Secrets of London
[17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Szkocja (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=127)
+--- Wątek: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter (/showthread.php?tid=5394)

Strony: 1 2


[17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Lazarus Lovegood - 30.11.2025

17.09.1972, późne popołudnie
gdzieś w Szkocji

Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy. 

Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie.
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart.

Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować.
Nic się nie stało.
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody.

Transmutacja - zwykły jesienny płaszcz w przeciwdeszczowy
[roll=Z]



RE: [14.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Guinevere McGonagall - 01.12.2025

Po tym, co wydarzyło się w piątkową noc, świat nie wyglądał już tak samo… Pomijając oczywistości związane ze zniszczeniami, wiele prac po prostu zostało wstrzymanych, a inne zawody – wręcz przeciwnie, przeżywały nagłe zatrzęsienie. Walijski obóz archeologiczny nie został dotknięty nieszczęściem i była to dla Ginny prawdziwa ulga, bo przynajmniej nie musiała się martwić o tę część (chociaż była uzdrowicielką, i gdy skontaktowali się z nią potrzebujący pomocy koledzy z pracy, to nie potrafiła, ale tez nawet nie chciała, odmówić) – już wystarczało, że zastanawiała się ciągle nad tajemniczym znakiem, który pojawiał się w domu dziadków w różnych miejscach, którego nie widział nikt prócz niej. Problem był też w czym innym: nie przywrócono jeszcze całkowicie sieci Fiuu i TO była dla panny McGonagall prawdziwa tragedia, bo teraz musiała częściej niż zwykle korzystać z teleportacji.

A tej szczerze nienawidziła.

Nauczyła się jej tylko dlatego, żeby w sytuacjach awaryjnych mieć jakąkolwiek możliwość wyjścia, nie sądziła tylko, że będzie musiała korzystać z tego nagle tak często. Była to jej osobista tragedia, bo lot z Walii pod Londyn zajmował stanowczo zbyt dużo czasu, więc ostatecznie musiała się teleportować, jeśli chciała wrócić na noc do dziadków, a po Spalonej Nocy wracała do nich co noc. Skończyła więc pracę na dzisiaj i zrobiła to co zwykle, spakowała swoje najpotrzebniejsze rzeczy do torby, a potem wzięła kilka głębszych oddechów i skoczyła w nicość, która wykręcała jej żołądek do góry nogami, a później zawiązywała w ciasny supeł. Było to tak samo straszne, jak za każdym innym razem. Lecz żadną normą nie było to, żeby miała tak twarde lądowanie jak teraz – gdy trzasnęło, świsnęło, a McGonagall zatoczyła się na jednej nodze, robiąc przy tym piruet, po czym zwaliło ją z nóg prosto na ziemię, wprost we wrzosy.

W oddali zagrzmiało, a ona poczuła, jak żołądek gwałtownie podchodzi jej do gardła. Jak zawsze próbowała powstrzymać mdłości, te jednak były zbyt mocne i zwyczajnie zwymiotowała pod siebie, po czym otarła usta ze stęknięciem.

Allaena przeklęła po arabsku i uniosła głowę. Dopiero wtedy dotarło do niej, że wcale nie jest na podwórku przed domem dziadków, tylko gdzieś…

Gdzieś. Nie miała zielonego pojęcia gdzie było to gdzieś, ale niebo robiło się naprawdę ciemne i to nie tylko przez szybko zapadający wieczór, słyszała to grzmienie, słyszała wycie wiatru. I przy tym… słyszała chyba też jakiś łopot.

Spróbowała się podnieść i wtedy poczuła, jak znowu zakręciło jej się w żołądku, jednak nie tak mocno jak jeszcze przed momentem.




RE: [14.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Lazarus Lovegood - 02.12.2025

Krytycznie przyjrzał się efektowi swojego zaklęcia - płaszcz przeciwdeszczowy miał nadal w paru miejscach wełniane fragmenty i chociaż był jakąś ochroną przed zmoknięciem, na pewno niewystarczającą na obfitą ulewę. Cóż, dobre i to, mogło nie zadziałać w ogóle.
Rozważania przerwał mu odgłos kolejnej aportacji, na tyle blisko, że Lazarus usłyszał go mimo przetaczającego się nad nim grzmotu. Odwrócił się w tamtym kierunku, by dostrzec kobiecą postać. Lądowanie było ewidentnie twardsze, niż jego własne. Czarownica upadła, zwymiotowała gwałtownie, a potem podparła się na rękach, chyba nieco oszołomiona. Lazarus w kilku długich krokach znalazł się przy niej.
- Wszystko w porządku? - zapytał. Zawahał się przez chwilę, zanim wyciągnął do niej rękę, ale ostatecznie deszcz mógł lunąć w każdej chwili, nieznajoma ewidentnie również się zgubiła i to nie był czas na martwienie się, czy złapie go tą dłonią, którą wycierała przed chwilą usta. Pomógł jej wstać.

