[25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Bard Beedle - 18.11.2022
— 25 marca 1972 —
Posiadłość Yaxleyów w trakcie przyjęcia urodzinowego — ogród
Leander Yaxley & Loretta Lestrange
Usłyszał niegdyś – pomiędzy łapczywymi pocałunkami składanymi na ustach kochanka, którego twarzy, ani imienia dziś przywołać z pamięci nie potrafił – że jego oczy przypominają niebo; czyste i błękitne, jak bezchmurny poranek w lipcu. Teraz, gdy prowadził Lorettę zatapiając półksiężyce paznokci w alabastrze jej skóry, jego oczy również przypominało niebo, tym razem jednak zasnute było popielatymi nimbostratusami, zwiastującymi opady gorzkich słów.
Zaprowadził dziewczynę na werandę. Początkowo chciał rozmówić się z nią właśnie tam, jednakże widok uchylonych okien skutecznie odwiódł go od tego pomysłu. Nie chciał bowiem, aby rodzina, a przede wszystkim matka, podsłuchiwała co miał Loretcie do powiedzenia. Dość już wtrącali się w jego sprawy.
Przerzucił więc czarownicę przez ramię i zaniósł ją w dół, ku usypanej żwirem ścieżce, ciągnącej się wstęgą wśród obsypanych świeżą zielenią krzewów. Próżno było doszukiwać się w nim jednak troski; nie chciał marnować czasu na obcas zatopiony w butwiejących deskach schodów.
— Jesteś z siebie zadowolona, Lori? — zapytał wreszcie, gdy oddalili się nieco od domostwa, na bezpieczną – jego zdaniem – odległość. Wyjął z kieszeni zdobioną papierośnicę, podarek otrzymany niegdyś od kobiety o zasobnym skarbu i z mężem, który rzadko bywał w domu. Krótki romans sprzed lat, zanim na dobre nie postanowił związać się z Lorettą. Nigdy nie krył się z pochodzeniem papierośnicy; wyciągał ją za każdym razem, gdy panna Lestrange zachowywała się inaczej, niżby sobie tego życzył, jakby chciał jej przypomnieć, że nie jest jedyną opcją w jego życiu.
— Nawet moja matka zasugerowała, że twój ubiór jest niestosowny — dodał, odpalając papierosa.
Ona go kiedyś wykończy.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Loretta Lestrange - 18.11.2022
Nie była targana bezlitosną siłą jego mięśni; nie oponowała gorliwie teatrowi, który miał niebawem spłynąć na jego wargi na wzór upadłych arii; była wszak w tej kantyczce piekielnie dumna z samej siebie, uśmiech przywdziewając równie chętnie, co grymasy niezadowolenia, które miękko rozlewały się po spętanych milczeniem ustach, zasznurowanych nieomal. Była dziś przecież w nastroju buńczucznym i żarliwym, gotowa powiedzieć o parę słów zbyt wiele, nakarmić jego złość jeszcze silniej, prawdopodobnie cudem unikając ciosu – byli wszak na przyjęciu i już ślady półksiężyców na jej ramionach, świadczące o wbijaniu uporczywym paznokci, mogły nie umknąć bystremu spojrzeniu niektórych gości. Ona zaś przyzwalała mu na to bez zbytku szekspirowskiego dramatu czy egzaltacji, swoją agitację przemieniając w parszywy uśmiech, który coraz miłej rozgaszczał się na jej wargach. Wiedziała co Leander myśli, zdążyła rozwikłać nietrudną zagadkę jego wzburzenia.
I była z siebie niepokornie dumna.
Gdy przerzucił ją przez ramię, nie zaoponowała gorliwie, jak to miała w rutynowym zwyczaju; nie znosiła, gdy to robił, a pozbawienie gruntu pod nogami niejednokrotnie kładło się karczemną awanturą między nimi. Teraz jednak, niczym bezwolna lalka, pozwoliła zanieść się na usypaną żwirem ścieżkę, wzdłuż której biegła wstęga bogatych, jak na tę porę, w listowie konarów. Gdy kładł ją na ziemi, gdy była pewna, że oczy gości nie są na nich skupione – wówczas nie musiała odgrywać roli zrozpaczonej, wiernej narzeczonej – skrzyżowała ramiona na piersi, w geście naturalnie ofensywnym.
