![]() |
|
[12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius (/showthread.php?tid=5402) Strony:
1
2
|
[12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Prudence Fenwick - 02.12.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nadszedł grudzień, długo wyczekiwany przez nią miesiąc, chociaż w tym roku trochę jej było przykro, że za jakieś trzy tygodnie będzie musiała wracać do domu, bo w domu nie było jego. Przywykła do tego, że spędzali razem niemalże każdy dzień, no na tyle na ile pozwalały im na to plany lekcji. Znała jego rozkład dnia, tak właściwie to potrafiłaby go pewnie nawet wyrecytować obudzona w środku nocy, musiała przecież zawsze znajdować jakąś furtkę, kilka minut, żeby mogli się spotkać. Jakoś się tak złożyło, że od tego pierwszego spotkania w pociągu nie przestali się ze sobą trzymać. Miała szczęście, że trafiła wtedy akurat do tego przedziału, gdyby znalazła się w innym miejscu, pewnie nie zaczęliby się ze sobą trzymać, bo pochodzili z różnych światów, ale zupełnie im to nie przeszkadzało, kiedy byli razem. Jasne doprowadzało to czasem do dziwnych rozmów, kiedy próbowała mu tłumaczyć coś, czego dowiedziała się od babci, która była całkiem blisko z mugolami, chociaż i tak nie wydawał się być tym jakoś specjalnie zgorszony. Wbrew temu co mówił jej tata, niektórzy czystokrwiści okazywali się być naprawdę otwarci i sympatyczni, zresztą wiedziała, że Loys był na swój sposób wyjątkowy, no dla niej był wyjątkowy. Był w końcu jej najlepszym przyjacielem. Dzisiaj miał trening, nie były to zbyt odpowiednie warunki do latania - chociaż, czy właściwie dla Prue jakiekolwiek były - nie, nadal nie umiała zrozumieć, jak to możliwe, że on potrafił tak zwinnie poruszać się na miotle, podziwiała go za to, i mimo, że udawała, iż nie lubi chodzić na mecze qudditcha, to zawsze ich wyczekiwała, bo mogła zobaczyć go w akcji, tak naprawdę chodziła tam tylko dla niego, inaczej pewnie nigdy nie znalazłaby się na trybunach. Zaczęło się ściemniać, to sugerowało, że zbliżała się odpowiednia godzina, siedziała na parapecie i czytała książkę, a raczej udawała, że czyta, obserwowała przez wielkie okno boisko do quidditcha, by mieć pewność, kiedy skończą latać. Gdy widziała miotły powoli zbliżające się do murawy podniosła się z miejsca nieco zbyt entuzjastycznie. Rzuciła książkę w kąt, złapała w rękę płaszcz i ruszyła na zewnątrz. Droga nie była krótka, jednak wiedziała, że zdąży, miała sporo czasu, zanim zdążą się przebrać, ogarnąć i przegadać to wszystko, co wydarzyło się na treningu. Prue doskonale wiedziała, jak to wszystko wyglądało, chociaż sama nigdy w życiu nie była na żadnym treningu quidditcha. Wiedziała, że uda jej się zdążyć. Czekała na niego na zewnątrz, drobne płatki śniegu sypały się z nieba, wyglądało to całkiem uroczo, dało się wyczuć zbliżające się Yule w powietrzu, chociaż śnieg jeszcze nie zdążył okryć błoni, czy murawy, to dopiero miało się wydarzyć. Chłopcy powoli zaczęli wyłaniać się z szatni, Prudence jeszcze jednak nie wyczuwała jego obecności, pewnie wyjdzie jako jeden z ostatnich, jak zawsze, miał on tedencje do zapominania czegoś, czy to miotły, czy płaszcza, czy czapki, szalika, torby z rzeczami... Można tak wymieniać, bez końca. Wiedziała, że jest okropnie roztrzepany, co czasem doprowadzało ją do wściekłości, bo naprawdę chciała dla niego jak najlepiej. Zdarzało mu się jednak być chodzącym chaosem, w sumie to też było dosyć urocze, czy powinna myśleć o tym w ten sposób? Nie, zdecydowanie nie, byli przecież tylko najlepszymi przyjaciółmi. W końcu się wyłonił. - Wish, jesteś! - Rzuciła z entuzjazmem, nie wspominała mu, że po niego przyjdzie, ale mógł się tego spodziewać, czasem zdarzało się jej bowiem to robić. Otaksowała go spojrzeniem, od stóp do głów - chciała się upewnić, że stoi przed nią w jednym kawałku. - Nie oberwałeś dzisiaj żadnym tłuczkiem? - Postanowiła jeszcze o to zapytać, bo przecież na pierwszy rzut oka wszystko mogło być w porządku. Z parapetu na którym siedziała, niezbyt dokładnie widziała to, co działo się na boisku. RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Benjy Fenwick - 02.12.2025 Grudzień zawsze przychodził nagle, wbrew logice, jakby jesień po prostu zrzuciła wszystkie liście z drzew, ogołociła naturę z osłon i powiedziała „radźcie sobie sami”. Dla mnie to był miesiąc ciężkich treningów, zmarzniętych dłoni i krzyku kapitana, który twierdził, że „śnieg nie jest wymówką”. Byłem jednym z ostatnich wychodzących z szatni, jak zwykle, bo najpierw szukałem rękawiczek, potem mi się przypomniało, że wcale ich dzisiaj nie brałem. Potknąłem się o cudzą torbę, którą ktoś kopnął, wpadłem na Rasmusa, który rzucił jakąś uwagę, że powinni mi w końcu wyznaczyć opiekuna, potem ktoś mnie zagadał, potem przypomniało mi się, że zostawiłem miotłę przy wejściu… Wszystko tradycyjnie. Zanim w ogóle ją usłyszałem, poczułem to delikatne ukłucie pod żebrami - to, które zawsze pojawiało się, gdy tylko łapałem się na tym, że szukam jej wzrokiem, nieświadomie, odruchowo, jak idiotyczny kompas nastawiony na jedną, absurdalnie konkretną północ. Nie mówiła mi, że przyjdzie, ale to nie było tak, że musiała - jej obecność zawsze działała na mnie jak coś oczywistego, jak fakt, że po treningu jestem głodny albo że zaraz zapomnę torby. - No, jestem, gdzie miałbym być? - Mruknąłem, niby nonszalancko, ale głos miałem wciąż trochę ochrypły po lataniu. Uśmiechnąłem się krótko, swoim jednym kącikiem ust - półironicznie, półzbyt-miękko. Udawałem, że to mnie nie rusza, ale prawda była taka, że… Lubiłem, kiedy na mnie czekała. Omiotła mnie wzrokiem i przez moment poczułem się tak, jakbym wracał z wojny, a nie z treningu, gdyby każdy patrzył na mnie tak jak ona… Ale nikt nie patrzył, tylko Prue. To patrzenie miało w sobie coś tak nagiego, że zawsze musiałem odrobinę odwrócić wzrok, żeby nie wyglądać, jakbym się rozpływał. Posłała mi to swoje spojrzenie od butów aż po włosy, więc się trochę wyprostowałem, jakbym miał coś do udowodnienia. Oberwałem dzisiaj tłuczkiem - w bark, dość konkretnie - ale absolutnie nie miałem zamiaru jej o tym mówić, ona miała tendencję do wyciągania dramatycznych wniosków o stanie mojego zdrowia, ja miałem tendencję do udawania, że nic mnie nie boli. - Niee… - Zrobiłem przeciągłe „e”, jakbym coś kalkulował. Przesunąłem dłonią po karku, dopiero teraz czując, jak zimne powietrze mi wbija się pod kołnierz. - No, może jednym, ale to było tak… Łagodnie, leciutku. Takim, co to tylko mówi „cześć”, a nie „umrzesz”. - Skrzywiłem się pół-żartem, pół-naprawdę. Kąciki ust uniosły mi się wyżej, kiedy