Secrets of London
[20.09.1972] Chicken banana - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [20.09.1972] Chicken banana (/showthread.php?tid=5359)



[20.09.1972] Chicken banana - Victoria Lestrange - 20.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

– Sprawdziłam w książce co znaczą te wszystkie symbole – wymruczała, kiedy przechodzili właśnie ulicą przez tę część Little Hangleton na obrzeżach, którą w większości zamieszkiwali mugole, za nic mający dziwaczną atmosferę miasteczka, która opadała pomiędzy domy i gospodarstwa wraz z zapadnięciem zmroku. Wciąż jednak panował dzień, choć słońce skryte było za chmurami, grożącymi, że w każdej chwili może się rozpadać… Póki co jednak mogli wyjść z tego sucho, nawet jeśli powietrze gęstniało i lepiło się do ciała, sprawiając, że zwykle zgrabnie ułożone włosy Victorii poskręcały się lekko, co próbowała ukryć pod warkoczem – ale nie była w stanie przygładzić wszystkiego, zwłaszcza przy skroniach i teraz co chwila się poprawiała. – Wiesz co oznacza lampa? Bezwartościowe zajęcie. Zaczynam w to wierzyć – zamarudziła lekko naburmuszona.

Zostali wysłani w teren, bo biuro aurorów jakiś czas temu dostało zgłoszenie o tajemniczych błyskach światła w nocy nad pewnym gospodarstwem w Little Hangleton, błyskach, które miały miejsce kilka nocy z rzędu, oraz rozkopanych grobach, z których jednak ciała nie zniknęły. Podejrzewano albo hienę cmentarną, albo początkującego nekromantę, który nie bardzo wie co robi, ale dodając do tego te błyski, stwierdzono, że może jednak warto to sprawdzić. W ten sposób właśnie zapukali do drzwi wskazanego domu, gdzie otworzywszy im, pryszczaty mężczyzna zląkł się tak bardzo, że o mało nie przewrócił o własne skarpety. Jak ich rozpoznał? – przez moment Victoria się zastanawiała co ich zdradziło (czy to źle dopasowany ubiór?), ale szybko zrozumiało, że chodziło o ich twarze, które znał chyba każdy czarodziej nie żyjący pod kamieniem. Chłopaczka wystarczyło trochę przycisnąć i okazało się, że ten chciał sprawić, żeby kury dawały jajka o dwa dni wcześniej i żeby były bardziej żywotne wcale nie miał nic złego na myśli! Bełkotał coś o esencji życia, a pobliski cmentarz nie polepszał jego sytuacji. Musieli go odstawić do Ministerstwa, zwłaszcza po tym, jak kury ustawiły się na podwórku w żołnierskim szyku, ale przy tym Victoria uparła się, że powinni tam wrócić i sprawdzić dla spokoju ten jego dom, podwórko i okolicę, bo coś nie dawało jej spokoju. Niczego ciekawego nie znaleźli… Oprócz tych dziwacznych kur.

Trochę się obawiała, że w pobliskim kurniku zastaną ropuchę wysiadującą kurze jajo, ale też, że może są tam jakieś inne rzeczy, o których wspomnieniu ten niewydarzony nekromanta wolał umyślnie zapomnieć. I w ten właśnie sposób skończyli, gdy Victoria uparła się, że powinni dla spokoju zerknąć jeszcze do dwóch kurników, a z każdą chwilą jej irytacja rosła odwrotnie proporcjonalnie do znalezionych tropów.

– Głupi gówniarz. Nie mógł się zająć… nie wiem. Hodowlą pierdzipuszków? Lepiej by mu to wyszło. Co za pomysł, rozkopać groby i próbować zaczarować kury – miauknęła niezadowolona, próbując zignorować ogólny hałas w okolicy: a to wył jakiś pies, darły się krowy, kury, kaczki i inne zwierzęta trzymane w okolicznych gospodarstwach. Było też słychać śmiechy. Westchnęła. – I na co mu to było. Wpaść tak głupio, na takim idiotyzmie i teraz pewnie poleci do Azkabanu za praktykowanie nekromacji – kontynuowała. – Pieprzona lampa. Bezwartościowe zajęcie Victoria za nic nie chciała się pogodzić z tym, że w fusach zobaczyła przyszłość. I że właśnie w tej przyszłości uczestniczyła z własnej i nieprzymuszonej woli, bo coraz bardziej wątpiła, że cokolwiek znajdą.