– Naturalnie, że jestem – rzekła głosem pewnym siebie, zawierającym solidne podszycie szydercze – kąciki jej ust prędko poszybowały w górę.
Coś w niej drgało, coś nie dawało spokoju i gdy tylko ujrzała tę papierośnicę, przeklęty znak świadczący o fakcie, iż nie jest niezastąpiona, pewna struna pękła. Wzięła głęboki wdech; o wiele za głęboki i uniosła dłoń, jakby chciała go uderzyć, zamiast tego jednak, wytrąciła mu prędkim ruchem przedmiot z dłoni, patrząc, jak ten się toczy po żwirze.
– Biedny Leander! Zna mnie od lat, a jeszcze się nie nauczył, że to lubię. Lubię, obrzydliwie lubię wzbudzać kontrowersję. Lubię, jak twoja matka na mnie krzywo patrzy i lubię, jak patrzysz na mnie tym spojrzeniem zbitego psa, zupełnie jakbyś myślał, że się nie poznałam na twojej manipulacji lata temu – rzekła głosem podniesionym, jednak nie na tyle, aby postronni mogli ją usłyszeć.
– Dalej, uderz mnie. Ciekawe jak twoja matka zareaguje na śliwę pod okiem. Nie chcę już widzieć tej papierośnicy. Jeśli chociaż raz ją zobaczę, wrzucę ją do kominka albo spalę własnoręcznie – wysyczała wzburzona.
Obudził się w niej ten demon, którego tak lubił Borgin i który tak rzadko wyplątywał się z klatki płuc. Nie spoczął on na obliczu w pełni okazałości, jednak tnące spojrzenie Lestrange, wyrażało absolutnie wszystko.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Bard Beedle - 19.11.2022
TW: fantazjowanie o morderstwie i kanibalizmie
Taksował ją chłodnym spojrzeniem, dopalając w spokoju papierosa, zupełnie tak, jakby od tamtej chwili nie był już uczestnikiem tejże sprzeczki, a jedynie postronnym widzem przedstawienia Loretty. Milczał uparcie nawet wtedy, gdy zbędny i zdecydowanie zbyt kosztowny podarek od dawnej kochanki został wytrącony z jego dłoni. Nie przerywał jej monologu, choć nerwowe obracanie tutki pomiędzy palcami świadczyło, że zwyczajnie go nudził.
Oczywiście, że był wściekły, bardziej niźli kiedykolwiek. Upokorzyła go przed rodziną i znajomymi swym nieodpowiednim strojem i zachowaniem, bezczelnie śmiała mu się w twarz, twierdząc, że zrobiła to z premedytacją, a do tego ośmieliła się wytrącić mu z dłoni JEGO papierośnicę. Wszystko w nim wrzało, jednakże im większą frustrację czuł, tym spokojniejszy stawał się na zewnątrz. Nie należał bowiem do mężczyzn, którzy od razu przelewają swój gniew w pieści; gdyby tak było, nie miałby szans na karierę w Wizengamocie.
Tylko przez moment – zaledwie ulotne mgnienie, gdy rzucał niedopałek w wilgotną trawę, a jego uwagę przykuł sporych rozmiarów kamień – pomyślał o tym, że w gruncie rzeczy mógłby dać upuść swojej frustracji. Zakończyć to wszystko, tak, jak zakończył istnienia tamtych dwóch mugolskich kurew. Mógłby z łatwością ją powalić na ziemię, a potem chwycić za ten nieszczęsny kamień i zadawać cios za ciosem, aż lepki szkarłat nie oblepiłby jego dłoni, nie zbroczyłby śnieżnej bieli koszuli, a spomiędzy fragmentów roztrzaskanej czaszki nie wylewałby się mózg; w przypadku panny Lestrange raczej gładki, niż pofałdowany.
