Secrets of London
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5373)

Strony: 1 2 3


[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 24.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/60fa14a83fe3aa0e9b0d9efa884afe1e/eda29f1c7dc0af6e-0c/s400x600/74e62d73168adf15616879410685cfe5e88d9427.jpg[/inny avek]
Pociągnąłem ją w stronę jednej z bram prowadzących na kolejną uliczkę, byle dalej od Wiwerny, automatycznie, jakby moje nogi same wybierały trasę, którą znały lepiej niż mój mózg. To był odruch - coś w rodzaju desperackiego, chaotycznego instynktu, który mówił mi, że tu, na tym jebanym chodniku, pośrodku Nokturnu, z wrzaskami dobiegającymi z pubu, z krwią pulsującą mi pod skórą - nie możemy tego ciągnąć, i jeśli powiem jeszcze jedno słowo, a ona odpowie mi tym swoim chłodnym tonem, który robił ze mnie potwora, to coś we mnie po prostu pierdolnie na tyle mocno, że nie poskładam się do rana. Albo nigdy.
Zacisnąłem palce na jej dłoni - nie mocno, nie tak, żeby ją zabolało, po prostu pewnie, jakby to była jedyna kotwica, jedyny punkt, który trzymał mnie przy ziemi. Jednocześnie najchętniej bym ją puścił, odwrócił się i zniknął, zanim zdążyłaby powiedzieć cokolwiek więcej. Tak więc szedłem, szybkim, nierównym krokiem, zmuszając ją, by dotrzymywała mi tempa, ale uważając, żeby jej nie ciągnąć, bo nie o to chodziło. Nie chciałem być dla niej kolejnym, tym bardziej szarpiącym ją,  skurwysynem z Nokturnu. Nienawidziłem, że mogła mnie z nimi teraz porównywać, nawet jeśli nie robiła tego na głos.
Ulica była ciemna, wilgotna, bruk śliski od mżawki i tego typowego, londyńskiego, wodnistego, jesiennego powietrza. Powinienem był ją puścić w poprzedniej uliczce. Powinienem był puścić, kiedy powiedziała „przyniosłeś mi kota i zniknąłeś”. Powinienem był puścić, kiedy padło „zdążyłam się przyzwyczaić” - do czego, kurwa, do czego?  Powinienem był puścić… W ogóle. Ale nie puściłem. Nie kontrolowałem tego, nie kontrolowałem absolutnie niczego, kiedy zamknąłem palce mocniej na jej dłoni. Przynajmniej jej nie ciągnąłem - na tyle jeszcze trzymałem się w kupie - ale tempo, jakie narzuciłem, nie było spacerem. Trzymałem ją, ale nie szarpałem, starałem się iść szybko, ale nie tak szybko, żeby musiała biec. To nie było spokojne „chodźmy porozmawiać gdzie indziej”, to była desperacja, gniew, czysta adrenalina pchająca mnie naprzód tak szybko, jak potrafiłem bez ciągnięcia jej po bruku. To było absurdalne - nawet w furii wciąż myślałem o tym, żeby jej nie zrobić krzywdy. Właśnie takie pojebane, sprzeczne rzeczy robiłem, kiedy chodziło o nią.
Zanim zdążyłem zapytać sam siebie, po jaką cholerę to robię, już obracałem się na pięcie, skręcając w bok, już zaciskałem palce na jej dłoni mocniej, niż powinienem, już prowadziłem ją w dół uliczki szybkim, zdecydowanym krokiem, czując, jak serce wali mi w piersi tak mocno, że słyszałem je w uszach. Moja torba uderzała mnie w bok przy każdym kroku, obijając mi żebra, jakby przypominała mi o wszystkim, co powinienem mieć w głowie, a czego i tak nie potrafiłem teraz uporządkować. Uszkodzona ręka pulsowała tak intensywnie, że miałem ochotę walnąć w mur głową, żeby ją zagłuszyć. Skręciłem w boczną uliczkę, potem w kolejną, aż wreszcie gwałtownie pociągnąłem ją w prawo, w wąską bramę między dwiema kamienicami - nawet nie spojrzałem, czy ktoś za nami idzie - minęliśmy ciemne witryny, zgaszone lampy, pojedyncze sylwetki snujące się jak cienie. Kolejne kroki pokonałem zdecydowanie, jak ktoś, kto musiał się przemieścić w ten sposób, bo inaczej coś w nim eksploduje. Moja dłoń pulsowała, każdy krok wbijał mi ból aż w przedramię, ale zaciskałem zęby i szedłem dalej.
Skręciłem gwałtownie, jej buty lekko stuknęły o bruk, ale nie odwróciłem się, żeby sprawdzić, czy idzie. Wiedziałem, że idzie, przecież trzymałem ją cały czas, nie wyrwała się, pozwoliła się prowadzić - to z jakiegoś powodu wkurwiało mnie jeszcze bardziej. Ta jej gotowość, by iść za mną, rozmówić się dalej, dzielić razem tę cholerną noc, ale nie w taki sposób, w jaki robiliśmy to wcześniej - próbując mnie zamrozić, ukrzyżować, nie chcąc mi wybaczyć. Bo przecież według jej własnych słów, trudno było nie domyślić się, że dla niej to było skończone. Koniec. Epilog. Zamknięta sprawa. To dlaczego, do kurwy nędzy, szła za mną? Nie puściła mnie, ja też jej nie puściłem, mimo że jeszcze kilka minut temu warczałem, żeby to zrobiła. Jednocześnie cały czas czułem w sobie tę absurdalną mieszankę gniewu i czegoś, czego nie chciałem nazywać, bo to by znaczyło, że to wciąż żyło między nami.
Nie powiedziałem nic, ani jednego słowa, bo po raz pierwszy od dawna nie ufałem własnemu głosowi. Słowa i tak byłyby ostre, jak brzytwa, mogłyby ją zranić jeszcze bardziej, a ja już nie wiedziałem, co jest czym - co jest obroną, a co atakiem, co jest moją winą, a co jej, a co zrządzeniem losu. Byłem do cna zraniony, nawet nie przez to, co mówiła - tak, zasłużyłem sobie na połowę, jeśli nie większość słów - tylko przez fakt, że odzywała się do mnie tym lodowatym, poukładanym tonem głosu, zupełnie tak, jakby przeprowadzała autopsję, nie rozmawiała ze mną o naszym parszywym losie, jakikolwiek by on nie był. Odzywała się do mnie w ten dawny, sztywny sposób, niby wyrzucając mi coś, co powinno nieść za sobą konkretne emocje, ale robiąc to w taki sposób, że miałem ochotę obrócić się na pięcie i odejść. Zachowywała się tak, jakbym przez te tygodnie nie dawał jej każdego kawałka siebie, jaki umiałem dać, jakbym olewał jej słowa, jej czas, jej uczucia.
Przeszliśmy pod łukiem, przez kolejne podwórko, minęliśmy wypłowiałą tabliczkę z numerem, potem drugie wejście, aż w końcu zatrzymałem się przed schodkami prowadzącymi do jednej z obskurnych kamienic. Nie oglądałem się na nią, nie mogłem się obejrzeć, gdybym spojrzał jej w oczy, pewnie bym się zawahał, zrobiłbym coś głupiego, powiedziałbym coś, co by nas pogrzebało jeszcze głębiej. Wszedłem pierwszy, nie puszczając jej dłoni nawet na ułamek sekundy - nawet wtedy, gdy kurwiąc pod nosem, drżącą, uszkodzoną ręką otwierałem zamek, widząc mroczki i czerwone plamy przed oczami. Nie wiedziałem, dlaczego. Albo inaczej - wiedziałem aż za dobrze.
Drzwi zamknęły się za nami z głuchym trzaskiem. Dopiero wtedy puściłem jej dłoń, albo raczej - przestałem ją ściskać, a nie puściłem całkiem. Moje palce zostały na jej nadgarstku chwilę dłużej, jakby ciało nie nadążyło za rozkazem. Oddech miałem ciężki, czułem pot, czułem krew na kłykciach, czułem zapach jej płaszcza, jej włosów, jej bycia tak blisko w tak złym momencie. Odsunąłem się, przeszedłem dwa kroki w głąb klitki, nie większej niż kontener. Wszystko we mnie wrzało - krew, oddech, złość, słowa, których nie mogłem powiedzieć, słowa, które chciałem powiedzieć, to wszystko, co ugrzęzło mi w gardle. Rzuciłem torbę na ziemię, upadła z hukiem, jakby była pełna kamieni, a nie cholernych dokumentów, artefaktów, rzeczy, które miały mnie uratować albo pogrzebać, zależy od dnia. Nie powinienem był, miałem tam rzeczy, którymi nie powinno się rzucać, ale miałem to w dupie.
- Świetnie. - Wycedziłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Po plostu świetnie.
Oparłem się ręką o stół - zły ruch - przeszedł mnie skurcz bólu tak ostry, że aż mnie zamroczyło. Stałem tam chwilę, stojąc tyłem do niej, próbując złapać oddech, by nie zacząć syczeć, nie uderzyć pięścią w ścianę, co biorąc pod uwagę, w jakim stanie była moja druga ręka, mogło to być najmniej rozsądnym, co mógłbym zrobić. Ale dzisiaj nie było moim szczytem dobrych posunięć i przewidywania. Dłuższe milczenie przeciągnęło się między nami, oblepiające, gęste.
Odwróciłem się gwałtownie, jakby coś mnie pchnęło od środka. Powietrze było ciężkie i przeładowane tym wszystkim, co pozornie zostawiliśmy na ulicy, jakby drżało od tego, co między nami wisiało. Czułem, jak szczęka mi pulsuje, zęby miałem zaciśnięte do bólu, a w klatce piersiowej dudniło to samo - gniew, rozczarowanie, żal. Nie mieliśmy tak tego robić - nie po to wysyłałem jej tamten list, nie z tego powodu tak się przed nią odsłoniłem, by teraz skończyć w ten sposób, słysząc lodowato-zimny ton jej głosu i te wszystkie słowa, na które może sobie zasłużyłem, ale wypowiadane w ten sposób, paliły bardziej, niż cokolwiek. Zmarszczyłem brwi - głęboko, boleśnie - patrzyłem jej w oczy długo, za długo, tak intensywnie, że aż czułem, jakby gniew wylewał mi się przez źrenice. Sam nie wiedziałem, po co to robiłem? Czy tym patrzeniem chciałem ją zmusić, żeby choć na moment przestała grać tym jebanym chłodem? Czy po prostu już nie potrafiłem patrzeć inaczej na to wszystko?
- Nie mam pojęcia, jak masz czelność mówić tak spokojnie o tym, sze cię zawiodłem. - Prychnąłem gorzko. - Dolosła kobieta, któla potlafiła siąść na mnie oklakiem i powiedzieś, czego chce, telas mówi jakby lecytowała legulamin. Co to ma byś? - Podszedłem pół kroku bliżej, nieświadomie skracając dystans, jakby samo jej bycie tu wywoływało we mnie odruch konfrontacji. Dłoń, ta rozjebana, zawibrowała bólem. - Po wszystkim, co między nami było, wlacasz do tego chłodnego, szkolnego tonu, jakbyśmy nie piepszyli się w twojej kuchni dwa tygodnie temu? Jakbyśmy nie byli zmolą dla sąsiadów? Nie… Byli szywi? - Wróciłem spojrzeniem do niej - ostrzejszym, ciemniejszym, wspomnienie jej dotyku było solą sypaną na otwartą ranę, ale najwyraźniej musieliśmy to tak robić, nie było innego wyjścia. Chciała dyskusji?
Jakbyśmy nie stali naprzeciwko siebie ledwie kilka minut po tym, jak prawie komuś połamałem żebra i kufel rozjebał mi kości w dłoni. Jakbyśmy nie rozmawiali o tym, że nagle rozpadło się coś, co przez moment wyglądało jak… Coś prawdziwego.
- To jest najbaldziej pojebane w tym wszystkim, to, że twoje słowa są pełne emocji, a twój głos jest maltwy. - Przygryzłem wargę, żeby nie powiedzieć kolejnej rzeczy, której bym żałował, ale i tak było już za późno. Kopnąłem torbę, żeby chociaż trochę wyładować napięcie - bezcelowo, nic to nie dało. Nawet się nie obejrzałem, żeby sprawdzić, czy nic nie pękło - nie obchodziło mnie to. - To, co lobisz tym tonem… To jest kastlasja. Emocjonalna. To jest… Jest…Jebana autopsja. - Ramiona miałem napięte, jakbym szykował się do walki, ale to nie była walka - to było kurwa przetrwanie - nie mogłem ustać w miejscu, zrobiłem krok do przodu, potem do tyłu, jak błędny rycerz, jak ktoś, kto zaraz umrze, jeśli tego nie wyrzuci z siebie. - Odcinasz wszystko, co mieliśmy. Mówisz mi o nas, o mnie, o sobie, a potem, co? - Prychnąłem, to było jedno z tych zdań, które zabolały mnie bardziej, niż chciałem przyznać. Wbiłem dłoń we włosy, przeciągając ją nerwowo, tak mocno, że aż mnie zapiekło. - Lobis s nas kulwa akademicką dyskusję. - Rzuciłem krótkie spojrzenie w stronę drzwi, jakbym naprawdę chciał wyjść, bo wszystko, co mogło zostać powiedziane, chyba zostało powiedziane, reszta nie była ważna, nie przy tym, do czego dążyła, jak bardzo się odcinała, ale nogi mnie nie słuchały. - Kogo chcesz oszukaś, mnie czy siebie? - Otworzyłem usta jeszcze raz, ale zamknąłem je, bo czułem, że wybuchnę, jeśli powiem jedno słowo za dużo. Nachyliłem głowę, lekko, minimalnie, tak jak robi się to tuż przed tym, jak człowiek traci kontrolę. Moje oczy powiedziały więcej, niż moje słowa kiedykolwiek mogłyby - ona wcale nie była zimna, nie dla mnie, i dokładnie to doprowadzało mnie do furii.


RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 24.11.2025

Nie zadawała pytań, nie zastanawiała się nad tym dokąd idą. Pozwoliła się prowadzić, właściwie to wyglądało trochę bardziej jakby ciągnął ją za sobą, ledwie nadążała za nim stawiać kroki. Jakimś cudem udało jej się nie potknąć się o żaden krawężnik, o żadną wystającą kostkę brukową, to był spory sukces, zważając na tempo tej wędrówki, do którego nie do końca była przystosowana. Zresztą mało kto byłby w stanie za nim nadążyć, nie oszukujmy się - Benjy poruszał się wyjątkowo szybko, miał długie nogi i predyspozycje, które sprzyjały zapierdalaniu w siną dal.

Wiedziała, że dobrze zrobili ewakuując się sprzed Wiwerny. Co chwila ktoś tam trzaskał drzwiami, wchodził i wychodził, a oni stali przed pubem i dyskutowali całkiem zaciekle, co mogło powodować pytania u ludzi, którzy zdecydowanie nie powinni się nimi interesować.

To, że w ogóle doszło między nimi do tej konfrontacji było zbiegiem okoliczności. Nie bywała często w Wiwernie - miała ochotę odetchnąć, wypić jednego drinka po pracy i pójść do domu, nawet nie do swojego domu, a domu rodziców, bo własnego już nie miała. Nic już nie miała, a przynajmniej w tej chwili tak jej się wydawało, wszystko straciła w przeciągu niecałych dwóch tygodni. Zasługiwała na medal, albo jakieś inne odznaczenie, tak doskonale radziła sobie ze spadaniem.

Zacisnął palce na jej dłoni dość mocno, nie na tyle, żeby ją to zabolało, ale jednak nie dało się ignorować tego dotyku, nie próbowała zresztą nadal go przerwać. Szła za nim, mijali kolejne kamienice, kolejne bramy, nie skupiała się na tym, czy znała okolicę, czy nie, całą swoją uwagę angażowała w to, aby się nie potknąć, bo nie chciała oglądać podłoża ze zbyt bliska, niby wiedziała, że nie pozwoli jej upaść, ale jednak ostrożność była wpisana w typowe dla niej zachowanie.

Nie do końca wiedziała, jaki był sens w tym, aby razem teraz przemierzali tę drogę, wiele już między nimi padło, być może nie dokończyli tej rozmowy, ale czuła, że może to się zakończyć dla nich nie najlepiej. Mimo wszystko szła za nim, jakby to naprawdę było najbardziej właściwą rzeczą, jaką mogła w tej chwili zrobić. Nie do końca zastanawiała się nad tym, co ma mu jeszcze do przekazania, w sumie większość już padła z jej ust, ale szła dalej, jakby jeszcze istniała jakaś nadzieja na to, że jeśli pozwoli mu się zaprowadzić gdziekolwiek właśnie teraz zmierzał to uda im się jakoś z tego wybrnąć.

Nie była do końca pewna, czy on chce, żeby zanim szła, czy wręcz przeciwnie, był wkurwiony, nie dało się tego nie zauważyć, mógł odwrócić się na pięcie i zniknąć w mroku, gdyby faktycznie miał wszystko gdzieś zapewne tak by zrobił, a może wręcz przeciwnie zamierzał dać jej to, o czym mu wspominała, może wymusiła na nim to pożegnanie, którego brakowało jej do zakończenia ich całej historii, krótkiej, bardzo intensywnej, wartej zapamiętania, a jednak nie do końca szczęśliwej. Powinna wiedzieć, że w jej życiu nie było miejsca na szczęśliwe zakończenia, w końcu żyła głównie wspomnieniami, swoimi i innych.

Nie wiedziała ile przeszli podwórek, ile kamienic minęli, miała nadzieję, że niedługo dotrą na miejsce, bo jej nogi raczej nie poradziłyby sobie z długą drogą, nie była przygotowana na piesze wędrówki - jak zawsze. Pantofelki stukały o bruk bardzo cicho, niemalże bezgłośnie, ale jednak nadal szła za nim. Czuła ciężar jego dłoni na swojej, czuła ciepło, za bardzo się na nim skupiała, bo przecież próbowała się od tego dystansować, próbowała wprowadzać jakieś granice, żeby znowu nie utonąć.

Zorientowała się, gdzie dokładnie są dopiero kiedy Benjy zatrzymał się przed jedną z kamienic. Powinna się domyślić, że Ambroise da mu klucze do ich dziupli, w końcu się przyjaźnili, mógł ją jednak przed tym ostrzec, mógł przekazać jej, że może w tej ich bezpieczniej przestrzeni znaleźć się ktoś jeszcze, przynajmniej by się na to przygotowała, chociaż znając ją pewnie nie postawiłaby tu szybko swojej stopy, by nie doprowadzać do konfrontacji, bo niby chciała wyjaśnień, a z drugiej strony obawiała się tego, co mogłaby usłyszeć. Zresztą, czy Fenwick naprawdę był osobą przed którą powinien ją ostrzegać, no nie, to nie miało sensu, nic właściwie nie miało sensu.

Widziała jak się męczył, jak próbował otwierać drzwi tą ręką, która wcześniej zrobiła mu za tarczę, miała ochotę wyrwać mu ten klucz z dłoni, otworzyć te drzwi, aby się nie męczył, jednak tego nie zrobiła. Czekała, aż w końcu drzwi zostaną otwarte, nie chciała wchodzić mu w drogę, obawiając się tego, że każdy jej kolejny gest mógł go bardziej rozjuszyć, widziała przecież w jakim stanie się znajdował.