- Burza idzie, musimy gdzieś przeczekać - to było oczywiste, ale kobieta miała pełne prawo być zdezorientowana po teleportacyjnych turbulencjach - Teleportacja nie działa - dodał jeszcze na wypadek, gdyby chciała podejmować ryzyko. Rozejrzał się dookoła, próbując się zorientować w ich położeniu, ale nie miał pojęcia, gdzie się znaleźli. Ścieżka, na której się szczęśliwie zmaterializowali, zakręcała wśród fioletowych krzaczków i ginęła w lesie, w którym - o tej porze wkrótce mogło się zrobić całkowicie ciemno. W drugą stronę prowadziła przez wrzosowisko. Jak okiem sięgnąć, nie było widać żadnych zabudowań. W chmurach nad nimi pojawiało się coraz więcej magicznych wyładowań.
- Masz pojęcie, gdzie jesteśmy? - spojrzał na towarzyszkę, gotów ruszyć w stronę drzew, jeżeli ta nie będzie miała lepszego pomysłu.


RE: [14.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Guinevere McGonagall - 03.12.2025

Wymacała swoją różdżkę – ta była cała i na miejscu, całe szczęście, czego nie mogła niestety powiedzieć o sobie, bo czuła, że żołądek ma związany w supeł i że boleśnie stłukła sobie kolana. Bolały ją też dłonie po tym, jak się wywróciła i ciało dość odruchowo i naturalnie poleciało właśnie na nie. Oddychała teraz głęboko, wdychając znajomy, kojący zapach wrzosów, gdy nagle usłyszała szelest, jakby materiału i kroki na ubitej ziemi, a zaraz za tym dołączył do tego głos. Całkowicie obcy i… męski.

– Ja… chyba tak – odparła z westchnieniem, patrząc w kierunku nieznajomego, nie do końca rozumiejąc co się właściwie dzieje. Znaczy… rozumiała jedno: teleportowała się nie tam, gdzie chciała, może nawet była bliska rozszczepienia, a jej żołądek jak zwykle nie wytrzymał. Dość odruchowo podała mężczyźnie dłoń – prawą, nie tą, którą przetarła usta, i z wdzięcznością, choć trochę skołowana, pozwoliła sobie pomóc wstać. Rozejrzała się przy tym na boki po absolutnie nieznanej jej okolicy, a zaraz po tym, jakby dotarło do niej, że naprawdę mogła się rozszczepić i dość nerwowo zaczęła oglądać swoje ciało. Dłonie, ręce, obróciła się nawet, żeby się upewnić, że nie ma jakichś ran na plecach, ale… wyglądało na to, że była cała.

No może ubyło jej odrobinę dumy, ale tę zaraz spróbowała schować do kieszeni, by się nie zarumienić z zakłopotaniem.

– Dziękuję za pomoc – powiedziała w końcu, gdy uświadomiła sobie, że nawet nie podziękowała, a gdy nieznajomy zwrócił uwagę na to, że idzie burza, odruchowo uniosła głowę, żeby spojrzeć na ciemniejące niebo. To faktycznie zdawało się być niżej, niż w rzeczywistości. Cholera, niedobrze. I jeszcze… Na kolejną wzmiankę Lazarus miał pełna uwagę Ginevry. – Jak to nie działa? – może i zapytała trochę bez sensu i choć mówiła z ewidentnie obcym, egzotycznym akcentem, to rozumiała doskonale co do niej powiedział, po prostu nie mieściło jej się to w głowie. Rozszerzyła nawet oczy w zdziwieniu i raz jeszcze spojrzała to w lewo, to w prawo…. No nic tu nie było, czemu teleportacja miała nie działać? Dlaczego akurat tutaj? Znajdowała się tu jakaś bariera antyteleportacyjna? Na takim wypiździewie?