przysunąłem się na jeden krok, żeby dokładniej ją zobaczyć. Śnieg osiadał na jej płaszczu, a ja dopiero wtedy zorientowałem się, że wygląda na trochę zmarzniętą. No tak, pewnie czekała tu dobre kilka minut, miała policzki zaróżowione od zimna. - Mogłaś wejść do środka, wiesz? - Powiedziałem, zbliżając się na tyle, że mógłbym policzyć rzęsy, gdybym nie udawał, że patrzę na jej ramiona. - Chodź. Zamarzniesz mi tu. - „Mi”. Nie powinienem tak mówić, ale zawsze mówiłem. Wyciągnąłem rękę i strzepnąłem z jej ramienia kilka płatków śniegu, pod palcami poczułem chłód materiału. Spojrzałem w bok, na ścieżkę prowadzącą do zamku. Zrobiłem krok w tamtą stronę, grunt pod butami wydawał ten specyficzny dźwięk - taki chrupiący, mokry, zwiastujący, że zaraz zrobi się naprawdę ślisko. I jakoś tak… Nie wiem… Instynktownie zwolniłem. Spojrzałem na jej buty - zupełnie nieprzystosowane do grudniowego lodowiska - potem na jej policzki, jeszcze bardziej zaróżowione od zimna, a potem znów na tę wąską, wyślizganą ścieżkę. Zanim zdążyłem się zastanowić, ręka sama mi drgnęła. - Właściwie, poczekaj. - Odwróciłem się do niej, unosząc lekko brew, tak jakbym próbował zataić, że robię coś całkiem nie-nonszalanckiego. - Jest ślisko. - Wyciągnąłem dłoń w jej stronę, zwyczajnie, a jednocześnie wcale nie. Palce miałem jeszcze trochę zdrętwiałe po miotle, ale mimo to dłoń trzymałem pewnie, wyciągniętą w jej stronę. To była wymówka, prawda była taka, że jeszcze trochę chciałem ją mieć obok siebie. W tym śniegu, w tej ciszy, zanim grudzień zacznie mijać, a my odliczać do tego wyjazdu, który już mi siedział w gardle, chociaż nikomu się do tego nie przyznałem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Prudence Fenwick - 02.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Uśmiech pojawił się na jej twarzy, kiedy tylko zobaczyła jego sylwetkę wyłaniającą się zza drzwi. Nie potrafiła z tym walczyć, zresztą miała prawo się cieszyć, że widziała swojego przyjaciela, to nie było nic takiego, prawda? No, a to, że spotykali się codziennie wcale niczego nie zmieniało. Zawsze tak na niego reagowała, czuła też bardzo miłe ciepło, które rozpływało się po jej ciele. Dobrze było mieć obok siebie kogoś kto rozumiał wszystko, nie zadawał jakichś głupich pytań, nie czepiał się pierdół, po prostu był, przy nim nie musiała nikogo udawać, bo wiedziała, że akceptuje to, jaka jest naprawdę, przed nikim innym nie mogła sobie na to pozwolić, a on jej nie oceniał, był najlepszym przyjacielem, jakiego mogła sobie wymarzyć. - No nie wiem, czasem pojawiasz się i znikasz, wiesz jak jest. Mógłbyś być gdzieś indziej. - Na szczęście nie był, więc w sumie całkiem dobrze się złożyło. Nadal nie do końca rozumiała skąd mu się to wzięło, zaakceptowała to, że po prostu tak umiał, wychodził z cienia, a chwilę wcześniej nie było go obok. Miał wiele ukrytych talentów, tak, co do tego nie miała najmniejszej wątpliwości, nie miała pojęcia dlaczego zawsze kiedy koło niego stała czuła się tak lekko, to było dziwne, ale może na tym polegała przyjaźń? Pewnie tak, pewnie o to chodziło, w sumie słabo się na tym znała, bo był przecież jej jedynym przyjacielem, a chyba nie powinna go o to pytać, bo to byłoby dziwne, nie chciała, aby wziął ją za wariatkę, czy coś, zresztą pewnie trochę już na pewno ją za nią uważał, bo pokazała mu wszystkie swoje strony. Przyglądała mu się bardzo dokładnie, aby nie ominąć żadnego szczegółu, nie chciała, aby coś jej umknęło, zdawała sobie sprawę, ze te jego treningi były bardzo brutalne i mógł podczas nich zostać bardzo poturbowany, wyglądał dzisiaj jednak nie najgorzej, więc chyba nic złego mu się nie przytrafiło. Znaczy wyglądał dobrze, jak zawsze, on zawsze dobrze wyglądał, z tymi swoimi trochę za długimi, ciemnymi włosami i tym uśmiechem, który rzadko kiedy obejmował coś więcej niż kącik ust. Powiedział nie, przeciągnął jednak to słowo, jakby miał coś do dodania, Prue nie przestawała mu się przyglądać, jakby jej spojrzenie miało spowodować, że jej się ze wszystkiego wyspowiada. Później dopowiedział resztę, uśmiech zniknął jej z twarzy. Oberwał tłuczkiem, ponownie zaczęła taksować go spojrzeniem, aby oszacować w co mógł oberwać, nie była jednak w stanie tego zrobić, bo nic nie wyglądało na uszkodzone. - Na pewno to było leciutko? Nic Cię nie boli? - Miała ochotę podejść jeszcze bliżej, żeby to sprawdzić. - Jak boli, to może coś na to poradzimy, mam w dormitorium jakieś maści od taty. - John dbał o to, aby mogła się leczyć, bez wizyt w skrzydle szpitalnym, nie, żeby zbyt często jej się coś przytrafiało, z czasem miała w ogóle zrezygnować z tych jego specyfików, bo prowadziła okropnie spokojne życie, w domu się bardziej przydawały. Zbliżył się do niej o krok, wpatrywała się w niego jak zaczarowana, jak zawsze mimowolnie się uśmiechnęła. Nie przeszkadzał jej chłód, który w nich uderzał, czy śnieg spadający na włosy, było jej przyjemnie miło i ciepło, kiedy stała obok niego. - Mogłam, ale wiesz, że wolę chować się w cieniu, jeszcze ktoś by się mnie o coś zapytał, czy coś. - A ona nie była dobra w takie pogawędki, dlatego zazwyczaj stała gdzieś pod ścianą, ze spuszczoną głową, unosiła ją dopiero wtedy, kiedy czuła, że on znajdował się gdzieś obok. Strzepał jej śnieg z ramion, zawsze o nią dbał, dostrzegał te szczegóły, które na pierwszy rzut oka jej nie przeszkadzały, ale miło było, gdy ktoś zwracał na nie uwagę, nikt się tak o nią nie troszczył jak on, i robił to zupełnie naturalnie. - Nie zmarznę, ale tak, możemy już iść. - Nie chciała narzekać na to mroźne powietrze, czekała tu na niego, tylko to się liczyło, mogło wiać i padać, walić gradem, ale i tak by się cieszyła, że uda im się spotkać chociaż na chwilę. Oczywiście, że nie przemyślała doboru obuwia, bardzo się spieszyła, żeby przypadkiem się nie spóźnić, jeszcze by jej uciekł i co wtedy? Musiałaby go szukać w zamku, do dormitorium Gryfonów nie miała wstępu... - Trochę jest. - Kiedy biegła tutaj w pierwszą stronę kilka razy prawie wywinęła orła, udało jej się jednak jakimś cudem uniknąć bliższego spotkania z podłożem. Dostrzegła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, złapała ją w swoją, jak zawsze jego ręka była cieplejsza od jej, mimo tego, że spędził na zewnątrz sporo czasu, złapała go delikatnie. - Wiesz, że teraz, jak się wywalę, to polecisz ze mną, jesteś przekonany, że to dobry pomysł? - Gdyby szedł sam, na pewno nie istniałaby szansa, że się poślizgnie, jednak gdy miał ją tuż obok, kiedy trzymał Prue za rękę prawdopodobieństwo zaliczenia gleby zwiększało się o jakieś dziewięćdziesiąt procent, jej koordynacja