Tym bardziej że właśnie zbliżało się do źródło śmiechów i ogólnego zwierzęcego hałasu, co nie poprawiało jej humoru.




RE: [20.09.1972] Chicken banana - Atreus Bulstrode - 22.11.2025

Atreus, oczywiście, bardzo lubił zajmować się szeroko pojętym marnotrawieniem własnego czasu. Co ważniejsze, jego ulubioną formą tego zajęcia, było marnotrawienie się na rzecz czyjegoś widzimisię, a nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Bawił się więc świetnie.

Bo jak można było inaczej nazwać kręcenie się bez celu po Little Hangleton? Było tu obrzydliwie ponuro i, powiedzmy sobie szczerze, każdy szanujący się czarnoksiężnik w tej mieścinie, zwyczajnie pilnował swojego nosa.
- A smoka mi nie sprawdziłaś? - zagaił, otaczając dłońmi papierosa i odpalając go zapalniczką, żeby przypadkiem nie zwrócić różdżką uwagi jakiegoś przechodzącego mugola. W sumie to nałóg niespecjalnie go do tego ciągnął dla samego zaspokojenia, ale przecież. było. tak. cholernie. nudno. - Wiesz, możemy wpaść do mnie na herbatę, nikt nie musi wiedzieć - rzucił, niby to w żartach, a kąciki ust drgnęły rozbawione, ale posłane Victorii spojrzenie, krótkie i kontrolne, dobitnie świadczyło że gdyby tylko chciała, to wcale nie musiały to być żarty.

Historia pryszczatego gnojka tylko utwierdziła go w przekonaniu, że była to nie tyle zwyczajna strata czasu, co kompletna. Stał, patrzył na niego, z bólu jestestwa przytulając dłoń do policzka, jakby go co najmniej ząb po tej stronie bolał. Nawet go specjalnie nie ruszyło, że gówniarz zdawał się ich rozpoznać, co pewnie w normalnych warunkach wywołałoby przynajmniej lekki uśmiech. Teraz była tylko marność. Całe te pioruny i profanacja grobów, żeby kury niosły jajka. Przynajmniej nie wpadł na pomysł, żeby to koguty zmodyfikować w tych celach, bo wtedy mógłby próbować jakichś drastyczniejszych środków. Na przykład poświecenia żywych ludzi. Dzieciak został spacyfikowany - pozbawiony różdżki i przyklejony do fotela - kiedy oni postanowili ruszyć za instynktem pani auror i sprawdzić kurnik, podwórko i co tam jeszcze można było znaleźć. Wszystko wydawało się Atreusowi tak samo ponure, szare i brudne, chociaż jak się tak zastanawiał to gdyby miał codziennie coś takiego oglądać, to się aż tak nie dziwił podejmowanych prób.

- Może nie będzie tak źle. W końcu brał martwych, a nie żywych - zasugerował, chociaż nie bardzo był pewien, co właściwie tym komentarzem chciał osiągnąć. Bo to przecież wcale nie było tak, że dzieciakowi współczuł. - Podobno, z jajka zniesionego podczas krwawego księżyca, rodzi się czarny kogut który jest tak żądny krwi, że gotów zabić każdego kto stanie na jego drodze... - spojrzał na kury, prosto w te dziwne oczka, pozbawione wyrazu i zrobiło mu się tak jakoś dziwnie. - Wiesz, Gregory zawsze powtarza... w sumie to powtarza dużo rzeczy, ale jedna z nich, która ma trochę więcej sensu to; Wróżby to tylko cień przyszłości. Więc hej, może nie będzie tak źle. Może ta szopa nas jeszcze zaskoczy? - albo przynajmniej ją, bo Bulstrode jakby na zaprzeczenie swoich słów, wyciągnął kolejnego papierosa i to nim zainteresował się nieco bardziej.