– Nie… Może… mmm może nadal w Walii? Widziałam tu pola wrzosowisk – poza tym, miało to dla niej sens, bo właśnie stamtąd się teleportowała, nie tak? Skąd miała wiedzieć, że wywiało ją kompletnie nie tam gdzie chciała… Skąd miała wiedzieć, jak bardzo nieznajomego wywiało? Z tymi słowami tknęło ją, wyciągnęła różdżkę i wycelowała ją w swoją drugą dłoń, chcąc ją wyczyścić. Tak samo zresztą jak to, co napaskudziła na ziemi.


// Kształtowanie ◉◉◉○○ – na wyczarowanie czyszczącej piany
[roll=Z]

Niewiele to jednak dało, z jej różdżki poleciało tylko kilka smętnych kropel, na co McGonagall zmarszczyła brwi i w tej chwili zagrzmiało, aż podskoczyła, a chwilę później oboje mogli poczuć pierwsze, zimne krople na twarzy. Wytarła dłoń o jeden z wrzosów i sama gotowa była pobiec w kierunku tych drzew, choć czy było to specjalnie mądre, skoro ewidentnie zbliżała się burza? Nie miała z tym zbyt dużego doświadczenia.




RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Lazarus Lovegood - 04.12.2025

Nieznajoma wyglądała przynajmniej na nierozszczepioną. To napawało nadzieją, że wymioty to wynik zwykłej niedyspozycji, a nie uszkodzenia ciała podczas teleportacji.
- Nie działa - powtórzył kategorycznie - Sprawdzałem raz. Nie chcę ryzykować rozszczepienia. Podejrzewam jakieś wyładowania magiczne, spójrz na kolor tych błyskawic - wyrzucił z siebie garść informacji, wskazując głową na rozświetlane fioletowymi błyskami niebo.

Wcale nie zdziwiło go niepowodzenie próby rzucenia zaklęcia. Mógłby spróbować Transmutować zwróconą treść żołądka w wodę, ale naprawdę nie chciał ryzykować, że jeszcze okaleczy dłoń kobiety. W tej chwili niebezpiecznie było polegać na magii.
Pierwsze krople spadły na nich, wielkie i mokre, i Lazarus niewiele myśląc złapał czarownicę za rękę i pociągnął w stronę drzew.
- Chodź! W takiej masie nie walnie w nie piorun, a przynajmniej trochę nas ochronią! - zawołał, widząc chwilę zawahania. Zanim dobiegli do lasu, pojedyncze krople przeszły w deszcz, który przybierał na sile. Lovegood puścił jej dłoń kiedy tylko znaleźli się między drzewami, zdjął swój - teraz przeciwdeszczowy - płaszcz i spróbował osłonić nim ich oboje.
- La… Lazarus Lovegood, tak w ogóle - przedstawił się poniewczasie, bardzo niezręcznie i z zadyszką nawet po niedługim biegu w zimnym powietrzu - Spróbujmy pójść tą ścieżką, może znajdziemy… jakieś schronienie.
Ruszyli ścieżką, teraz trochę wolniej. Nie miał pojęcia, co właściwie mogliby znaleźć w środku lasu, ale choć teoretycznie podczas ucieczki przed deszczem na człowieka spadało dokładnie tyle samo wody, co podczas stania na deszczu, stanie i czekanie aż przestanie padać wydawało się mieć mniej sensu niż próba dotarcia gdziekolwiek.

We dwoje pod jednym płaszczem było nie tylko ciasno, ale i niekomfortowo blisko. Lazarus jednak, skupiony na zadaniu, jakie przed nimi stało, był tego świadom jedynie jakimś skrawkiem umysłu, podobnie, jak tego, że bez wstępów zwracał się do przypadkowej towarzyszki na "ty", całkowicie wbrew swoim przyzwyczajeniom. Wysoki wzrost i posiadanie długich, patykowatych kończyn miało swoje zalety - kobieta nie należała do niskich, a i tak mieściła się pod jego podtrzymującym płaszcz ramieniem. W tej pozycji co prawda przemakały im nogi, ale za to od pasa w górę byli mniej więcej osłonięci.
- Może jak pogoda się uspokoi, będzie można spróbować wrócić - rzucił, zerkając kątem oka na nieznajomą. Miała nietypowe rysy i mówiła z akcentem. Obcokrajowiec?

