconym sobie zasadom.

Przyspieszyła kroku, aby go dogonić. Miała zbyt krótkie nogi, żeby iść równo z nim, udało jej się jednak w końcu to zrobić, bo zatrzymał się na chwilę, poprawiał szatę? Chyba tak.

- Nie wiem, czy sam w to wierzysz. - Pokręciła jeszcze głową, bo nie wydawało jej się, aby faktycznie brali te słowa na poważnie. Nie sądziła, że na tym się to zakończy. Zawsze przychodził do niej z jakimś niesamowitym pomysłem, który powinna negować, a jednak za każdym razem mu ulegała, nie potrafiła nic z tym zrobić, jeśli o niego chodziło, to była skłonna przekraczać te granice, które sama sobie stawiała, czy zasady, które ustalała. Niczego nie żałowała. Przynajmniej jak na razie.

W końcu znaleźli się nad jeziorem, Prue przystanęła na moment na brzegu, wpatrywała się w tafle jeziora, promienie słońca odbijały się od niej, był to całkiem miły dla oka widok. - Dobra, warto było. - Uniosła głowę i spojrzała na niego kątem oka uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.




RE: [maj 1953] Life is an awful, ugly place to not have a best friend | Aloysius & Prue - Benjy Fenwick - 17.11.2025

Jej jeden upadek wrył się w nią głębiej niż moje wszystkie lotnicze głupoty razem wzięte. „Spadłam raz, a dobrze.” Mówiła to tak, jakby miało ją to określać do końca życia, a ja słuchałem tego jej spokojnego tonu i aż mnie kusiło, by nią lekko potrząsnąć, choćby jednym słowem. Zawsze potrafiła to ująć w taki sposób, że brzmiało to niby rozsądnie, niby niepodważalnie, a jednak pod spodem czułem tę starą ranę, którą nosiła uparcie, jak odznakę. Tak to wszystko podsumowała, jakby to miało zamknąć całą sprawę na wieczność, słuchając jej, czułem się jak ktoś, kto właśnie dostał wykład z nieodwołalności losu wygłoszony przez czternastolatkę, która powinna wiedzieć lepiej niż ktokolwiek, że nic na świecie nie było aż tak ostateczne. Milczałem chwilę, słuchając tej jej mądrej powagi starszej o dziesięć lat niż ona sama.
- Pruey… - Mruknąłem, lekko, bez napominania, jakby jej imię, wypowiedziane w ten sposób, samo mogło ją przekonać, że nie miała racji. - Gdybyśmy liczyli tylko te „raz, a dobrze”. - Kontynuowałem, unosząc brwi. - To ja już dawno powinienem oddać miotłę pierwszemu lepszemu pierwszakowi. Latanie prosi się o kłopoty, zwłaszcza gdy człowiek próbuje wyglądać przy tym imponująco. Ty spadłaś raz… Bo byłaś wtedy dzieciakiem, a nie urodzoną sportowczynią. - Wzruszyłem ramionami, swobodnie, jakby mówił o czymś tak zwyczajnym, jak wiatr. Powiedziała to z tą swoją logiką, której niby nie dało się podważyć, a jednak człowiek miał ochotę zrobić to na przekór. „Raz, a dobrze”… Brzmiało to tak, jakby cały świat miał ją z góry skreślić za jeden lot, który poszedł nie tak. A przecież zawsze dążyła do perfekcji w innych rzeczach, więc czemu nie tutaj.
Powietrze pachniało majowym ciepłem, a ona brzmiała tak przejęcie, tak troskliwie, że nawet ja, wieczny specjalista od bagatelizowania wszystkiego, poczułem coś w rodzaju… No, czegoś w rodzaju odpowiedzialności. Szliśmy dalej, a ona perorowała o tym swoim obowiązku, jakby urodziła się z książką zamiast miotły w dłoni. „Chcę dla ciebie jak najlepiej” - powiedziała, i choć brzmiało to jak sucho postawiona teza, poczułem w tym ciepło - tę dziwną, znajomą miękkość, która zawsze przychodziła nieproszenie, gdy patrzyłem na nią z boku.
- Wiem, sze chcesz dobsze. - Powiedziałem, zwalniając kroku, żeby szła obok zamiast za mną.
Spojrzenie, którym obdarzyła mnie przez krótką chwilę, miało w sobie coś, co sprawiło, że przeszedł mnie delikatny dreszcz samozadowolenia - tego zupełnie prywatnego, którego nigdy bym nie przyznał nikomu poza sobą. Nie umknęło mi jednak, że chwilę później odwróciła wzrok - stanowczo, zbyt stanowczo, jak ktoś, kto uważał, że patrzenie za długo to już jakieś wykroczenie. Uniosłem brwi, nic na to nie mówiąc.
- Mój czas, Pruey. - Odparłem miękko, dopiero, gdy powróciliśmy do tematu latania, z figlarnym przeciągnięciem ostatniego słowa, które pewnie powinno ją irytować, a tylko sprawiało, że kręciła głową. - Nie jest aż tak cenny, jak ci się wydaje. Daj mi znać, gdzie i kiedy, to wystarczy, umowy ze mną nie znikają. - Mruknąłem, leniwie, z tą pewnością, która w moim wieku powinna była śmieszyć dorosłych, ale nigdy nie śmieszyła jej. - Będę czekał, ile trzeba, choćby do końca szkoły. - Mruknąłem, unosząc brwi tak nonszalancko, jak tylko potrafił czternastolatek, który czuł słońce na plecach i miał świadomość, że zaraz zrobi coś całkiem głupiego. Nie miałem pojęcia, że tym „czymś głupim” będą decyzje, jakie skutecznie wymażą wszystkie złożone obietnice…
- Wierzę w każde jedno słowo, które mówię. - Rzuciłem w końcu, obracając się do niej z tym odrobinę zuchwałym półuśmiechem, który zwykle otwierał jej drogę do kolejnych przewróceń oczami. - I w to, że będę cię dziś bardzo mądrze rozpraszał. - Stanąłem obok niej, ręce w kieszeniach, lekko odchylony do tyłu, jakby słońce było stworzone specjalnie po to, żeby na nas świecić. Ona patrzyła na wodę, a ja patrzyłem na nią - nie za długo, tylko tyle, ile mogłem sobie pozwolić, zanim los upomni się o równowagę.
Jej uśmiech… Szeroki, pełny, prawdziwy, był warty każdej chwili, gdy nie ślęczeliśmy nad książkami. - Warto było? - Powtórzyłem powoli, pozwalając, by każde słowo wybrzmiało z osobna. - Jeszcze nie widziałaś najlepszej części dnia.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]
Koniec sesji