nigdy nie była najlepsza. RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Benjy Fenwick - 03.12.2025 Kiedy tylko zobaczyłem uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, miałem wrażenie, że zrobiło się odrobinę cieplej, chociaż śnieg walił nam na głowy jakby miał ambicję przysypać całą szkołę. To było coś absolutnie typowego - ja ledwo zdążyłem wyjść z szatni, a ona już wyglądała tak, jakby zobaczyła coś… Dobrego? Ważnego? I jasne, wiedziałem, że to nie powinno nic znaczyć, przyjaciele mogą się do siebie uśmiechać, ale kiedy uśmiechała się do mnie, zawsze czułem coś w żołądku, niepokojąco przyjemnego, potrafiła mnie tym kompletnie rozbroić. Nie potrafiłem nie reagować na ten uśmiech - robił mi jakieś głupie rzeczy z sercem, jakby nagle chciało podskoczyć, a potem udawało, że nic się nie stało. Prue się cieszyła, ja mówiłem sobie, że to nic takiego, przyjaciele tak robią - pewnie, tak powinno być. Tylko czemu za każdym razem czułem to dziwne, ciepłe ukłucie pod żebrami, jakby ktoś tam zamontował mi detektor jej obecności? Parsknąłem cicho pod nosem. Tak, mogłem być, ale nie chciałem. - Nie wiem, kto ci nagadał, że umiem znikać. Ja po prostu… Chodzę jak człowiek, tylko czasem szybciej. - Udawałem oburzonego, ale oczy uciekały mi w bok, bo kiedy patrzyła tak wprost, czułem się trochę za bardzo odkryty. Przyglądała mi się bardzo dokładnie, a ja od razu poczułem, że zaczynam się zachowywać jak idiota - wyprostowałem się o milimetr, poprawiłem szalik, który i tak leżał krzywo, odgarnąłem włosy z czoła, chociaż wróciły na miejsce po trzech sekundach - zawsze tak robiłem, kiedy patrzyła. Czułem się wtedy… Zauważony, w ten bardzo specyficzny sposób, to było jednocześnie przyjemne i trochę przerażające. Patrzyła na mnie długo i intensywnie, jakby miała w oczach jakieś specjalne zaklęcie diagnostyczne. Zawsze wtedy prostowałem plecy, jakbym musiał nagle udowodnić, że naprawdę mam wszystkie kończyny na miejscu, kiedy usłyszała, że oberwałem tłuczkiem, jej mina zmieniła się tak szybko, że nawet mnie to lekko wystraszyło. - Ej, nie patrz tak. - Uniosłem obronnie ręce, ale zaraz jedną schowałem, bo bark mnie ciągnął. - Pruey, przysięgam, że żyję. To nic, jakby bolało… To bym powiedział. - Kłamałem jak z nut, ale trzynastolatek ma swoje dumy. Uniósłem brwi, próbując wyglądać poważnie. - Nie będę smarowany żadną tajemniczą maścią, Pruey. Nigdy nie wiadomo, co twój tata tam miesza. Może by mi wyrosły skrzela, a ja, no, latam, nie pływam. - Ale w głosie miałem miękki śmiech, ten, który pojawiał się tylko przy niej. Byłem pewien, że gdyby naprawdę mnie bolało, pozwoliłbym jej zrobić wszystko - nawet posmarować bark czymś, po czym pachniałbym dwa dni ziołowym czymś. Wywróciłem oczami, ale łagodnie. - Ty i to twoje „chowanie się”. - Pochyliłem się trochę, żeby móc spojrzeć jej w twarz. - Pruey, ludzie zadają pytania, bo to jest… Normalne, zazwyczaj, a jak cię o coś kijowego zapytają, możesz po prostu nie odpowiadać, to moja metoda. Działa świetnie. - Brzmiało to głupio, ale to było jedyne, na co było mnie stać przy niej - na głupie rzeczy. Strzepnąłem jej śnieg z ramion, a ona nic nie powiedziała przez moment, jakby to było coś wielkiego. Dla mnie… Trochę było. Parsknąłem, patrząc na nią z góry, przez kosmyki przyklejone do czoła od śniegu. Wykrzywiłem usta w czymś w rodzaju uśmiechu, bardziej zadziornego niż zwykle. - No, jasne, że polecę. - Odpowiedziałem bez wahania. - Jak się przewracasz, to jestem twoją amortyzacją, to część umowy przyjaźni. Małym druczkiem. - Ścisnąłem jej dłoń odrobinę mocniej, żeby wiedziała, że może iść pewniej. Śnieg pod butami skrzypiał w rytm naszych kroków, a mimo wszystko, Prue szła naprawdę ostrożnie, jakby stąpała po cienkim lodzie nad przepaścią, więc ja dostosowałem tempo, nawet jeśli oznaczało to, że będziemy szli trzy razy dłużej - nie żałowałem ani trochę. Na ułamekl sekundy zerknąłem na nasze dłonie - jej palce były wąskie, drobne i chłodne, moje całe czerwone od zimna, ale w jakiś sposób wciąż cieplejsze od jej. To było dość… Krępujące, że to zauważyłem, jeszcze bardziej krępujące, że serce zrobiło mi coś głupiego w klatce - takie mocniejsze pchnięcie, jakby się na moment potknęło razem z nią. Przewróciłem oczami - tak teatralnie, jak tylko mogłem, ale i tak w końcu spojrzałem na nią z ukosa, jednym z tych moich krótkich, trochę nieśmiałych spojrzeń, które nie miały prawa istnieć, skoro byłem „cool graczem od Quidditcha”, jak mówił Rasmus. - Żeby nie było, to nie jest tak, że ja od razu padnę jak kłoda, bo ty stracisz równowagę. - Mruknąłem, lekko ściszonym głosem, chociaż nie wiedziałem, czemu go ściszałem. - Mam… Refleks. - Brzmiało to jak przechwałki, ale w mojej głowie to był fakt - przecież łapałem znicze, unikałem tłuczków, no, zazwyczaj unikałem. Te słowa powiedziałem niby zwyczajnie, ale prawda była taka, że bardzo chciałem, żeby to brzmiało… Pewnie. Dorosło? Może nawet odrobinę imponująco, jakbym był kimś, kto potrafił ją ochronić przed wszystkimi śliskimi powierzchniami świata. Po dwóch krokach ona, oczywiście, lekko się zachwiała, złapałem ją mocniej - refleks gryfońskiego ścigającego, po raz pierwszy użyty do czegoś, co naprawdę miało znaczenie, przynajmniej dla mnie. Zsunąłem spojrzenie w dół, na nasze dłonie - jej palce naprawdę były lodowate, ścisnąłem je więc odrobinę mocniej, kompletnie mimowolnie. - Poza tym, jak już mam z kimś lecieć na ziemię, to wolę z tobą. - Wymsknęło mi się zanim zdążyłem to przemyśleć, po czym zrobiło mi się gorąco w kark. - Nie… Że chcę się wywalać. Tylko… Wiesz. Że jesteś… Lżejsza. To może będzie mniej bolało. - Kapitalne wyjście z sytuacji, Rookwood, naprawdę mistrz. Szliśmy po ścieżce, ostrożnie, a śnieg robił się coraz mniej sypki. Zamek świecił pojedynczymi oknami, w oddali słyszeliśmy jakieś grupki uczniów wracających z biblioteki czy zajęć dodatkowych, ale świat, ten prawdziwy, kończył się na tej cienkiej warstwie lodu pod naszymi butami i na ciepłych punktach, w których stykały się nasze dłonie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Prudence Fenwick - 03.