Trzask błyskawicy rozbrzmiał gdzieś bardzo blisko i Lazarus drgnął zaniepokojony.


RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Guinevere McGonagall - 06.12.2025

Rozszerzyła oczy w niemym strachu, gdy Lazaurs powtórzył o tym, że teleportacja nie działa, ale za chwilę ta emocja uległa rozproszeniu, a McGonagall przeniosła spojrzenie na niebo, wyczekując kolejnej błyskawicy, która miała rozświetlić niebo. Długo czekać nie musiała i, co trzeba było przyznać, nieznajomy najpewniej miał rację. Co… niespecjalnie polepszało ich sytuację, chociaż oczywiście tłumaczyło pewne rzeczy. Musieli wpaść w jakiś kocioł magicznej energii, który zakłócił teleportację i kto wie, może nawet wywiało ich gdzieś całkowicie daleko od celu podróży, ale też miejsca, z którego w ogóle się przenosili.

Nie zdążyła nawet w żaden sposób zareagować na to, że mężczyzna złapał ją za rękę i pociągną za sobą, zmuszając, żeby się ruszyła i pobiegła za nim, próbując mu dotrzymać tępa. W pierwszej chwili chciała stanąć i mu się wyrwać, ale głośny grzmot sprawiający wrażenie, jakby strzeliło gdzieś blisko nich szybko wywiał jej z głowy te pomysły – i tak właśnie znaleźli się pomiędzy drzewami tuż przed tym, jak z chmur oberwała się woda idąc w ślad za tymi pojedynczymi kroplami, które były tylko wstępem do całej historii.

– Chyba nigdy jeszcze nie widziałam takiej burzy – przyznała, gdy już znaleźli się pomiędzy drzewami, a Ginny zadzierała głowę trochę z ciekawości, chcąc zobaczyć jak te drzewa radzą sobie z deszczem. Pewnie byłoby lepiej gdyby nie to, że te już potraciły liście, a Egipcjanka przestała się gapić w niebo jak  kilka kropel wpadło jej prosto do oka. – To chyba faktycznie może być magiczne – dodała po chwili zastanowienia i przetarła czoło wierzchem dłoni. Nie miała wielkiego doświadczenia w burzach z deszczem – to co znała, to w większości były burze piaskowe, więc w tym momencie czuła się mocno skonfundowana.

– Guinevere McGonagall – przedstawiła się po chwili, również orientując się, że po takim czasie dopiero doszło do wymiany imion, ale z drugiej strony w tej dość dynamicznej scenerii nie było to nadzwyczaj dziwne.

Gdyby nie to, że miała poczucie, że ciągle czuje mdłości – od tej dziwacznej teleportacji, bardziej gwałtownej niż zwykle, od tego nagłego biegu, to może by jakoś zareagowała i odmówiła wejście pod płaszcz bądź co bądź nieznajomego, ale w tych warunkach i z deszczem, który na ten moment lał już tak mocno, że z każdym krokiem czuła, że ma coraz więcej wody z butach, nawet nie zaprotestowała, teraz skupiając się tylko na tym, by iść… Dokądś. Nie wiedziała dokąd, ale widziała na ziemi ścieżkę.

– Może… Tu musi się dziać coś dziwnego. Ta dziwna burza, wielki deszcz, to że teleportacja nagle nie działa – mruczała pod nosem, próbując wysilić pamięć i odkopać w pamięci podobne zdarzenie, o którym mogła gdzieś przeczytać. Nic takiego nie przychodziło jej jednak do głowy, co nie było specjalnie dziwne, skoro obszarem jej głównej pracy przez bardzo długi czas był zupełnie inny obszar na ziemi. Zdecydowanie mniej deszczowy. Trzymała teraz przedramię przy brzuchu, jakby w geście obronnym, czując ciągle jak coś tam jej się wywraca w żołądku. A najgorsze w tym wszystkim było to, że ten deszcz był zwyczajnie zimny. I dokąd tak zmierzali? Jak długo miało jeszcze padać? Za chwilę zrobi się zupełnie ciemno, a oni byli w tym lesie, co prawda nie jakoś bardzo gęstym, ale jednak…

W oddali zamajaczyły światła. Guinevere zmrużyła oczy, wciąż trzymając różdżkę w dłoni i skupiła się, by zmienić swoje oczy na złote o pionowych źrenicach, chcąc lepiej widać w szybko gasnącym świetle dnia.