RE: [20.09.1972] Chicken banana - Victoria Lestrange - 22.11.2025

Od ślęczenia nad raportami było to o tyle lepsze, że człowiek mózg się trochę poruszać, w gruncie jednak rzeczy jakby Lestrange miała wybór, to uzupełniałaby właśnie te cholerne dokumenty, swoje i Atreusa. Natomiast wolała przebadać wszystkie luźne niteczki tropów tutaj i móc odhaczyć tę sprawę w głowie jako całkowicie zakończoną i o niej zapomnieć w ciągu tygodnia, dlatego właśnie ciągała za sobą Bulstrode’a – równie tym ucieszonego jak i ona. No to była ich dwójka…

– Sprawdziłam – burknęła, bo czy naprawdę śmiał wątpić, że to zrobiła? Była zbyt ciekawa, nawet jeśli to była tylko głupia zabawa tam wczoraj nad filiżankami. – Smoka opisują jako nieprzewidzianą zmianę – wyjaśniła zaraz, żeby nie musiał jej ciągnąć za język. Oczywiście musiał to sobie zinterpretować sam, bo to było wszystko co umiała ona: stwierdzić kształt, a potem sprawdzić to w książce. Byli w tym zresztą równie dobrzy „noo lampa pewnie oznacza, że sobie jakąś kupisz na kiermaszu”, albo „hehe smok, to pewnie się pojawi na weselu jakiś”. – Jak coś to iksa ani skarbu nie widziałam tam nigdzie, wiec zostajesz ze smokiem – wypuściła głośniej powietrze przez nos, uznając, że to odpowiedni komentarz na propozycję herbatki u Atreusa. Chociaż tak po prawdzie, to kusiło, ojj kusiło.

– Nadal nekromancja – odparła z westchnięciem i założyła ręce na biodrach, wbijając niemalże pusty wzrok w przestrzeń. Zbierała myśli. – A z kurzego jaja wysiedzianego przez ropuchę rodzi się bazyliszek i to akurat prawda – krwawy księżyc i żądny krwi kogut – to też byłby gruby problem, zresztą tak samo jak bazyliszek. – Z kurami nie ma żartów – dodała, posyłając Atreusowi wymowne spojrzenie i zapatrzyła się na kurnik przed nimi, ignorując wyciąganego kolejnego papierosa.

Myślała sobie co teraz, gdy przez dziurę w lichym ogrodzeniu, robiąc ogólny harmider, wbiegł gąsior, drąc się w niebogłosy, machając na boki wielkimi skrzydłami. Kłapał dziobem na wszystkie strony, a Victoria zdobyła się tylko na posłanie w tamtą stronę zaskoczonego spojrzenia, zbyt wmurowana, żeby zareagować, tym bardziej, że w ślad za nim, przebiegła grupka dziewcząt, śmiejąc się chyba tylko trochę głośniej od kwakania gąsiora, który – co Victoria odkryła z kolejnym zdziwieniem – miał chustę przewiązaną na oczach i ewidentnie nie widział dokąd biegnie. A sunął prosto na nich, na co Lestrange leciutko tylko pobladła i spróbowała się ewakuować w zorganizowanym pośpiechu, co zrobiła jednak za wolno, bo widać wymachy skrzydłami dodawały zwierzęciu dodatkowej prędkości.

A ta była mu potrzebna, żeby dopaść ciemnowłosą i… ugryźć ją prosto w kształtny tyłek, na co damulka krzyknęła zaskoczona, nie będąc gotowa na takie praktowanie i nim zdążyła się odwdzięczyć paskudnemu, wielkiemu gąsiorowi, ten w rykiem chlasnął ją jeszcze kilka razy skrzydłami i pobiegł w głąb podwórka, prosto w grupkę kur, które rozpierzchły się na wszystkie strony z gdakaniem.

I zawtórowały im jeszcze głośniejszy śmiech ewidentnie mugolskich dziewcząt, które poświęciły Atreusowi tylko odrobinę uwagi.

– Ooo, będzie miała pani szczęście w miłości – odezwała się jedna z nich, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z siarczystych przekleństw Victorii i tego, że właśnie masowała sobie bolące miejsce.




RE: [20.09.1972] Chicken banana - Atreus Bulstrode - 24.11.2025

- Nieprzewidzianą zmianę - powtórzył w ślad za nią, wnosząc oczy ku niebu. Było tak samo szare i ponure jak zawsze, niestety nie wyglądając jakby miało przynieść ze sobą cokolwiek. Atreus chyba odrobinę liczył na to, że ten smok przyniesie wszystko co obiecywał tu i teraz, no bo po co miałby niepotrzebnie się wstrzymywać i trzymać w niepewności? Po co, kiedy mógł ich uratować od naiwnych, domorosłych nekromantów i śmierdzących kurników?