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] - Przez co wydaje się, że znikasz, ja to tak widzę. Nikt mi nic nie gadał, to moje obserwacje. - Nie miała pojęcia, jak to było możliwe, że zdarzało mu się pojawiać zupełnie znikąd, nie była w stanie go wtedy usłyszeć, czy wyczuć, po prostu stawał przed nią jakby wyszedł spod ziemi. Nazywała to więc sobie znikaniem, a z nikim nie rozmawiała na jego temat, bo Prue była lojalna, jeśli miała coś do powiedzenia, to przychodziła prosto do niego, czy gdy chciała o coś zapytać. - To musi być dużo szybciej od zwykłego człowieka, zresztą dla mnie większość z ludzi porusza się super szybko, ale Ty jesteś najbardziej wyjątkowy. - Nie da się ukryć, że ona sama nie poruszała się szczególnie szybko na tych swoich krótkich nóżkach i małych stópkach. Nigdy jednak nie mogła narzekać na to, że Loys się nią nie przejmował, zawsze zwalniał kiedy nie dawała rady dorównać mu tempa, mimo, że sam mógł pokonać tę drogę z dziesięć razy szybciej. No i przyznał się jej, że oberwał tłuczkiem przez co wyraz twarzy Prue zmienił się od razu. Martwiła się, zawsze się o niego martwiła, nie chciała, żeby go coś bolało, najchętniej zasugerowałaby mu, że qudditch jest głupi i że po co właściwie w niego gra, skoro może obrywać, z drugiej strony wiedziała, że uwielbia to robić, byłby smutny gdyby nie należał do drużyny, więc nie powiedziała nic, bo cieszyła się jego szczęściem, mimo, że w tym przypadku wiązało się ono z delikatnym drżeniem serca w obawie, czy kiedyś podczas meczu nie spadnie z miotły, czy nie oberwie tłuczkiem za mocno. - Na pewno byś powiedział? - Uniosła brew pytająco, nie chciało jej się wierzyć, że przyznałby się jej do tego, że dostał tłuczkiem tak, że zabolało. - Widzę przecież, że żyjesz. - Dodała jeszcze, bo to akurat była w stanie wywnioskować, jednak nie potrafiła stwierdzić, czy faktycznie go nic nie bolało. - Tata miesza to dla mnie, na pewno nie dorzuca niczego takiego, nie sądzę, że chciałby mnie widzieć ze skrzelami. Jakby Cię jednak zaczęło boleć, to mi powiesz, dobrze? - Spoglądała na niego, chciała, żeby się z nią zgodził, mieliby umowę, której nie mógłby nie dotrzymać, prosta sprawa. - Ja wybieram łatwiejszą opcję, po prostu nie pozwalam im pytać, wtedy mam stuprocentową pewność, że nie będą pytać o coś na co nie chcę odpowiadać. - Jej metoda wydawała się być dla niej dużo bardziej skuteczna, może przy okazji dosyć drastyczna, ale działała, zresztą nie potrzebowała rozmawiać z ludźmi, nie szukała przyjaciół, jednego już miała i to jej wystarczało, jak mogłoby nie wystarczyć, skoro trafił się jej najlepszy, dostępny egzemplarz? Nie odezwała się słowem, gdy dotknął jej ramion i pozbył się z nich śniegu, doceniała te drobne gesty, to, że ją widział, widział, że coś mogło jej przeszkadzać i po prostu reagował, jakby to była najbardziej normalna rzecz na świecie. Nie miała pojęcia, czy wiedział, jak wiele to dla niej znaczy, te wszystkie jego drobne gesty, to, że ją zauważał. Serce zabiło jej szybciej, kiedy znalazł się tak blisko niej, ostatnio coraz częściej tak na niego reagowała. - Tak? To masz przekichane, bo zawsze to ja się wywracam, Ty nigdy, no chyba, że ze mną. - Poczuła, że zacisnął jej dłoń, mogła się o niego wesprzeć, to było miłe dla takiej pierdoły jak ona. Ogólnie miło było trzymać go za dłoń i czuć pod palcami jego ciepło. Serce znowu biło jej szybciej, jakby za chwilę mogło wyskoczyć jej z klatki piersiowej, musiała się opanować, co jeśli usłyszy, że tak głośno trzepocze? Nie, chyba nie powinien tego usłyszeć. Był jej przyjacielem, to wszystko, nie mogła patrzeć na niego inaczej. W ich świecie to nie było możliwe. - Wiem, że masz refleks Wish, masz najlepszy refleks ze wszystkich których znam. - Miał powód do dumy, i wcale nie traktowała tego jako przechwałki, wręcz przeciwnie zamierzała potwierdzić jego słowa, naprawdę był pod tym względem wyjątkowy. Nie było zaskakujące to, że ledwie się ruszyli, a ona już zdążyła się poślizgnąć, mogli się tego spodziewać, tak samo, jak ona mogła się spodziewać tego, co stało się później. Złapał ją mocniej, dzięki czemu nadal trzymała pion. Zawsze mogła na niego liczyć. Oczy jej się zaświeciły, kiedy wspomniał, że jeśli ma z kimś lecieć na ziemię, to z nią. Uśmiechnęła się mimowolnie, dobrze było to słyszeć. Może faktycznie nie tylko ona zaczynała patrzeć na niego w ten sposób. Po chwili jednak się odezwał, no jasne, wiadomo, że to przez to, że była lżejsza, a już zaczynała sobie coś wyobrażać. - Jeśli miałabym jakiś wybór, to też zawsze wolałabym się wywalać na Ciebie, wiesz, jesteś dużo większy, więc marna szansa na to, że trafię na ziemię. Jak coś postaram się wywalać tak, żeby Cię nic nie bolało, a znając Ciebie to nawet nie dopuścisz do tego, żeby którekolwiek z nas znalazło się na ziemi. - Już zresztą mieli szansę zobaczyć jak działał jego refleks. RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Benjy Fenwick - 03.12.2025 Wywróciłem oczami, ale tylko delikatnie, żeby wyglądało to bardziej na „masz rację, ale i tak będę udawał, że nie”. Kiedy mówiła, że „dla niej większość ludzi porusza się super szybko”, a ja „najbardziej wyjątkowo”, miałem ochotę schować twarz w szaliku, żeby nie było widać, jak idiotycznie zaczynają mi drżeć kąciki ust, ale utrzymałem fason. Ledwo, bo ledwo, ale utrzymałem. Zatrzymałem oddech, na krótką sekundę, chyba pierwszą taką w życiu, której potrzebowałem, żeby pozbierać rozum do kupy. Zerknąłem na nią kątem oka, zrobiło mi się tak gorąco w uszy, że mogłem przysiąc, że zaraz zacznie się z nich unosić para. Ugryzłem się w język, żeby nie palnąć czegoś idiotycznego. - Eee… - Próbowałem złożyć jakąś mądrą odpowiedź, ale mój mózg postanowił wyjść z pracy pięć godzin wcześniej. Przerzuciłem torbę na drugie ramię, udając, że mnie to wcale nie kompromituje. - To może muszę chodzić głośniej. - Wzruszyłem ramionami. - Albo zacząć gwizdać, zanim podejdę. - Spróbowałem powiedzieć to lekko, żeby nie zauważyła, że kompletnie mnie tą „wyjątkowością” rozstrzeliła. Może trochę mi to schlebiało, może bardziej niż trochę. Powinienem przewidzieć, że nie odpuści - gdy jej twarz od razu zmieniła wyraz, kiedy wspomniałem o tłuczku, chciałem sobie w tamtym momencie odgryźć język. Prue miała w sobie ten rodzaj troski, który najpierw się martwił, a potem się martwił jeszcze bardziej, uniosła brew - ta jedna brew potrafiła mnie załatwić szybciej niż wystrzelony tłuczek. Zrobiła tę swoją minę „teraz mów prawdę”, a ja, trzynastoletni idiota, który nienawidził wyglądać jak ktoś słaby, mogłem jedynie zrobić to, co ona - unieść brwi, tylko obie, nie jedną. Westchnąłem i spojrzałem na nią spod rzęs. - No… Dobra, może nie od razu. - Przyznałem, unosząc ręce w obronnym geście. - Ale powiedziałbym, jakby było bardzo źle. Tak na dziewięć w skali dziesięć. Powiedziałbym, zanim bym umarł, obiecuję. - Rzuciłem, udając powagę. Spojrzała na mnie tak poważnie, jakbyśmy podpisywali magiczną umowę krwi, a nie ustalali, czy powiem jej, gdy mnie coś zaboli. - A twojemu tacie wierzę, tylko… On robi to dla ciebie. A ja mam