– Tam coś chyba jest – wskazała ręką przed nich.  I… wyglądało to jakby to były światła w jakimś… budynku? Domu? Ale tutaj? McGonagall nie zamierzała wybrzydzać. – Może pozwolą nam się schować i przeczekać deszcz – mruknęła.




RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Lazarus Lovegood - 06.12.2025

- Widziałem już kiedyś coś takiego, prędzej czy później powinno minąć, ale dziwne, że zaburza teleportację na taką skalę… - zastanowił się - Próbowałem się przenieść w obrębie Londynu!
Pytania w jego głowie domagały się odpowiedzi, ale teoretyczne rozważania do niczego go nie prowadziły. Magiczne fenomeny pogodowe nie były również i jego polem badań. Był świadkiem takich wyładowań raz, podczas prac na wybrzeżu Morza Północnego. Cały jego zespół schronił się wtedy w okolicznej latarni morskiej i stamtąd obserwował błyskawice bezlitośnie uderzające w spienione sztormem morze. Widowisko zapierało dech w piersiach, ale dla jednego z kolegów niemal skończyło się tragicznie, kiedy próbował teleportować się ze stanowiska archeologicznego bezpośrednio do nich.

Deszcz osiągnął ten etap, kiedy lał po prostu równymi strugami, docierając do nich nawet przez gałęzie drzew. Raczej nie wyglądało na to, żeby miał szybko ustać. Ani coraz bardziej błotnista ścieżka, ani jedno okrycie, którym byli osłonięci, nie pozwalały na bieganie i mogli najwyżej iść szybkim krokiem. Lazarus pomyślał, że powinien spróbować transmutować coś w drugi płaszcz przeciwdeszczowy zamiast tłoczyć się z Guinevere pod jednym, może swoją ministerialną szatę. Trochę obawiał się, jaki będzie efekt zaklęcia w tej zawierusze, lecz zanim podjął decyzję, czarownica dostrzegła coś w oddali. Musiała mieć doskonały wzrok, bo w pierwszej chwili nie był nawet w stanie zobaczyć świateł, które wskazywała. Dopiero po kolejnych kilkudziesięciu metrach zamajaczyły między drzewami przytulnym, dającym nadzieję  blaskiem.
- Chodźmy - mruknął, chowając różdżkę do rękawa. Co prawda wyglądał nie bardzo po mugolsku, ale trudno, najwyżej wezmą go za ekscentrycznie ubranego i tyle. Nie bardzo mieli wyjście, burza mogła potrwać jeszcze parę godzin.

Dom był całkiem spory i trochę przypominał leśniczówkę. Kiedy weszli pod daszek nad gankiem, Lazarus zabrał swój płaszcz znad głowy Guinevere i odsunął się o krok, uświadamiając sobie niezręczność całej tej sytuacji. W butach nieprzyjemnie mu chlupało, a z brzegu mokrej szaty kapała woda. Rozpiął ją, ukazując czarne spodnie i sweter, które nosił pod spodem - może będzie udawał, że to po prostu okrycie wierzchnie.
W poświacie padającej z okien ujrzał kocie oczy towarzyszki. To wyjaśniało, w jaki sposób wypatrzyła to miejsce. Teraz, kiedy miał okazję lepiej się jej przyjrzeć, wydawała się trochę blada.
- Wszystko w porządku? - zapytał, widząc jak trzyma się za brzuch. Słyszał o ludziach, którzy wymiotowali po teleportacji - magiczny odpowiednik choroby lokomocyjnej - i domyślał się, że nie jest to nic przyjemnego. Guinevere mogła nadal odczuwać efekty i być osłabiona, powinien był to wziąć pod uwagę. W duchu skrzywił się na własną nieuwagę, ale na zewnątrz zachował neutralny wyraz twarzy.

- Tam z dużym prawdopodobieństwem mogą być mugole - przestrzegł ją, przenosząc wzrok z jej twarzy na różdżkę w jej dłoni. Rozsądnie było mieć ją na podorędziu, ale nie powinni się ujawniać.
Zanim zastukał do drzwi, zawahał się i raz jeszcze rzucił okiem na towarzyszkę.
- Oczy - przypomniał jej cicho, jeżeli sama nie przywróciła im ludzkiego wyglądu.


RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Guinevere McGonagall - 08.12.2025

Tak, skala tego dziwnego zjawiska rzeczywiście była dziwnie duża, bo Guinevere robiła kilka skoków z Walii do Londynu (nie mając odwagi pokonać tego wszystkiego na raz), a stamtąd pod Londyn i… po drodze ewidentnie coś poszło mocno nie tak. Nie miała jednak czasu tego analizować, czy raczej – czas miała, tylko głowy jakoś niespecjalnie, bo rozmyślała teraz nad ogólną osobliwością tegoż tajemniczego zjawiska, próbując przy tym powstrzymać mdłości i ból brzucha. To znaczy nie sądziła, żeby miała zaraz znowu wymiotować, ale ewidentnie ta teleportacja była bardziej gwałtowna niż wszystkie inne w ostatnim czasie, bo no jasne – często szła na boczek, ale dzisiaj nie była w stanie wytrzymać nawet kilku sekund, a poza tym powaliło ją na kolana.

Przyspieszyła trochę, zmuszając i Lazarusa do tego samego, żeby po prostu dostać się do tego domku jak najszybciej. Nawet jeśli mieliby ich nie wpuścić do środka, to jakoś o wiele przytulniej było przycupnąć pod daszkiem blisko budynku, niż w środku lasu, w którym robiło się coraz ciemniej, a grzmoty wcale nie ustępowały, podążając za co i rusz rozświetlającymi niebo błyskami. Tam, na ganku, McGonagall odruchowo wykręciła sobie włosy z wody i trzepnęła kilka razy nogą, jakby to miało pomóc z wylaniem wody z butów (a nie pomogło wcale, więc szybko dała sobie spokój).

– Tak… Źle znoszę teleportację, to nic takiego, przejdzie mi – odparła na jego pytanie i spróbowała się uśmiechnąć, a ostatecznie wzięła kilka głębszych oddechów, po czym kiwnęła głową. Tak, to mogli być mugole… i Dobrze, że Lazarus zwrócił jej uwagę na oczy. – Racja – mruknęła i te dwa uderzenia serca później wróciły już do normalności, czyli do bycia jasnobrązowymi i o całkowicie normalnych źrenicach. Różdżkę wsadziła sobie do kieszeni. Bez kociego wzroku wydawało się nagle tak… nieostro, ciemno wręcz w tym półmroku. Stanęła za to obok Lovegooda, gdy ten zastukał w drzwi i… czekali.

Przez moment nic się nie działo, ale za chwilę ich uszu dobiegło radosne szczekanie, potem miękkie kroki, a drzwi w końcu się otwarły.

– Dobry wieczór, przepraszamy, że prze- zaczęła Ginevra, ale nie zdążyła dokończyć, bo zaraz jej przerwano.

– Ojjj – padło od progu, bo blondwłosa, piękna dziewczyna zmarszczyła brwi, znowu błysnęło i zobaczyła w pełni dwie przemoczone osoby. Nie wydawała się być szczególnie zdziwiona. – Tak myślałam, że niedługo ktoś się zjawi. Wchodźcie, wchodźcie! Te burze są niebezpieczne, za każdym razem ktoś gubi się w tej głuszy, a nie każdemu udaje się odnaleźć drogę – odsunęła się, robiąc miejsce dwójce przemoczonym wędrowców. Przy tym Ginny wybałuszyła trochę oczy, bo była gotowa na wielką przemowę o tym, że się zgubili i prośbę, czy mogą przeczekać, ale nie spodziewała się, że zostaną zaproszeni do środka tak od razu. – Nie patrzcie tak na mnie, przecież was nie zjem – roześmiała się dziewczyna.

– Goście! Goście! – krzyczał dziwaczny, niski głos z wyjątkowo dziwnym akcentem, a gdy McGonagall przekręciła głowę, to w polu widzenia zobaczyła… psa.

Gadającego psa.

Chyba jednak nie trafili wcale na mugoli. Westchnęła więc z pewną ulgą i przekroczyła próg domu, odwracając jeszcze spojrzenie na Lazarusa. Nie czuła się do końca komfortowo, nie wiedziała jednak jak na to wszystko zareaguje ten… znajomy-nieznajomy.

– Cichaj, Burek! – dziewczyna odwróciła głowę, po czym spojrzała na Lazarusa i Ginny nieco zakłopotana. – Nie przejmujcie się, zawsze jest podekscytowany nowymi osobami. Przyniosę wam ręczniki – i zniknęła w korytarzu.

