![]() |
|
[30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria (/showthread.php?tid=5423) Strony:
1
2
|
[30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 05.12.2025 30 września 1972, Chimera
Wieczór Restauracja Chimera była jedną z lepszych - znajdowała się na skrzyżowaniu Pokątnej i Horyzontalnej. Zarówno sam wystrój, jak i obsługa sprawiały, że było to jedno z lepszych miejsc, w których można było porozmawiać na niezobowiązujące tematy. Co prawda wspomnienia, które były skrywane przez to miejsce, nie były dla Rodolphusa zbyt przyjemne, ale ta restauracja jako jedna z niewielu nie ucierpiała podczas pożarów. Latem był tu z Robertem, wtedy jeszcze jego mentorem - a dzisiaj zimnym trupem, gryzącym ziemię tak, jak na to zasługiwał. Był tu także z Victorią, kuzynką, która była tak samo obrzydliwie bogata. Zimną, tą sławną aurorką, na której widok ludzie tutaj szeptali ściszonymi głosami. Wtedy oboje zapomnieli portfeli: teraz więc Lestrange upewnił się, że podobna sytuacja się nie powtórzy. Nie chciałby stracić przed Astorią twarzy i nie chciałby też po raz drugi przeżywać tego irytującego ukłucia, które mu towarzyszyło podczas rozmowy z osobą zarządzającą Chimerą. Był już wieczór, godzina 7 wieczorem - punktualnie. W środku grała przyjemna dla ucha muzyka, która była jednak na tyle cicha, że nie przeszkadzała w rozmowie. Siedział przy stoliku we wnęce, która znajdowała się na drugim końcu sali. Była odosobniona, zapewniała prywatność i stosunkowy spokój od wścibskich spojrzeń. Przed nim na blacie znajdowała się szklanka z wodą. Po drugiej stronie czekał kieliszek, pusty na razie. Lestrange ubrany był tak, jak zwykle, chociaż tym razem nieco bardziej formalnie, dopasowując strój do miejsca, w którym mieli się spotkać. Szyty na miarę czarny garnitur, śnieżnobiała koszula, brak krawata (bo już bez przesady), wizytowe buty... W teorii ubierał się tak zawsze, lecz teraz wszystko wyglądało na świeże, nowe. Czarne jak smoła włosy zaczesane były w tył. Bladość jego skóry była taka, jak zwykle, lecz tym razem pod oczami nie widać było sińców. Musiał odespać ten trudniejszy, gorszy czas, który ostatnio przechodził każdy z nich. Wpatrywał się w drgający płomień świecy, którą postawiono na stoliku. Dobrze czuł się sam ze sobą, dobrze czuł się we własnym towarzystwie i nie czuł potrzeby, by zająć czymś umysł czy ręce. Mógł oddać się myślom, które nieustannie pędziły przez jego głowę i układały się z chaosu w niemalże idealną układankę. Wciąż zastanawiał się, dlaczego Astoria zgodziła się na tę kolację. I dlaczego on sam postanowił ją zaprosić. Ich relacja była skomplikowana, a im więcej czasu ze sobą spędzali, tym bardziej czuł, że niewidzialna nić tężeje i oplata ich ciała, zmuszając by się zbliżyli. Nie odebrał jeszcze poczty, nie wiedział nic o balu, który organizowano w rezydencji jego rodziny. Mógł się w całości skupić na porządkowaniu innych spraw, które nie dawały mu spokoju. Przybył tu odrobinę wcześniej, by dopilnować, żeby obsługa zaprowadziła Avery prosto do stolika, gdy ta tylko przekroczy próg Chimery. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 19.12.2025 Wieczór trzydziestego września zastał Astorię w stanie osobliwej mobilizacji, którą uparcie odmawiała nazwania zdenerwowaniem. Wolała myśleć o tym jako o zwykłej koncentracji - tej samej, która towarzyszyła jej przed ważnymi spotkaniami, wernisażami, rozmowami z artystami i kolekcjonerami. Tyle że tym razem nie miała przed sobą ani kontraktu, ani listy punktów do omówienia, a mimo to jej myśli krążyły w uporczywych pętlach, nie pozwalając jej przejść obok lustra obojętnie. Zadała sobie pytanie, po co właściwie się zgodziła, i natychmiast je zignorowała, uznając je za bezużyteczne. Decyzja zapadła. Roztrząsanie jej teraz byłoby stratą energii. Poprawiła włosy mechanicznie, próbując okiełznać je w idealne ramy. Ubierała się powoli, metodycznie, z tą samą starannością, z jaką zwykle dobierała dzieła do ekspozycji. Każdy element miał swoje miejsce i znaczenie. Suknia była elegancka, ale nie ostentacyjna; podkreślała linię ramion i talii, nie próbując niczego udowadniać. W końcu to nie do końca towarzyskie spotkanie, prawda? Nie do końca też służbowe, chociaż planowała dowiedzieć się, w jaki sposób mogła mu się odwdzięczyć, tym razem bardziej dyskretnie. Przekonywała samą siebie, że chodzi wyłącznie o rozmowę. O wdzięczność. O domknięcie pewnego rozdziału. Nie nazwała tego niepokoju, który towarzyszył jej, gdy sięgała po płaszcz. Uznała go za naturalną reakcję organizmu na wyjście poza rutynę, nic więcej. Nie drżały jej dłonie, nie przyspieszał oddech, a jeśli serce biło odrobinę szybciej, to przecież mogło być z dziesiątek innych powodów. Zatrzymała się jeszcze na moment w progu, jakby rozważała możliwość zawrócenia, i natychmiast odrzuciła tę myśl z niemal irytującą stanowczością. Nie była dziewczyną, która wycofuje się z własnych decyzji. Na zewnątrz jesienny wiatr uderzył w twarz ostrym, wilgotnym podmuchem, niosąc ze sobą zapach mokrego kamienia, dymu z kominów i liści rozdeptanych na chodniku. Ten podmuch przywołał wspomnienie snu, tak wyraźne, że przez ułamek sekundy miała wrażenie, jakby granica między jawą a nocnym obrazem była niebezpiecznie cienka. Wczoraj śnił jej się Londyn przykryty śniegiem, nie tym brudnym, topniejącym, który pojawiał się zwykle po kilku dniach, lecz białym i gładkim, niemal nierealnym. Ulice były ciche, dachy kamienic uginały się pod ciężarem bieli, a na placach stały bałwanki. Na szybach sklepów i domów osiadał szron, rysując delikatne, geometryczne wzory, które skrzyły się w bladym świetle. Teraz, stojąc na chodniku, Astoria rozejrzała się odruchowo, jakby spodziewała się zobaczyć choć ślad tamtego świata. Zamiast tego była tylko wilgoć, szarość i liście przyklejone do ziemi. Zastanowiła się, kiedy spadnie pierwszy śnieg i czy jej sen był na tyle proroczy, żeby spodziewać się go w najbliższym czasie? Gdy przekroczyła próg Chimery, uderzyło ją ciepło. Nie zdążyła nawet rozejrzeć się dokładniej, gdy obok niej pojawił się kelner. Astoria oddała mu płaszcz bez zawahania, pozwalając, by zniknął w jego dłoniach. Nie skomentowała spojrzeń, które na moment zatrzymały się na lewitującym za jej plecami opakunku - dużym, starannie owiniętym, jednoznacznie zdradzającym swój kształt. Obraz. Szła za kelnerem pewnym krokiem, prostując ramiona i przybierając tę znajomą, niemal automatyczną postawę - chłodną, opanowaną, z pozoru niewzruszoną. Taką, jaką nosiła na spotkaniach biznesowych, w galeriach, podczas rozmów, w których emocje były przeszkodą, a nie atutem. Dopiero gdy kelner zatrzymał się przy jednym ze stolików, uniosła wzrok. I wtedy jej serce zdradziło ją bezlitośnie. Uderzyło zbyt szybko, zbyt mocno, jakby rozpoznało coś, czego jej umysł jeszcze nie zdążył skategoryzować. Nie pozwoliła, by cokolwiek odbiło się na jej twarzy. Zatrzymała się przy stoliku z opanowaniem, lewitujący obraz zawisł obok niej, posłuszny jej woli, cichy świadek tego spotkania. - Rodolphus - przywitała go delikatnym uśmiechem. Wskazała dłonią na obraz, który opadł lekko, gdy pozwoliła mu osiąść przy stoliku. - Pamiętasz sfałszowany obraz, który przyniosłeś do mojej galerii? To oryginał - posłała mu krótki uśmiech, bo choć teraz mogli się z tego śmiać i traktować jako ich prywatny żart, tak wtedy nie było jej wesoło. - Wiem, że nie jesteś fanem sztuki, ale przyjmij to jako prezent. Gest dobrej woli. Dowód wdzięczności. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 22.12.2025 Domknięcie pewnego rozdziału na pewno było czymś, czego oboje potrzebowali. Zamknięcia, wielkiego napisu The End, który pojawi się tuż po tym, jak gruby materiał kurtyny opadnie miękko na deski sceny. Oboje grali w przedstawieniu, którego scenariusz nie został napisany ani w żaden sposób dogadany. Była to jedna, wielka improwizacja, lecz nawet te największe miały to do siebie, że kiedyś się kończyły. Czy właśnie tego dnia, 30 września, uda im się spleść scenariusze tak, żeby w końcu się zgrały a serca aktorów zabiły jednym rytmem? Gdy patrzył na płomień świecy, który tańczył nieśmiało na bawełnianym knocie, naraz jego umysł cofnął się o kilka dni. Wbrew temu, co stało się z Londynem, kilka dni temu Rodolphus miał kolejny sen. Tym razem był to sen o śniegu. Przyszedł do niego nagle, jak nieproszony gość, wkradł się w jego umysł i rozsiadł się niczym zaraza, która miała zamiar dręczyć go od zmierzchu aż do świtu. Sen, który wtedy śnił, nie był takim zwyczajnym snem. Nie był też snem proroczym, jednak należał do kategorii snów, o których pamięta się jeszcze przez kolejne dni. Duże, leciutkie płatki śniegu spadały z nieba coraz szybciej, wirując wściekle w tylko sobie znanym tańcu. Powoli przysypywały wszystko - Pokątną, Horyzontalną, cały Londyn. Zasypały Ministerstwo Magii, zasypały szpital św. Munga. Zasypały mugolskie dzielnice, a śnieg nadal nie przestawał padać. Był biały, jasny, czysty. A jednak dusił ludzi. Pojedyncze leciutkie płatki zmieniały się w gęste, ciężkie zaspy, pod którymi ludzie nie mogli oddychać. Londyn już nie płonął - Londyn milknął na zawsze. Właśnie wtedy, gdy przedzierał się przez zaspy, wykrzykując czyjeś imię (nie pamiętał już, czyje), zobaczył płomień świecy. Taki sam jak ten, który miał obecnie przed oczami. To wspomnienie uderzyło tak nagle, że nie dosłyszał stukotu obcasów Astorii. Drgnął dopiero w chwili, gdy ta wypowiedziała jego imię. Natychmiast wstał, odrywając wzrok od świecy. - Miło cię widzieć - odezwał się miękkim, acz nieco nieprzytomnym głosem. Zupełnie tak, jakby Avery wyrwała go ze snu, chociaż zdecydowanie nie spał. A może śnił na jawie? Wyciągnął dłoń, ignorując obraz, który lewitował za kobietą, a następnie złożył na grzbiecie jej dłoni pocałunek. Krótki, ledwo wyczuwalny, książkowy wręcz. Tak samo książkowy jak kolejny gest, którym było odsunięcie Astorii krzesła, by mogła usiąść. Dopiero wtedy sam usiadł i swobodnie zawiesił wzrok na obrazie. Uniósł nieco brew. - Zdobyłaś oryginał? Zapytał cicho, lekko przekrzywiając głowę w geście zaskoczenia. Po co - chciało się zapytać, ale zamiast tego po prostu spojrzał na Avery z mieszaniną niedowierzania i przyjemnego podziwu. - Dziękuję. Chociaż nie jestem pewny, czy nie marnujesz go na mnie. Gdybyś postawiła obok oryginału kopię, nie potrafiłbym ich odróżnić - nie widział nic złego w tym, by przyznawać się do niewiedzy. To stanowiło siłę każdej w miarę inteligentnej osoby: przyznawanie się do błędów i uginanie karku przed niewiedzą. Podał jej kartę dań. Królowała tu kuchnia, którą można było nazwać fusion, aczkolwiek znajdowało się tu