Mógłby zakopać ją w tym ogródku, obok ławki pod dziką jabłonią i odwiedzać ją codziennie. Mógłby też zabrać ją do mieszkania i oprawić jak zwierzynę, wyciąć gałki oczne i wsadzić je do formaliny, aby już zawsze patrzyły tylko na niego. Mógłby ugotować głowę i zachować spękaną czaszkę jako suwenir – wsadziłby w nią świeczkę i postawił na szafce nocnej, a skórą oprawiłby swój dziennik. Serce i wątrobę mógłby zjeść jeszcze tego samego dnia, razem z młodymi ziemniakami kupionymi na rynku. Resztę zachowałby na później i delektował się nią kawałek po kawałku, dozując tę przyjemność.
Mógłby, ale nie chciał dać jej tej satysfakcji i okazać choć cień gniewu. Zamiast jego zbliżył się do niej i ujął jej lico w swe duże dłonie.
— Zabiję cię kiedyś — odparł słodko, a następnie pochylił się nad Lorettą i złożył pocałunek na jej ustach. Delikatny i niewinny, jak za czasów ich pierwszych schadzek.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Loretta Lestrange - 19.11.2022
Jego stoicki spokój, tak odrealniony od sytuacji, w której brutalnym teatrze się znaleźli, potęgował jej gniew, kreślący grymas niesmaku na twarzy Lestrange – na ogół oblepionej słodkim rumieńcem i żarliwym, pogodnym uśmiechem – teraz jednak, w swej okrutnej krasie przepełnionej goryczą i złością, kołtuniącą się w mikrym wnętrzu. W jej sercu momentalnie otworzyły się bramy piekielne, same pola Hadesu, a ona najchętniej wrzuciłaby go w odmęty rzeki Styks. Wzięła głęboki wdech; tylko on powstrzymał nieludzki szał i wzburzenie, bulgoczące pod mleczną skórą, przysłonięte aroganckim skrzyżowaniem ramion na piersi. Chciała zatopić paznokcie w jego skórze, potrząsnąć gorączkowo, zadać mu niewysłowiony ból i im chyżej tonęła w myślach tego sortu, tym bardziej świerzbiły ją dłonie.
Bo ona przecież nie opanowała gry stoickiego spokoju, z jakim on maskował swoje prawdziwe emocje budujące się we wnętrzu; stała wręcz w opozycji ze swoim narwaniem i łatwością w prowokacji, ze swoją paletą uczuć, które dosłownością można było odczytać z obsypanego piegami lica. Możliwe, iż było to znamię typowe dla artystki, a jej łatwość w ekspresji – równa kilkunastolatce – rysowała jej obraz jak wylewnej i emocjonalnej. W istocie rzeczy tak przecież było; niezmywalny uśmiech ściągały jedynie gęste opary gniewu, w których budziło się w niej coś, co przerażało.
Momentalnie zapragnęła jego bólu, aby trawiła go agonia i aby padł trupem u jej stóp; i nagłe, gorliwe „kocham cię” wybrzmiewało w zupełnie innym kontekście, oblepione słodkim sokiem kłamstwa. Chciała jego krzywdy, a spojrzenie mimowolne na toczącą się po żwirze papierośnicę, jedynie wzmagało tę okrutną potrzebę, aby poczuć na swoich dłoniach jego krew. Nienawidziła samej myśli, jakoby Yaxley miał być posiadany przez inną personę, niż ona; nienawidziła, gdy udowadniał jej, że nie jest niezastąpiona; nienawidziła go na rozciągłości tych tchnień. Bo jakkolwiek uważał ją za swoją własność, tak ona uważała go za własną.
Czując dłonie na policzkach, wyraz złości na jej twarzy zelżał, ustępując subtelnemu zdziwieniu. Trwała tak przez momenty spopielane w chwile, próbując rozczytać jego intencje – na próżno. Dopiero głos oblany słodyczą, sprowadził na jej oblicze miękki uśmiech.
– Jeśli kiedykolwiek miałby mnie ktoś zabić, chcę abyś był to ty – odparła żarliwie.
Nacisk jego ust był subtelny, jak te ulotne skrzydła motyla metafory; niczym nie przypominał ognistych pocałunków, które składał na jej wargach gorączkowo. Był delikatny i ulotny, przypominał jej o pierwszych chwilach spędzanych w jego dusznym towarzystwie; rozbudzał mikrokosmos zmysłowej pamięci, która odnotowywała na przestrzeni lat każde odciśnięcie warg na jej skórze.