wrażenie, że jakbym ja tego użył, to skład mógłby się aktywować i wyrosłaby mi na plecach jakaś… Roślinka. Albo drugie skrzela, coś w ten deseń. - O „maściach od taty” nie chciałem słyszeć, ale znowu spojrzała w ten sposób, że trudno było odmówić. - No, dobra. Umowa stoi. Powiem. - Skapitulowałem, ale to nie miało gorzkiego smaku porażki, nie przy niej. „Nie pozwalam ludziom pytać”, musiałem ugryźć się w policzek, żeby się nie roześmiać. - Pruey, ty nie „nie pozwalasz im pytać”. Ty patrzysz na ludzi, jakbyś miała plan ich otruć w ciągu najbliższych pięciu minut. Myślą, że jak cię o coś zapytają, to rzucisz w nich klątwą. - Pochyliłem się trochę w jej stronę. - Gdyby wiedzieli, jaka naprawdę jesteś, to by się nie bali pytać. Chociaż… Nie chciałem, żeby wiedzieli. Ona była moja. W tym sensie, że… Że byłem jej jedynym przyjacielem, i ona była moją najważniejszą osobą, nie chciałem tego dzielić. Coś we mnie odpaliło ten idiotyczny, pewniacki tryb, który uruchamiał się tylko przy niej, jakbym musiał jej udowodnić, że potrafię być jakąś wersją bohatera, nawet jeśli miałem mokrą koszulkę i krzywo założony szalik. - To dobrze. - Rzuciłem po prostu. - Będę cię łapał. Znam się na łapaniu. To tak jakby moja specjalizacja. Ledwo wyszliśmy na ścieżkę, a ona już poślizgnęła się tak elegancko, że gdybym jej nie złapał, zostałby po niej tylko kształtny odcisk w śniegu. Odruchowo zacisnąłem palce na jej dłoni, ustawiając ją z powrotem w pionie. - No i widzisz? Mówiłem, że przy mnie się nie wywrócisz. - Rzuciłem z triumfalnym tonem, jakbym właśnie wygrał finał Quidditcha. Patrzyła na mnie tym swoim uśmiechem, takim półzawstydzonym, pół-ciepłym, i wtedy, zanim zdążyłem pomyśleć, wyrwało mi się. - Masz szczęście, że chodzisz z najlepszym. - Wypaliłem to z automatu, z tą samą miną, co wcześniej, jakbym właśnie ogłaszał oczywisty fakt, ale w sekundę po tym, jak to powiedziałem, zorientowałem się, jak to zabrzmiało. „Chodzisz.” „Z najlepszym.” Merlinie. Słowa zabrzmiały inaczej, niż planowałem, i od razu coś we mnie zamarło. „Chodzisz z najlepszym”? Świetnie, Rookwood. Doskonały wybór słów. Jeszcze trochę, a będziesz się rumienił jak pierwszak. Zamrugałem, kilka razy, w takim tempie, jakby ktoś wcisnął mi restart mózgu. Naturalnie udawałem, że nic mnie to nie rusza - nie po to całe życie trenowałem miny obojętności, żeby dać się wyłożyć trzynastolatce o wzroście skrzata domowego. - Yh… No… - Chrząknąłem, czując, jak kark robi mi się gorący. Świetnie, jeszcze się zająknij, Rookwood. Będzie idealnie. Brzmiało, jakbyśmy… A przecież nie… Poczułem, jak zrobiło mi się cieplej na karku, a przecież to grudzień, powinno być odwrotnie. - Znaczy, nie… - Parsknąłem i spojrzałem w bok, udając, że skupiłem się na ścieżce. - Nie „chodzisz ze mną”. No chodzisz, ale… - Skrzywiłem się w stronę własnych słów, które odbiły się echem w przestrzeni. - Po tej samej drodze. Chodzimy po tej samej drodze. To miałem na myśli. - Wspaniale, Rookwood. Genialne. Ścisnąłem jej dłoń trochę mocniej - tak, jakbym chciał przytrzymać nie tylko ją, ale i własne słowa, żeby nie uciekły dalej i nie zrobiły większego bałaganu. - Po prostu… - Mruknąłem ciszej, bardzo ostrożnie dobierając ton, który nie brzmiał jak żart, ale też nie jak wyznanie. - Dobrze, że idziesz ze mną. Zawsze. Bo… - Zawiesiłem głos, udając, że muszę skupić się na miejscu, gdzie lód robił się bardziej zdradliwy. - To tak… Póki ja jestem obok, żadna gleba ci nie grozi. Chronię swoich. - Zanim zdążyłem uświadomić sobie, co powiedziałem, zaczęło to brzmieć podejrzanie ciepło, więc chrząknąłem i patrzyłem jak idiota w śnieg, jakby miał tam być cały mój ratunek. Całe szczęście padło „swoich.” Tak właśnie to powiedziałem, nie „ją” - nie „ciebie”. „Swoich”. Trzymała mnie za rękę, a ja podświadomie zacisnąłem palce odrobinę mocniej, przez te wszystkie jej i moje słowa coś mi się wyginało w środku, jakby ktoś wziął mi wnętrzności i zawiązał je na supeł. - Tak czy siak, gdybym naprawdę źle oberwał, nie trzymałbym się tak dobrze. Zaufałabyś mojemu barkowi, gdyby miał się rozsypać? Nie. A właśnie się na nim niemal opierasz. No i… Serio. Masz szczęście, że jestem najlepszy, bo jakbyś szła z kimś innym, to już byś leżała w śniegu, a ja bym nie miał okazji cię złapać. - To zabrzmiało kompletnie głupio. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Prudence Fenwick - 03.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] - Nie, nie możesz! Nie o to mi chodziło, ta wyjątkowość jest super, Ty jesteś super. - Powiedziała bardzo szybko, na jednym wdechu, bo naprawdę nie chciała, żeby się zmieniał. Uważała że, był najlepszy taki, jaki był. To, że czasem pojawiał się znikąd, do czego trudno się było przyzwyczaić, bo niby jak można się przyzwyczaić do czegoś takiego? To też było jego, i pasowało do tego całego obrazka. Lubiła go takim jakim był, nie potrzebował niczego w sobie zmieniać, nawet jeśli pozwoliłoby jej to przygotować się na jego nagłe wyłonienie się z ciemności. Zresztą lubiła jak ją tak zaskakiwał, nigdy nie wiedziała, kiedy może się go spodziewać, to było fajowe. Pokręciła głową, widziała, że uniósł brwi, jednak nie do końca podobała się jej odpowiedź, którą usłyszała. Na dziewięć? Powiedziałby jej dopiero o tak silnym bólu? Naprawdę? Nie miała zamiaru tego akceptować, co to, to nie. - Dziewięć na dziesięć? Naprawdę. Myślę, że mógłbyś zacząć wspominać o tym, że coś Cię boli już przy piątce, to połowa skali, to taka optymalna granica, po dziewiątce już jest dziesiątka, czyli prawie śmierć. - Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nie mogła mu odpuścić, bo przecież jak to tak? Stałby przy niej i udawał, że nic go nie boli, nie powiedziałby o tym, musiała wiedzieć, czy czuje się dobrze, bo przecież tylko wtedy mogłaby postarać się jakoś mu ulżyć. Ta troska przychodziła jej zupełnie naturalnie, jak niby miałaby się nie troszczyć o osobę, która była jej tutaj najbliższa? -Nie dowiemy się, dopóki tego nie sprawdzimy, myślę, że w skrzelach też byś dobrze wyglądał, czy z roślinką na skórze. - Przygryzła dolną wargę, nie przemyślała do końca swoich słów. Powiedziała, że też by dobrze wyglądał, co oznaczało, że już tak uważała, powiedziała to na głos, przyznała że wygląda dobrze. O nie, powinna była nieco zastanowić się nad tym, co chciała powiedzieć. Uda po prostu, że to nic takiego. - To świetnie. - Uśmiechnęła się do niego ponownie, zgodził się z nią, cudownie, będzie więc mogła mu pomóc, jeśli faktycznie będzie tej pomocy potrzebował, wcale nie tak trudno było jej go do tego namówić. Miała zresztą wrażenie, że żadne z nich nie