- Już lepszy smok, jak ta stara lampa - uśmiechnął się do niej złośliwie. Jasne, nieprzewidziana zmiana mogła być tak samo dobra jak i zła, ale przynajmniej sygnalizowała jakikolwiek ruch. Bezwartościowe zajęcie pozostawało, cóż, bezwartościowe. Trzymało w miejscu, nie pozwalało przeć do przodu i tylko denerwowało.

- I co, niby chcesz mi powiedzieć, że taki pierwszy lepszy smarkaty z kurnikiem może se wziąć ropuchę i obstalować swojego własnego, prywatnego bazyliszka? No nie żartuj sobie ze mnie - prychnął. Gdyby tak było, to w połowie piwnic w Little Hangleton, pewnie mogliby wyciągać te przerośnięte pytony. A tymczasem nie wyglądało na to, jakby musieli sprawdzać odpływ kibla, przed każdym siądnięciu na nim.

Atreus był więc gotowy polemizować na temat tych całych kaczek, czy tam kur i pewnie ciągnąłby dalej temat, gdyby nie nagłe poruszenie, które wypadło na nich przez ogrodzenie. Gąsior biegł i darł się, jakby go żywcem ze skóry obdzierali. W panice najpewniej pomagał mu fakt, że miał zakryte oczy, ale prawdę powiedziawszy to Bulstrode nie zamierzał zbytnio dociekać przed czym uciekał. Zamiast tego zrobił krok w tył. Po dżentelmeńsku, bo był bardzo postępowym mężczyzną, pozwalając pannie Lestrange zadbać o samą siebie i zdecydować czy stanie oko w oko z ptactwem czy może również usunie mu się z drogi.

Nie chciała, albo nie dała rady. Jeden pies. Auror uniósł brwi, w ten sposób powstrzymując się od jawnego ryknięcia śmiechem, bo to akurat trzeba było sytuacji przyznać - była komiczna. Ze wszystkich osób, na które mógł gąsior wpaść i podziobać, była to Victoria, a dokładnie jej tyłek. Takie rzeczy nie działy się przypadkiem. Atreus taktycznie spojrzał za ptaszyskiem, czy na pewno nie miał w planach zawrócić, nawet jeśli na ślepo, a kiedy upewnił się że nie, zbliżył do kobiety i wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Nic ci nie jest? - zapytał troskliwym tonem, twarz jednak, oczywiście, wyrażała co innego. - Szczęście w miłości? No proszę. Szczęście w pracy by się chyba bardziej pani przydało. Co wy w ogóle, dziewczyny, robiłyście z tym ptakiem?

- Oh, takie tam. Nie zrozumiałby pan - odparła jedna z dziewcząt wymownie, machając przy tym zbywająco dłonią. Spojrzała po swoich koleżankach porozumiewawczo. - Ale może pomogłaby nam pani go złapać? Jak znowu uszczypnie, to tylko więcej szczęścia pani nałapie.


RE: [20.09.1972] Chicken banana - Victoria Lestrange - 24.11.2025

Oczywiste, że lepszy był smok niż stara lampa – bo smok nie implikował tego, co właśnie robili: czyli dokumentnie marnotrawili swój czas. Lepiej by go spożytkowali, gdyby faktycznie wstąpili do Atreusa na tę przerwę – ale to z kolei było wyjątkowo nieprofesjonalne.

– Nie do końca. Nie wiadomo co sprawia, że z danego wysiedzianego jaja akurat wykluje się bazyliszek, po prostu jest na to jakaś szansa. Więc jak kiedyś zobaczysz ropuchę w kurniku, to zabierz jej jajo. Albo ją wynieś – jakby tak z każdego kurzego jaja wysiedzianego przez ropuchę mieli bazyliszka, to ludzkość chyba już dawno zostałaby mocno przetrzebiona… – To ten przypadek, w którym najpierw bijesz, a dopiero potem zadajesz pytania – dodała, nic sobie nie robiąc z prychnięcia aurora, choćby dlatego, że wiedziała, jak to idiotycznie brwi: jajo wysiadywane przez ropuchę. A jednak!


To, że zostanie ugryziona przez gęś, to było ostatnie, co Victoria w ogóle podejrzewała, że mogłoby się wydarzyć na tym placyku… podwórku… z dziurą w płocie. To, że ta gęś ją jeszcze za to zdzieli skrzydłami, jakby to była jej wina – to rzecz kolejna. To, że biedne zwierzę miało zawiązaną chustę na oczach… Po cholerę? Czemu gąsior miał nie widzieć?

