Secrets of London
[Spalona Noc, 8 IX 1972] hurt / no comfort - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [Spalona Noc, 8 IX 1972] hurt / no comfort (/showthread.php?tid=5393)



[Spalona Noc, 8 IX 1972] hurt / no comfort - Morpheus Longbottom - 02.12.2025

To była pora rzucić kością losu.

Morpheus sięgnął po swoją magię, jakby było to powietrze, którym oddychał, chociaż zupełnie co innego było esencją jego życia. Ciężkość na sercu spadła do żołądka, gdy magia przesunęła dla nich świat, zmieniając pole, na którym stali pewnie, chociaż gniewnie, w rozżaloną ogniem ulicę, która płakała uciekającymi mieszkańcami, którzy zaczynali zauważać ogień i dym i pył i padać w panikę.

Wylądowali w zaułku, który ciężko tak nazwać, bo przynależał do jednej z eleganckich kamienic, stojącej niedaleko Praw Czasu. Kamienica była siedzibą domu aukcyjnego i zdarzało się Longbottomowi bywać w nim, nie tylko prywatnie, ale również służbowo. Czasami artefakty, które pojawiały się w rękach rzeczoznawców, wywracały działalność lokalu do góry nogami, jak ostatnio, gdy przedmiot sprawił, że skóra Morpheusa mieniła się różnymi kolorami. Zrobiło mu się niedobrze na to odległe-chociaż-wcale-nie wspomnienie. Dwa miesiące. Tylko tyle wystarczyło, aby jego życie legło w gruzach. A podobno patronowała mu kapłanka, a nie Wieża.

Uważaj! — przyciągnął do siebie Dolohova, gdy koło nich przeleciało jakieś zaklęcie i rozbryzgnęło się na ścianie za nimi wodnistą, obleśną plamą, którą ktoś w panice rzucił, żeby ugasić zarzewie ognia i spudłował, robiąc to w biegu. Longbottom nie planował być rycerzem w lśniącej zbroi, ale nie mógł nic na to poradzić, że instynktownie próbował ochronić puste, ptasie kości ukochanego od złamań i pergaminową skórę od jakiegokolwiek zasinienia.

W zaułku nie byli bezpieczni, musieli ruszyć do przodu, do schronienia, jakie miały dać celebrycie Prawa Czasu. Widzieli front przybytku, ale dym i popiół coraz bardziej się kłębił dookoła nich, jak nitki nieprzyjemnej sieci. Morpheus kątem oka spostrzegł kogoś stojącego w dymie, drgnął, odwrócił się w tamtą stronę, ale był to tylko kłąb, wznoszący się z rozbitej witryny.

Longbottoma drapało w gardło, pomimo chustki.




RE: [Spalona Noc, 8 IX 1972] hurt / no comfort - Vakel Dolohov - 06.02.2026

Nienawidził uczucia narastającego w nim z każdą kolejną minutą spędzoną w płonącym Londynie. Strach – coś tak przewidywalnego w tych okolicznościach, dla każdego kto zapoznawać się będzie w przyszłości z biografami ocalałych, będzie brzmiał wręcz naturalnie. Tylko, że Dolohov nie potrafił pogodzić się z tym, jak bardzo przeszywało go to na wskroś, jak próbowało wezbrać ciemne chmury nad wszystkim co chciał widzieć w bliższej i dalszej przyszłości. Jego przyszłość miała być jasna. Jego przyszłość pachniała kwiatami i tomiszczami opasłych ksiąg, była bielą ścian budynku tworzącego się instytutu, od których odbijało się letnie słońce. Ta wizja była kaleka już od momentu, kiedy Longbottom pierwszy raz otworzył dzisiaj usta – wielkie drzewo pośrodku wewnętrznego ogrodu porastało nagle nie jaśminem, lecz tuzinami persymon, od których uginały mu się gałęzie, ale teraz... teraz to drzewo płonęło i nie widział w tym żadnego wielkiego objawienia.

Nie potrafił oddać się rozpaczy, ale to pożerało go od środka. Nie widział strumienia energii lecącego w jego kierunku – a był człowiekiem, który powinien to widzieć. To była... panika! Może... wcale nie powinien tam wracać, ale jeśli tam nie wróci, to gdzie niby pójdzie?

Nie spojrzał nawet w miejsce, w którym stał chwilę temu. Nie chciał wiedzieć jak wyglądałby, gdyby nie obecność Morpheusa. Nie, nie, nie... nie! Zachłysnął się gryzącym w płuca powietrzem trochę tak, jakby miał zanieść się szlochem, ale był na to zbyt dumny. Po bladych policzkach nie polały się łzy. Mimo tego ten strach był w nim widoczny. Dolohov mógł pozować na kogo tylko chciał, udawać przed innymi, ale prawda była taka, że gdyby mierzyć to wszystko miarą przetrwania, stanowił teraz balast. Nie miał siły biec. Wsparł się rękoma o kolana, próbując jakoś pozbierać w sobie wszystkie emocje.

| Zawady: Porywczy, Tchórz, Niedowaga.
@Morpheus Longbottom



RE: [Spalona Noc, 8 IX 1972] hurt / no comfort - Morpheus Longbottom - 28.02.2026

Popiół osiadał na włosach, na powiekach, na ustach, wciskał się w płuca, dusił ostatnie tchnienia. Ludzie, objęci w uścisku, zastygali jak figury wyrzeźbione przez rozpacz, by zerwać się zaraz, w próbach ratunku. Nikt nie szukał zgubionych przy panicznej aportacji brwii, a jeszcze nie zasypane ślady po butach przerażały. Czy udało się? Czy było już za późno? Czas zatrzymał się w jednym, przerażającym geście: w wyciągniętej dłoni, w zasłoniętej twarzy, w ciele pochylonym nad drugim ciałem.