potrafiło być do końca asertywne w stosunku do drugiej strony. - Nie planuje się otruwania, tylko to robi. Może to i lepiej, że tak myślą, widzisz więc, mój plan zadziałał, nikt się do mnie nie zbliża, bo wydaję się straszna, dzięki czemu omijam pytania. - Sam potwierdził skuteczność tej metody, najważniejsze, że działało, a to, że wyglądała, jakby chciała kogoś otruć, czy przekląć... cóż, pewnie też potrafiłaby to zrobić. - Oni nie muszą wiedzieć, jaka jestem naprawdę, nie są ważni. - Nigdy nie zależało jej na wielu znajomościach, wolała mieć jednego przyjaciela, a nie ich cały wianuszek. Zresztą miała najlepszego ze wszystkich przyjaciół, czego mogła chcieć więcej? No niczego. - Jesteś specjalistą od łapania pierdół? - Dodała z uśmiechem, wiedziała, że nie do końca o to mu chodziło, jednak tak trochę się to teraz rysowało. Oczywiście, że bardzo szybko udowodnił to, że wyjątkowo sprawdzał się w tej roli, bo dała mu ku temu możliwość bardzo szybko, potknęła się praktycznie na starcie, a on jak obiecał - złapał ją. Zawsze dotrzymywał słowa. Później na moment się zawiesiła. Powiedział, że chodzi z najlepszym. Te słowa brzmiały dość dwuznacznie, od razu pomyślała sobie o jednym, ale musiała wyzbyć się z głowy tej myśli, na pewno nie o to mu chodziło, bo przecież nie chodzili ze sobą tylko przy sobie? To była jednak spora różnica. - No jasne, co innego mogłeś mieć na myśli... - Oczywiście, że chodziło mu o to, że chodzą po tej samej drodze, nic innego, nie mogła sobie nic dopowiadać, bo przecież to było jasne jak słońce, najbardziej normalna rzecz na świecie. - Chodzimy koło siebie drugi rok, to dla nas normalne, tymi samymi drogami. - Rozumiała do czego zmierzał, byli przecież przyjaciółmi, przyjaciele chodzili ze sobą właśnie w ten sposób. - Dobrze, że nigdzie się nie wybierasz i zawsze będziesz obok, przynajmniej już nigdy nie upadnę. - Powiedziała jeszcze bardzo lekko, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie i nic nie mogło stanąć na drodze ich przyjaźni, bo niby co mogłoby ją zniszczyć? Spędzili razem te półtora roku, spędzą i kolejne pięć, a może nawet więcej. Rodzice jej mówili, że w Hogwarcie zawiera się przyjaźnie na całe życie i czuła, że to było właśnie to. Chronił swoich, to było całkiem miłe usłyszeć, że należała do tej jego grupy ludzi, może miał ich więcej i nie była jedyną, jednak miała ogromnego farta, że znalazła się wśród nich, bo wiedziała, że przyjaźnienie się z nim było najlepszym, co mogło się jej przytrafić. - Tak, chociaż mam wrażenie, że pokazałbyś, że coś Ci dolega dopiero, jak odpadłaby Ci ręka. - Wiedziała, że potrafił zacisnąć zęby, zebrać się w sobie i udawać, że wszystko jest w porządku. - Wiesz, że zawsze Ci ufam, co nie? A nie umiem jeszcze sprawdzać na odległość tego, czy faktycznie on Ci się nie rozsypuje, kiedyś będę umieć. - W końcu chciała zostać medykiem, a oni mieli rentgen w oczach. - Mam niesamowite szczęście, że najlepszy z najlepszych chodzi tymi samymi drogami co ja, to prawda. - Nie mogła mu przecież tego odmówić. RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Benjy Fenwick - 03.12.2025 To, jak szybko wyrzuciła z siebie tamto „ty jesteś super”, uderzyło mnie mocniej niż tłuczek, który trzasnął mnie w bark, to było naprawdę duże osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że ten tłuczek miał dzisiaj humor wyjątkowo morderczy. Prue zawsze mówiła takie rzeczy, zanim zdążyłem przygotować twarz do jakiejś normalnej reakcji. Zrobiłem to, co trzynastoletni chłopak robił zawsze, kiedy emocje zaczynały być za bardzo - takie jedno małe, krótkie „o-jej” - schowałem je pod krzywym półuśmiechem. - No. Jasne, wiem. Jestem super. I wyjątkowy, i w ogóle… Pełen zalet, aż trudno się w tym wszystkim połapać. - Podniosłem nieco podbródek, teatralnie, ale poczułem, jak policzki robią mi się gorętsze niż po piętnastym okrążeniu na treningu, miałem je cieplejsze, niż pozwalała temperatura. A potem zaczęła ten swój wykład o bólu, skali i prawie umierania, a ja słuchałem jej z półuśmiechem, który próbowałem ukryć. „Dziewiątka to prawie śmierć”, „mów od piątki”, i przewróciłem oczami, bo oczywiście, że tak: - Piątka to nic. - Rzuciłem od razu, bez wahania. - Pruey, piątka to jest „hej, dostałem czymś, ale nadal mam ochotę na kolację”. Piątka jest poniżej uwagi. Piątka jest… Śmieszna. - Pokręciłem głową, kompletnie zbity z tropu jej logiką. - Piątka to… Takie „meh”. To jakbyś miała lekko obtartą piętę, nawet byś tego nie zauważyła. - Wymownie spojrzałem na jej buty, które zwykle po dziesięciu minutach marszu szorowały jej o kostki. Pokręciłem głową z udawanym profesjonalizmem. - Szóstka to „o, chyba mnie coś puknęło”. Siódemka to „hm, ciekawe, czy będzie siniak”. Dziewięć to dopiero moment, w którym uznaję, że może wypadałoby to zgłosić komuś mądrzejszemu ode mnie. - Spojrzałem na nią z ukosa. - Ale… - Dodałem z westchnieniem. - Jak ty pytasz, czy mnie boli, to można zejść do… Nie wiem… Siedmiu i pół? - To było moje ustępstwo, bardzo duże, jak na mnie. To był mój sposób na powiedzenie „dobra, zgadzam się, będę ci mówił wcześniej” bez brzmienia, jakbym zrobił to nie do końca dobrowolnie. Wiedziałem, że nie kupi tej logiki - patrzyła na mnie jak na kogoś, kto właśnie rzucił najgłupszą odpowiedź na świecie. I w sumie… Miała prawo. A potem wyrzuciła z siebie to o skrzelach. Zamrugałem. Raz. Drugi. - C—co? - Wymsknęło mi się, zanim zdążyłem udawać, że jestem cool. Ona naprawdę powiedziała, że bym wyglądał dobrze, że już wyglądam dobrze. Opuściłem wzrok i pochyliłem się, udając, że wiążę but. Wiązałem go już wcześniej, w szatni, ale to było moje jedyne wyjście ratunkowe. - Nie będę sprawdzał, jak wyglądam w skrzelach, dziękuję bardzo. - Mruknąłem, ale ton mi poleciał gdzieś w miękką stronę. - Ale… Miło, że uważasz, że wyglądałbym… No. Merlinie, Rookwood, zaciśnij zęby i idźcie, zanim się pogrążysz. - Oni są nudni. Ty nie. To powód do dumy, a nie do chowania się w cieniu. - To było najbliżej wyznania, jak mogłem się posunąć, nie upokarzając siebie na śmierć. Gdyby nie trzymała mnie za rękę, odsunąłbym jej kosmyk włosów z czoła, to był ten rodzaj impulsu, który trzynastolatek absolutnie nie powinien mieć. - Ej. - Obruszyłem się od razu. - Ty nie jesteś pierdołą. Ani trochę. - To wyszło szybciej i ostrzej, niż planowałem, trochę za bardzo prawdziwie. Odchrząknąłem i dodałem łagodniej. - Po prostu… Jesteś lekka, masz słabą przyczepność, ale jesteś szybka do złapania. A ja mam dobry refleks, to wszystko. - Nie wszystko, ale tak było łatwiej. „No jasne, co innego mogłeś mieć na myśli…”, miałem