Nie wystarczało jej to jednak w żadnej mierze.
Zatopiła paznokcie w jego karku prędko, dociskając go do siebie gorączkowo. Lekkość pocałunku nie współgrała z gniewem, który wciąż tlił się na dnie duszy, błagając o pierwsze skrzypce we wzburzonym umyśle. Chciała przecież więcej; chciała poczuć krzywdę, na którą w końcu zasłużyła. Pogłębiając pocałunek, nie miała dobrych intencji.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Bard Beedle - 21.11.2022
Był złudny jak gwiazdy odbijające się nocą na powierzchni stawu; jego spokój łatwy był do pomylenia z niewzruszeniem firmamentu, blask odbijający się od jego powierzchni nęcił zaś każdego, kto znalazł się niebezpiecznie blisko. Ostatecznie wciągał w głąb każdego śmiałka, który odważył się zanurzyć pod migotającą taflą, usuwał dno spod jego stóp i zamykał nad nim swe czarne wody.
Taki los spotkał właśnie Lorettę, która nabrać dała się na pozory spokoju Leandra; w rzeczywistości bowiem daleko było mu do wcielenia w życie stoickich nauk. Był jak uśpiony Wezuwiusz, a ona była jego Pompejami, choć sprytnie udawał, że ich role w związku są odwrotne. Przyznać musiał wreszcie przed samym sobą, że wielką przyjemność sprawiało mu, gdy unosiła się gniewem, gdy rzucała się i prychała niczym dzika kotka (podobna do tej, którą przed laty zakopał żywcem tuż obok, zaraz pod różanym krzewem). Triumfował, gdy jego słowa sprawiały jej ból, a ona nie była w stanie go ukryć.
— Nie uciekniesz przede mną — wyszeptał jeszcze, nim zaatakowała go swymi ustami. Skłamałby, gdyby przyznał, że jej nie chciał. Pragnął ją wziąć, choćby tu i teraz, na wilgotnej od rosy trawie, pośród cierni matczynego ogrodu, nie martwiąc się o to, czy ktoś ich zobaczy. A niechże i widzą! Niech widzą, że Loretta należy tylko do niego, że jest jego własnością i że może zrobić z nią wszystko, na co tylko ma ochotę. Uznał jednak, że to zbyt prymitywne, a poza tym, panna Lestrange ewidentnie do tego doprowadzić.
Nie zamierzał dać jej tej satysfakcji i pociągnął ją za włosy, odsuwając jej twarz od swojej.
— Chcę się z tobą ożenić. Ustalmy datę ślubu — zaproponował.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Loretta Lestrange - 21.11.2022
Żywe kalejdoskopy zamykane w jego spojrzeniu, mieniące się setkami barw i tą przeklętą niepokornością, każdorazowo sprowadzały jej lotny umysł na manowce; wbijając spojrzenie w jego nieprzejednane tęczówki, tonęła bez krzty ratunku; stal błyszczące w szkle oczu, wzburzała miękkie, pieniste fale pożądania, kotłującego się gdzieś na samym dnie duszy. Bo przecież nigdy nie przyznała, jak głęboko pragnie jego bliskości, gorących dłoni sunących po ciele i ciepłych warg dociskanych gorączkowo do zagłębienia w szyi. On jednak musiał to wiedzieć, rozczytując wachlarz emocji kreślonych na łagodnym obliczu wyrazistą linią. Bo była przecież jak ta otwarta księga, a każdy grymas ujawniał się lustrzanie na drżących wargach; każda spośród niebagatelnych uczuć odbijała się w szkle sarnach ocząt wyraziście. On zaś – o posągowej obliczu i niemniej pozornym stoickim spokoju – stanowił dla niej swoistą przeciwwagę; opozycję, która często wzburzała salwę wzburzenia pieniącego się jak tonik. Złość, którą niejednokroć w niej wzbudzał, równoważyło jedynie gorliwe pragnienie, aby pozostał tylko jej. Prawdopodobnie dlatego, widok tej przeklętej papierośnicy sprowadzał ją na granice furii.
Prawdopodobnie dlatego jeszcze ułamki sekund temu toczyła się po żwirze.
