![]() |
|
[12.12.1959] Tarot [jednopostówka] - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [12.12.1959] Tarot [jednopostówka] (/showthread.php?tid=5377) |
[12.12.1959] Tarot [jednopostówka] - Robert Albert Crouch - 27.11.2025 12.12.1959
Nie wiedział, jak Vanessie wpadła w ręce talia tarota. Dziewczyna uparcie strzegła tej tajemnicy, niczym jasnowłosa lwica. „Nie psuj otoczki tajemnicy” – mówiła mu, gdy próbował się dopytywać. Podejrzewał jednak, że historia była wyjątkowo mało ekscytująca. Zapewne zawierała w sobie element spontanicznych odwiedzin w antykwariacie na Horyzontalnej, który często mijała, kiedy wracała z pracy. Tego wieczoru spotkali się w mieszkaniu Roberta. Nie godziło się, by mieszkali razem, w końcu nie mieli ślubu. Czystokrwiste rodziny lubiły chować się za zasłonką przyzwoitości, by ukryć własne nieszczęście i żałość. Miłość musiała być sformalizowana, wpisana w rejestr, zatwierdzona przez władze. Boleśnie urzędnicze wydawało się to całe kochanie. Na razie jednak Robert i Vanessa cieszyli się statusem kochanków. Ich spotkania można by nazwać nawet schadzkami. Zaczęli to robić dopiero niedawno, kiedy niewinny, zaczepny flirt przekształcili w coś więcej. Coś lepszego, bardziej autentycznego i otwartego niekoniecznie wobec innych, ale na pewno w stosunku do samych siebie. Zostali parą. Co dziwaczne, świat wokół nich nie przetransformował się, gdy wyznali sobie uczucia. Ot stało się potwierdzone to, co obie strony przypuszczały. Nie było fajerwerków przy zwyczajnym przejściu na wyższy poziom pewności. Tkwili na razie w tym cudownym stanie „pomiędzy”, gdzie jeszcze nie myślało się o narzeczeństwie, ślubie ani dzieciach. Towarzyszyła im charakterystyczna beztroska, radość z tych spotkań, które zazwyczaj kończyły się w bardzo podobny sposób. Chcieli, by to trwało i trwało. By młodość nie przemijała. Popijali grzane wino w saloniku młodego Croucha. Światła pozostawały lekko przygaszone, za oknem sypał śnieg, a powietrze przepełnione było świąteczną gamą zapachów: korzennymi przyprawami, pomarańczą i łagodną nutą kominkowego dymu. Mieszkanie przystrojono na tyle, na ile chciało się to zrobić młodemu asystentowi w Wizengamocie. Małe, doniczkowe drzewko, kilka świecidełek, pozawieszane gdzieniegdzie, jakby w losowo wybranych miejscach, dekoracje. Vanessa śmiała się, że Robert nadrabiał urodą za swój brak estetycznego wyczucia. Zawsze potrafiła w zaczepnej uwadze zawrzeć jakiś komplement. Siedzieli na czerwonej sofie, a otaczały ich szare poduszki. Drewniany stolik kawowy specjalnie z okazji wizyty Vanessy, nie był zajęty przez góry dokumentów. Relacja z kochanką niosła dla Roberta same korzyści, na przykład motywację do sprzątania. Poza kielichami z grzańcem, więc, leżała na nim jedynie elegancka serwetka, również niekoniecznie dopasowana do wystroju wnętrza. Przez ostatnie pół godziny Robert gadał: głównie żalił się Vanessie na pracę. Sędziowie Wizengamotu traktowali go często jak robaka. Szczególnie dokuczliwa była obecność niejakiego Jeremy’ego Slughorna. Ten stary, zacietrzewiony i wyjątkowo skupiony na kwestiach czystokrwistości polityk wprost nienawidził młodzieży. Okazywał to za pomocą nieprzyjemnych komentarzy, najczęściej niesprowokowanych. Wytykał Robertowi drobne błędy, podkreślając przy tym, że ten nie jest wystarczająco kompetentny. Specjalnie starał się też, by młody Crouch zawsze stał w granicy słyszenia, kiedy narzekał na niego innym swoim kolegom. Slughorn uwielbiał się też kłócić. To, że nie miał