– Co myślisz? – to Ginny szepnęła do Lazarusa. Było… niezręcznie. Ale darowanemu koniu nie zaglądało się w zęby, tak?




RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Lazarus Lovegood - 11.12.2025

Pozwolił kobiecie poprowadzić rozmowę, nawet trochę wdzięczny za jej inicjatywę, która jednak nie na wiel się zdała - ledwo Guinevere zaczęła mówić, przerwało jej szczebiotanie dziewczyny, zakończone entuzjastycznym zaproszeniem do wnętrza.
- Nie patrzcie tak na mnie, przecież was nie zjem! - z jakiegoś powodu to zdanie wcale Lazarusa nie uspokoiło, ale deszcz lał, noc zbliżała się nieubłaganie, a wnętrze domu było ciepłe i zapraszające. Poczuł, jak jego granicząca z paranoją ostrożność kruszeje.
- Często dzieją się tu takie rzeczy? - zapytał. Dobrze byłoby nie spędzać w tym miejscu więcej czasu, niż to konieczne.

A potem pojawił się gadający pies. Lazarus zamrugał. Animag? W każdym razie raczej nie trafili na mugoli, mogli się więc pilnować odrobinę mniej. Lovegood zerknął na Guinevere, która weszła do pomieszczenia, skuszona prawdopodobnie perspektywą przeczekania burzy w suchym miejscu. Ich spojrzenia spotkały się, nie wydawała się spokojna. To dobrze. Z wahaniem również postąpił do przodu.
- Burze? Co jakiś czas się zdarza - padła nieprecyzyjna i całkiem nieprzydatna odpowiedź - Ale nie przejmujcie się, do rana minie.

Do rana?!
Nie było nawet możliwości wysłać sowy w taki deszcz.

Kiedy gospodyni zniknęła w głębi domu, Lazarus mruknął do Guinevere:
- Nie bardzo mamy wybór, chyba, że jesteśmy gotowi wrócić na dwór… - wcale specjalnie mu się to nie uśmiechało. Nie był gotowy na biwak, a już na pewno nie w takich warunkach - Myślę, że powinniśmy być czujni. Tu jest… dziwnie.
Ukrył różdżkę w kieszeni spodni i zdjął przemoczony płaszcz. Wzdrygnął się, gdy strużka zimnej wody spłynęła mu za kołnierz.

Dziewczyna wróciła w towarzystwie drugiej, wyglądającej na młodszą, ale tak podobnej, że nie było wątpliwości, że to siostry.
- Tak, doskonale, rozbierajcie się! - zakomenderowała, wciskając stos ręczników w dłonie towarzyszki i ruszając, by odebrać od nich okrycia - Weźcie buty, wysuszymy przy kominku!
Nieco oszołomieni dali się wprowadzić do salonu, gdzie ogień w kominku faktycznie płonął wesoło, a na stoliczku czekał zestaw do herbaty. Wytarli się ręcznikami. Lazarus, trochę mniej mokry, ale wciąż zmarznięty, przysunął się bliżej kominka. Spojrzał z odrobiną zakłopotania na mokre ślady, które zostawił na podłodze.
- Przeczekamy tylko deszcz i znikamy - powiedział tonem usprawiedliwienia, albo może żeby umocnić się w tym przekonaniu, bo ciepło bijące od kominka było najprzyjemniejszym wrażeniem tego tygodnia. Młodsza z dziewcząt zachichotała cicho.


RE: [17.09.1972, Guinevere & Lazarus] Gimme shelter - Guinevere McGonagall - 13.12.2025

Poczuła jakiś nieprzyjemny dreszcz, gdy padło to żartobliwe (a przynajmniej ona tak to odebrała) „do rana”. Wolała jednak zawinąć się stąd szybciej niż później, miała przecież swoje obowiązki (co prawda jej dziadkowie całe życie radzili sobie bez niej, ale jakoś nie potrafiła inaczej zwłaszcza po tym, co wydarzyło się 9 dni wcześniej…).