Gdyby wzrok mógł mordować, to Atreus padłby tutaj trupem – takie mu właśnie rzuciła spojrzenie, kiedy tym swoim słodkim głosikiem zapytał, czy nic jej nie jest. No nie, dupa jej nie odpadła, ale nie była pewna, czy nie będzie miała na pośladku takiego dorodnego siniaka.

Szczęścia, jasne – wycedziła przez zęby do dziewcząt, myśląc sobie, że i ten gąsior i Atreus powinni dostać kopa w dupę. Ale żeby gąska dostała kopa, to faktycznie trzeba go najpierw złapać – i to mordercze spojrzenie Lestrange przeniosła teraz wlasnie na niego, rozganiającego kury, które do wtóru darcia się gęsi, rozpoczęły swoją kanonadę gdakań i piania. A gąsior, jakby wyczuwał na sobie wzrok Victorii, przyspieszył, nim jeszcze zdążyła wystartować. Ale rzuciła się za nim w pogoń.


// Aktywność fizyczna◉◉◉○○ – próbuję złapać gąsiora
[roll=Z]


RE: [20.09.1972] Chicken banana - Atreus Bulstrode - 27.11.2025

O, no i Victoria zaczynała mówić jego językiem - od zawsze wolał przecież dokładnie taką kolej rzeczy; najpierw bić, a potem zadawać pytania. Tak było łatwiej i szybciej. No i człowiek mógł się też przy tym wyszaleć. Nie było to co prawda przesadnie profesjonalne, zdaniem niektórych, ale czasy były jakie były. Ciężkie. Ale przynajmniej dobrze było wiedzieć, że jedna z gorszych istot magicznych, jakie pełzały po tym świecie, okazywała się brać z sam Merlin wiedział skąd.

Dobrze, że spojrzenia nie mogły zabijać, przynajmniej te Victorii. A może pomagał mu w tym wszystkim fakt, że przez lata grania ludziom na nerwach, zwyczajnie uodpornił się na podobne mordercze zapędy. W odpowiedzi uśmiechnął się do niej tylko szerzej, nie cofając też ręki i zwyczajnie chcąc jej pomóc wstać, o ile tylko pozwalała jej na to dumna, czy co tam ją teraz bodło najbardziej.

Gąsior natomiast, wciąż biegał w panice po całym podwórku. Rozganiał kury, nękał rabatki i wpadł nawet w pewnym momencie w jakieś gliniane dzbanki, robiąc jeszcze większy raban. Dobrze, że właściciel obejścia siedział ubezwłasnowolniony w domu, bo pewnie już dawno by wyszedł i dołączył się do ogólnie pojętego wrzasku.

- Bierz go tygrysie! - zawołał Bulstrode, kiedy Lestrange podniosła się i rzuciła w pościg za panikującym ptaszyskiem. A co ważniejsze - krzyknął to dopiero, kiedy auror znalazła się już parę kroków od niego, tak żeby nie mogła się zwyczajnie rozmyśleć. Ah i cóż to był za pokaz zacięcia i akrobatyki, kiedy gąsior, sypiąc pierzem na prawo i lewo w kolejnej rozpaczliwej próbie ucieczki, łomotał skrzydłami zanim czarnowłosa nie pochwyciła go wreszcie, ostatecznie pacyfikując.

Dziewczęta natomiast, jak na rozkaz zapiszczały radośnie. Któraś nawet klasnęła w dłonie, inna podskoczyła, chyba wyraźnie zadowolona z tego, że to nie one same musiały łapać swoją zgubę. Atreus natomiast zaczął klaskać, bo oczywiście że Victorii należał się aplauz. Szczególnie że musiała być nieźle wkurwiona. A przynajmniej on by był w takiej sytuacji.
- Brawo! Brawo. Dobra dziewczyny, zabierajcie tego swojego kurczaka, skoro już został złapany.


RE: [20.09.1972] Chicken banana - Victoria Lestrange - 27.11.2025

Może i ukąszenie świni boli, lecz to rany po leszczynie goja się dłużej. Tą leszczyną tutaj była gęś, której wybryk ubódł dumę panny Lestrange. Jakoś nie umiała się cieszyć z „przepowiedzianego” szczęścia w miłości w momencie, kiedy było cale grono świadków jej upadku, a Atreus na pewno nie da jej o tym zbyt szybko zapomnieć.