ochotę wgryźć się we własny język - oczywiście, że tak to brzmiało, bo byłem idiotą, który nie potrafił układać zdań w kolejności nie brzmiącej jak… Coś więcej. A ja… Merlinie. Jak można komuś odpowiedzieć na coś takiego, mając trzynaście lat i zero instrukcji obsługi do własnego serca? Zaciągnąłem powietrze, udając nonszalancję. - Pruey… - Zacząłem powoli. - Gdybym powiedział coś… Innego… - Urwałem, nie mogłem się tak pogrążać, gdy nawet nie wiedziałem, co powiedzieć, nie powinienem, nie na schodach, nie na śniegu, nie teraz, kiedy trzymaliśmy się za ręce tak mocno, jakbyśmy byli czymś więcej niż… Wziąłem oddech. - To by brzmiało głupio. I… No. A ty byś zrobiła tę swoją minę. - Zrobiłem ją teatralnie, ściągając brwi i otwierając usta jak zdziwiona sowa. Powinna się zaśmiać. To mnie uratuje. - Zawsze. - Odpowiedziałem bez mrugnięcia. - No chyba, że będziesz chciała mnie kiedyś wyrzucić, ale uprzedzam, że będę się uparcie trzymał futryn. - Tu już przestałem udawać. Zerknąłem na nią, spokojnie, pewnie. - Ej. - Szturchnąłem ją lekko ramieniem, bardzo lekko, żeby nie straciła równowagi, gdy dodała, że „odpadłaby mi ręka”, to dopiero bym się przyznał, fuknąłem pod nosem. - Jakbym miał mówić przy małych, malusich urazach, to byśmy nie gadali o niczym innym. Co chwilę bym cię zatrzymywał na korytarzu i mówił „o, tu coś mnie ciągnie”, „o, tu mnie pobolewa”, „a tu mi skrzypi jak stary zawias”. - Uniosłem brwi w przesadnym dramatyzmie. - Zwariowałabyś ze mną. - Spojrzałem na nią spod brwi, kiedy znów zaczęła mówić o tej skali bólu, odpadaniu rąk, prawie śmierci. Merlinie, Prue i jej logika były jednym z najbardziej uroczo absurdalnych zjawisk, jakie znałem. A kiedy powiedziała, że „ma szczęście, że najlepszy z najlepszych chodzi tymi samymi drogami”, spojrzałem w bok, tak jakby to był przypadek, ale w mojej głowie pojawiło się zdanie, którego nie powiedziałem na głos: „Ja mam większe.” To poczucie, że chciałem, by to „koło siebie” trwało nie tylko w tym roku, albo w przyszłym, i że nazwanie tego „normalnym” brzmiało mi trochę za szaro. Cudownie, Rookwood, jeszcze gorzej. Merlinie, zabierz mnie stąd. Ale zamiast tego wyszło: - Masz szczęście. - Powtórzyłem jej wcześniejsze słowa, ale tym razem z miękką, prawie niewidoczną ironią. - I ja też. Tak samo duże. Bo… - Zawiesiłem głos, niby patrząc pod nogi, ale tak naprawdę wybierając słowa. - Bo gdybyś chodziła z kimś innym po tych samych drogach… To chyba by mi się to nie podobało. - Powiedziałem to niby od niechcenia, ale nie było w tym zbyt wiele czegoś całkiem przyjacielskiego. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Prudence Fenwick - 04.12.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] - To dobrze, że o tym wiesz. - Przynajmniej miał świadomość, jaki był wyjątkowy, szkoda by było, jeśli nie zdawałby sobie z tego sprawy. Nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby go w tym uświadamiać, naprawdę chciała, żeby wiedział, jak go widziała, bo w jej oczach był kimś naprawdę wyjątkowym, jak będzie miał gorszy dzień, czy coś, będzie mógł sobie to przypomnieć i być może zrobi mu się miło. Rodzice mówili jej, żeby nie bała się komplementować innych, a więc słuchała tych rad, zresztą to był Wish, przy nim nie musiała się niczego bać, mogła być sobą, na pewno by jej nie wyśmiał za to jedno, czy dwa miłe słowa. - Piątka nie może być śmieszna, bo to połowa skali, to coś pomiędzy wszystko jest w porządku, a umieram, to musi być coś więcej. - No, nie bez powodu była piątką, prawda? - Na pewno zauważyłabym obdartą piętę. - Bletchley przecież zauważała wszystko, nic nie umykało jej uwadze, zwłaszcza, kiedy sprawiało jej jakikolwiek dyskomfort. Nie nosiła nawet ubrań, które mogłyby podrażnić jej skórę, czy biżuterii, która mogła podrapać, bo na tych drobnych mankamentach wtedy skupiała się jej uwaga, nie potrafiła myśleć o niczym innym. - Jak siódemka to siniak... a dziesiątka to umieranie, to wygląda na to, że chcesz wepchnąć wszystko pomiędzy, nie bez powodu skala ma dziesięć punktów. - Powinna się tego po nim spodziewać, ból nie robił na nim szczególnego wrażenia, tak już miał. - Siedem i pół. - Powtórzyła za nim, zmrużyła również na chwilę oczy i zmarszczyła nos, zaczęła to analizować. Był to jakiś kompromis, lepszy od tej dziewiątki, nie uda się jej pewnie poprosić go o zejście do tej jej piątki. Niech będzie. - Stoi, może być siedem i pół. - Był to chyba nie najgorszy kompromis. - Nic, to nic takiego. - Usłyszał to jednak, poczuła, jak zaczynają palić ją policzki. Przyłapał ją teraz, przeniosła wzrok w stronę zamku, starała się skupić na tym, co widziała przed sobą, bo zrobiło jej się głupio, że też musiała palnąć coś takiego, że też on musiał to usłyszeć. Powinna się częściej gryźć w język, przy wszystkich innych to robiła, ale nie przy nim, przy nim nie potrafiła. To mogło okazać się jej zgubą. - No wyglądałbyś, jak zawsze, zawsze wyglądasz. - Starała się być jak najbardziej neutralna, ale wychodziło jej to okropnie pokracznie, spojrzała w dół, na ich splecione ręce, podobał jej się ten widok, to też było w tym wszystkim najgorsze, bo przecież się przyjaźnili, musiała się na tym skupić. Nie była nudna, uniosła głowę ponownie, uśmiechnęła się do niego. Raczej nikt nie zasugerował jej czegoś takiego, miała wrażenie, że to ona jest najbardziej nudną osobą na świecie. - Być może to powód do dumy, ale co jak po prostu lubię cień? Pasuje do mnie. - No i on się z niego wyłaniał, więc nie była na tym taka stratna, mogli się w nim razem odnajdywać, nie potrzebowała nikogo więcej, skoro miała jego, nie musiała nikomu nic udowadniać, nie kiedy Loys uważał, że nie była nudna. Jakoś łatwo było jej w to uwierzyć, bo przecież by jej nie okłamał, zawsze był z nią szczery. Westchnęła kiedy wyczuła to lekkie oburzenie w tonie jego głosu. Była pierdołą, nie uważała tego za coś złego, to było tylko stwierdzenie faktu, tak samo jak to, że on był super zwinny i szybki. - Dobrze, niech Ci będzie, mam słabą przyczepność, to wszystko. - Nie zamierzała się z nim spierać, bo wiedziała, że i tak nic nie wskóra, miał swoją wersję, swoją wizję, w której nie była pierdołą, zaakceptowała ją. - Szybka do złapania, brzmi nawet jak jakiś pozytyw. - Czy tam komplement, grunt to widzieć wszystko w miarę optymistycznie. Ona miała tendencję do wybierania wizji świata w ciemniejszych barwach, a on dodawał zawsze od siebie nieco światła. Tak już mieli. Nie mogła powstrzymać śmiechu, kiedy zrobił tę minę, zawsze tak reagowała, kiedy próbował ją naśladować, zrobiło jej się lżej, rozładował to zupełnie niepotrzebne