racji, mógł przecież przezwyciężyć poprzez autorytet wieku i doświadczenia. A tak naprawdę często powoływał się na prawo już dawno unieważnione, na legislacje, które we współczesnym świecie były najzwyczajniej martwe. Kończyło się na tym, że Robert, choć odważny i charyzmatyczny, bał się chodzić w miejsca, w których mógł spotkać sędziego. Asystentów też nikt nie bronił przed takim traktowaniem. Inni sędziowie mieli to gdzieś, a pracownicy niższego szczebla także obawiali się konsekwencji podważenia autorytetu. – Po prostu chciałbym, żeby coś się zmieniło – zakończył swój wywód i westchnął ciężko. Vanessa, na której ramieniu spoczywała jego głowa, głaskała go łagodnie po włosach. Chyba tylko tyle mogła zrobić. – Może kiedyś, gdy zostanę poważną dziennikarką, zrobię jakieś śledztwo? – zaproponowała. – „Jak traktowani są podwładni sędziów Wizengamotu?” Gdyby opinia publiczna się dowiedziała… Robert uśmiechnął się słabo. – Nie wiem, czy jakakolwiek afera by na niego wpłynęła. Autorytet Ministerstwa podważano tyle razy, że trzyma się jedynie fasada. Iluzja tego, że coś robimy. Sam nie wiem… po co to wszystko. Po winie zawsze brało go na melancholię. Vanessa doskonale zdawała sobie z tego sprawę. – Może masz rację. Ale przynajmniej miło czasem pooglądać dobrą aferkę – uśmiechnęła się, po czym upiła odrobinę wina. – Nie mów, że tobie nie sprawiłoby przyjemności, gdyby jakieś brudy wyszły na światło dzienne. Robert podniósł się, spojrzał na nią tym razem nieospale, lecz z charakterystyczną iskierką. – Ty to masz łeb, Ness, mówił ci to ktoś? – Podniósł się odrobinę. Jego dłoń spoczęła na ręku dziewczyny. Powolnym ruchem zabrał jej kielich z winem, odstawił na stolik. Zbliżył twarz do jej twarzy. – Jesteś najbardziej inteligentną kobietą, jaką… Wiedział, że lubiła, gdy komplementował jej intelekt. Mówił te rzeczy oczywiście całkiem szczerze, ale też nie bez wyjątkowo słabo ukrytego motywu. A Vanessa, jako osoba, która przez jego nędzne gierki potrafiła przejrzeć tak, jakby spoglądała przez okno, parsknęła śmiechem i pacnęła go w ramię. – Najpierw tarot, pamiętasz? Bo potem o tym zapomnimy. Wzięła do ręki talię, podała mu ją. Robert spojrzał bezradnie na ukochaną. Oczy miał jak kotek, nad którym ktoś właśnie pił ciepłe mleko. – Wiesz przecież, że żadne z nas tego nie potrafi. – No i co z tego? Wróżby mogą mieć różne interpretacje. A jeśli nie użyjemy tych kart, to okaże się, że wyrzuciłam w błoto trzy sykle. Robert westchnął, zupełnie jakby stawianie tarota było dla jego niecierpliwego „ja” formą tortury. Postanowił jednak wytrzymać. Czego się bowiem nie robiło dla kobiety… Wyjął więc karty z papierowego pudełka. Spróbował je przetasować, dzieląc na dwie kupki i w nieporadny sposób wkładając pomiędzy siebie nawzajem. Vanessa szybko przejęła od niego talię. O wiele sprawniej i bardziej wprawnie pomieszała karty. Podała je Crouchowi, wyraźnie dumna ze swoich umiejętności. – To jak? Mam sobie coś sam wywróżyć? Jak z fusów? – spytał, spoglądając raz to na talię, raz na dziewczynę. – Chyba tak. Nie wiem, nie chodziłam na wróżbiarstwo. – Wzruszyła ramionami. Robert posłał jej spojrzenie o znaczeniu gdzieś pomiędzy „patrz, co dla ciebie robię” a „zabij mnie, proszę”. Jednak wyjął z talii losową kartę, tak jak chyba był powinien. Położył ją na stole. [roll=Tarot] Popatrzył na nią przez jedną chwilę. Przez dwie. Przez trzy. Ani przez chwilę na jego twarzy nie zamajaczył nawet cień grymasu zrozumienia. Zamiast tego malowała się na niej zwyczajna konfuzja