Weszli wreszcie do środka, nie rozglądała się po tym niewielkim mieszkaniu, doskonale znała jego układ, zapewne gdzieś można było tu znaleźć książki, które należały do niej, te, które zostawiała Ambroise'owi do przeczytania.

Wypuścił jej dłoń, chwilę jeszcze czuła ciepło na nadgarstku, ale później zrobił kilka kroków w przód, co przerwało ten dotyk. Przetarła odruchowo kciukiem miejsce, w którym przed chwilą ją trzymał. Póki co nic nie mówiła, czekała, właściwie nie do końca wiedziała na co. Mieli kontynuować tam gdzie przerwali? Droga, którą przeszli, zimny, jesienny wieczór nie spowodowały, że emocje opadły, nie wydawało jej się, aby szybko przetrawili to, co się wydarzyło, może lepiej więc po prostu przejść dalej, skończyć to, mieć za sobą, by nie psuć sobie krwi zbyt wiele razy.

Wiedziała, że jego ręka wymaga opatrzenia, miała ze sobą podręczny zestaw uzdrowiciela, jednak nie spytała, czy mu pomóc, w ogóle mogła jeszcze o to pytać? Trudno jej się było odnaleźć w tej całej sytuacji, bo niby pogodziła się z tym, że postanowił ją opuścić, starała się to zaakceptować i jakoś z tym poradzić, a jednak przyszła tutaj z nim z jakiegoś powodu, na coś liczyła, tylko na co?

Westchnęła ciężko, w powietrzu dało wyczuć się ciężar rozmowy, która nie miała ich ominąć, im szybciej to zrobią tym lepiej, oczyszczą atmosferę, tak jasne, już ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak doskonale potrafili to robić.

Odwrócił się gwałtownie, spoglądał na jej twarz, nie spuszczała wzroku, nie unikała jego spojrzenia, wpatrywała się w niego równie intensywnie, czekając, aż wreszcie któreś z nich zacznie mówić, widziała w nim wściekłość, którą chyba sama spowodowała, tego przecież chciała. Zależało jej na tym, aby go zranić i chyba jej się to udało. Tylko, że w tej chwili jakoś nie czerpała z tego powodu satysfakcji, nie podobało jej się, że znaleźli się tutaj w takim stanie, właściwie bardzo brutalnie niszczyli to, co jeszcze niedawno wydawało się być całkiem właściwie, to nie powinno ich spotkać.

Zbliżył się do niej o krok, przymknęła na sekundę oczy, właściwie to na ułamek sekundy, niby chciała, żeby znajdował się coraz bliżej niej, a z drugiej strony wiedziała, że ta bliskość może wpłynąć na racjonalność jej myśli, nigdy nie potrafiła ich zbierać, gdy znajdował się w takiej odległości, zapominała o całym czarodziejskim świecie, tym razem nie mogła sobie na to pozwolić.

Wypuściła głośno powietrze, kiedy usłyszała, co miał jej do powiedzenia. Oczywiście, że musiał poruszyć go jej ton, ale to była reakcja obronna, nic nowego. Gdy Prue nie radziła sobie z tym, co działo się w rzeczywistości przechodziła w ten dziwny tryb, wyłączała emocje, właściwie to starała się udawać, że nie istnieją. Mówiła o wielu rzeczach, tylko bardzo rzeczowo, bezuczuciowo, jakby wydawało jej się, że dzięki temu nie będzie jej to ranić. Gówno prawda, w środku rozsypywała się na milion kawałków, ale przynajmniej z pozoru wyglądała jakby była w całości. Nie znosiła pokazywać tego, jak się czuła, i tak otworzyła się przed nim bardziej, niż przed kimkolwiek innym, ale teraz reagowała niczym jeż, wyciągała te swoje kolce, które przybierały postać chłodu.

- Jeśli coś jest powtarzalne, to zaczynasz się do tego przyzwyczajać. - Ciągnęła dalej, nadal tym samym tonem, nie chciała pęknąć, pokazać mu do jakiego stanu ją doprowadził, a była naprawdę bardzo bliska, żeby to zrobić.

- Dwa tygodnie temu pieprzyliśmy się w mojej kuchni, bawiliśmy się też w dom, którego chyba nie potrzebowałeś. - Głos jej drgnął, Prue zdecydowanie nie była dobra w konfrontacjach, nie w takich.

- A co innego mi pozostało? Mam się rozpaść? Rozsypać na Twoich oczach, tego chcesz? Przykro mi, ale próbuję sobie jakoś z tym radzić. - Oczy jej błyszczały, naprawdę do tego zmierzał, miała przestać się dystansować, oczywiście. Zacisnęła swoje dłonie w pięści, naprawdę ją wkurzał, ale jednak nadal nie wyszła z tego obskurnego mieszkania, chociaż stała bardzo blisko drzwi.

- Pewnych naleciałości jak widać nie da się pozbyć. - Odbąknęła niemalże od razu. Pasowało to do niej, pani z kostnicy, która potrafiła się od wszystkiego odciąć, udawać, że nic ją nie rusza, podchodzić do wszystkiego na chłodno, tyle, że nie czuła, żeby faktycznie w tym przypadku to działało.

- Siebie już dawno przestałam oszukiwać. - Miała ochotę kopnąć go w łydkę, może w kostkę, przeniosła wzrok na jego nogi, tak, żeby poczuł jej złość, przemoc jednak nie była jej odpowiedzią, wróciła więc wzrokiem do jego twarzy, przy okazji założyła sobie ręce na piersiach, nie była zadowolona z tego, w jaki sposób rozmawiali. Nie podobało jej się to, i niby chciała wyrzucić z siebie wszystko, w zupełnie inny sposób, ale obawiała się, że wtedy zupełnie się spali i nic z niej nie zostanie. Przeniosła wzrok na swoje buty, które zupełnie nie pasowały do tego miejsca, wpatrywała się w nie krótką chwilę.

- A nie wiem, czy Ty jesteś gotowy na prawdę. - Dodała jeszcze cicho, nie powinna tego mówić, bo wiedziała, do czego zmierza, ale jednak sięgnęła po te słowa, najwyżej faktycznie będzie to moment, w którym nie będzie miała innej opcji, jak przyznać się do wszystkiego, co zaczęło się z nią dziać, będzie musiała sobie poradzić z nazwaniem tych emocji, jakoś powinna sobie z tym poradzić.




RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 24.11.2025

Drzwi odbiły się za nami z głuchym stukiem, a to brzmienie uderzyło mnie w potylicę jak zimna świadomość, że byliśmy wreszcie zamknięci w jednej przestrzeni - sam na sam, tylko my i nasze myśli, projekcje, niespełnione, kurwa, oczekiwania. Wypuściłem jej dłoń, nawet nie wiedząc, kiedy ją tak mocno złapałem, dlaczego trzymałem ją tak kurczowo, skóra na moim nadgarstku drgała, jakbym tracił fragment ciepła, który ledwo zdążyłem odzyskać. Nie powinna była mówić do mnie takim tonem - tym cholernym, wygładzonym, sterylnym tonem, który nie należał do niej, tylko do jakiejś wersji, którą zakładała jak ochronny pancerz. Kiedy zaczęła, poczułem to jak cios w brzuch - tę obojętność, która nie była prawdziwa, ale była wystarczająco zimna, żeby mnie zamrozić od środka. Jej słowa były ostre, ale głos… Głos był jak martwa woda - bez fali, bez życia, bez oddechu, i doprowadzało mnie to do szału w sposób, którego nie potrafiłem kontrolować.
Nie wiedziałem, co mnie bardziej piekło - jej słowa, czy to, jak je mówiła. Ten jej lodowaty ton, to jebane udawanie dystansu, to wpychanie się w odległe, głupie, kurewskie szkolne ramy, jakbyśmy nie znali swoich ciał, jakby nie trzymała mnie za włosy, kiedy traciła oddech na moich ustach. Każde zdanie, każde to jej wyważone słowo, każda próba brzmienia logicznie i spokojnie, kiedy w środku cała się trzęsła - widziałem to. Mogła sobie udawać, że ton ją chroni, że to jest forma samoobrony, ale ja znałem ten mechanizm aż za dobrze, naciągała go na siebie jak stary, zużyty płaszcz, który dawno stracił funkcję. Zamknąłem oczy na moment, walcząc, żeby nie wybuchnąć od razu, jej słowa dźwięczały mi w głowie z opóźnieniem, jak echo po wystrzale.
- Do czego, kulwa, dokładnie? - Parsknąłem. Otworzyłem oczy powoli i wziąłem powietrze tak głęboko, że aż mnie zabolało w mostku. Nie byłem z tych, którzy milczą, kiedy ktoś wbija im nóż pod żebra, ale przez ułamek sekundy naprawdę próbowałem - próbowałem nie odpowiadać tym, co już miałem na końcu języka, tym, co we mnie pulsowało, jakby chciało się przebić na powierzchnię.
Wrócił mój gniew, frustracja, a przede wszystkim wróciła ta przebrzydła świadomość, że ona potrafiła tym jednym tonem zrobić z człowieka trupa, który tylko jakimś cudem jeszcze się trzymał na stojąco. Jej słowa wbijały się we mnie jak sztylet. „Bawiliśmy się w dom, którego chyba nie potrzebowałeś.” Jak ona w ogóle mogła tak powiedzieć? Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo pragnąłem… Nie wiedziałem nawet, czego. Złapać ją za ramiona? Wytrząsnąć z niej to gówno? Złapać za twarz i kazać jej mówić normalnie? Uciec? Wszystkiego naraz. Otworzyłem je z powrotem, bo nie chciałem tracić jej z pola widzenia nawet na ten pierdolony moment. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem kontroli ani nad sobą, ani nad tą sytuacją, ani nad nią, a nienawidziłem nie mieć kontroli. Nie wiedziałem, jakim cudem nie roześmiałem się jej w twarz - nie z rozbawienia, tylko z czystej, ziejącej rozpaczą wkurwionej niewiary. Stałem tam, kilka kroków od niej, z krwią pulsującą mi w rozwalonej dłoni, z gardłem zaciskającym się tak mocno, że ledwo mogłem oddychać, i słuchałem jej tonu - tego spokoju, tego precyzyjnego kurwa wykładu, którym mnie częstowała. To słowo - „dom” - trafiło mnie w żebra jak cios. Ten jej głos był jak nożyk preparatorski - cienki, precyzyjny, chirurgicznie dokładny, a jednocześnie przeszywający, kroiła mnie na kawałki, udając, że nic nie czuje. A przecież wiedziałem, jaka jest, kiedy naprawdę traci panowanie.
- Dom. - Prychnąłem. - Dom nie był dla mnie ploblemem. Nigdy. Nie lób ze mnie kogoś, kto pszyszedł tam tylko po to, szeby cię zelsznąś pszy zlewie.
Zamknąłem oczy na pół sekundy, moje ciało zareagowało automatycznie, jakby wspomnienie tamtego dotyku było wciąż zapisane w mięśniach - unoszenie jej, przesuwanie po blacie, jej dłonie we włosach, jej kolana zaciskające się na moich biodrach, to, jak się we mnie wtuliła po wszystkim, w ciszy, bez słów, jakby to miało dla niej znaczenie. A teraz stała tu, przede mną, mówiąc tym samym tonem, jakim uciszała pierwszorocznych w korytarzu.
Musiałem zrobić krok, ruszyć się, bo jeśli bym został w miejscu, to byłem pewien, że eksploduję. Podszedłem do okna, tylko po to, żeby obrócić się z powrotem do niej, bo kurwa, nie potrafiłem trzymać pleców w jej stronę dłużej niż sekundę, szczególnie teraz.
- Tak. - Wypaliłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż usłyszałem chrupnięcie. Nie dawała sobie nawet tego ułamka słabości, wypowiadała „jeśli coś jest powtarzalne” tak, jakby mówiła o cholernym cyklu pogodowym, jakby mówiła o czymś, co można było przeanalizować, zapisać w tabelce, wyliczyć, więc tak - oczywiście, że tak, oczywiście, że chciałem, nawet jeśli to nie było w porządku wobec niej. - Chcę. Chcę, szebyś się do cholely lospadła pszede mną, skolo ja lobię to, kulwa, cały czas. - To był najgorszy, najtrudniejszy, najbardziej rozdzierający detal całej tej nocy. Zrobiłem krok do niej - nie powinienem był, ale nie mogłem inaczej. - To znaczy, sze szyjesz. - Dodałem, ciszej. - A nie tylko wykonujesz jakieś jebane ploceduly, szeby nikt nie zobaczył, co cię boli. Chowasz się za tymi swoimi akademickimi, klinicznymi pieldołami. Po co?
A to, że stała tak blisko drzwi? To było jak nóż wbity w bok - niby nie ruszała się stamtąd, ale samo miejsce, które wybrała, mówiło mi więcej, niż chciałem wiedzieć.
Zacisnąłem zęby, przesunąłem dłonią po włosach, jakbym próbował rozładować napięcie, które nie zamierzało zniknąć. Oparła ręce na piersi, jakby potrzebowała bariery, znów ją wznosiła, znów schowała dłonie, jakby bała się, że cokolwiek odsłoni, jeśli je opuści. Ta jej cholernie perfekcyjna postawa pani antropolog, byłej uzdrowicielki, profesjonalistki, kobiety, która pewnie potrafiła poskładać kogoś po torturach, ale własne emocje trzymała w zamrażarce.
- Bzdula. - Wskazałem na nią palcem. - Jak chcesz, to jesteś golętsza nisz piepszona ognista. Widziałem to, czułem to, doświadczyłem tego, dwa tygodnie temu, tszy, kaszdej jebanej nocy, któlą spędziliśmy lasem. W dzień tesz. Moses oszukiwaś siebie, mnie nie oszukasz.
Przeszedłem wzdłuż pokoju - dwa kroki, trzy - jak lew w klatce. Zrobiłem krok, potem drugi, potem trzeci - nieświadomie, chaotycznie, jak ktoś, kto nie ma pojęcia, czy chce ją pocałować, czy chce nią potrząsnąć. Odsunąłem się o pół kroku, ale tylko po to, żeby znowu podejść - byłem niestabilny, bo wszystko mnie rwało w przeciwnr strony. Czułem, jak pieką mnie oczy, bo nawet ja miałem dość tego wszystkiego. Moja zraniona dłoń drżała, drugą wbiłem w bok, żeby powstrzymać impuls, żeby jej dotknąć, przyciągnąć, cokolwiek. Widziałem jej ramiona skrzyżowane na piersi, tę jej postawę obronną, maskę - i w tej sekundzie nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej niż jak na kogoś, kto trzymał mi nóż przy gardle i pytał, dlaczego krwawię, skoro nie mam prawa.
Prawda - o prawdę tu chodziło, o tę, którą napisałem jej w liście, tę, której rzekomo nie przeczytała, tę, której nie usłyszała, bo nigdy do niej nie dotarła. Nie spodziewałem się, że ten jej ton uderzy mnie tak mocno, jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałem go na tym pieprzonym korytarzu w Hogwarcie, może właśnie dlatego mnie to rozwścieczyło - to cofnięcie, ten chłód, ten jej sposób mówienia, jakby nic jej nie ruszało, jakby rzeczy, których między nami nie da się zapomnieć, nagle można było traktować jak przypis w książce. Patrzyłem na nią tak intensywnie, że aż bolały mnie oczy, jakbym próbował ją zmusić wzrokiem, żeby przestała udawać, pozwoliła sobie pęknąć, żeby była, kurwa, prawdziwa. A ona stała tam, cała napięta, cała wyprostowana, jakby musiała utrzymać się w ryzach, inaczej się rozsypie, w pewnym sensie rozumiałem - tylko że mnie to w tej chwili doprowadzało do szału.
- To splóbuj mnie, kulwa, zaskoczyś. - Moje słowa były ciche, twarde, zimniejsze niż cokolwiek, co dotąd powiedziałem. Patrzyłem na nią, jakby miała zaraz zrobić coś, co zmieni wszystko. Wszystko na jeszcze gorsze. - Nie zapominaj, kim ja jestem. Powiedz to, skolo jusz tu jesteśmy. Skolo mamy ten pieldolony luksus. - Zacisnąłem bolącą dłoń, aż poczułem metaliczny smak w ustach. - Powiedz. - Nie mrugnąłem wcale, patrzyłem prosto na nią, bez odwrotu. - Na co, do cholely, mam nie byś gotowy?
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/60fa14a83fe3aa0e9b0d9efa884afe1e/eda29f1c7dc0af6e-0c/s400x600/74e62d73168adf15616879410685cfe5e88d9427.jpg[/inny avek]


RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 24.11.2025

Niby potrzebowali porozmawiać w miarę spokojnym, nadającym się do tego miejscu, ale miała wrażenie, że zamknięte pomieszczenie wcale im nie służyło. Potęgowało wszystkie emocje, które unosiły się w powietrzu, w tym małym mieszkaniu,  w którym się znajdowali zrobiło się duszno, naprawdę duszno, ale nie była to ta duszność, która niosła ze sobą nadzieję na szybkie odnalezienie ukojenia w tym gorącu, tym razem miała wrażenie, że niedługo nie będzie wiedziała jak oddychać, robiło jej się ciężko, chyba na sercu i chociaż wydawać się mogła zimna jak lód, i oddziaływała tym chłodem na otoczenie, to czuła, że coś wewnątrz niej się spalało.

- Do tego, że nic, co dobre nie trwa wiecznie, do tego, że tak, czy siak na końcu zostajesz sam, do tego, że zawsze coś jest ważniejsze. - Nadal mówiła bardzo powoli, wyraźnie, ciedząc słowa, starała się, aby głos jej nie drżał, by wszystko czym się z nim dzieliła było przemyślane, a przynajmniej tak miało wybrzmieć. Było to wyuczone, potrafiła odcinać się od swoich emocji, przez lata przecież mówiła obcym ludziom o tym, że ich bliskich spotykała śmierć. Potrafiła to robić, tylko, że to nie był nikt obcy, Benjy nie był rodziną pacjenta, był jej bliski, był, kiedyś na pewno, poniekąd nadal przecież. Nie pozbyła się tych wszystkich uczuć, którymi go darzyła, nie sądziła, że kiedykolwiek jej się to uda. Zresztą miała wrażenie, że to od lat gdzieś tam w niej tkwiło, gdy tylko pojawiał się obok zaczynało znowu wychodzić na powierzchnię.

Mimo, że to, co padło przed chwilą z jej ust mogło wydawać się bardzo chłodne, pozbawione emocji, to Prudence raczej z nikim nie dzieliła się tymi swoimi drobnymi rozczarowaniami, zostawiała to wszystko dla siebie, godziła się ze swoim losem, tłumaczyła, że tak miało być, nie mogła nic z tym zrobić.

- Do tego, że nie jesteś wystarczający. - Postanowiła jeszcze dopowiedzieć to jedno zdanie, znowu brzmiała tak, jakby to jej nie ruszało, a przecież jedyne, czego chciała to chociaż raz stać się czyimś pierwszym wyborem, jeden, jedyny raz.