napięcie, które pojawiło się między nimi przez zły dobór słów. Każdemu czasem przecież zdarzało się powiedzieć coś nieumiejętnie, ona też tak czasem miała. - Ja? Ciebie? Wyrzucić? Niby kto by mnie wtedy łapał jak będę upadać. Nie ma takiej opcji. - Nie wyobrażała sobie, że kiedyś mogłoby go przy niej zabraknąć, może było to głupie, bo ludzie dorastali, ich ścieżki się rozchodziły, ale naprawdę wierzyła w to, że z nimi będzie inaczej, że ta przyjaźń przetrwa wszystko. Szturchnął ją delikatnie przez co nieco przesunęła się na tym mokrym śniegu, zrobił to jednak na tyle umiejętnie, że nawet się nie potknęła. - i tak przez Ciebie zwariuję, prędzej, czy później, nie ma innej opcji. - Rzuciła całkiem lekko, żeby się z nim nieco podroczyć, bo przecież wiele razy powtarzała mu, że nie wytrzyma z tym jego bałaganiarstwem, zapominalstwem i całą resztą, a i tak nadal stała przy nim, nie chciałaby być gdzieś indziej. Mogła narzekać, marudzić, a i tak miał mieć specjalne miejsce w jej sercu, to było stałe, nigdy miało się nie zmienić. - Wiesz co, mi też by się nie podobało, jakbyś chodził z kimś innym, chyba więc zostaniemy przy chodzeniu obok siebie tymi samymi drogami, to i Ty i ja będziemy zadowoleni. - Było to całkiem proste, prawda? Przynajmniej jak na logikę trzynastolatki, która o życiu wiedziała tyle co nic. RE: [12.1952] it's beginning to lot a lot like... | Prudence, Aloysius - Benjy Fenwick - 04.12.2025 Kiedy powiedziała, że „to dobrze, że o tym wiem”, coś drgnęło mi pod skórą, jakby jej słowa chciały zostać na dłużej, przykleić się gdzieś głęboko, na później, na gorsze dni - naprawdę, gdyby ktoś miał mnie komplementować, wolałem, żeby to była ona. Świat mógłby mi powiedzieć sto miłych rzeczy, a i tak tylko jej słowa robiłyby różnicę. Kącik ust drgnął mi w górę, bo zobaczenie jej uśmiechu, kiedy robiłem z siebie idiotę, było warte każdego wysiłku. A potem zaczęła o tej piątce. - Piątka to jest „meh”. - Prychnąłem. - To jest takie „o, chyba coś było”, ale tylko jak bardzo się wsłucham. To nie może być dramatyczna połowa drogi do umierania. - Spojrzałem na nią z udawanym niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał, że ktoś uważał „lekko naciągnięty mięsień” za zagrożenie życia. - Pruey, piątka to nic. - Powtórzyłem z uporem godnym trolla. - To ledwo „au”, nawet nie porządne. - Zasłoniłem się humorem, ale prawda była taka, że jej system ocen boleśnie mi się podobał, bo ona naprawdę martwiła się o rzeczy, które większość ludzi zignorowałaby w sekundę. - Okej, oczywiście, że byś zauważyła. - Mruknąłem z uśmiechem. - Zauważasz każdą głupotę. Nawet jak mam źle zawiązany szalik, co jest niesprawiedliwe, bo ja nawet nie wiem, jak on ma być zawiązany. - Wywróciłem oczami, wzdychając, bo - co prawda - w domu mnie tego uczono, pilnowano, bym wyglądał jak człowiek, ale w praktyce tego nie lubiłem. A potem powtórzyła „siedem i pół”, zamyśliła się nad tym tak długo, jakby oceniali razem jakieś fantastyczne stworzenie na lekcji opieki nad magicznymi zwierzętami, więc kiedy w końcu stwierdziła, że „może być siedem i pół”, uśmiechnąłem się szerzej, niż planowałem. - Siedem i pół. Umowa stoi. - Powtórzyłem z zadowoleniem, jakbyśmy właśnie podpisali najważniejszy kontrakt w historii Hogwartu. - No. Widzisz? Dogadujemy się. Jesteśmy… kompatybilni. - Słowo wymknęło mi się zanim zorientowałem się, że nie powinienem go użyć przy Niej. Potem… Potem była ta sprawa z jej policzkami. Złapałem moment, kiedy zaczerwieniła się po tym, co powiedziała o tym, że wyglądam dobrze - to już nie był mróz, widziałem na pewno. Serce mnie przy tym kopnęło w żebra, mocniej niż którykolwiek tłuczek. Nie skomentowałem od razu, gdybym to zrobił, pewnie powiedziałbym coś głupiego, ale kiedy zaczęła się tłumaczyć, że „to nic takiego”, coś we mnie się obudziło. Zatrzymało mnie to na pół sekundy, takiej dobrej sekundy, a moje serce znowu zrobiło mi „bum”, za głośno jak na człowieka, który miał zachować pokerową twarz. - Ej. - Powiedziałem łagodnie, żeby nie uciekła wzrokiem gdzieś jeszcze dalej. - Nie musisz udawać, że nic nie powiedziałaś. To było… Zawahałem się. Jak to powiedzieć, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto zaraz się przyzna, że lubi każde jej słowo aż za bardzo? - Miłe. Po prostu. - Kropka - tylko tyle mogłem z siebie wycisnąć, zanim zabrnąłbym w coś, czego sam nie ogarniałem. - Poza tym… - Dodałem ciszej. - Lubię, jak mówisz, co myślisz. Nawet jak chcesz się schować w cień. Ja też tam bywam, wiesz? Czasem to fajniejsze niż cały ten wrzask świata. - Delikatnie szturchnąłem ją ramieniem, nie puszczając jej dłoni. A potem… „Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię przy mnie zabraknąć.” Okej. To. To mnie trafiło prosto w żołądek, tak jak tłuczek, tylko gorzej, patrzyłem na nią, na jej policzki zaróżowione od zimna, na włosy obsypane śniegiem, na dłoń w mojej dłoni. Zatrzymało mnie to na sekundę, jakby ktoś rzucił we mnie zaklęciem petryfikującym. Cała ta rozmowa potem, to było zaskakujące. - Spoko. - Odpowiedziałem z tym krzywym uśmiechem. - Czyli zwariowanie jest w pakiecie. Wzięłaś mnie, to i chaos wzięłaś. Reklamacji nie przyjmuję. - Mój głos, gdy w końcu się odezwałem, brzmiał jakbym mówił wolniej niż zwykle - nie z powodu niepewności, tylko dlatego, żeby nie powiedzieć za dużo. Zrobiłem tę głupią minę, którą lubiła, żeby rozbroić jej lekkie spięcie, i zadziałało + usłyszałem ten krótki, szybki śmiech, mój ulubiony. Odwróciłem głowę, żeby ukryć uśmiech, który był absolutnie nie do opanowania. - No to super. - Mruknąłem, ale głos miałem przytłumiony, jakbym mówił coś, czego nie chciałem, żeby przejęło nade mną władzę. - Bo ja… - Urwałem na moment - trzeba było to ubrać w coś bezpiecznego. - Też nie planuję chodzić z kimś innym. Też wolę tę naszą drogę. Obok siebie. To jest… Okej. Bardzo okej. - Przełknąłem ślinę, zrobiło mi się gorąco w kark. - Ale gdybyś kiedyś jednak postanowiła chodzić z kimś innym… - Udawałem, że żartuję, ale brwi same mi się zmarszczyły. - To mam nadzieję, że będę wiedział pierwszy. Żeby tego kogoś… Sprawdzić. - Spojrzałem na nią w końcu, na serio. - No. Zostajemy przy chodzeniu obok siebie. Bo to działa. Dla nas. - Może brzmiało to prosto, może niewinnie, może naiwnie, ale pod spodem było wszystko, czego na głos jeszcze nie umiałem nazwać - i wszystko, co ona mogłaby wyczytać, gdyby spojrzała mi trochę za długo w oczy. - Bo nie każdy zasługuje, żeby chodzić tą samą drogą co ty. - Nie dodałem „a ja zasługuję”, chcę zasłużyć, ale serce mówiło to za mnie. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] |