Ułożyła drobne dłonie na jego policzkach, sunąć kciukami wzdłuż linii kości jarzmowych, pragnąc powiedzieć mu wszystko – każdą spośród dyktowanych niepokornością duszy nieistotności, które w kruchych murach umysłu urastały do gargantuicznej rangi.
Zrób mi jakąś krzywdę, proszę – przetoczyło się przez meandry myśli i choć kołtuniło się słowami w krtani, nie odważyła się ich wypowiedzieć. Jej wzrok jednak wyrażał absolutnie wszystko.
Zadrżała pod jego dotykiem.
Wsunęła dłonie pod poły jego marynarki, palce zaciskając mocno na materiale koszuli, paznokcie wbijając w skórę jego pleców. Ciepło bijące od jego ciała było uporczywe i ściągało jej umysł każdorazowo na manowce; jak to się stało, że za każdym razem potrzebowała go bardziej, bliżej i gorliwiej?; zupełnie jakby bariera skóry dociśniętej uporczywie do jej stanowiła zbyt wiele; zupełnie jakby czynił w jej umyśle nieprzytomnie i niepoukładanie.
Jego propozycja jednak sprawiła, że różane wargi rozwarły się niepewnie, a przez myśl przebiegł tabun potencjalnych odpowiedzi na tak gorliwe wyznanie.
– Już? – zabrzmiała miękko pytaniem, uginając brwi w niewinnym geście. Zawahała się solidne momenty, nim na wargi spłynęła właściwa odpowiedź. – Masz rację. Nie pozwolę, aby ktokolwiek mi ciebie odebrał – rzekła stanowczo – bo choć jego pragnienie wyprzedziło o parę dobrych miesięcy jej dojrzałość, aby powiedzieć wieczyste „tak”, równie mocno zazębiało się z jej pragnieniem, aby posiadać go na własność.
– Kocham cię – powtórzyła kłamstwem po raz kolejny dzisiejszego dnia, delikatnością krótkiego pocałunku znacząc jego wargi.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Bard Beedle - 22.11.2022
Pożądanie zasnuwało umysł winetą słodkiego zamroczenia, gdy wpijał się w jej usta mocniej, głębiej, starając się zapanować nad pożogą namiętności palącą jego wargi. Gardził Lorettą, a jednocześnie jej pragnął, chciał zadawać jej ból i nie wypuszczać z ramion. Ranić ją i zarazem nie pozwalać skrzywdzić nikomu. Należała do niego - na wyłączność - i nie zamierzał dłużej znosić zdecydowanie zbyt długich spojrzeń rzucanych jej przez innych mężczyzn; chciał ją naznaczyć, tak, jak naznacza się bydło. Przypieczętować jej los i uczynić siebie jego panem.
Nie spodobały mu się wątpliwości wpełzajace na jej lico; zignorował je, choć niepokój wbijał się boleśnie pod skórę. Jeszcze będzie triumfował, jeszcze będzie mu posłuszna!
— Już — odparł miękko, obdarzając Lorettę kolejnym pocałunkiem, tym razem figlarnie złożonym na nosie czarownicy — Jeszcze tego lata. Wyjdziemy w podróż poślubną do Grecji, będziesz cały miesiąc kąpać się słońcu nad brzegiem Adriatyku i jeść oliwki. A potem — urwał z tajemniczym uśmiechem, odgarniając kosmyki niesfornych włosów za ucho — A potem zamieszkasz ze mną w domu, który kupię nam przed ślubem. Będzie miał ogród, w którym biegać będą nasze dzieci i dużo okien, przez które wpadać będzie światło do twojej pracowni. Nie tego pragniesz, Loretto?
Celowo wspomniał o dzieciach, wiedząc, jakie zdanie ma narzeczona na temat powiększania rodziny. Liczył, że pojawienie się na świecie potomka - nawet jeśli doprowadzić miałby do tego siłą lub podstępem - uczyni pannę Lestrange mniej kokieteryjną, za to skupioną na domowym ognisku. Że wtedy uczyni ją mniej atrakcyjną dla innych mężczyzn, za to całkowicie zależną od niego.