sporo klasycznych pozycji zarówno mięsnych, jak i tych wegetariańskich. Makarony, zapiekane dania, sałatki, no i oczywiście alkohole. Na nie Lestrange nie spojrzał, lecz nie musiał, bo zaraz obok nich pojawił się kelner z tacą, na której spoczywały dwa kryształowe kieliszki oraz czerwone, półwytrawne wino. Jeden z lepszych roczników, lekkie, idealne do większości pozycji z menu. Najpierw kieliszek wylądował cicho przed Astorią i takowoż wino zostało jej wlane jako pierwszej. Rodolphus nawet nie uniósł głowy. Planował zrobi to samo, co kiedyś z Victorią: umoczyć usta w alkoholu i nie prosić o dolewkę, bo zwyczajnie alkoholu nie lubił. Nie chodziło nawet o smak, a o to, co robił z umysłem. - Jeżeli jesteś otwarta na różne opcje, polecam makaron z cukinii w sosie. Jest delikatny, dobrze przyprawiony i to jedno z najlepszych dań tutaj. I był bez mięsa. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 13.01.2026 Po latach niechęci najtrudniejsze nie było samo spojrzenie na kogoś inaczej - najtrudniejsze było pozwolić sobie na myśl, że to nowe spojrzenie w ogóle ma prawo istnieć. Astoria dobrze znała ten mechanizm: umysł bronił się szybciej niż serce, odruchowo cofając się do dawnych schematów, do etykiet przyklejonych jeszcze w czasach, gdy wszystko było prostsze, a ludzie bardziej jednowymiarowi. Łatwiej było pamiętać czyjeś złośliwości, szkolne docinki, irytującą pewność siebie i chłód, niż przyznać, że czas mógł coś wygładzić. Zmiana była niewygodna. Wymagała od niej porzucenia starej narracji, w której miała jasno określone role: on był tym, którego należało trzymać na dystans, ona - tą, która nigdy nie dawała się wciągnąć w cudze gry. Najbardziej męczące było to ciągłe oczekiwanie najgorszego. Ten cichy głos w tyle głowy, który szeptał, że uprzejmość to tylko maska, że spokój jest pozorny, że każde złagodzenie tonu musi prowadzić do czegoś, co w końcu zaboli. Astoria łapała się na tym, że analizowała każde słowo, każdy gest, jakby wciąż szukała potwierdzenia dawnych obaw - i jednocześnie widziała dowody, że coś się nie zgadza. Że mężczyzna przed nią nie był już tym samym, którego pamiętała. To rodziło wewnętrzny konflikt, trudny do zniesienia. Bo jeśli on naprawdę się zmienił, to ona musiałaby zmienić coś w sobie, zrezygnować z tej bezpiecznej czujności, która przez lata chroniła ją przed rozczarowaniem. A czujność była wygodna. Pozwalała zachować kontrolę, nie angażować się, nie ryzykować. - Ciebie również - posłała mu uśmiech, ten wyuczony, którym częstowała kontrahentów. Była spięta, jakby nie potrafiła się rozluźnić nawet w sprzyjających warunkach. Jej spojrzenie odrobinę złagodniało pod wpływem drobnych gestów, które były szarmanckie, acz normalne w ich kręgach. Jednak pod tą warstwą kontroli serce biło jej szybciej, niż powinna była na to pozwolić. Na razie wolała zrzucać to na karb swojej choroby genetycznej, tak było łatwiej. Kiwnęła głową, a jej spojrzenie mimowolnie znów powędrowało ku zapakowanemu obrazowi. Płótno było solidnie zabezpieczone, oprawione z taką samą starannością, z jaką traktowała wszystkie dzieła, które przechodziły przez jej ręce. Nie wspomniała, że musiała włożyć wiele wysiłku, żeby zdobyć konkretnie ten obraz. Że był to prezent przemyślany, z głębszym sensem, jeśli by się nad tym zastanowić. - To taki... gest i żart zarazem. Coś, co nas poróżniło, może teraz stać się symbolem pojednania - odchrząknęła nieznacznie, bo może jednak za daleko poszła w tej swojej analizie. Może źle odczytała sygnały, może ta kolacja ma być jedynie