– Chyba lepiej tu przeczekać… Przynajmniej nie jest mokro – a Ginny nie była specjalnie przyzwyczajona do deszczu… I do tego, ze jest przemoczona do suchej nitki. Więc powrót na dwór, w środek tej dziwacznej burzy brzmiał jak raczej kiepski pomysł, skoro mieli do wyboru dziwny dom i jeszcze dziwniejsze towarzystwo, a zimno, zawieruchę, pioruny i deszcz. Nie bardzo tylko wiedziała w jaki sposób ten pies gada, ale to było chyba najmniejsze z ich zmartwień, które sugerowało raczej, że mają do czynienia z czarodziejami, a nie mugolami. Oboje byli wepchnięci pośród nieznajomych, ale jakoś to, że spędziła z Lazarusem ostatnie chwile w deszczu sprawiło, że przy nim czuła się jednak nieco pewniej, niż przy… dziewczęciach. Co było ogólnie dziwne, bo Ginny była raczej tą osobą, która nie ma problemu by zawiązywać nowe znajomości, była charyzmatyczna, czarująca nawet gdy chciała, nie miewała problemów z zagajeniem rozmowy, ale jakoś… Ostatnimi czasy nie czuła się za dobrze tak ogólnie. To pewnie te nerwy związane z atakami, kiepsko od tamtego czasu spała i chyba tez jej naturalny blask trochę przygasł.

Przyjęła jednak ręcznik z wdzięcznością i wytarła sobie twarz, potem ręce, a na końcu związała mokre włosy w turban, pozwalając, by ten przyjął ich wilgoć. Ściągnęła przemoczone buty i płaszczyk, który miała na sobie, a jedna z sióstr pomogła go jej rozłożyć i rozwiesić tak, żeby szybciej wyschnął.

– Nie wygląda, żeby miało szybko minąć – odezwał się męski głos w odpowiedzi na słowa Lazarusa. Krępy, niewysoki mężczyzna wszedł do pomieszczenia, uśmiechnął się jednak na widok miny Lovegooda i McGonagall. – Nie przejmujcie się, to się tutaj dość często zdarza… Burza szaleje, teleportacja przestaje działać, ale do rana wszystko się uspokaja – być może był nieświadomy tego, że przed chwilą niemalże to samo powiedziała jego córka. – Archibald Binns, miło mi was gościć w moich skromnych progach – dodał i uśmiechnął się dobrodusznie, po czym wyciągnął do nich dłoń do uściśnięcia, zupełnie nieprzejęty tym, że dwójka gości siedzi bardzo blisko kominka, by się ogrzać i wysuszyć.

– Najmocniej… – Ginny już miała przeprosić, ale zaraz chrząknęła i przywołała na twarz uśmiech, karcąc się w duchu – nie było za co przepraszać, skoro sami zaprosili ich do środka. – Dziękujemy w takim razie za gościnę. I miło pana poznać, Guinevere McGonagall – przedstawiła się i przez ułamek sekundy wahała, czy wyciągnąć do mężczyzny rękę na przywitanie, ale to on wykonał gest jako pierwszy, najpierw do niej, później do Lazarusa, po czym rozsiadł się na kanapie. – Nie chciałabym się narzucać, ale jeśli to do rana… – to co mieli do diabła zrobić?!

– Nie przejmujcie się – machnął ręką Binns, a jedna z jego córek – trzecia, jak stwierdziła Ginny – nalała każdemu po filiżance herbaty. – Trzeba sobie pomagać, inaczej wszyscy już dawno byśmy wyginęli. Moje córki zrobią kolację, ale wy możecie się odwdzięczyć jakąś opowieścią – roześmiał się ewidentnie z siebie zadowolony, rozparty na tej kanapie. – Na przykład możecie powiedzieć coś o sobie.

Nie była to duża zapłata, pomyślała Ginny, cały czas jednak zastanawiając się gdzie w tym wszystkim jest haczyk. Wahała się przez moment, zastanawiając się co powiedzieć, a pies dołączył do nich, położył się przy nich, przy kominku, i westchnął ciężko, przez co zarobił spojrzenie od Ginevry. Wzdychający pies – jakieś to było dziwne!

– Hmm… niech będzie. Jestem uzdrowicielem w grupie archeologicznej. Przyjechałam do Anglii kilka miesięcy temu, bo grupa, z którą ostatnio pracowałam skończyła swój kontrakt w Egipcie i dostali zgodę na pracę w Walii – a że pracowało jej się z nimi dobrze… I dostała propozycję, żeby do nich dołączyć, to naturalnie przyjechała za nimi. Nieco spóźniona przez formalności, ale się udało.