— Ja ciebie też, Lori — skłamał gładko, patrząc jej przy tym w oczy. Nie kochał jej. Chciał ją mieć. Chciał ją kontrolować. Ale jej nie kochał. On nie wiedział czym jest miłość.
— Wracajmy — rzekł wreszcie, wyswobadzając się z objęć jej wiotkich ramion — Czekają na nas.
RE: [25.03.1972] Posiadłość Yaxleyów | Leander & Loretta - Loretta Lestrange - 24.11.2022
Słodkie pożądanie owiało jej umysł swym nęcący oddechem, skłaniając wargi do zatapiania ich głębiej, a paznokcie do wbijania silniej w skórę jego karku; i choć absurdalnie trudnym było oderwać się od niego, przerwać tę przeklętą nić pragnienia więcej, zawiesiła ręce na jego barkach i nie odsunęła się na dystans nader daleki. Wciąż mogła czuć miłe muskanie gorąca jego oddechu na swoim obliczu; wciąż mogła czuć jego zapach, który każdorazowo sprowadzał ją na manowce. Bo pragnęła go absurdalnie mocno i z równym natężeniem chciała go mieć na własność; sama myśl, jakoby miał posiadać kogoś innego, wzburzała igiełki złości pod miękką, mleczną skórą, a ta papierośnica przecież nieodwołalnie świadczyła o fakcie, iż nie jest niezastąpiona; iż kobiet jej pokroju w jego skąpanym szkarłatem życiu było wiele. Przełknęła ciężko ślinę, uświadamiając sobie nieodwołalność tego faktu, jednak spojrzenie umykające spod szkła zmrużonych ocząt było jednoznaczne i szeptało cicho dwojakie słowa – należysz do mnie. Może gdyby chyżej ją utwierdzał w jej niezwykłości i niebagatelnej roli w jego istnieniu, byłaby mniej przerażona wizją bycia okrutnie zsuniętą na drugi plan; jemu jednak chodziło, aby tę świadomość posiadała, czyż nie?
Jej wątpliwości były przecież zasadne, nieskąpane w rozległym morzu absurdu; z równą mocą, co chciała go mieć na własność, przerażała ją wizja rychłego mariażu, sakramentalnego „tak” i znaczenia palca pręgiem obrączki. Narzeczeństwo, które, jak myślała, potrwa rozciągłość miesięcy, może nawet spopielałych w bezkres lat, miało rychło zakończyć swoje bytowanie, a ona – niedojrzała do stanięcia w bieli na ślubnym kobiercu – rozciągała przed sobą akwen niepewności wydatnej w swym wyrazie. W gruncie rzeczy pozostawała tą trzpiotką, której niebagatelną złość ukochał sobie Borgin i w odmętach tej rzeczywistości – urokliwej i beztroskiej – przędła swój życiorys; sam mariaż napawał ją obawami, jednak większy, atawistyczny strach budziło samo wspomnienie o powiciu potomków.
Wiedziała, iż gdy on się dowie, zapewnie dostanie w twarz nie raz; wiedziała, że zrobi wszystko, aby na świat sprowadzić dziecko, nawet i bękarta. Ona jednak, napawana obawami na samo wspomnienie o dzieciach zasilających ogrody przy domu, zadrżała z głębokiego lęku moszczącego się w żyłach, aby wartko nimi popłynąć.
On przecież nie wiedział; on nie miał prawa wiedzieć.
– Dzieci – rzekła z ciężkimi obawami lokującym się na dnie głosu. – Tak, dzieci – powtórzyła. Bo on przecież myślał, że jej niechęć wobec pomnażania rodziny wynika z niedojrzałości; prawda była jednak zupełnie inna.
Nagle, choć rozpalona pożądaniem, zgasła w zupełności, żywiąc głęboką wdzięczność, iż muszą opuścić ustronne ogrody, wrócić do tej przeklętej uroczystości idącej w tango w przeklętymi polowaniami. Nie umiała jednak spojrzeć mu w oczy, uginając bezradnie brwi i umykające wzrokiem bok; nagle całokształt spędu zaczął dla niej stanowić swoiste wybawienie.
Skinęła więc tylko głową, uwieszając się na jego ramieniu i ruszyła z powrotem w kierunku rezydencji.
Koniec sesji
|