laika. – Ósemka buław. Tak jest napisane. Rzeczywiście jest osiem buław – powiedział Robert. – Nie mam pojęcia, co to oznacza. Mam nadzieję, że nie oberwę buławą osiem razy. Ani ośmioma buławami po jednym razie. Vanessa próbowała wczytać się w ulotkę dołączoną do kart, krótką instrukcję, jak je odczytywać. Jednak widać było po niej, że napisane tam propozycje interpretacji traktowała z podobną powagą jak słowa swojego chłopaka. – Co za bzdury… Byłam przekonana, że to będzie jakaś ciekawa karta. Jak no nie wiem… Głupiec. Lub Śmierć. Robert obruszył się. Nie było to jednak obruszenie szczere, a jedynie pokazowe. – Głupiec lub Śmierć? Dla mnie? – Przecież doskonale wiesz, że nie oznaczają one dosłownie Głupca ani Śmierci. A ty masz Ósemkę Buław. Nawet nie wiem, co o tym myśleć. Chłopak uśmiechnął się głupkowato. – Może mam potraktować to jako jakąś aluzję? Wiesz, co przypomina buława? – zachichotał. Ten żart już był zbyt durny, by Vanessa nie zaczęła się śmiać. Skoro spodobał się jej akurat ten mężczyzna, musiała mieć słabość do takiego humoru. Przez chwilę śmiali się, podpierając się o siebie nawzajem, by nie spaść z kanapy. Byli w naprawdę głupich humorach. Takich, które nie przystoiły panience i kawalerowi czystej krwi. Może to wino? A może po prostu w tamtych czasach potrafili cieszyć się wzajemnym towarzystwem? – Możesz… możesz mieć rację – wydusiła dziewczyna, starając się uspokoić. – Piszą tu, że Ósemka Buław reprezentuje odwagę, żywioł, śmiałość, siły witalne. Robert spojrzał na nią ze łzami w oczach. Nie dowierzał temu, co słyszał. – „Siły witalne”? Czyli, że co? Vanessa położyła dłoń na jego klatce piersiowej. Uśmiechnęła się do niego tak, że nawet on się zarumienił. – To, że moglibyśmy zrealizować tę wróżbę już dzisiaj – mruknęła, przysuwając się coraz to bliżej niego. Uśmiechnął się. Zbliżył usta do jej ust. Chciał wiedzieć, czy smakowała czerwonym winem z korzennymi przyprawami. Pragnął tego zwieńczenia wieczoru, a wszystko, co się działo widział, jako jakiś sprytny wstęp do jednego konkretnego momentu. Być może był młody i najzwyczajniej napalony. Nie oznaczało to oczywiście, że nie cieszyły go rozmowy i przekomarzanie się. Bez tamtych… nie byłoby w tym wszystkim sensu. – Zmartwię cię, ale nie mam ośmiu buław – rzekł bez większego powodu. Ten tekst po prostu przyszedł mu do głowy. Po chwili dopiero zorientował się, jak głupio to zabrzmiało. Vanessa znów zachichotała, ale nie wycofała się. Położyła dłonie na jego policzkach. Spojrzała mu w oczy. Radość rozświetlała jej twarz. Wyglądała przepięknie, gdy była szczęśliwa. Być może po to Robert raczył ją swoim średniej jakości dowcipem? By widzieć ją właśnie taką. W takich momentach nie miały znaczenia głupoty takie jak praca, wredni sędziowie, relacje z rodziną. Tamte rzeczy wydawały się po prostu nieprawdziwe, zaprojektowane przez kogoś, komu musiało się strasznie nudzić. Uczucia natomiast miały w sobie coś rzeczywistego, wspaniale bezpośredniego. Kiedy Robert i Vanessa byli razem ze sobą, patrzeli na siebie właśnie z taką czułością, świat po prostu bladł. – Czasem to ty jesteś strasznie głupi, wiesz? – Słowa dziewczyny wybrzmiały wyjątkowo czule. Robert położył dłonie na talii Vanessy. Pomógł jej przenieść się na swoje kolana. Teraz spoglądała na niego z góry. Lubił, kiedy to robiła. – Za to mnie przecież kochasz, prawda? – uśmiechnął się szelmowsko. Dziewczyna pocałowała go delikatnie w usta. Bogowie, jak on tego chciał… Tego i więcej. – Za to cię kocham – powtórzyła. Koniec sesji
|