Bulstrode bardzo sprytnie zawołał za nią, gdy już była w ruchu, bo faktycznie gotowa jeszcze zawrócić i mu się odwdzięczyć pięknym za nadobne, ale w tej chwili jej celem był jednak ten cholerny gąsior. Dziewczęta dopingowały, ale słyszała to bardzo słabo, gdy tak biegła przez podwórko za drobiem, które darło się, jakby mu co najmniej pióra z kupra wyrywała – lecz nie. Nie było to takie proste, tym bardziej, że próbowała przy tym nie wdepnąć w żadne niespodzianki pozostawione tu przez kury, niczym prawdziwe miny. W końcu jednak się udało i wierzgający na wszystkie strony gąsior, który próbował znowu Victorię ugryźć, tym razem w rękę, i kopnąć ją przy okazji – został spacyfikowany. Nim jednak Lestrange go zaniosła do piszczących, ucieszonych dziewcząt, próbowała go trochę uspokoić. Jakąś tam wiedzę o zwierzętach jednak miała, może nie miała do nich takiej ręki jak Laurent… Ale miała jakieś pojęcie o tym co robi.

Ostatecznie wręczyła gąsiora w ręce jednej z dziewcząt.

– Hihihi, dziękujemy – padło w odpowiedzi, a Victoria, rozczochrana jeszcze bardziej niż wcześniej, czekała z rękoma założonymi na biodrach, aż te sobie pójdą.

Miała okropną ochotę rzucić na siebie trzy różne zaklęcia czyszczące, czuła, jak przechodzą ją ciarki, ale nie wyciągnęła różdżki z kieszeni tylko dlatego, że jednak rozchichotane dziewczęcia mogły w każdej chwili wrócić. Razem z tą cholerną gęsią.

Wypluła z ust jakieś małe piórko, które znalazło się tam nie wiadomo skąd i nadal wlepiając wkurwione spojrzenie w dziurę w płocie odezwała się w końcu do Atreusa.

– Idziemy jednak do ciebie na herbatę – i nawet nie była to prośba.




RE: [20.09.1972] Chicken banana - Atreus Bulstrode - 28.11.2025

Atreus grzecznie stał i obserwował uroczyste przekazanie gąsiora w ręce mugolskich dziewcząt. Kaczka uspokoiła się nieco, najwyraźniej pod wpływem Victorii, ale przez to też stała się zupełnie nieciekawa. Co innego sama pani auror, która wyglądała zupełnie źle, jakby ktoś podstawił w jej miejsce jakąś jej złą siostrę bliźniaczkę.

- Strasznie się rozwiałaś - rzucił, uśmiechając się do niej grzecznie, przez moment jeszcze taksując ją spojrzeniem, zanim to przesunęło się na domostwo właściciela całego obejścia. - To okropnie nieprofesjonalna propozycja - zawyrokował, jakimiś resztkami rozsądku powstrzymując się by wprost nie zapytać o rzeczonego nekromantę. Nie chciał jednak by przypadkiem ktoś to usłyszał, no bo co jeśli faktycznie te dziewuchy by tutaj wróciły z tą gęsią? Nie trzeba było go jednak przesadnie przekonywać do lekkiego naginania regulaminu. Szybkie za i przeciw we własnej głowie i Atreus uznał, że parę godzin spokoju i przyklejenia do fotela jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a może młodociany przestępca przez ten czas przemyśli sobie odpowiednio całe swoje życie. Nie żeby nie miał na to czasu w Azkabanie, ale mógł zacząć pracować nad jakąś solidną linią obrony. Czy coś.

- Nie jest daleko, więc zapraszam - pochylił się dwornie, dłonią wskazując kierunek i jakby złośliwie chcąc ją przepuścić pierwszą akurat kiedy była w takim niewyględnym stanie. Niemniej jednak szybko ruszył obok niej, prowadząc chodnikiem wzdłuż ponurych domków i płotków, które wypełniały Little Hangleton. I faktycznie miał rację - spacer wcale nie wydawał się tak dłużyć, nawet jeśli mieścina nie należała znowu do takich małych i w końcu przywitał ich widok domu, wzniesionego w klasycystycznym stylu. Ładny, schludny i przede wszystkim prezentujący się o wiele lepiej niż sąsiadujące z nim budynki, bo przecież nie ucierpiał podczas Spalonej Nocy.

- Tylko mi pierza nie nanieś za dużo.

Koniec sesji