Łapała się na tym, że często myślała jakby to było gdyby była zupełnie inna, bardziej przystępna, normalniejsza? Niestety nigdy nie miała poznać odpowiedzi na te pytania, godziła się ze swoim losem, tak po prostu. Może powinna walczyć, przynajmniej spróbować, ale obawiała się kolejnego upadku, co chwilę obrywała, co chwilę coś jej się sypało, już prościej było udawać, że nic jej nie rusza.

- Nie był dla Ciebie problemem? - Powtórzyła za nim. - Nie był dla Ciebie problemem? Gdy poczułeś, że zaczyna wyglądać jak dom postanowiłeś uciec. Rżnięcie przy zlewie Ci nie przeszkadzało, znalezienie imienia dla kota już tak. - Tego samego kota, którego sam przyniósł do domu, który miał być ich pierwszym, wspólnym nabytkiem, chociaż, czy o kocie można było powiedzieć w ten sposób? Nie, chyba nie, zmrużyła na moment oczy, znowu zgubiła się w swoich myślach, wybiła się z rytmu, wszystko przez tego kota, a później pojawiły się kolejne obrazy. To nie tak, że nie pragnęła znowu owinąć nóg wokół jego ciała, przyciągnąć go do siebie, zatopić się w jego dotyku, oddechu, tyle, że w głębi duszy pragnęła czegoś więcej, a on przecież mówił, że nie będzie mógł jej tego dać.

- Wnioski nasuwają się same, przynajmniej kiedy obrazek prezentuje się w ten sposób. - Wspólne zobowiązania mogły przerażać, zdawała sobie z tego sprawę, ale żeby, aż tak żeby spieprzyć bez słowa. Zniknąć? Zresztą to nawet nie był jej pomysł. Odetchnęła głęboko, to krótkie wybicie z rytmu spowodowało, że traciła nieco pewność siebie, głos jej drżał, a słowa zaczynały grzęznąć w gardle.

Prudence bała się ruszyć, tak jakby mogło to naruszyć jej tarczę, pod którą starała się chować. Nie zrobiła nawet kroku, nadal stała w miejscu, jakby nic jej nie ruszało, a w środku zaczynała pękać, kawałek po kawałku.

- Po to, żeby było jeszcze co zbierać. - Przymknęła oczy, właściwie to je zacisnęła na kilka sekund. Nadal starała się nad sobą panować, ale wychodziło jej to coraz gorzej, głos jej drżał, oddychała coraz mniej spokojnie, zbliżała się do swojej granicy, tama niedługo pęknie, i wszystko zacznie się z niej wylewać, czuła, że ten moment się zbliżał.

Miał rację, oszukiwała sama siebie, próbowała jakoś sobie z tym radzić, odcinać się od rzeczywistości, wprowadzać dystans, który ratował ją przed tym wszystkim, co zaczynało się w niej wylewać. Potrafiła czuć, potrafiła pokazywać emocje, umiała znaleźć w sobie ciepło, jeśli tylko tego chciała. Starała się udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, że sobie radzi, maskowała swoje odczucia pod tym chłodnym tonem, chociaż słowa przecież mówiły same za siebie. Nie bez powodu sięgała właśnie takie, a nie po inne.

Zrobiła w końcu krok do przodu, jeden krok, który miał spowodować, że jej mur runie, że pęknie, że posypie się cegiełka po cegiełce, zostanie bez swojej tarczy ochronnej, tego chciał, czyż nie?

Odetchnęła jeszcze głęboko, tak właściwie to nie wiedziała od czego zacząć, nie myślała o tym, co chce dokładnie mu powiedzieć, nie przygotowała się na to, ale skoro już zrobiła ten krok, to mogła też zrobić następny, ten dużo trudniejszy. - Możesz nie być gotowy na mnie. Na to, że Cię chcę, nie na chwilę, nie na moment, na zawsze. - Głos jej się łamał, uniosła jednak głowę, spoglądała na niego, nie chowała teraz się w piachu. - Miałam tego nie robić, nie takie były zasady, nie takie były zasady, a jednak nie udało mi się ich trzymać. - Kolejna rzecz, która nie poszła po jej myśli, mieli ustalone zasady, to miało mieć swój termin ważności, wiedziała o tym, zdawała sobie z tego, jak to wygląda, a i tak nie udało jej się powstrzymać emocji, które zaczęły się w niej rodzić, tak łatwo było się do niego przyzwyczaić, zbyt łatwo. - i nie mogę Cię prosić, żebyś tu został, bo to byłoby egoistyczne, nie mogłam tego zrobić, ale kiedy zniknąłeś nie potrafiłam się z tym pogodzić, chciałam być egoistką ten jeden raz. - Ton głosu się jej zmienił, stracił gdzieś już swój chłód, brzmiał bardziej jak desperacja, z czym nie do końca mogła się pogodzić, ale nic z tym nie zrobiła.

- Nie mogę Cię o to prosić, ale chciałabym, chciałabym, żebyś mnie wybrał, żebyś został. Starałam się to w sobie stłumić, udawać, że nie istnieje, ale nie umiem, nie potrafię, zresztą mam wrażenie, że to zawsze gdzieś we mnie siedziało, wiesz? Już dawno temu, nie zniknęło, nie przepadło, czekało. Wtedy się pojawiłeś, pozwoliłeś mi znowu zacząć żyć, żyć jakby jutra miało nie być, pokazałeś mi jak to jest. Łatwo było się w Tobie zakochać, to zawsze było łatwe, ale przecież nie można prosić kogoś, żeby Cię pokochał? Tak się nie da, to nie możliwe, więc zrozumiem, poradzę sobie, nie przejmuj się, wiedziałam na co się piszę, jakoś się poskładam. - Zamilkła, była zmęczona tym wyznaniem, kosztowało ją naprawdę wiele, miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec przed kompromitacją, ale póki co, jeszcze się nie ruszyła.




RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 25.11.2025

Nie powinienem był patrzeć jej prosto w oczy, gdy zaczęła mówić - to był błąd, ale i tak to zrobiłem, patrzyłem, jak każdy jej chłodny, powolny, kurewsko wyważony sylabowy cios leciał w moim kierunku i wbijał mi się prosto pod skórę, jakby jej ton był dobrze naostrzonym nożem. Ona nawet nie musiała podnosić głosu - potrafiła mnie ciąć szeptem. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś walił we mnie słowami tak spokojnie, to był ten jej ton - zimny, czysty, chirurgiczny - którym potrafiła odczytywać ludziom wyniki obdukcji i nie dopuszczać niczego do środka. Nienawidziłem go, bo wiedziałem dokładnie, co robił - kastracja, odcinanie, zamykanie drzwi, stawianie ściany tam, gdzie jeszcze chwilę temu była skóra. To mnie rozpierdalało najbardziej - to, że była jednocześnie martwa i krwawiąca. Stałem tam, patrząc na nią, jakby ciągnęła mnie na egzekucję. Moje serce waliło mi pod żebrami, jakby chciało wyrwać się z klatki. W chwili, gdy usłyszałem jej „do tego, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie”, coś we mnie drgnęło tak ostro, jakby ktoś wsunął mi nóż między żebra i przekręcił go dla sportu - to jedno zdanie, a potem kolejne, i kolejne, wszystkie wypowiadane tym jej tonem - spokojnym, wyuczonym, kurwa, profesjonalnym. Słuchałem, jak mówiła o tym, że nic dobre nie trwa wiecznie, że zawsze coś jest ważniejsze, że zostaje się samemu - z każdym zdaniem czułem, jakby ktoś wpychał mi palce do gardła. Chciałem ją pocałować, zagłuszyć te słowa, zatopić się w niej jak wtedy, ale nic nie zrobiłem. Staliśmy naprzeciwko siebie jak dwie dogorywające pożogi, obie zbyt jasne, zbyt gorące. Te słowa powinny były mnie zabić, rozłożyć, powalić, wyjąć ze mnie wnętrzności i rozwiesić na tych czterech ścianach, a przez dobrą chwilę stałem tam, jak idiota, jak ktoś, komu ktoś właśnie wyłamał szczękę i kazał mówić - ja nie wiedziałem, jak się złożyć na jedno, sensowne zdanie.
„Do tego, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie.”
„Do tego, że zostajesz sam.”
„Do tego, że nie jesteś wystarczający.”
Kurwa.
Kurwa mać.
Kurwa jego mać.
- Pszystopuj. - Wycedziłem, wciąż stojąc tuż przed nią. - Pszystopuj, bo… Kulwa… - Nie mogłem tego wypowiedzieć z dystansu, nie do niej. Zrobiłem krok w przód, wciąż z tym czymś drgającym pod skórą, tą pierdoloną iskrą, która pojawiała się tylko przy niej. Patrzyłem na nią i czułem, jak wściekłość mieszała się z czymś znacznie gorszym - ze strachem, świadomością, że naprawdę nie wiedziałem, co powinienem zrobić, każdy krok był zły, każde słowo mogłem  spierdolić, mogłem ją zranić - albo zniszczyć - jednym nieodpowiednim zdaniem. Nie chciałem tego, a jednak… Nigdy nie byłem dobry w trzymaniu mordy na klucz.
- To jest twoje podsumowanie? „Piepszyliśmy się” i „kot się nie liczył”? - Parsknąłem, ale to nie był śmiech, to było coś między warknięciem a bólem, który nie chciał przejść. - No, kulwa tak, piepszyliśmy się. Nie będę udawał, sze nie pamiętam kaszdego lasu. Nie będę udawał, sze tego nie chciałem, bo chciałem i ty tesz chciałaś. - Zrobiłem krok, potem drugi, zbyt gwałtownie, zbyt nerwowo. Odwróciłem się na sekundę, żeby złapać jakiś oddech, ale nic mi to nie dało - serce waliło mi jak młot pneumatyczny, palce w rozwalonej ręce drżały, skóra pulsowała. - Sun… Ja chciałem s tobą nazwaś tego sielściucha. Oczywiście, sze kulwa chciałem. - Machnąłem ręką, to było tak oczywiste, że aż mnie bolało, że muszę to wyjaśniać. - Nie pszyniósłbym ci szywego stworzenia, gdybym nie chciał, szebyś… Szebyśmy… - Urwałem na moment, zacisnąłem zęby. - Tu nie chodziło o kota. Nigdy, kulwa, nie chodziło o kota. - Znowu pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Kulwa, oczywiście, sze tego chciałem. Inaczej bym go nie pszyniósł, nie wcisnął bym ci go jak pojebany siedemnastolatek, któly chce zbudowaś „coś wspólnego”. - Machnąłem ręką, jakbym próbował odgonić myśl, która wracała do mnie jak koszmar - zapętlałem się, wiedziałem to, ale nie mogłem nic z tym zrobić. - To nie był ploblem, to jebanym ploblemem. - Głos mi się podniósł, ostro, surowo - oddychałem już za szybko. Wyprostowałem się gwałtownie, uderzenie adrenaliny przeszło mi po plecach jak zimny bat. - Wiesz, co było ploblemem? - Wskazałem palcem w bok, w pustą przestrzeń, gdzie powinno być coś, czego nie dawało się nazwać. - Lomulus jebany Pottel. - Powiedziałem to tak, jakby samo nazwisko było trucizną - słowo „Potter” wyszło ze mnie jak splunięcie. - Skulwysyn s talentami, o któlych nikt nie mówił, bo wszyscy woleli wieszyś, sze jest tylko ekscentlyszny. - Przetarłem twarz dłonią, bardziej nerwowo, niż powinienem. - Ploblemem było to, co mi zlobiono w łbie. - Urwałem, zaciąłem się, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło, spojrzałem gdzieś obok niej, bo na nią spojrzeć nie potrafiłem - nie przy tym. - Chodziło o coś innego, Sun. - Powiedziałem ciszej. - O coś takiego, czego… Nie powinnaś słuchaś. - Ścisnąłem palce tak mocno, że chrupnęło mi coś w rozwalonej dłoni. - Lomulus Pottel najebał mi w głowie. To są fakty. - Wyplułem, jakby te słowa były kwaśne, a były… Gorzkie, kurewsko gorzkie - pełne prawdziwej goryczy.
Stałem tam, nieruchomy, obcy we własnej skórze, stałem tam jak idiota, jak potłuczony chłopiec, który nie wiedział, czego chce, który zgubił drogę, który pisał listy, których nikt nie przeczytał, który napisał jej „kocham cię” i teraz nie potrafił tego powtórzyć - nie, nie teraz. A potem padło:
„Możesz nie być gotowy na mnie. Na to, że Cię chcę, nie na chwilę, nie na moment, na zawsze.”
Poczułem, jakby ktoś mnie uderzył otwartą dłonią w mordę. Patrzyłem na nią - na jej twarz, która próbowała trzymać fason, na jej usta, które mówiły, że „sobie poradzi”, na te oczy, które robiły wszystko, żeby nie puścić łez, chociaż słyszałem ten drżący oddech, cholera - słyszałem, bo staliśmy tak blisko siebie… Ale nie mówiłem nic - nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi - dlatego, że miałem ich za dużo.
I tym razem naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. Przez sekundę, jedną jebaną sekundę, chciałem powiedzieć jej wszystko, powiedzieć to tak, jak napisałem w pijackim liście, powtórzyć to na głos, dać jej wreszcie jasną odpowiedź, ale nie mogłem. Nie dlatego, że jej nie kochałem, tylko dlatego, że… Kurwa, właśnie dlatego. Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek, ale ona szła dalej, coraz głębiej, ostrzej, szczerzej, a we mnie robiło się coraz ciaśniej. Sam tego chciałem - prawda? Sam tego chciałem. Mówiła o tym, że złamała zasady, że nie powinna była się w nim zakochać, nie może mnie prosić, bym został, ale że tego chce, zawsze chciała. Nie wiedziałem, kiedy dokładnie przestałem oddychać - może dopiero wtedy, może gdzieś między jej „nie jesteś wystarczający” a tym jebanym „chcę cię na zawsze”, może wtedy, kiedy zrobiła ten jeden krok, ten, który sprawił, że w powietrzu zabrakło tlenu. Zrobiłem dwa kroki w bok, wróciłem, jak zagubiony pies.
- Sun… - Głos mi się załamał. - Co ja mam ci, kulwa, powiedzieś? Sze się nie zakochałaś w złym człowieku? Sze mogę byś dla ciebie czymś więcej nisz… Nisz tą chwilą, któlą sobie wzięliśmy? - Potrząsnąłem głową, nerwowo, szorstko. - Ja nie jestem… Ja nie potlafię… - Urwałem, nie potrafiłem na nią patrzeć, ale nie potrafiłem też odwrócić wzroku. - Ty mówisz o zawsze. O jebanym na zawsze. - Zacisnąłem zęby, bo słyszałem sam siebie - słyszałem ten ton, który wcale nie chciał być wściekły, ale był, bo nie miałem już żadnej innej broni, a ona rozbrajała mnie jednym zdaniem - jednym jebanym oddechem. - Ja… - Wyszeptałem, nie wiedząc, czy mówię to z wyrzutem, błaganiem czy rozpaczą. - Ja nie mogę daś ci domu, ja go nie mam, nie mam, gdzie go postawiś. Nie mam, czym go zbudowaś. Nie mam, kulwa, nawet fundamentów.
Stałem przed nią i miałem ochotę powiedzieć wszystko naraz - miałem ochotę powiedzieć, że ją kocham, że kurwa nie spałem normalnie, odkąd zniknąłem, że chodziłem po Rumunii jak po polu minowym i koniec końców wyjebałem się na własnych wspomnieniach. Miałem ochotę powiedzieć, że nie wiem, czy potrafię być tym, czego ona chce. Właściwie wiedziałem, że nie potrafię. Tylko że żadne z tych słów nie mogło przejść mi przez gardło. Podszedłem do torby leżącej na ziemi, kopnąłem ją w jej stronę, mocno.
- Widzisz? Widzisz, jak pięknie by ci się szyło u boku kogoś, kto nosi w tolbie szeszy, za któle w najlepszym lasie spieldala się s klaju, idzie się do Askabanu, a w najgolszym zostaje się bes głowy? - Wypuściłem powietrze z drżeniem, którego nienawidziłem. - Kulwa, Sun. Gdybyś wiedziała, ile lasy… Niewaszne. - Przełknąłem sucho. - Niewaszne.
To „nieważne” było kłamstwem, bo każde „nieważne”, jakie jej kiedykolwiek powiedziałem, było kłamstwem.
- To jest twoje „na zawsze”? - Zapytałem cicho. - To? Ze mną? S człowiekiem, któly nie ma nawet własnego łószka, do któlego mógłby wlacaś? S kimś, kto mieszka gdzieś zaswyszaj tylko dlatego, sze właściciel lokalu jest ślepy na wszystko, dopóki dostaje pieniądze w kopelcie?
„Nie jesteś wystarczający.”
Pieprzone słowa - nie wypowiedziane przeze mnie, tylko przez nią. Nie do mnie - o niej. Ale trafiły we mnie, w sam środek mostka, bo znałem ten ton, nie z rozmów z nią - z rozmów ze sobą. Stałem więc, próbowałem przetrawić, przełknąć, cokolwiek, ale to się nie dało przełknąć - zostało jak kolczasta kula w gardle. Chciałem zareagować od razu wtedy, gdy to powiedziała, chciałem rzucić jakimś brutalnym „przestań”, może nawet „nie pierdol”, chciałem ją zatrzymać. Te jej „do tego, że nic nie trwa”, „do tego, że nie jesteś wystarczający”… Kurwa, chciałem ją chwycić za ramiona i potrząsnąć, by nie ważyła się mówić o sobie tym tonem. Wtedy to powstrzymałem, ale teraz?
- Nie jesteś wystalszająca. - Powtórzyłem jej słowa z tamtej chwili. - Ty? Ty pieldolisz takie szeszy o sobie? - Wpatrywałem się w nią jak pojebany, jakbym próbował ją unieść spojrzeniem, przerwać ten ciąg myślowy, ten pieprzony ciąg myślowy, który mnie doprowadzał do szału. Zacisnąłem zęby, bo we mnie wszystko się dosłownie gotowało - chciałem jej przerwać, uciszyć, ruszyć się, ale byłem przyspawany do miejsca, jakby moje ciało odmówiło współpracy, a jedyne, co mogłem zrobić, to słuchać, jak rozbiera moje wnętrzności jednym zdaniem za drugim.
Zacisnąłem dłonie w pięści, zrobiłem krok w tył, wziąłem głęboki oddech - tak, hah, jakby powietrze miało mi pomóc w czymkolwiek.
- „Do tego, sze nie jesteś wystalszająsy”. Świetnie. Zajebiście. A powiedz mi… - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Jak długo byłaś sama zanim pojawiłem się ja, co? Jak długo? Nie mówię o pszelotnym piepszeniu. Od ilu lat nikt nie dotykał cię tak, jak ja cię dotknąłem? Ilu lat nikt nie zaglądał ci do kuchni, do piepszonego łószka, do tej głowy, któla nigdy nie umie odpocząś? - Przełknąłem ślinę, gardło mnie bolało, a ja nie wiedziałem, czemu pytałem teraz, czemu w tej chwili, czemu, do cholery, dopiero teraz. Może dlatego, że patrzyłem na nią jak na kogoś, kogo dotknęła wojna, żałoba, cisza - i że teraz to ja byłem tym, co mogło ją złamać. Może dlatego, że nagle poczułem, że stoję naprzeciw czegoś, co mnie przerastało. - Jak długo nosiłaś na palcu pierścionek kogoś, kogo jusz tu nie było? Ile lat? Na czym opielasz swoje pszekonania, sze dla nikogo nie jesteś wystalszająca? Ile lasy dałaś komuś szansę?Sobie szansę s kimś? - Wiedziałem, że jestem nie fair, wiedziałem, że to nie było pytanie, które powinienem zadawać, qiedziałem też, że jeśli tego nie wyrzucę, to pęknę jeszcze bardziej.
- Nolmalnym. S kimś nolmalnym.
Zacząłem chodzić po pokoju. Prawo-lewo. Tam-z powrotem. Nie mogłem stanąć.
Pierdol się, Fenwick, wychodź stąd.
Powinieneś wyjść.
Masz drzwi trzy metry za plecami. Dwa metry przed twarzą. Metr po boku.
A ja, średnio co kilka chwil, wracałem do punktu wyjścia, który nie znajdował się za drzwiami, praktycznie stałem naprzeciw niej z rozwaloną ręką, rozwaloną głową i czymś, co przypominało serce, ale działało jak uszkodzony organ.
- Mówisz, sze nie jesteś wystalszająsa? - Zapytałem ostro. - Melinie, gdybyś wiedziała, jak balso to ja nie jestem. Nic ci nie dam.
Potarłem twarz dłonią, ból przeszył mnie jak prąd, ale nawet go nie skomentowałem - byłem zbyt daleko w środku własnej głowy. Jej „na zawsze” uderzyło we mnie tak mocno, że musiałem złapać oddech, jeszcze przez kilka chwil odwracając wzrok, stawiając dwa kroki w przód, dwa kroki w tył. Kiedy podniosłem go z powrotem, widziałem w niej wszystko, co powinna była trzymać dla siebie, jeśli chciała ode mnie czegokolwiek sensownego.
- To nie teolia, to plaktyka. - Podkreśliłem, dławiąc się tą goryczą.
Moje „nie mogę” i moje „boję się, że jeśli zrobię krok w tył, to już nigdy nie będę umiał zrobić kroku w przód” - więc zatrzymałem się w miejscu, bo co mogłem zrobić? Zarówno faktycznie, jak i metaforycznie. Przez chwilę stałem tam tak, jakby ktoś jednym ruchem wybił mi wszystkie żebra. Całe powietrze zeszło ze mnie, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać - nie teraz, nie w tej chwili, kiedy stała o krok ode mnie i właśnie rozpieprzała wszystko, co próbowałem trzymać pod kontrolą.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/60fa14a83fe3aa0e9b0d9efa884afe1e/eda29f1c7dc0af6e-0c/s400x600/74e62d73168adf15616879410685cfe5e88d9427.jpg[/inny avek]


RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 25.11.2025

Nie była na to gotowa, ale zaczęła mówić. Z początku nadal spokojnie, nadal tym chłodnym tonem, jakby nic jej nie obchodziło, jakby pogodziła się z tym, że tak miało być, jakby jej to nie ruszało, ale przecież było zupełnie inaczej. Próbowała to sobie wytłumaczyć na swoją logikę, jak zawsze. Rozłożyć problem na części pierwsze, znaleźć odpowiedź, która nasuwała się się sama. Nie szukała rozwiązań, bo wiedziała, że nie są zależne od niej, ale próbowała tylko zrozumieć dlaczego.

Zresztą to nie był pierwszy raz, już wcześniej, gdy wiodła w miarę stabilne życie wiele anlizowała, doszła do wprawy w postępowaniu w sposób, w jaki od niej oczekiwano. Umierała powoli, gubiła w tym siebie, i udawała, że tak jest lepiej, że dokładnie tak powinno być. Dążyła do normalności, której od niej oczekiwano. Tyle, że zawsze było za mało, zawsze znajdował się chociaż dorbny szczegół do którego można się było przyczepić, nie była idealna, a naprawdę się starała. Nie potrafiła spełnić wszystkich oczekiwań, przyniosło to obawy, że zawsze będzie jakieś ale, że zawsze coś lub ktoś będzie ważniejszy od niej.

Początki były przyjemne, miłe, jednak kiedy dochodziło do pokazywania siebie w całej okazałości, zawsze coś się kończyło, zawsze przychodziły problemy, nic co dobre nie trwało wiecznie, życie bardzo szybko to weryfikowało, pogodziła się z tym, próbowała jakoś przetrwać, ale czy to był sposób? Nie do końca, tyle, że nie widziała innego rozwiązania, nie potrafiła go znaleźć.

Może nie powinna tego mówić, ale chciał szczerości, to zaczęła mu ją dawkować w tej najbardziej surowej wersji.

Zamilkła na krótką chwilę, miała przystopować? Ledwie zaczynała. Dopiero próbowała wyrzucić z siebie te wszystkie myśli, które od lat układała w swojej głowie, bo nie chodziło tylko o niego, a o wszystkich ludzi dla których okazała się być niewystarczająca, on, jego decyzja, jego odejście było tylko kolejnym gwoździem, który uderzył w jej trumnę, swoją drogą dość mocno już przybitą.

Kot był tylko symbolem, nie chodziło o niego, a o to, że dotarło do Prudence to, że ten sierściuch wystarczył, żeby go wystraszyć, pojawiła się rysa na tyle głęboka, że przyniosła pęknięcie, przynajmniej tak się jej na ten moment wydawało.

Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia, wpatrywała się w mężczyznę nie odrywając wzroku od jego twarzy nawet na krótką chwilę. Zmrużyła oczy, trawiła te informacje, które miał jej do przekazania. Kot nie był problemem? Chciał zbudować coś wspólnego? Mrugnęła, powoli docierał do niej sens tych słów. Łatwo przyszło jej założenie, że uciekł, bo nie miał chęci bawić się z nią w coś takiego, tylko, że tutaj nigdy nie chodziło o zabawę, najwyraźniej z jego strony też. To nieco ją zaskoczyło, bo nie spodziewała się, że mieli zbieżne podejście, nie po tym, jak odszedł praktycznie bez słowa.

Padło nazwisko Pottera, przez co na jej twarzy pojawił się grymas. Zdawała sobie sprawę z tego, co potrafił, wiedziała, że umiał mieszać w głowie, ale dlaczego miałby to robić Benjy'emu? Przecież się przyjaźnili, a przynajmniej kiedyś tak było. Nie wydawało jej się to do końca logiczne, to nie tak, że nie wierzyła w jego słowa, tylko próbowała znaleźć odpowiedź dlaczego, póki co jednak nic nie przychodziło jej na myśl.

- Co Ci zrobił? Co on Ci zrobił? - Samo najebał mi w głowie niewiele jej mówiło, chciała dowiedzieć się jakichś konkretów, bo to mogło być wszystko. - Dlaczego mi nie powiedziałeś, dlaczego nie powiedziałeś, że coś się dzieje? Dlaczego uważasz, że nie powinnam tego słuchać? Sam mówiłeś o tym, że chciałeś czegoś wspólnego. Zdajesz sobie sprawę, że to wiąże się również z dzieleniem się takimi rzeczami? Z mówieniem o tym, że coś jest nie tak, wspólnym szukaniem rozwiązań. Dlaczego mi nie zaufałeś? - Nie dawała mu chyba powodu, aby jej nie ufał, przynajmniej tak się jej wydawało. Być może było to jego podejście, że ze wszystkim musiał radzić sobie sam, widziała przecież jak reagował na każdy, nawet najdrobniejszy problem, od razu budował wokół siebie mur, dzięki któremu odgradzał się od ludzi, nawet tym, którym na nim zależało. Na dłuższą metę tak się nie dało, nie kiedy przy okazji bez żadnego wytłumaczenia zaczynał się wycofywać, bo albo był z nią, z tym całym swoim bagażem, albo nie.

- Wiesz, że nie będę przy Tobie tylko, kiedy wszystko wydaje się być w porządku? - Najwyraźniej musiał to usłyszeć. Byli popaprani, mieli swoje doświadczenia, które najwyraźniej dość mocno odbijały się na teraźniejszości.

Później postanowiła wylać z siebie to wszystko, co skrywała pod tym płaszczem obojętności. Musiała się tym z nim podzielić, wyrzucić z siebie, to powinno zostać powiedziane wprost, aby nie pojawiły się żadne niedopowiedzenia, już nie. Pękła więc i tak po prostu, zwyczajnie zaczęła mówić, drżącym głosem, z mniejszą pewnością siebie, ale mówiła, sięgała po wszystkie słowa, które ślina przynosiła jej na język. Starała się jakoś trzymać, starała się nie uronić nawet jednej łzy, chociaż spodziewała się tego, że to może być za dużo, że może tego nie dźwignąć, bo pewnie nie spodziewał się tego, że mogłaby w ogóle o tym myśleć, mieli pewne założenia, których miała się trzymać, tyle, że nic z tego nie wyszło. Przekroczyła wszystkie granice, przez co aktualnie stawała się emocjonalnym wrakiem, bo miała świadomość, że nie powinna była tego robić, tyle, że ona chciała się poparzyć, chciała poczuć, że żyje, chociaż ten jeden raz, no i jej się to udało.

Ja nie jestem, ja nie potrafię. Przełknęła głośno ślinę, kiedy to usłyszała. Drgnęła jej dolna warga, starała się nad nią panować, ale wychodziło jej to nieco pokracznie, przez co zacisnęła usta. Nie mogła mieć o to do niego pretensji, prawda? Wiedziała, jak miało to wyglądać, wiedziała, że nie chce tego samego, a mimo wszystko spróbowała. Nie mogła przynajmniej sobie zarzucić tego, że nic nie zrobiła. To, że nie przyniosło to niczego, to zupełnie inna sprawa.

- Wystarczyłoby, żebyś spróbował być moim domem, zresztą już to robiłeś. - Przez to właśnie przepadła, dawał jej ciepło, bezpieczeństwo, to, czego brakowało jej przez ostatnie kilka lat życia. Mogła być przy nim sobą, akceptował ją taką jaka była, to było wiele, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy, nie miał pojęcia, że dla niej było to coś wyjątkowego.

Drgnęła, kiedy kopnął w torbę, która leżała na ziemi, ten dźwięk przeszył ciszę, która ich otaczała.
- Nie jesteś jedynym, który robi rzeczy za które można trafić do Azkabanu, czy stracić głowę. - Być może ona robiła to z mniejszą intensywnością, bo przecież oficjalnie była przede wszystkim urzędnikiem, ale znała ryzyko. Miała do czynienia z różnymi ludźmi, wiele widziała, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z czym to się jadło, chociaż może nie było tego po niej widać.

- A próbowałeś znaleźć łóżko do którego chciałbyś wracać? Jakoś ostatnio? Nie wydaje mi się, przyjąłeś, że to jest Ci pisane, życie w ten sposób. - Zdawała sobie sprawę z tego, że kiedyś próbował, że był taki moment w czasie, gdy starał się stworzyć z kimś dom, nie wyszło, ale to nie definiowało jego jako człowieka, nie powinien się w tym zatracać, nie powinien się karać za to, że kiedyś mu nie wyszło.

- To, że kiedyś Ci się nie udało nie świadczy o tym, że nie zasługujesz na coś lepszego. - Musiała to powiedzieć, bo miała wrażenie, że nie widział dla siebie niczego stałego, nie widział możliwości, które przecież istniały.

Uniosła nieco brew, kiedy znowu się odezwał. - Tak, ja, ja nie jestem wystarczająca. - Powtórzyła te słowa, bo najwyraźniej nie docierało do niego to, że mogła o sobie tak myśleć. To nie było chwilowe, od lat dusiła to w sobie, od lat miała takie wrażenie.

- Z kimś normalnym? Z kimś normalnym? - Miała ochotę się roześmiać. Co właściwie było normalnością? Od zawsze starała się jakoś do niej dążyć, a miała wrażenie, że te ramy normalności tylko ją dusiły, powodowały, że zaczynała umierać od środka, dusić się.

- Ja sama nie jestem normalna, jak miałabym szukać czegoś, co będzie normalne? Przez wiele lat próbowałam udawać, że tego właśnie chcę, że tego pragnę, że jestem stworzona do życia w normalności, ale moje życie zaczęło tracić sens, to udawanie, próby bycia jak inni powodowało, że zgubiłam w tym siebie, wiesz? Ograniczanie się, bo ludzie będą gadać, bo będą krzywo patrzeć, bo jesteś taka, a nie inna. Spojrzenia rzucane ukradkiem, czy przypadkiem znowu gdzieś nie odpłynęłam, czy trzeba będzie szukać wytłumaczenia, co tym razem było ze mną nie tak. Wieczne pretensje... - Odetchnęła głęboko, zaczynało się z niej wylewać zdecydowanie zbyt wiele, nigdy jednak nie miała szansy tego z siebie wyrzucić, nikomu wcześniej o tym nie opowiadała, chciał prawdy, miał dostać prawdę.

- Idealny pan auror pasował do uzdrowicielki z Munga, tylko problem był jeden, uzdrowicielkę ciągnęło do nieznanego, lubiła przekraczać granice, a to przecież nie wypadało, bo jeszcze ktoś by się dowiedział. - Taka była jej historia, chociaż brzmiało to, jakby mówiła o kimś obcy. Nie mogła być zupełnie szczera, musiała ukrywać część swojego życia, ciągle obawiając się tego, że gdyby jej ówczesny narzeczony dowiedział się zbyt wiele, to pewnie sam nie miałby problemu z tym, aby wpierdolić ją do Azkabanu za poznawanie tych dziedzin magii, których inni się bali. Czy to było wymarzone życie?

- Więc wybacz mi, ale z normalnością nie jest mi po drodze, nie chcę jej. - Szczególnie, gdy widziała, że życie może wyglądać zupełnie inaczej, lepiej.

- I mam prawo zastanawiać się nad tym, czy jestem wystarczająca, czy znowu nie zrobiłam czegoś, czego nie powinnam. - To nie była tylko jej fanaberia, miała podstawy, aby sądzić, że coś jest z nią nie tak.

- Dwa i pół roku? - Sama nie do końca wiedziała ile. - chociaż pewnie i dłużej, to że jesteś z kimś nie oznacza, że nie jesteś jednocześnie sam. - Tak naprawdę wydawało jej się, że większość jej życia wiązało się z tym poczuciem samotności, do którego przywykła, starała się wpuszczać ludzi do swojego życia, ale mieli oni w zwyczaju odchodzić.

- Nikt mnie nigdy nie dotykał tak jak Ty. - Wyrwało jej się w końcu, bo to, co ich połączyło uważała za coś zupełnie innego, nowego, czego jeszcze nie miała szansy nazwać. - Nikt nigdy nie chciał wiedzieć, co siedzi mi w głowie, wiesz, raczej po prostu pojawiały się oczekiwania, ramy, w które próbowano mnie wsadzać, a ja w to szłam, bo przecież wypadało, bo czas ucieka, bo trzeba się dopasować. - Miała do siebie żal o to, że wcześniej się nie stawiała, ale próbowała robić to, co trzeba, zawsze starała się trzymać tych pierdolonych zasad, które wymyślał ktoś inny, jak na tym wyszła? Cóż, można było zobaczyć to teraz.

- Pierścionek? Nosiłam ten pierścionek dla świętego spokoju, nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułam, że nie muszę dłużej udawać, że mam to za sobą. - Po raz kolejny był pierwszą osobą, z którą się tym podzieliła. - Pierścionek był tarczą, która chroniła mnie przed kolejnymi ludźmi, z którymi nie chciałam mieć nic wspólnego, łatwo się nosi żałobę, a jest całkiem wygodna. - Bo powodowała dystans, mało kto chciał się do niej zbliżać, bo przecież była kobietą, którą spotkała tragedia, a do takich lepiej się nie zbliżać.

- Czy Ty naprawdę myślisz, że musisz mi coś dawać? Zresztą już dałeś mi więcej niż ktokolwiek inny. - Rozluźniła swoje dłonie, przestała je ściskać, najwyraźniej te wszystkie słowa, które z siebie wyrzuciła pomogły, w końcu powiedziała to komuś, w końcu się tym podzieliła.

- Gówno prawda. - Nie były to może szczególnie elokwentne słowa, jednakże w tej chwili chyba tych jej nieco brakowało.




RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 25.11.2025

W tym mieszkaniu było duszno, cholernie, absurdalnie, do granic możliwości duszno - nie dlatego, że brakowało tu powietrza, wręcz przeciwnie, okno było nieszczelne, a chłód z ulicy sączył się powoli do środka, ale dlatego, że każde jej słowo sprawiało wrażenie, jakby rozpychało się w mojej klatce piersiowej, próbowało zrobić tam dla siebie miejsce, wyciskając ze mnie resztki tlenu. A ja byłem zbyt wściekły, zbyt zmęczony, zbyt rozłożony na części, żeby temu zapobiec. Nie od razu wiedziałem, gdzie mam patrzeć. Jej głos rozcinał powietrze w tej klaustrofobicznej klitce, jak skalpel, a ja stałem naprzeciw niej, cały w napięciu, z obolałą ręką i krwią pulsującą mi w skroniach. Każde kolejne zdanie, które wypowiadała, trafiało we mnie jak cios, chociaż wypowiadała je takim tonem, jakby odczytywała raport z sekcji zwłok - spokojnie, sucho, rzeczowo. Właśnie to doprowadzało mnie do szału bardziej niż cała treść - ta jej pozorna równowaga, odcięcie, obwarowanie, które teraz pękało, ale nadal próbowała je utrzymać jak tarczę. A ja, kurwa, nie miałem już siły na jej tarcze. W tej jednej chwili czułem się nagi, rozbrojony, bezbronny jak dzieciak, którego pierwszy raz ktoś popchnął w błoto. Mówiła tym tonem, którego nienawidziłem w niej najbardziej - wyuczonym, chłodnym, perfekcyjnie kontrolowanym, takim, jakiego używała do przekazywania rodzinom pacjentów, że ich bliscy nie przeżyli zabiegu. Tym tonem, który był jak sterylne narzędzie - bezpieczny, gładki, obojętny, martwy. Kiedy wyciągała go wobec mnie, zawsze miałem wrażenie, że wkłada między nas szybę, przez którą będę musiał walić pięściami, żeby się do niej dostać. A walczyłem już dzisiaj wystarczająco, z kimś innym, z własną głową, z tym, co we mnie siedziało. Nie miałem siły na walkę z nią, a jednak słuchałem, nic innego mi nie pozostało.
Nie mogłem jej jednak przerwać, nawet kiedy chciałem, a chciałem, kurwa, co drugie zdanie, bo każde uderzało we mnie jak strzałka w żywą tarczę - precyzyjnie, celnie, tak boleśnie, że aż czułem to w kościach. Stała przede mną i mówiła tym swoim idealnie wyważonym tonem, jakby opisywała sekcję zwłok, a ja czułem, jakbym sam właśnie był tym ciałem, ale nie mogłem jej przerwać, miała do tego prawo, bo ja ją do tego prawa doprowadziłem.
A potem kot.
Kot, który urósł jej do metafory końca świata. Wystarczył, by uwierzyła, iż ją zostawiłem, bo była niewystarczająca, wszystko inne było ważniejsze od niej, znowu była tłem dla lepszych wyborów - musiałem odwrócić wzrok, chociaż nawet nie pomyślałem, że to robię. Zrobiłem to instynktownie, jak zwierzę, które musiało uciec od zbyt mocnego światła. Zacisnąłem rozwaloną dłoń, aż ból wreszcie wydobył ze mnie zawieszone powietrze. Symbol - tak łatwo było jej to ułożyć w głowie, tak naturalnie, jakby wszystkie klocki już dawno do siebie pasowały, tylko ja byłem na tyle głupi, żeby nie widzieć, że wchodzę w z góry przegraną konfigurację. Wciągnąłem powietrze, gwałtownie, jakby ktoś zatopił mnie pod wodą i dopiero teraz wypuścił. Włosy opadły mi na twarz, odsunąłem je gwałtownie, zirytowany samym sobą.
- Ja… - Zacząłem, ale głos mi ugrzązł, zamiast tego przesunąłem językiem po zębach i zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż mnie zabolało. Ona miała rację - spirala, w której tkwiłem przez te tygodnie, była moją winą, nawet jeśli ktoś inny ją zapoczątkował, to ja zostawiłem ją samą z tymi wszystkimi interpretacjami - i nic dziwnego, że ułożyła je po swojemu.
Kurwa, Fenwick, ogarnij się.
Spróbowałem jeszcze raz.
- Nie ufałem sobie. - Powiedziałem w końcu, niskim, ochrypłym głosem. - Nie tobie. Nigdy nie tobie. - Wziąłem gwałtowny oddech, mając wrażenie, że powietrze w mieszkaniu zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie, gęste. Przez sekundę wydawało mi się, że Romulus stoi za mną, opiera mi łokcie o ramiona, szepcze wprost do ucha. „Najebał mi w głowie” brzmiało prosto, a to nie było proste - nie było, kurwa, nawet blisko prostoty.
Przed oczami miałem ognisko, zapach dymu, jej twarz w tamtym świetle, jego, stojącego naprzeciwko mnie, z wahadełkiem, jakby trzymał mnie na niewidzialnej smyczy.
„Dlaczego mi nie powiedziałeś?”
„Dlaczego nie zaufałeś?”
„Dlaczego uważałeś, że nie powinnam tego słuchać?”
Bo był powód, jeden z tych powodów, które nie mieszczą się w gardle, i same ich koncepcje wystarczają, żeby zrobić komuś krzywdę. Przez sekundę nie umiałem nawet oddychać. Bo jak miałem jej to wytłumaczyć? Jak miałem powiedzieć to kobiecie, dla której byłem bezpiecznym miejscem, że tamtego poranka, pierwszy raz po kochaniu się z nią, jak wariat, jak dzieciak, jak największy farciarz na świecie, wypowiedziałem sam do siebie rzeczy, które brzmiały jak manifest pierdolonego Śmierciożercy? Jak miałem wytłumaczyć, że to nie byłem ja, że to nie była moja myśl, że to nie była moja cholerna wola, że to było obce, zimne, wślizgające się jak trucizna pod skórę? Wypuściłem drżący oddech i spojrzałem na nią tak, jakby jedno z nas miało pójść w płomienie.
- Nie chciałem, szebyś spojszała na mnie i zobaczyła wlogość, któlą plóbował mi wcisnąś. Jusz dostatesznie się na nią napatszyłaś. - Powiedziałem szorstko. - Nie chciałem, szebyś się bała, sze ja… Ja… Bo… - Zaciąłem się. - Bo nie mogłem patsześ ci w oczy i pszyznawać się, sze mój własny pszyjaciel plóbował zlobiś ze mnie piepszone naszędzie zemsty za coś, czego mu nawet nie zlobiłaś - Powiedziałem to w końcu. - Słyszałem swoją chujową welsję. - Powiedziałem i wcale nie zdziwiło mnie, że mój głos zabrzmiał niżej, ciężej. - Nie jego. Swoją. Aloysiusa jebanego Benjamina Lookwooda. Szeszy, któlych nigdy bym telas nie powiedział, nawet pod glośbą. Szeszy, któle bszmiały jakbym miał w głowie czyjś obcy ton, ton człowieka, któlym nie jestem, tego, któlym powinienem zostaś, złoszony s jego ideologii, jego obsesji, jego bludów. - Wciągnąłem powietrze gwałtownie, jakby bolało. - Lomulus wsadził mi w głowę szeczy, któle bszmiały jak ideały jebanych Śmielcioszelców. Czystość klwi. Hielalchie. Nadludzie i podludzie. Zwieszęta i szlachetni. To było jak Impelius, nie hipnosa. Nie taki, któly kasze ci tańczyś, tylko taki, któly nakłania cię do… - Przełknąłem ślinę, która miała smak rdzy. - Na tym ognisku… Pamiętasz, kulwa, pamiętasz. Byłaś tam. Wszyscy byli. - Wychrypiałem, zacisnąłem dłoń i prawie zawyłem pod nosem, bo kości bolały mnie żywym ogniem. - Nie mógł znieść tego, sze wyblałem ciebie. Bo ja… Kulwa… Wyblałem cię. Znacznie wcześniej nisz wtedy, tylko skulwiol był ślepy. - Wyplułem to w końcu, za późno, ale jednak. Zrobiłem krok, potem drugi, słuchałem jej dalej, ale czułem, jak całe wnętrze przewracało mi się na drugą stronę.
- Nie chciałem pszyjść do ciebie i bledziś jak popieldolony fanatyk. Nie chciałem, szebyś zobaczyła mnie w takiej welsji. Nie chciałem tego na tobie powiesiś. To wszystko. - Wiedziałem, że ona nie wierzy w takie „to wszystko”, i miała rację - to nie było wszystko, ale było prawdziwe. Tak prawdziwe, że aż czułem, jak mnie skręcało od środka.
- Tak, wiem. - Mruknąłem, ale zabrzmiało to jak ponura kpina. Zaśmiałem się cicho, szorstko, prawie rozpaczliwie. - Wiem. Kulwa, wiem. Ale ja… - Pokręciłem głową. - Ja nigdy nie miałem nikogo, komu mógłbym powiedzieś w ten sposób, sze coś jest nie tak. Nigdy. Zlosum to. Więc jak, do chuja, miałem nagle zacząś mówiś tobie? Jak miałem uwieszyś, sze mogę ci pokazaś tę stlonę? Całe szycie, Sun, całe jebane szycie byłem uczony, sze jeśli coś jest nie tak, to zaciskasz zęby i idziesz dalej. A jeśli potrzebujesz pomocy, to jesteś słaby. A jeśli powiesz za duszo, ktoś to wykoszysta. Więc tak, spieldolę, zanim powiem za duszo. To mój odluch walunkowy. Ja nie chcę, szebyś była pszy mnie, kiedy jest źle. - Wyrzuciłem, pękając na pół. - Bo kiedy jest źle… Wtedy jestem najgolszy. Wtedy mówię szeszy, któoych nie chcę. Nie chcę, szebyś poznała mnie w tej welsji. A poznasz. - A niebo wie, że tego bym sobie nie wybaczył - nigdy.
A potem przyszła lawina - jej wyznanie o domu, o tym, że już to robiłem, dawałem jej ciepło. Ale zamiast ulgi, poczułem coś, czego się nie spodziewałem - strach. Ten sam, który czułem, gdy pierwszy raz zobaczyłem trupa nie tam, gdzie powinien leżeć. Ten sam, który czai się, gdy patrzysz na klątwę i wiesz, że jeśli zrobisz jeden zły ruch, eksplodujesz. Mimo to, tylko uśmiechnąłem się gorzko, chyba pierwszy raz od początku rozmowy.
- Tak. - Mruknąłem. - Pieldolę, Sun… Oczywiście, sze tak. - Spojrzałem jej w oczy.
- Wiesz, gdzie to łószko było. I blat, stół, kanapa… - To zabrzmiało jak wyznanie głupca, ale taka była prawda - dotyk naszych ciał był zawsze bliski katastrofy, bo w nim kryła się cała pęknięta historia.
W mieszkaniu panował półmrok, powietrze było ciężkie, wypełnione napięciem, które czułem w kościach, w karku, w rozpieprzonej dłoni. Stała naprzeciwko mnie, po tym wszystkim, co wylała z siebie, jej słowa wciąż we mnie buzowały, krążyły we krwi jak trucizna i lekarstwo jednocześnie. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż coś chrupnęło.
- A co, jeśli zasłuszyłem jusz dawno na coś golszego? - Odpowiedziałem bez namysłu. - To nie jest fałszywa pokola. To fakt. Mam na sumieniu szeszy, za któle powinienem wisieś. - Zaciąłem się, bo słowo, które przyszło pierwsze, było zbyt brzydkie, żeby powiedzieć je na głos. Torba przesunęła się po podłodze, ciężka, wypchana rzeczami, które prawdopodobnie nie powinny nigdy znajdować się w jednym pomieszczeniu z normalnymi ludźmi. Jej wzrok powędrował za nią, ale natychmiast wrócił do mnie.
Byłem wściekły, byłem zmęczony, byłem rozbity, ale stałem jak pojebany i słuchałem, jak rozkładała przede mną każdy swój strach, każdą swoją ranę, każde swoje „nie jestem wystarczająca”, i nie wiedziałem, czy bardziej chciałem rozwalić ścianę, czy sam siebie.
„Tak, ja nie jestem wystarczająca.” - To, to jedno, to mnie znowu rozerwało na dwie części.
- Nie. Pieldol się s tym. Nie. Nie będziesz mówiś, sze nie jesteś wystalszająca. Nigdy, kulwa, nie mów, sze jesteś niewystalszająca. - Wyrzuciłem ostro, jakby ktoś mnie ciął od środka, nadałem temu ton zbyt niski, zbyt złamany, żebym mógł go później odszczekać. - To, sze otoczenie miało jebane wymagania, któlym nikt by nie splostał, nie znaczy, sze ty zawiodłaś. To znaczy, sze oni byli ślepi. - Fuknąłem, wskazując gdzieś w pustkę, gdzie zalegały wszystkie jej duchy, wszyscy ludzie, którzy ją zawiedli. Przeszedłem dwa kroki w jedną stronę, potem dwa w drugą, jak zwierzę w za ciasnej klatce. - Nie śmiałabyś tego powiedzieś, gdybyś widziała, jak ja na ciebie patszę. - Wychrypiałem. - Nigdy, pszenigdy. Bo ja… Ja nie znam nikogo, kto miałby w sobie tyle ognia. Ty się tylko nauczyłaś pszyklywaś go tym jebanym lodem. - Chciałem brzmieć ostro, wyszło, jakbym się dławił.
A potem powiedziała:
„Nikt mnie nigdy nie dotykał tak jak ty.”
I było po mnie, nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, kiedy skończyła mówić - to było jak oberwanie w mordę czymś tępym i ciężkim, takim, co najpierw ogłusza, a dopiero potem zaczyna boleć. To zdanie trafiło we mnie z taką mocą, że nawet nie próbowałem się przed nim uchylić, to nie była pochwała, nie była tęsknota, nie była erotyczna nuta - to była prawda, surowa, obnażająca, jedna z tych prawd, które albo człowieka budują, albo niszczą, a ja poczułem, jakby ktoś nagle wyciągnął mi powietrze z płuc.
- Ja nie mogę byś domem. - Moje słowa były chropowate, drżące, jakbym przełykał je z wysiłkiem. - Mój dom płonie ślednio sześć lasy na kwaltał, Sun. - Przymknąłem powieki. - Tym nie buduje się pszyszłości. Tym lujnuje się cudze. - Wyrwało mi się cicho, z takim jadem, że aż mnie samego zaskoczyło. - To jest moje szycie. Altefakty, klątwy, kontlabanda, zlecenia od popieldoleńców, tlup za tlupem. Właśnie takie gówno mam ci do zaofelowania. Nic więcej. - I to był pierwszy moment, kiedy mój głos zupełnie się załamał.
„Nie jesteś jedynym, który robi rzeczy za które można trafić do Azkabanu.”
- Ale ja lobię je legulalnie. - Powiedziałem to głośniej, niż chciałem. - I za pieniądze, nie s ideologii. To tesz nie jest powód do dumy. Splowadzam cię na ten sam tol, co… - Urwałem, dławiąc to w sobie. - Na samotność we dwoje. - Potarłem twarz dłonią, tą zdrową, bo druga pulsowała jakby ktoś wbił mi w śródręcze rozżarzony gwóźdź. - I jeśli mam wybielaś… Wolę byś sam za nas dwoje, nisz szebyś ty miała byś samotna obok mnie.
Bo przecież już przez to przeszła, prawda? Opowiedziała o nim. O idealnym panu aurorze. O narzeczonym, który pasował do zdjęć, do ramek, do rodzinnych obiadów, do ludzi, którzy patrzyli na nią jak na okaz muzealny. O tym, że umierała, dopasowując się. O pierścionku, który był tarczą. O żałobie, którą wygodnie było nosić, bo trzymała ludzi na dystans. Coś we mnie się zacięło, ale nie puściło. Nie czułem ulgi, jak powinienem - bo i tak zjebałem.
- Więc zamiast ideału wzięłaś sobie mnie. -  Powiedziałem powoli, z gorzką ironią. Poczułem gorąco pod skórą - ból i gniew, ale nie na nią, na siebie. Na to, że myślałem, że ona była wierna duchowi, byłem na niego zazdrosny, wyobrażałem sobie, że nigdy nie będę mu dorównywał, byłem tak pewny, że przegrywam z martwym mężczyzną, że nawet nie zapytałem. Wystarczyło mi kilka słów zupełnie kogoś innego.
- Tak. Muszę. Bo jeśli mam twoją miłość, to muszę dać coś w zamian. - Pokręciłem głową. - Nie mogę blaś i znikaś. - Zrobiłem kolejny krok, już naprawdę blisko. Tak, że mogłem czuć jej oddech - jej zapach, ten charakterystyczny, który zawsze rozwalał mi głowę bardziej niż jakikolwiek alkohol czy inne używki. - Bo jeśli to, co ci dałem, było najlepsze… To znaczy, sze nigdy nie dostałaś tego, na co naplawdę zasługujesz. - Roześmiałem się tak słabo, tak pusto, że aż mnie zabolało.
I wtedy przestałem myśleć, po prostu podszedłem. Objąłem ją tak, jakby ktoś wyrwał mi serce i kazał je trzymać w dłoniach - ostrożnie, ale desperacko. Przyciągnąłem ją do piersi, mocno, tak mocno, jakbym mógł ją w ten sposób skleić, jakbym mógł skleić siebie. Pachniała jesienią, kurzem z Nokturnu, kostnicą, którą niosła w spojrzeniu, i sobą. Tą cholerną sobą, której nie potrafiłem przestać chcieć.
Oparłem czoło o jej skroń.
Ramiona mi drżały.
Serce waliło jak młot.
Oddychałem w jej włosy, w przestrzeń za jej uchem, w ciepło jej skóry. Pachniała jak coś znajomego… I cholernie niebezpiecznego. Minuta, dwie - dopiero wtedy zacząłem mówić, głosem zachrypniętym, niestabilnym, wyciągniętym z miejsca we mnie, które zazwyczaj było zamknięte na cztery spusty.
- Nie uciekłem pszed tobą. - Zacząłem cicho, ale każde słowo było jak kolejny gwóźdź w barykadzie, którą odgradzałem się od tego wyznania. - Uciekłem przed tym, co mogę ci zlobiś. Pszed tym, sze wszystko, czego dotykam, plędzej czy póśniej się piepszy. Pszed tym, sze jestem, kim jestem i tego nie zmienię. - Odsunąłem się od niej odrobinę, na tyle, by zobaczyć jej twarz, ale nie na tyle, by puścić. Moje dłonie nadal trzymały ją przy mnie, tak jakby wypuszczenie jej miało rozwalić cały ten moment.
- Myślisz, sze nie chciałem tego wszystkiego? - Zapytałem, nie czekając na odpowiedź. -  Myślisz, sze nie chciałem budziś się obok ciebie? Myślisz, sze nie chciałem cholelnego kota, któly chodzi nam po domu? - Mój głos się urwał, uwięzły w nim rzeczy, których nigdy nie powiedziałem. - Nie umiem daś ci bespieczeństwa, bo ludzie tacy jak ja… - Utrzymałem kontakt wzrokowy, nie chcąc patrzeć na jej reakcję, ale musząc to zrobić. - Nie chcę byś kolejnym duchem w twoim szyciu. - I chociaż odtrącałem ją tymi słowami, mówiłem jej wprost, że nie umiem jej dać tego, czego chce, trzymałem ją jednocześnie tak mocno, jakby była jedynym punktem zaczepienia w świecie, który tylko czekał, żeby nas połknąć. Moje ciało mówiło jedno - nie puszczę. Moje słowa - coś zupełnie odwrotnego.
Ironia.
Udręka.
Prawda.
A ona była w środku tego wszystkiego, w moich ramionach, bliska, zbyt bliska, tak cholernie bliska, że czułem bicie jej serca na własnej piersi, i wiedziałem, że nic na świecie nie jest proste.
Nie z nią.
Nie ze mną.
I nigdy nie będzie.
Ale nie puszczałem.
Nie w tej chwili.
Nie po tych słowach.
Nie po tym, co nam się rozpadło i co, mimo wszystko, jeszcze żyło.
Wierzyła, życie ją nauczyło, że zawsze jest druga, nigdy pierwsza - „wnioski nasuwają się same”.
Nie, kurwa, nie nasuwają się same.
One zostały jej zaszczepione przez lata pieprzonych oczekiwań i ludzi, którzy nie mieli pojęcia, kim jest, a chcieli ją ustawić pod siebie.
A ja?
Byłem tylko kolejnym idiotą, który dorzucił cegłę do jej przekonania, że jak tylko otworzy serce, to ktoś je wyrwie i rzuci w błoto.
Romulus wtedy, na ognisku próbował zwrócić mnie przeciw niej. A ja - nie od razu, ale kurwa mać - pozwoliłem, żeby jego głos wszedł mi do głowy. Pierdolona retoryka o tym, kto powinien z kim się zadawać, o tym, że „ludzie jej sortu tylko ściągną cię na dno”, te wszystkie słowa, których nienawidziłem, których nigdy nie chciałem mieć w ustach ani na nich, które były jak trupi odór po latach wojny z samym sobą, by coś zmienić w życiu.
I nagle były w mojej głowie.
A potem - na moim języku.
Nie pamiętałem ich wszystkich, tylko urywki, ale pamiętałem uczucie - jakby ktoś trzymał mi czaszkę w dłoniach i obracał nią powoli, nieznośnie, aż wszystko zaczęło się rozsypywać.
Próbował mnie od niej odciąć.
Zmusić, żebym ją zobaczył jak zagrożenie.
Bo jej nienawidził.
Bo zawsze nienawidził.
Bo potrafił.
A ja?
Ja stałem wtedy obok niej, nie pozwoliłem jej skrzywdzić, ale pozwoliłem mu posadzić w mojej głowie ziarno, które potem rosło, rosło i rosło, aż zaczęło psuć wszystko, czego się dotknąłem.
Dlatego wyszedłem.
Dlatego odsunąłem się.
Dlatego przestałem spać.
Dlatego w końcu spakowałem się i zwiałem do Rumunii, jakby wyjazd kiedykolwiek rozwiązywał problemy.
Bo jak miałem jej powiedzieć, że ledwo trzymam się rzeczywistości?
Że mówiłem na głos pierdolone treści ideologii, której nienawidziłem od dziecka?
Jak miałem jej powiedzieć, że chwilami nie wiedziałem, czy to ja, czy echo po czyichś zaklęciach?
A ona nadal patrzyła na mnie tymi oczami, jakby chciała mnie rozebrać z każdej warstwy obronnej, jedną po drugiej.
„Wystarczyłoby, żebyś spróbował być moim domem.”
Była jedyną osobą, która naprawdę mogła to powiedzieć i kurwa - mówiła to szczerze.
Ale ja wiedziałem, jak to się kończy.
Zawsze kończy się tak samo.
„Czy ty naprawdę myślisz, że musisz mi coś dawać? Już dałeś.”
Nie dałem.
Dałem jej tylko chaos, mrok i niepewność.
Dałem jej głowę pełną pytań i żadnych odpowiedzi.
Dałem jej kota.
Pierdolonego kota, który był pierwszą rzeczą, jaką przygarnąłem w życiu „wspólnie z kimś”.
I zostawiłem ją z nim jak ostatni skurwiel.
- Ou sé soley simityè mwen. - Przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej, tak blisko, że moje czoło oparło się o jej skroń, a włosy zasłoniły mi pół świata. Oddychałem ciężko, nierówno, jak ktoś, kto od lat nie pozwolił sobie na nic, co drżało pod żebrami - powietrze grzęzło mi w gardle - próbowałem nie myśleć o tym, że może zaraz spróbuje się wyrwać, instynktownie odsunie się ode mnie tak, jak ja odsunąłem się od niej słowami.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/60fa14a83fe3aa0e9b0d9efa884afe1e/eda29f1c7dc0af6e-0c/s400x600/74e62d73168adf15616879410685cfe5e88d9427.jpg[/inny avek]


RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 26.11.2025

Mówiła, chociaż nie wiedziała, czy to ma sens, czy to jest potrzebne, czy faktycznie powinna się tak otwierać. Chciał jednak szczerości, więc postanowiła mu ją dać. Nie był to pierwszy raz, gdy w jego obecności zaczynała pękać, mimo, że obawiała się tego, bo to nie było dla niej typowe, nauczyła się bowiem radzić sobie ze wszystkim sama. Dusić to w sobie i udawać, że ją nie rusza, chociaż przecież ruszało, pod tym całym murem, który wokół siebie budowała przez lata wiele się działo. Nauczyła się jednak cierpieć w samotności, nikomu nie pokazywać tego, jak w środku się rozpadała, do czego ją to doprowadzało. Zakładanie tej chłodnej, zdystansowanej maski było rozwiązaniem, które działało, wiec się tego trzymała.

Łatwo więc jej było przyjąć do wiadomości to, że i dla niego na dłuższą metę ktoś taki jak ona mógł być nie odpowiedni. Szukała problemu w sobie - jak zawsze, bo życzliwi ludzie, których spotykała przez lata zbudowali w niej to wrażenie, że to z nią coś jest nie tak. Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby znowu mieć pretensje do samej siebie, że przez to jaka była coś nie wyszło. Niektórym być może po prostu nie było pisane szczęście, mieli żyć wspomnieniami, dobrze, że choć tyle było jej dane posiadać, nie każdy miał chociaż to. Mogła wracać do tych chwil, gdy było kolorowo, kiedy wydawało jej się, że żyje, umierając przy okazji w teraźniejszości.

Nie przestawała mówić, wyjątkowo dzieliła się swoim pokrętnym myśleniem, swoimi obawami, a właściwie to już nie były w jej mniemaniu tylko obawy, po prostu jej nowa rzeczywistość, akceptowała to, że tak miało być, dlatego sięgała po ten lodowaty ton, mimo, że wewnątrz pojawiały się naprawdę różne emocje. Z każdym, kolejnym wypowiedzianym słowem, zaczynała tracić równowagę, głos zaczynał jej drżeć, powoli chłód znikał, chociaż jeszcze próbowała jakoś z tym walczyć, to wiedziała, że granica jest blisko.

Nie chciała, żeby jej współczuł, nie chciała litości, nie zamierzała trzymać go przy sobie na siłę, bo wiedziała, że to nie miało większego sensu, nie da się zmusić kogoś do tego, aby czuł to samo. Powietrze w tym mieszkaniu robiło się coraz gęstsze, było coraz duszniej, pomimo tego, że starała się oddziaływać chłodem.

Kiedy wspomniał o tym, że nie ufał sobie, nie jej wbiła w niego swoje spojrzenie, nie odzywała się, obserwowała jego twarz. To nie w niej był problem? Nie do końca w to wierzyła, mimo, że chciała uwierzyć, brzmiał jednak całkiem szczerze.

Słuchała tego, co mówił, analizowała każde słowo. Romulus, nie sądziła, że był zdolny do czegoś takiego. Jasne, nie lubili się, ale czy naprawdę, aż tak bardzo mu przeszkadzała, aż tak bardzo nie podobało mu się to, że ktoś z jego otoczenia mógł być z nią bliżej? Nie była przecież najgorszym człowiekiem, Potter coś sobie ujebał i postanowił zrealizować swój plan.

Pamiętała jak wyciągnął wahadełko, jak machał nim przed twarzą Benjy'ego, nie spodziewała się jednak tego, że mogło to nieść ze sobą, aż takie konsekwencje, bo przecież nie robiło się takich rzeczy ludziom, z którymi było się blisko.

Trochę jej się wyjaśniło, nieco zrozumiała, nie przerywała mu w trakcie, jednak musiała się odezwać. Widziała, jak go bolało to, że mówił coś na co nie miał wypływu, że ktoś wpychał mu w usta słowa, które nie należały do niego. Nie było chyba większego skurwysyństwa od mieszania w głowie, to przynosiło wątpliwości, powodowało chaos, na który nikt nie był przygotowany. Brak kontroli, szczególnie w taki sposób mógł być przytłaczający.

- Wiesz, że nie uwierzyłabym, że to Ty, prawda? - Znała go przecież, na pewno zwróciłaby uwagę na to, że nie jest sobą, bo nie był taki. Benjy nie należał do tych skurwieli, którzy uważali, że są lepsi od innych. Zresztą już jako dzieciak miał przez to problemy, był na tyle konsekwentny, że postanowił odejść z tego świata elity, która uważała się za lepszych. Nie patrzył na te ideały, które doprowadziły do wojny. Miał zupełnie inne wartości, i ona nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

- Nie musiałeś sobie z tym radzić sam, to na pewno było wyczerpujące. - Próba trzymania się w ryzach i świadomość, że to może wyleźć na zewnątrz w każdej chwili, bo nie miał na to najmniejszego wpływu. Romulus okazał się być cholernie zawzięty w tym co robił, nie spodziewała się, że będzie w stanie sięgnąć po takie środki, bo to nie było akceptowalne.

- Wybrałeś mnie. - Powtórzyła za nim te słowa, to było dla niej coś zupełnie nowego, nikt inny nie wybrał jej, zawsze znajdowała się gdzieś niżej w hierarchii, nigdy nie była niczyim priorytetem, i poniósł przez to konsekwencje i to cholernie okrutne. Ktoś wsadził mu do głowy te ideały, słowa, których nigdy by nie powiedział, to ją przerażało, że ludzie byli gotowi robić takie rzeczy dla osiągnięcia swoich celów.

- Tylko, że ja chcę być przy Tobie kiedy będzie źle, to nie tak, że zamierzam pojawiać się tylko kiedy wszystko będzie w porządku, na tym to polega, i rozumiem, że ludzie doprowadzili Cię do tego, że zaciskasz zęby i radzisz sobie sam, ale czy naprawdę sądzisz, że w pojedynkę jest łatwiej? Nie możesz walczyć z całym światem bez wsparcia, nie na tym to polega. I tak, wiem, że przyzwyczaiłeś się do tego, ale nie dlatego tu jestem, chcę być przy Tobie wtedy kiedy będzie źle i kiedy będzie dobrze, i wiem, że trudno jest się z tym pogodzić, ale nie wszyscy uważają, że proszenie o pomoc jest oznaką słabości, raczej zaufania, to, że ktoś chce się o Ciebie troszczyć to nic złego. Mam nadzieję, że wiesz o tym, że nigdy nie wykorzystałabym niczego przeciwko Tobie, nigdy też nie uznałabym Cię za słabego, bo jesteś najsilniejszą osobą jaką znam. - To z czym sam musiał się mierzyć przez lata... to było naprawdę przerażające. Starała się zrozumieć to podejście, wiedziała, że szybko nie zmieni przyzwyczajeń, jednak na dłuższą metę nie wyobrażała sobie, aby do tego nie doszło. - Musisz nauczyć się ufać, to nic złego czasem przyjść do kogoś i poprosić o wsparcie, nawet nie prosić, po prostu podzielić się tym, co się dzieje. Mógłbyś się do tego przyzwyczaić, tylko daj sobie szansę, daj nam szansę. - Wiedziała, że prosi go o dużo, ale nie potrafiła inaczej.

Czuła zmęczenie, ta rozmowa była wyczerpująca, poruszała coś wewnątrz, nie spodziewała się, że tak wiele będą mieli sobie do powiedzenia. Obrazek przestawał być taki jasny, te wszystkie zmienne, które się na nim pojawiały otwierały jej oczy, pokazywały jak bardzo są zniszczeni przez ten świat, spotkało ich w przeszłości wiele złego, przez co byli tacy - może trochę popsuci, i ona i on, czy byli w stanie coś z tym zrobić, nie wiedziała, być może mogli być popsuci razem, to też było jakąś opcją.

Powiedziała wiele, zbyt wiele, miała świadomość, że to wszystko mogło być trudne do udźwignięcia, jednak nie zamierzała udawać, że było inaczej. Był jej domem, przez te kilka tygodni, kiedy razem spędzili czuła się, jakby wreszcie znalazła swoje miejsce na ziemi, tylko dlatego, że to on znajdował się obok, że mogła zasypiać i budzić się w jego objęciach, nie potrzebowała niczego więcej - tylko i wyłącznie jego obecności, wiedziała, że to jest sporo, i czy w ogóle powinna o to prosić? To było dużo.

- To łóżko na Ciebie czeka, i reszta, musisz tylko pozwolić sobie odpuścić i uwierzyć w to, że to jest miejsce dla Ciebie. - Łatwo było jej mówić, ale jeśli faktycznie chociaż przez moment stwierdził, że to byłoby to miejsce, to powinien wiedzieć, że na niego czekała. Wątpiła jednak w to, że przy tym sposobie myślenia uda jej się go do tego przekonać. Miał swoje racje, które były w nim bardzo głęboko zaimplementowane. Widziała, że próbował, ale nie do końca chciał sobie dać szansę, nie miała pojęcia, jak mogłaby na niego wpłynąć, robiła co mogła, ale była na straconej pozycji.

- Nie obchodzi mnie to, nie obchodzi mnie to, co robiłeś, mam to gdzieś, jak mogłabym się tym przejmować, gdy kiedy znajdujesz się obok, ja w końcu czuje, że żyje? Jak? - Zdawała sobie sprawę, że robił w przeszłości rzeczy, które mogły wzbudzać kontrowersje, nie do końca akceptowalne, ale co z tego? W tym momencie podchodziła do tego naprawdę egoistycznie.

Kiedy powiedział kolejne słowa, zaprzeczył temu, w co wierzyła, na czym się skupiała zabrzmiał bardzo ostro, jakby uderzyły w nią jej słowa na swój temat. Tylko, że dla niej to było nic wielkiego - pogodziła się z tym, że nie jest idealna, że powinna się zmieniać, dostosowywać, spełniać oczekiwania innych, przy nim czuła, że może być sobą, on dawał jej to poczucie, że wszystko z nią w porządku, że to jaka jest to nic złego, po raz kolejny to potwierdzał. - To nie jest takie łatwe, kiedy ciągle z każdej strony dostajesz sygnały, znaki, trudno jest je ignorować. - Przy nim nie musiała tego robić, przy nim faktycznie mogła być sobą, dlatego leciała do niego niczym ćma do światła, dlatego tak łatwo było jej się przed nim otworzyć. Zresztą od zawsze tak to wyglądało. - Musiałam się jakoś dostosować, jakoś odnaleźć, tak było wygodniej. - Niż wiecznie wysłuchiwać tego, że nigdzie nie pasuje. - Ty zawsze byłeś inny, nie gasiłeś mnie, raczej wkładałeś mi w ręce kolejne zapałki i razem patrzyliśmy, jak świat płonie.

Widziała po nim, że jej słowa w niego uderzały, ale chciał szczerości, to mu ją dawała. Odsłoniła się przed nim całkowicie, chociaż nie było to proste, bo wiedziała, że niektóre z jej słów mogą zostać odebrane jako desperacja, ale chciała, żeby to wszystko usłyszał, chciała, żeby miał świadomość, jak wiele dla niej znaczył, że był wyjątkowy pod każdym względem, chociaż ciężko mu się było z tym pogodzić.

- Uważasz, że to tylko Twój wybór? - Uniosła głowę, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, układała myśli, których w tej chwili miała naprawdę wiele, bo wylało się z nich wszystko.

- Być może nie możesz, ale moim się stałeś. Nie chcę Cię zmieniać, jeśli Twój dom płonie średnio sześć razy na kwartał, to razem będziemy gasić pożary, razem będziemy sobie z tym radzić, bo chcę być tam gdzie Ty, czego nie rozumiesz? - Jeśli myślał, że to ją odstraszy to był w błędzie. Nie zamierzała łatwo się poddawać, nie tym razem, nie kiedy wiedziała, że nie chodziło o nią, jednak nie. - Czy nie można skupić się na teraźniejszości? - Przyszłość... skąd właściwie wiedzieli, że jakaś będzie, nie mogli przewidzieć, kiedy nadejdzie śmierć, szczególnie, że żyli w wątpliwych czasach. - Tu i teraz, to jest najważniejsze. - Próbował przekonać ją do tego, jak okropnym jest wyborem, ale czego by nie powiedział, to nie miało zmienić jej zdania. To jego chciała, nikogo więcej, czy mu się to podobało, czy nie.

- Każdy robi to co musi, żeby przetrwać, taki znalazłeś sposób na życie, nie boję się trupów. - Artefaktów, czy klątw, była gotowa na to, że jego życie wyglądało właśnie tak, przecież wiedziała o tym od początku, gdyby nie była na to gotowa, to by się przed nim nie otwierała, nie przyjęłaby go z otwartymi ramionami do swojego życia.

- Gdybym ja miała wybierać... - a jak wiadomo nie był to jej wybór, nie zamierzała jednak kryć swojego zdania, nie kiedy mówił o tym w ten sposób. - To wolałabym mieć Cię chociaż na chwilę, niż być sama do usranej śmierci. - Nie dostrzegał tego, co widziała, nie czuła się przy nikim w ten sposób, nie chciała szukać innych możliwości, nie kiedy jedyna właściwa stała tuż przed nią, bo wiedziała, że był wszystkim czego potrzebowała.

- Nie możesz pogodzić się z tym, że jesteś moim ideałem? - Uniosła nieco ton głosu, nie podobało jej się to, w jaki sposób się widział, nie kiedy dla niej był przecież tego zupełnym przeciwieństwem, nie zamierzała pozwolić na to, żeby szukał ciągle w sobie kolejnych wad.

- Nie musisz mi dawać nic w zamian, wystarczy, że też będziesz mnie kochał, to i tak więcej niż ktokolwiek był mi w stanie dać. - Wypluła to z siebie jednym tchem, wcale nie tak łatwo było się jej tym podzielić, zresztą ta cała rozmowa naprawdę dużo ją kosztowała, to było wiele, ale musiała się przed nim otworzyć, chciała, żeby wiedział, żeby poznał jak najwięcej jej myśli, jakby to mogło coś zmienić.

- A na co Twoim zdaniem zasługuje? Na co? - Wydawało jej się, że miał jakieś oczekiwania, co do tego, które nie miały najmniejszego sensu. Ona nie potrzebowała wiele, wystarczyło, aby pojawił się w jej życiu ktoś, kto przyjmie ją taką, jaka była, i on przecież to robił. Akceptował ją w całej okazałości, nic innego nie potrzebowała.

Wtedy do niej podszedł. Objął, schował przed całym światem. Emocje, które ją wypełniały wydawały się odpuszczać, jak zawsze zresztą. Jego dotyk przynosił spokój i ukojenie, dygotała przez chwilę, aż zaczęła oddychać spokojnie. Znajomy zapach, jego oddech na jej włosach, to za każdym razem działało w ten sam sposób. Pozwalało jej zdejmować ten mur, którym się otaczała, nie musiała dłużej się bronić, nie przed nim.

Ta chwila wystarczyła, aby zapomniała o całym gównie, które się wylało, znowu poczuła się jak w domu, dlaczego tak bardzo nie chciał uwierzyć w to, że był jej ostoją?

Wszystkie jego słowa świadczyły o tym, że kwestionował swoją obecność w jej życiu, wystarczył jednak ten jeden gest, to przyciągnięcie jej do siebie, żeby wiedziała, że to nie jest takie proste. Czuła, że chce tego samego, chociaż bał się po to sięgnąć. Widział w sobie problem, ogromny problem, może nawet komplikacje, która mogła bardzo namieszać. Tylko, że ona była na to gotowa, była gotowa wpuścić go do swojego życia z całym tym pakietem, już to zresztą zrobiła, i niczego nie żałowała.

- Daj temu szansę. - Musiała się odezwać, nie zamierzała pogodzić się z tym, że najwyraźniej próbował się z nią żegnać, nie była na to gotowa, nie chciała tego.

Wszystko jednak wydawało się świadczyć o tym, że podjął już decyzję, że zamierzał odpuścić. - Pozwól nam zaistnieć, nie podejmuj decyzji przez widma przeszłości. - Gdyby chociaż mieli szansę spróbować, wierzyła w to, że znaleźliby jakiś sposób, aby to zadziałało. - Odpuść, przestań myśleć i po prostu spróbuj. - Prosiła go o wiele, nie sądziła, że się zgodzi, nie po tym wszystkim, co jej powiedział, mimo wszystko naprawdę wierzyła w to, że jest dla nich jakaś szansa, że nie pojawili się teraz w swoich życiach bez przyczyny i miała zamiar o to zawalczyć.

Nie miała nawet pojęcia, jak w tej chwili ze sobą walczył, póki jednak mogła, wtulała się w niego tak mocno, jak tylko się dało, póki był obok, był blisko, póki jeszcze miała ku temu okazję, bo czuła, że podjął już decyzję. Nie chciała, żeby strach przed tym, jak może, ale nie musi wyglądać przyszłość odebrał im szansę na odrobinę szczęścia, bo wystarczająco już się wycierpieli w swoich życiach.




RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 26.11.2025

Jej głos był na początku jak chłodny przeciąg w pustym mieszkaniu, coś między oddechem a ostrzem, którym rozcinała siebie i mnie. Słuchałem tego tonu, tej maski, tego zdystansowanego głosu, który tak dobrze znałem, i który doprowadzał mnie do szału - nie dlatego, że był ostry, tylko dlatego, że był nieprawdziwy. Ona nigdy nie była zimna, udawała, kurwa, jak ona udawała - i jak ja to czułem. Gdy przeszliśmy do Romulusa, w mojej głowie na moment zgasło światło, ten obraz wrócił - ognisko, ciemność, jego ręka, wahadełko, ten nagły chłód, który wlał mi się do czaszki jak trucizna.
- Kulwa, Sun, wiem. Ty widzisz mnie takiego, jakim miałbym byś, gdybym nie był, jebana maś, zbudowany s tego całego gówna, któle mnie ufolmowało.
Chciałem - naprawdę, ale to nie zmieniało faktu, że w moich oczach zasługiwała na kogoś normalnego, a nie na kogoś, kogo można było popchnąć w stronę ideologii, których nienawidził. Nie na kogoś, kto nie potrafił odróżnić, co było realne, a co mu wciśnięto… A ja pamiętałem - pamiętałem te dźwięki, które nigdy nie istniały, paniczny strach i słowa opuszczające moje usta, sączące się na zewnątrz, jak trucizna. Wspominając to nadal miałem ochotę wypłukać sobie mózg spirytusem.
„Nie musiałeś sobie z tym radzić sam, to na pewno było wyczerpujące”, uśmiechnąłem się krótko, ostro, bez cienia radości.
- Wyczelpujące? - Wyrwało mi się wreszcie. - Sun, ja myślałem, sze tlacę zmysły. Byłem niebespieczny, mogłem ci coś powiedzieś, zlobiś, ale złego. Nie doblego, nigdy doblego. Tylko czekałem, aż coś we mnie się pszełamie i… I będę kimś, kto cię lani. Więc tak, tszymałem to w sobie, bo nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. - Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że coś we mnie drgnęło, jakby żałosna resztka godności spróbowała się ratować, ale było już za późno. Były chwile, kiedy słyszałem w sobie głos, którego nie było, a potem mówiłem rzeczy, które nie należały do mnie - te wszystkie pojebane teksty o czystości krwi, o wyższości… Ja - zdrajca krwi - ja to mówiłem.
Wiedziałem, że mogłem jej to powiedzieć, a przynajmniej spróbować to zrobić. Powinienem to, kurwa, wiedzieć od początku, w głębi duszy pewnie tak było, ale to nie miało znaczenia, bo ja… Ja nie wierzyłem sobie - byłem jak rozjebane radio, które łapało nie swój sygnał. Słyszałem własny głos, ale nie swoje myśli, a kiedy patrzyłem na nią wtedy, tej nocy, z kotem… Bałem się, że jeśli zacznę mówić, to coś przez moje usta wyjdzie, a nie będę miał pojęcia, czy to jestem ja.
- Sun, ja nie umiem inaczej. - Skrzywiłem się, jakbym sam smakował gorycz własnych słów. Całe moje życie to było jedno wielkie „radź sobie sam”. - Miałem jebnąś na kolana i powiedzieś „latuj mnie, kulwa, bo nie wiem, co czynię”? Ja nie umiem. Nie umiem, kulwa. - Powiedziałem, nie podnosząc głosu, ale słowa były twarde jak beton, za który prawdopodobnie mnie miała. Wzruszyłem ramionami, ale to było raczej poddanie niż gest - nie izolowałem się dlatego, że tak chciałem. Robiłem to dlatego, że nie umiałem inaczej, całe życie przerabiałem gówno w samotności, kiedy ktoś wyciągał dłoń, ja jej nie widziałem, bo patrzyłem, skąd przyjdzie kolejny cios. Ja nie znałem innego sposobu - jak zwierzę w pułapce, które uczy się odgryzać własną łapę. Nie miałem odruchu, żeby do niej przyjść, nie dlatego, że jej nie ufałem - dlatego, że nie ufałem światu, sobie, wszystkiemu, co we mnie siedziało.
Nie wiedziałem, jak się robi coś takiego jak „przychodzenie po pomoc” - „Hej, ktoś mi pierdoli w głowie, możesz potrzymać mnie za rękę?” - nie wiedziałem, jak wygląda życie, w którym ktoś wtedy mówi „opierdol się na mnie, byku, wytrzymam”, nawet jeśli od młodości miałem przyjaciół, którzy pewnie by to dla mnie zrobili.
Chciałem dodać coś jeszcze, ale jej następne słowa trafiły mnie prosto w krtań.
„Wybrałeś mnie.”
Prawie zamknąłem oczy, prawie.
- Tak. Kulwa tak. - Mruknąłem od razu, bez wahania, jakby to było najprostsze zdanie świata. - Wyblałem cię wtedy, lata temu, kiedy nawet sobie tego nie uświadamiałem. Wyblałem cię, kiedy na mnie wszeszczałaś. Wyblałem cię, kiedy mnie nienawidziłaś. Wyblałem cię, kiedy mnie dotknęłaś, kiedy byś mose nawet mnie chciałaś. A potem to jebnąłem, i próbowałem to naplawiś, i znowu jebnąłem. Bo ja zawsze coś rozpieldalam. Wszystko, czego dotknę, się pieldoli. - Wybrałem ją, zanim miałem prawo cokolwiek wybierać, wybrałem ją, zanim wiedziałem, co kurwa robię, a potem robiłem wszystko, żeby ten wybór zrobić najgorzej, jak się da, to też potrafiłem perfekcyjnie. - Wybielając ciebie, wystawiłem cię na ogień, a ty nawet nie zdawałaś sobie splawy, sze stoisz na polu minowym. - Odpowiedziałem twardo, za szybko. - To, sze kilka lasy zrobiłem dla ciebie coś, by to odpokutowaś, to nie znaczy, sze nagle stałem się tym, kogo powinnaś mieś obok. - Przygryzłem wargę, aż poczułem metaliczny smak. Przecież ona zasługiwała na kogoś, kto wybierze ją mądrze, nie z desperacji, nie z przyciągania, nie z bólu. Wiedziałem, że powiem za dużo, ale przestałem już kontrolować, co wypływało ze mnie, nawet jeśli nie chciałem wdawać się akurat w te szczegóły. - Gdybym mógł cofnąś się do tamtego stycznia, jeszcze przed tym… Chyba bym się sam pieldolnął cegłą w łeb. - Pokręciłem głową tak gwałtownie, że aż mnie zabolał kark.
Nie przerwałem jej, ani razu, nawet kiedy słowa zaczęły we mnie wchodzić jak odłamki szkła. Stałem tam, jak idiota, z ramionami nadal napiętymi, jakbym jeszcze przed sekundą trzymał jej nadgarstek, co nie było nieprawdziwe, a teraz zostawiłem w powietrzu resztki własnej wściekłości. Słuchałem - słuchałem, jakby dla odmiany mogło mnie to kurwa uratować, chociaż przecież nic już nie miało prawa mnie uratować. Nikt nie rodził się dwa razy - ja już raz wróciłem do życia, wtedy, gdy wypierdoliłem z kraju pod fałszywym nazwiskiem, przeżywając tak wiele  popierdolonych dni i nocy, i od tamtej pory tylko czułem, jak we mnie przybywa pęknięć.
- Powinnaś mieć gościa, któly wlaca codziennie do domu. A ja wlacam, jeśli nie wszuci mnie do piachu jakiś cholelny klient. - Zamknąłem oczy, na ułamek sekundy, bo jak na nią patrzyłem, to mnie skręcało. Nie przemawiały do mnie te argumenty, chciałem się roześmiać - nie dlatego, że była w błędzie, tylko dlatego, że nigdy w życiu nie słyszałem niczego, co bardziej we mnie bolało. Zasługiwała na życie, które nie było jebanym polem minowym, nie na gościa, który spał z różdżką pod poduszką i torbę trzymał spakowaną na wypadek, gdyby musiał wyjść natychmiast. Zasługiwała na łóżko, które było domem, ja byłem łóżkiem polowym. Zasługiwała na faceta, który budował dom, nie na takiego, który chował się jak jebany lis w norze, bo połowa ludzi w mieście chciała mu coś urwać. Ona mówiła dalej, a ja oddychałem jak ktoś, komu ktoś postawił but na płucach.
- Powinno. - Odparłem. - To powinno cię obchodziś, bo jeśli zostaniesz pszy mnie, to któregoś dnia ktoś zapuka do twoich dszwi, a mnie nie będzie.
Nie zasługiwała na człowieka, który znał więcej trupów niż normalnych ludzi. Człowieka, który był wszystkim, czego nie powinna chcieć. Nie chciałem tego, żeby miała z tym styczność, nie chciałem jej dłoni ubrudzonych moją przeszłością.
- Powinnaś mieś kogoś, kto maszy s tobą o załoszeniu oglodu, nie kogoś, kto dokładnie wie, ile tlupów mosna zakopaś na jednym aksze ziemi. Ty zasługujesz na coś innego nisz gościa, któly zna więcej zaklęś zabijających nisz leczniczych. - Wiedziałem, że przesadzam, to autodestrukcja, ale musiałem to powiedzieć, bo pamiętałem każde gówno, które zrobiłem, każde miejsce, z którego uciekłem, każdego trupa, który się po mojej robocie przewrócił. Mówiłem to, bo wiedziałem, że przeszłość takich jak ja nie zostaje w przeszłości. Ona wraca - ona kurwa zawsze wraca.
- Ale ja nie chcę, szebyś musiała gasiś cokolwiek. Nie chcę, szebyś szukała mnie jak zgubionego psa. „Źle” pszy mnie to nie metafola. - Przejechałem językiem po spękanej wardze. - Sun… „Źle” pszy mnie to nie są kłótnie o bałagan w kuchni, „źle” to nie jest, kulwa, spóźnienie na landkę albo zapomnienie o losznisy. U mnie „źle” to telepoltowanie się s losbitym łbem. - Rozłożyłem ręce. - „Źle” przy mnie to klew na suficie, spalony plóg, klątwy. - Wciągnąłem powietrze tak ostro, jakby mnie ktoś zdzielił w żebra. - Ty zasługujesz na „źle”, któle kończy się seksem na stojąco, tusz za dszwiami, plawie w plogu, nie „źle”, któle kończy się w gazecie. - Nawet teraz oddychałem tak, jakby ktoś właśnie trzymał mi nóż między łopatkami. Nie potrafiłem ustać w miejscu - zrobiłem krok w bok, potem w przód, dłonie drżały, jakbym miał ją chwycić albo coś rozpierdolić, sam nie wiedziałem co.
Kiedy powiedziała, że próbowała być taka, jak trzeba, że ludzie przez lata uczyli ją, że jest niewystarczająca, że zawsze jest jakiś powód, żeby ją skreślić - miała rację, wtedy, gdy to mówiła - nie byłem gotów na ten rodzaj bólu. Nie byłem gotów na ciężar tego, co niosła na barkach. Nie wiedziałem, jak kurwa mam unieść to razem z nią. Słuchałem, bo to było jedyne, co mogłem zrobić, choć całym ciałem błagałem, żeby to przerwała, bo nie wiedziałem, jak do kurwy nędzy mam to wszystko przyjąć.
- Bo tylko to potlafię, dawaś ludziom ogień. - Zaśmiałem się bez humoru. Najgorsze było to, że z każdym jej słowem czułem, jak tracę grunt pod nogami, jakbym kurwa naprawdę próbował utrzymać się na jakiejś cienkiej desce dryfującej po rozlewisku Missisipi. A ona patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem - pełnym wiary w coś, czego ja w sobie od dawna nie widziałem, i to mnie rozjebywało bardziej niż cokolwiek innego.
- Nie jestem twoim ideałem. - Odpowiedziałem od razu. - I właśnie dlatego jestem dla ciebie niebespieczny. - Wysyczałem. - Bo godzisz się na okluchy, kiedy powinnaś mieś cały pieldolony chleb. Jestem twoją klęską, a ty nawet tego nie widzisz. Lanmò swiv mwen. - „Śmierć za mną chodzi.”
Wszystko, co powiedziała, przechodziło przeze mnie, jak ogień po wyschniętej trawie, każde zdanie wbijało się pod skórę głębiej, niż potrafiłem to znieść, bo mówiła tak, jakby „teraz” było jedynym, czym trzeba było się martwić, a ja widziałem za sobą wszystkie te lata, cały ten syf, który nosiłem, wszystko, co mogło ją zniszczyć przez sam fakt, że stała za blisko. Ideał gotował obiady do teściów, podlewał ogródek, chodził do pracy na ósmą, kupował meble na kredyt i planował wakacje. A ja? Zaśmiałem się ponuro, bez radości, sam do siebie, kręcąc głową. Ja z mojego życia mogłem jej dać tylko to, że jak spadnie dach, to umiem go połatać zaklęciem, i że wiem, jak utrzymać ciepło, kiedy zabraknie prądu, ale to nie było życie, które powinna prowadzić. Miałem w życiu pierdolone trzy tryby -  walcz, uciekaj, zabij. To nie było „odpisałem komuś niegrzecznie”, to były momenty, kiedy stałem nad trupem i nie wiedziałem, czy powinno mi być przykro.
Wyprostowałem plecy. Przeszedłem obok niej, potem z powrotem, jak drapieżnik w klatce, ręce trzęsły mi się tak, że aż pstryknąłem knykciami zdrowej dłoni. „Ideał”, tak?
- Twój ideał chodzi na obiady do teściów. Ja nawet nie wiem, jak się tszyma nósz na pieczonym kulczaku, szeby nie wyglądaś jak zagloszenie. - Przeciągnąłem dłonią po twarzy, szarpiąc się za włosy tak mocno, że aż mnie zabolało. - Zasługujesz na faceta, któly potlafi wbiś gwóźdź plosto, a nie tylko wbija ludziom ostsza w szebla i nazywa to „dniem”. - Wyplułem to przez zęby, wściekły na siebie, na świat, na wszystko.
Nadal tego nie rozumiała - nie pojmowała, że zasługiwała na dom, na taki prawdziwy, nie na moje pieprzone pół-życie. Na kogoś, kto będzie ją trzymał za rękę na rodzinnych obiadach, kto posadziłby jej róże pod oknem, kto zapytałby jej ojca o zgodę. Na pierdolony ogródek, biały płotek i wkurwiających teściów. Na życie, w którym największa troska to to, że ciasto nie wyrosło, a nie to, czy ktoś nie owdowieje zanim jeszcze zdążycie się poznać do końca.
- Nolmalny facet kupiłby ci pielścionek, ja mogę ci kupiś nósz, to mówi samo za siebie. - Podszedłem do niej krok po kroku, jak zwierzę, które samo nie wie, czy chce się przytulić, czy ugryźć. Kopnąłem torbę, aż ponownie się przewróciła, metalowe części brzdęknęły złowrogo.
Kiedy powiedziała „na co zasługuję?”, poczułem, jak coś we mnie pęka, jakby ktoś wsadził łapy do środka mojej klatki piersiowej i próbował rozerwać mnie na dwie części - jedną, która chciała ją tu, teraz, natychmiast, i drugą, która chciała ją odepchnąć, zanim zdąży się przy mnie spalić. Czułem, jak palce drżą mi tak mocno, że musiałem zacisnąć je w pięść, żeby nie złapać jej od razu za twarz i nie przyciągnąć tak, że zabrakłoby nam powietrza. Spojrzałem na nią, a gardło miałem zaciśnięte jak węzeł.
Zbliżyłem się do niej za szybko, za gwałtownie, jakbym potrzebował tego dotyku bardziej niż tlenu, bał się, że jeśli nie dotknę jej natychmiast, to coś ważnego wyparuje ze mnie bezpowrotnie. Oddychałem ciężko, szybciej, jak ktoś, kto właśnie wyszedł spod wody i nie chciał wracać w odmęt, zamknąłem ją w ramionach, schowałem twarz w jej włosach, oddychając tak ciężko, jakby ktoś trzymał mnie pod wodą. Prawda była zgoła gorsza - dusiłem się, nie tylko we własnej głowie, nie w sercu, tylko gdzieś głębiej, tam gdzie człowiek zwykle chowa instynkt samozachowawczy, a ja najwyraźniej go nie miałem. Otarłem się czołem o jej czoło, tak blisko, że ciepło jej skóry paliło mnie jak cholerny żar klątwy - pachniała domem, bezpiecznym domem, domem, który nie powinien był być mój.
Przyciągnąłem ją do siebie zanim jakakolwiek myśl zdążyła wyciągnąć mnie z tej decyzji, to było czyste, pierwotne odruchowe działanie, jakby całe ciało samo pamiętało drogę do jej skóry, a rozum próbował za tym nadążyć dopiero po fakcie. Zamknąłem ją w ramionach mocniej, niż powinienem, tak jakby tylko siła mogła powstrzymać cały ten popierdolony świat przed rozerwaniem nas na strzępy. Czułem, jak trzęsły mi się dłonie - obie, nie tylko ta rozwalona - i chciałem je uspokoić, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej drżały. Przesunąłem twarz do jej włosów, zacisnąłem powieki i wciągnąłem w płuca ten znajomy zapach, który od tak wielu dni próbowałem z siebie wyplenić, bezskutecznie. Słowa, które chciałem powiedzieć, paliły mnie od środka, aż musiałem je zdusić w jej włosach, bo wypowiedziane głośno rozniosłyby mnie na kawałki.
- Pa mette mwen la-pa monte mwen sou piédestal. - „Nie stawiaj mnie na piedestale.”
- Bo stamtąd najłatwiej spaść. - I ja bym spadł, z hukiem. - Nie chcę, szebyś w tym była. I nie dlatego, sze cię lekcewaszę, tylko dlatego, sze cię, kulwa, kocham, jeśli mnie wybieszesz, to plęsej czy póśniej skończysz sama. Tout seul. S pustymi lękami i wspomnieniami po kimś, kto kochał cię balsiej, nisz powinien. - Wymknęło mi się „kocham”, ale ton był surowy, twardy, nieprzyznający, nie tak, jak powinien brzmieć przy czymś słodkim, łagodnym, uczuciowym. Trzymałem ją już przy sobie, tak blisko, że gdyby odsunęła się choć o centymetr, pewnie bym ją złapał z powrotem, instynktownie, jak człowiek, który tonie i chwyta pierwszy dostępny oddech. To nie było romantyczne, nie „zostań ze mną”, tylko desperackie, żarłoczne, jak wszystko we mnie.
Odsunąłem twarz minimalnie, tylko tyle, żeby spojrzeć jej w oczy - byłem rozbity, rozjebany, cały mój gniew zmienił się w coś, co aż paliło za mostkiem. Moje dłonie przesunęły się z jej ramion na jej talię, jakbym chciał ją podnieść, posadzić na tym cholernym biurku, w tej cholernej klitce, zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, a przecież jednocześnie wiedziałem, że muszę puścić. Czułem jej ciepło przez ubranie - pieprzone, uzależniające ciepło.
- Ty naplawdę nie masz pojęcia, jak balso ja cię… Kulwa… - Musiałem przerwać, zacisnąłem szczękę, bo czułem, że głos mi się łamał. Palce zacisnąłem się na materiale jej płaszcza tak, jakbym tonął i to było jedyne, czego mogłem się chwycić. - Kiedy mówisz takie szeczy… Sze jestem twoim wybolem, twoim ideałem, sze chcesz mnie choćby na chwilę… Ja… Kulwa… Ja mam ochotę po plostu podelwaś cię na ten jebany stół. - To wyszło samo. - I błagaś. Tande? Błagaś cię, szebyś mi wybaczyła. Jakbyś telas powiedziała „chodź”, to bym cię tam poniósł. - Głos mi się urwał - nie dlatego, że nie chciałem mówić, ale dlatego, że nie mogłem. Dlatego, że musiałem. - Bo to by było ploste, losumiesz? - Przycisnąłem ją mocniej, aż jej oddech uderzył w moją szyję - Mógłbym cię blaś tak, szebyś zapomniała, jak masz na imię, szeby całe twoje ciało pamiętało tylko mnie, szebyś mi wybaczyła… Szebyś spojszała na mnie tak, jak wtedy, w tej twojej cholelnej kuchni… - Zacisnąłem zęby, wbiłem twarz w jej włosy, potrząsnąłem głową, jak próbując się otrzeźwić z czegoś, co było silniejsze ode mnie. Moje dłonie przesunęły się jej po plecach, drżały. - Ale to nie byłoby kochanie, Sun. To by nie było naplawienie czegokolwiek. - Czułem jej włosy pod ustami, pachniała jak dom, jak coś, czego nie powinienem dotykać, bo mogłem to spalić samą swoją obecnością. - To byłoby rsznięcie. To byłoby zasłonięcie tlupa nowym psześcieladłem. - Wysyczałem jej to w skroń - tak, bolało, że wiem, czym różni się jedno od drugiego. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż coś chrupnęło. - I ja… Ja nie chcę cię dotykaś tylko po to, szeby udawaś, sze mnie masz. - Potknąłem się o własny oddech, o słowa, które paliły jak tamten rumuński alkohol. - Bo jak cię piepszę - to było złe słowo, najgorsze, ale nie miałem innego - to zapominam o wszystkim i jestem w stanie ci przysiąc, sze będę tym, czego potszebujesz. - Wyciągnąłem rękę i zsunąłem palcami pasmo jej włosów za ucho, powoli, jakby miało mnie to uspokoić, ale było odwrotnie. - Nie zasługujesz na to, szeby twoje pierwsze „kocham cię” po tych wszystkich latach było powiedziane do faceta, któlego tszeba naplawiaś.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/60fa14a83fe3aa0e9b0d9efa884afe1e/eda29f1c7dc0af6e-0c/s400x600/74e62d73168adf15616879410685cfe5e88d9427.jpg[/inny avek]