Ponad tym wszystkim huczał żywioł, triumfujący, nieubłagany. A gdy ogień strawi, co będzie mógł, mimo usilnych prób czarodziejów,, a popiół przykryje resztę jak grób bez tablicy imiennej, zapadnie cisza cięższa niż śmierć. Tak oto miasto, które wczoraj oddychało śmiechem i pychą, legło pod szarą pierzyną zapomnienia. Magia, okrutna, zapragnęła zachować świadectwo swego gniewu i ludzkiej kruchości.

Bo ogień nie tylko niszczył, on odsłaniał prawdę. W blasku płomieni zniknęło królewskie złoto i purpura, a pozostali oni, nadzy wobec wieczności.

Morpheus zatrzymał się przy Dolohovie i schylił przy nim.

Nie wdychaj tego, będzie dobrze, jeszcze kilka kroków — kłamał jak z nut, byle zagłuszyć głosy w głowie Vasilija i w swojej głowie. Nie chciał się rozglądać, ale musiał. Robił to. Wypatrywał zła gorszego niż pożar. Kwasy żołądka uniosły się mu w górę. Wszystko płonie. Chrzest oczyszczania. Jak wielu umrze tej nocy? Setki. Już wiedział, że setki.

I nie pozwoli, aby Vasilij dołączył do tej statystyki. Zacisnął mocniej dłoń na jego ramieniu, aby tłum ich nie rozdzielił.

Krok za krokiem, kochany — i tak nikt go nie usłyszy poza Vasilijem, a teraz potrzebował jego gniewu, że go tak nazywał, żeby wyrwać go ze stuporu. Do przodu, do Praw czasu.




Morpheus Longbottom - Vakel Dolohov - 30.03.2026

Przyszłość jawiąca się dotychczas jako piękne, jasne, błękitne niebo, nagle wydawała mu się mętna jak woda w zanieczyszczonej sadzawce. Wspierał się o te kolana, myślał i niby był człowiekiem, po którym wszyscy spodziewaliby się siły, dominacji, a jednak – wbrew wszelkim oczekiwaniom – Vasilij Dolohov wyglądał na zwyczajnie pokonanego. Jeszcze przed chwilą karmił Morpheusa masą wydedukowanych w ciągu kilku minut informacji. W zetknięciu z zagrożeniem niebędącym wyzwaniem intelektualnym, najbardziej znany wieszcz Wielkiej Brytanii wyglądał po prostu... słabo. Prawda była jednak taka, że w pamięci Morpheusa, Dolohov w takich okolicznościach nigdy nie zachowywał się dużo inaczej – walczył z losem, kiedy mógł go przegadać, ale w gruncie rzeczy nigdy nie był w stanie odeprzeć ciosów ojca czy szkolnych huliganów. Zatrzymywał się w bezruchu jak sarna widząca światła reflektorów i przyjmował cios za ciosem. Teraz może i dorósł, lepiej panował nad mimiką, dobrze maskował drzemiący w nim paraliżujący strach, ale wciąż był tym samym tchórzem. Jednocześnie zmienił się momentami nie do poznania i był tym samym, młodym, zagubionym chłopakiem, który potrzebował oprzeć się ręką o bark starszego kolegi, bo zwyczajnie bał się iść sam.

Longbottom chciał wywołać w nim gniew, ale to co wybrzmiało w głoście Vasilija przypomniało bardziej rozpacz. Gniew na pewno tam był, tony złości kipiały w nim za każdym razem, kiedy przypominał sobie o okrutnej zdradzie, odrzuceniu i samotności, ale teraz w melodii jego życia pierwsze skrzypce grała rozpacz. Ze wszystkich ludzi na świecie musiał jeść dzisiaj kolację akurat z nim. Szczęście w nieszczęściu – bo najwyraźniej wciąż był kompetentnym bohaterem, nawet jeżeli przyprawiał go tym o gorączkę.

Ciepło dłoni Morpheusa jednocześnie dawało mu poczucie stabilności i zwalało go z nóg jeszcze bardziej. Dziwny człowiek, niewątpliwie – otoczony tak wieloma sprzecznościami, że ciężko było to udźwignąć.

Przeklęty oszuście – syknął, a następnie zaniósł się kaszlem. Wyszło jednak na to, że nie wytykał mu tego, co nam Morpheus uznawał za kłamstwo, ani nie odnosił się do jakże burzliwej przeszłości. – Myślałem, że jesteś Niewymownym, a nie Aurorem. – I nawet jeśli brzmiało to głupio, on się tym nie przejmował. Bo ta przepaść była widoczna – chuderlawy naukowiec stał tu obok kogoś, kto trzymał gardę za ich dwójkę, złapał go za rękę, ewidentnie myślał o tym, jak przedrzeć się do Praw Czasu przez p o l e  w a l k i. Dlaczego? Po co? Instynkt tchórza nigdy by tej drogi nie obrał. Nawet przy wysokiej intuicji jego czas reakcji pozostawiał wiele do życzenia. Jasne, że byli inni, jeden się wychował w sadach Doliny Godryka, a drugi w zimnej jak diabli i cichej posiadłości na surowym pustkowiu – to zawsze miało jakieś odbicie w ich aparycji, tym ile jedli – ale to? Miał sporo pytań, na które pewnie nie uzyska odpowiedzi, poza tym nie mogli tak po prostu tutaj stać. Byłoby łatwiej, gdyby nie smuga dymu, co go omiotła nagle, dusząc go i wymuszając kolejny atak kaszlu.