RE: [8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 27.11.2025

Starała się dystansować, tak było prościej, przynajmniej dopóki wydawało jej się, że odpowiedzialność za to, że postanowił odejść leży na jej barkach, kiedy te wszystkie swoje domysły ułożyła w całość, w obrazek, który idealnie się narysował. Z każdą jednak minutą tej rozmowy docierało do niej, że to nie do końca było prawdą, że tym razem się pomyliła, co musiała chyba po prostu zaakceptować, powoli więc zaczynała ściągać maskę, przestawała sięgać po ten chłód, bo zdawała sobie sprawę, że nie miało to większego sensu, nie musiała się za nim chować, nie w tej chwili, nie przy nim, nie tym razem.

- Nie, widzę Cię takim jakim jesteś, jakim jesteś przy mnie. - To nie była jakaś wyidealizowana wizja jego osoby, ona naprawdę widziała go właśnie w ten sposób, nie miała pojęcia dlaczego nie chciał w to uwierzyć. Nikt nigdy nie traktował jej tak, jak on, nikt nigdy nie dał takiego poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, nikt nigdy tego nie zrobił. Dla niej był wyjątkowy, taki jak był, nie musiał nic zmieniać, ale nie do końca chciał to widzieć.

Nie było wiele osób, które potrafiły reagować na hipnozę, mało kto potrafił reagować, gdy ktoś wchodził do jego umysłu, to, że ktoś próbował w ten sposób coś zdziałać nie było winą zainteresowanych, nie mieli wpływu na to, że ktoś postanowił się nimi bawić, czy wsadzać w głowy posrane ideologie. To nie była jego wina, że Romulus okazał się być skończonym idiotą, który postanowił namieszać mu w myślach. Nie miał na to najmniejszego wpływu, nie prosił się o to, ten idiota wykorzystał chwilę, bo chciał pokazać swoją dominację, gdyby nie wahadełko to nie byłby w stanie nic zrobić, to była jego cała siła.

- Nie robiłeś tego świadomie, to nie byłaby Twoja wina, tylko tego, kto spowodował, że zachowywałeś się w ten sposób. Wiem przecież, że sam z siebie nigdy byś mnie nie skrzywdził, ani nie pozwolił mnie skrzywdzić. Nie masz jednak wpływu na to, że ktoś Ci zrobił coś takiego. To nie byłeś Ty. - Nie mógł brać na siebie odpowiedzialności za coś, czego nie robił z własnej woli, zresztą nie widziała go wtedy, nie dopuścił do tego, żeby cokolwiek zauważyła, trzymał to wszystko w sobie, poza nią. - Łatwiej byłoby mi zrozumieć, gdybym wiedziała, to wszystko, no i mogłabym Ci pomóc szukać rozwiązania, zrozumiałabym. - Nie mogła do końca poradzić sobie z tym, że wolał odejść niż przyznać się, że ktoś namieszał mu w głowie. To musiał być jakiś jego odruch bezwarunkowy, ucieczka, jakby zniknięcie powodowało, że pozbędzie się problemu.

- Nie, wystarczyłoby, że powiedziałbyś, że coś Cię niepokoi, to wszystko, to nie jest takie trudne. Zaufanie się z tym wiąże Benjy, że nie ma się problemu z tym, aby mówić o wszystkim, co się dzieje. Nawet jeśli nie ufasz sobie to ufasz mi, to działa w dwie strony. - Miała świadomość, że bywały takie moment, że można było zacząć wątpić w samego siebie, wtedy dobrze było mieć przy sobie kogoś, kto przypomni kim naprawdę jesteś, kto utrzyma cię nad powierzchnią kiedy zaczniesz zachłystywać się wodą.

Niby próbowała sobie tłumaczyć, że jego podejście wynikało z lat nie najlepszych doświadczeń, nie był taki bez powodu, życie go ukształtowało w ten sposób, jednak uważała, że akurat nad tym warto było popracować. Musieli być ze sobą szczerzy, musieli się dzielić swoimi troskami, zwłaszcza kiedy mogło to nieść ze sobą jakieś niebezpieczeństwo.

Obserwowała go uważnie, kiedy się odezwał, słowa które padały z jego ust brzmiały bardzo pewnie, nie wahał się nawet sekundy, zanim je wypowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. On naprawdę ją wybrał, już dawno temu, poruszyło to Prue naprawdę głęboko, bo nikt, nigdy tego nie zrobił, a on jeszcze mówił do niej w ten sposób.

- Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy. - Nie sądziła, żeby wiedział, nie wydawało jej się, aby zdawał sobie sprawę z tego, jakie to było dla niej wyjątkowe. Zawsze była stawiana za kimś, lub za czymś, a on właśnie oznajmił ją, że ją wybrał, już dawno temu. Zresztą wiedziała o tym co nieco, czytała jego notatki, wyjaśnił jej dlaczego wtedy ją porzucił, naprawdę starała się rozumieć te argumenty, teraz porzucił ją po raz drugi i znowu to nie było takie zerojedynkowe. To nie była prosta sytuacja.

- Być może tego nie wiedziałam, ale nie zmienia to faktu, że i tak przetrwałam. - Jakoś sobie z tym poradziła, jakoś udało jej się przetrwać mimo tej niewiedzy.

- Niespecjalnie interesuje mnie już to, co powinnam. - Ten czas się skończył, teraz bardziej chodziło o to, czego sama chciała. Nie zamierzała spełniać żadnych powinności, czy cudzych oczekiwań, bo wiedziała, że nie doprowadzi jej to do niczego dobrego, miała ochotę sięgać po to, na czym jej zależało, bez względu na wszystko, a jakoś tak się złożyło, że ze wszystkich ludzi na świecie postanowiła zapragnąć jego, pokochała go, czy mu się to podobało, czy nie i nie mógł nic z tym zrobić.

- A co jeśli nie chcę kogoś takiego? Czy w ogóle bierzesz to pod uwagę, że nie chcę mieć gościa, który wraca codziennie do domu punkt piętnasta, co on niby miałby mi do zaoferowania? Punktualność? Codzienne powroty? W życiu chodzi o coś więcej niż o stabilność, chciałabym je przeżyć, a nie egzystować. - Uniosła nieco ton głosu, co było czymś nowym podczas tej konwersacji. Miała wrażenie, że Benjy na siłę próbował ją wsadzić w jakieś ramy, w których nie mogłaby się odnaleźć, które zupełnie jej nie odpowiadały. Nie chciała tego.

- Wiesz o tym, że nie jestem bezbronna? Że potrafię sobie radzić, nie jestem krucha? Jeśli ktoś do mnie zapuka niech próbuje, ale to raczej nie ja powinnam się martwić. - Jasne, być może Prue nie wyglądała na wojowniczkę, zresztą nie musiała, bo wcale nią nie była, to znała jednak zupełnie inne metody, dzięki którym mogła sobie poradzić z nieproszonymi gośćmi, no o ile do ich wizyt doszłoby podczas jej obecności. Żałowała, że nie było jej w mieszkaniu, kiedy ktoś postanowił je zniszczyć, chętnie pokazałby tej osobie swoje możliwości.

- Nigdy nie chciałam mieć ogrodu, zdecydowanie wolę trupy, niż kwiatki, żeby tacy jak ja mogli uzdrawiać inni muszą rzucać inne zaklęcia, tak działa ten świat, jeśli myślisz, że to mnie odstraszy to naprawdę się mylisz. Ja dużo widziałam Benjy, naprawdę wiele widziałam, w przeszłości, teraźniejszości, mało co jest mnie w stanie zdziwić. - Nie była wrażliwa na śmierć, nie bała się jej, wiedziała, że jedni musieli umierać, po to, by inni mogli żyć, tak wyglądał ten świat, to nie było coś szczególnie skomplikowanego.

- Wolę Twoje źle, niż obce dobrze, nie rozumiesz tego? Ja też wybrałam Ciebie, z tym całym pakietem, który Cię otacza, wiem, jak bardzo może być źle, ale wiem też, jak jest kiedy jest dobrze i jestem na to gotowa. - Mógł mówić swoje, najwyraźniej jednak Prue też miała swoje zdanie, którego jego argumenty nie zmieniały. Oczywiście, jak zawsze akceptowała to, że myślał swoje, co jednak nie oznaczało, że miało to mieć wpływ na jej podejście.

- Dlaczego kwestionujesz moje zdanie? Dlaczego nie potrafisz tego zaakceptować? Dlaczego nie wierzysz w to, że nim jesteś? - Nie potrafiła zrozumieć, że mówi o sobie jako o jej klęsce, naprawdę nie widział tego, że przy nim w końcu zaczęła oddychać?

- Mój ideał potrafi spowodować, że żyję, mój ideał zachęca mnie do przekraczania granic, mój ideał umie roztopić ten lód. - Gdzieś miała to o czym mówił, nie potrzebowała tej stabilności, o której wspominał, już to miała kiedyś przynajmniej po części i wiedziała, że nie jest do tego stworzona, nigdy nie chciała pasować do obrazka, do norm, które ktoś sobie wymyślił i uważał, że każdy może się w nich odnaleźć. Nie bez powodu sięgała po to, co zakazane, nie bez powodu szukała dla siebie różnych możliwości.

- Dostałam już pierścionek i jakoś niespecjalnie mnie to uszczęśliwiło. - Było raczej drogą ku autodestrukcji i zgubieniu samej siebie. - Jeśli postanowiłbyś mi kupić nóż, to musiałbyś też mi pokazać jak się nim walczy, bo gdzie powinnam nim ranić to wiem. - Bo nie miała w tym żadnego doświadczenia, a szkoda, żeby się marnował, skoro już miałaby go dostać. Nie widziała w tym żadnego problemu, bo ona wcale nie chciała pierścionka, nie chciała tego wszystkiego, co mogło wydawać się spełnieniem marzeń dla większości, chciała czegoś więcej, i wiedziała, że on może jej to dać. Nie obchodziły jej te rozważania, o tym, na co jego zdaniem zasługuje, wiedziała, że to nie jest to, że nie tego pragnie, nie kiedy wiedziała, jak to jest być z nim. I mógł próbować ją przed sobą chronić, mógł uważać, że tak będzie lepiej, ale ona wcale tego nie chciała, nie potrzebowała, bo podjęła już decyzję, wystarczyło tylko, żeby i on chciał spróbować, zobaczyć, że nie będzie im pisane takie fatalne zakończenie.

Zamknął ją w swoich ramionach, i czuła, że wreszcie jest na swoim miejscu, mimo tych słów, które padły z jego ust, mimo, że bronił się przed tym jak cholera, to i tak to zrobił. Miała wrażenie, że walczy ze sobą, walczy z tym, czego chce, a co powinien, gdyby tylko przestał myśleć o tym wszystkim, co może pójść nie tak. Chciał dla niej dobrze, rozumiała to, jednak nie sądziła, że zdawał sobie sprawę, że dla niej już nie było odwrotu. Zakochała się w nim, wiedząc jaki ciężar nosi na swoich barkach, mając świadomość, jak może wyglądać życie z kimś takim, tego chciała.

Drgnęła gdy usłyszała kocham, i być może zabrzmiało to szorstko i surowo, jednak było potwierdzeniem tego, że czuł to samo, co ona. Nie była w tym sama, chociaż, czy to zmieniało cokolwiek, kiedy tak się bronił przed tym, aby mogli zrobić coś z tym więcej, niż cierpieć?

- Myślę, że niektóre wspomnienia są warte swojej ceny. - Czy właśnie nie o to w tym wszystkim chodziło? Prue widziała wiele wspomnień, nie tylko swoich, często zatracała się w tym, co przytrafiło się innym ludziom, i łatwo przychodziło jej podejście, że lepiej było coś przeżyć, niż żałować, że nie pozwoliło się sobie na to, żeby żyć. Widziała ludzi, którzy byli kurewsko nieszczęśliwi, bo się ograniczali, bo strach kazał im postępować odpowiedzialnie, czy było to coś warte? Czy kiedy nadejdzie faktyczny koniec zaznają spokoju, czy będą się zastanawiać nad tym, jakby to było, gdyby kiedyś postąpili inaczej?

Przymknęła na moment oczy, gdy poczuła jego dłonie sunące po jej ciele, tak łatwo było przy nim się zapomnieć, ignorować wszystko, co działo się wokół, nie przejmować niczym, a przecież czuła, że to był ich koniec, że raczej nie było już odwrotu, bo miał tę swoją wizję, bo wydawało mu się, że nie może jej przynieść niczego dobrego i był w tym tak kurewsko zawzięty, że wiedziała, że nie jest w stanie przekonać go, że widzi to zupełnie inaczej. To, czego chciała, miało się nigdy nie wydarzyć, nie było już dla nich nawet teraźniejszości, chociaż trwali teraz przy sobie, jakby świat znowu na moment się zatrzymał.

I miała ochotę powiedzieć chodź, miała ochotę zatracić się znowu w jego dotyku, pozwolić im na to, żeby znowu przekroczyli granicę, żeby zapomnieli o wszystkim, co dzieje się wokół, ale tego nie zrobiła. Spoglądała zamiast tego na niego uważnie, chcąc zapamiętać to, co widziała w jego oczach. Dostrzegła w nich prawdę, czuła, jak ze sobą walczy, i robił to po to, żeby to ona nie musiała się później po tym wszystkim składać na nowo. Nie chciała tego, była gotowa na wszystko, byleby choć przez chwilę znowu móc przeżyć to, co z nikim innym nie było możliwe, jednak się powstrzymała.

Wiedziała, że miał rację, nic nie miałoby znaczenia, gdyby ich ciała znowu znalazły się na sobie, gdyby zrobił to wszystko o czym mówił, na samą myśl bowiem co mógłby z nią zrobić miała nogi jak z waty i gotowa byłaby mu się tu oddać, mimo wszystko. Tylko co dalej? Co później, kiedy wszystko świadczyło o tym, że nie ma dla nich już nadziei.

Wyciągnęła dłonie, oparła je na jego torsie. Trawiła te wszystkie słowa, które padły z jego ust, była to prawda podana w bardzo bezwzględny sposób. Nie odsunęła się jednak, chociaż przecież to byłoby najbardziej właściwe, powinna to zrobić, ale nadal nie chciała się oddalić, bo czuła, że jeśli zrobiłaby krok w tył, to wszystko by pękło, rozsypało się w drobny mak. - Rozumiem więc, że nie ma opcji, żeby zakopać trupa. - Zaczęła mówić, cicho, ton jej głosu był spokojny, jednak nie chłodny, chociaż w środku czuła, że się rozpada, bo miała nieuchronne wrażenie, że zbliżali się do momentu, w którym nie będzie już odwrotu, kiedy powiedzą sobie za dużo i faktycznie wszystko się skończyć.

- Nie chciałam Cię naprawiać, raczej byłam gotowa stanąć obok i po prostu być, to jednak chyba nie jest tym, co wydaje Ci się słuszne. - Nie mogła zmienić jego podejścia, nie mogła wymagać od niego tego, żeby obiecał jej coś, czego nie był w stanie spełnić. Kochała go, kurewsko go kochała, ale to niczego nie zmieniało, siłą przecież nie mogłaby go przy sobie zatrzymać, to nie miałoby sensu, on by się męczył, a to było ostatnim, czego pragnęła.

- Wiesz, że zawsze będę czekać, gdybyś jednak stwierdził, że chcesz zaryzykować, że potrzebujesz czegoś innego, to będę czekać. - To mogła mu zapewnić. - Najwyżej uschnę z tęsknoty, ale będę trwać, egzystować, wspominać to, co mi pokazałeś, to jak to było być z Tobą, mieć Cię chociaż przez chwilę. - Bo nie równało to się z niczym innym. - i kocham Cię, kocham Cię tak mocno, że nie mogę dopuścić do tego, żebyś robił coś przeciwko sobie. - Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Mówił, że nie zasługiwała na to, żeby pierwsze kocham od lat padło w jego stronę? Cóż, ona uważała inaczej, chciała, żeby to on właśnie usłyszał te słowa z jej ust, wręcz przeciwnie zasługiwał na to, jak nikt inny, i już nic nie mógł z tym zrobić, bo słowo się rzekło, bez najmniejszego zawahania je wypowiedziała, bo była pewna tego co czuła.