zgrabnym zamknięciem pewnego rozdziału. - Zawiera certyfikat. Nie powiesiłbyś przecież w domu podróbki. Może wcale nie zamierzał go wieszać tylko wyrzucić na śmietnik albo oddać w prezencie komuś innemu? Może tylko się wygłupiła? - Czasem wystarczy, że coś jest prawdziwe samo w sobie. Nie musi być zrozumiane, żeby mieć sens. - dodała po chwili. Wiedziała, że nie jest koneserem sztuki, ale nawet ci z wrażliwością artystyczną topora często mieli w posiadłościach najdroższe kolekcje. Dom bez obrazów był pusty, nic nie warty. Przyjęła pospiesznie kartę, ignorując na razie kelnera oraz przyniesione przez niego wina. Skupiła wzrok na menu, próbując ukryć rumieniec zawstydzenia na policzkach. Może jej naturalna spostrzegawczość i wyuczona analiza głęboka obrazów przełożyła się na błędny odbiór sytuacji. - Przekonałeś mnie - skinęła lekko głową. - Nie jem mięsa i lubię cukinię, więc brzmi jak idealny wybór. Poczekała, aż złoży w ich imieniu zamówienie, a potem pozwoliła, by cisza rozciągnęła się jeszcze o kilka oddechów. Dopiero wtedy odchyliła się lekko na oparciu krzesła, splatając dłonie na kolanach. Jej postawa pozostawała nienaganna, wyćwiczona latami spotkań, negocjacji i rozmów, w których każdy gest miał znaczenie. Czy potrafiłaby się przy nim rozluźnić? - Mikstury, które mi zostawiłeś pomogły. Dziękuję - musiała to powiedzieć na głos, zanim uleci z niej cała odwaga, jaką zebrała, żeby tu dziś przyjść. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 15.01.2026 Czujność była w istocie wygodna - i to było nie tylko jej zdanie. Lestrange zrobił z ostrożności swoją tarczę, postawił mur który sprawił, że nie tyle co unikał rozczarowania, a po prostu kolejne ataki spływały po nim jak woda po kaczych piórach. Nie dotykały go, nie irytowały, a umysł pozwalał na jasną i szybką analizę całej sytuacji, odcinając się od emocji. Kilka razy zaufał niewłaściwym osobom, co odbiło się mocno na jego zachowaniu - więc czemu tak bardzo pragnął utrzymać kontakt z Astorią? Była przecież niewłaściwą osobą, taką która tkwiła w przeszłości i nie chciała się od niej odciąć. Po co aż tak bardzo zabiegał o ten kontakt zamiast po prostu pójść w swoją stronę? - Pojednania... - przekrzywił lekko głowę, przenosząc wzrok z powrotem na obraz. Smakował to słowo w myślach, obracał je wielokrotnie na języku, zastanawiając się, na ile słowo pojednanie w ustach Astorii ma sens. Mogła uważać, że ich pojednanie oznaczałoby po prostu tolerancję swojej obecności. Uprzejme uśmiechy i pójście dalej. Ale mogło mieć też drugie znaczenie, to które zahaczało o pocałunek, który dzielili na jednym z przyjęć. Och, wiedział że Avery była trudną osobą. Chłodną i zdystansowaną, tak jak i on, ale jednak na tej idealnej tafli maski pojawiały się pęknięcia, przez które uchodził jej prawdziwy temperament i żywe emocje. - Czyli jednak rozważasz rozważenie stwierdzenia, że ludzie wraz z wiekiem się zmieniają? Nie mówił tego złośliwie i jego ton nie miał w sobie ani krztyny złośliwości. Raczej łagodne zaskoczenie, podbite jakąś ciepłą emocją, być może ulgą. - W moim domu nie ma zbyt wielu obrazów, ale możesz być pewna, że ten powieszę w miejscu, w którym będzie mógł cieszyć oko - głównie jego, bo nie zapraszał do siebie zbyt wiele osób. W zasadzie to zaledwie dwie osoby zdążyły go odwiedzić w jego nowym domu w Little Hangelton, z czego jedna zaraz po tym zwiała do Norwegii. - Lubię mieć w domu przedmioty, które rozumiem. Pomożesz mi w tym? Zapytał wprost, bo przecież wiedział, że obrazy dało się interpretować na wiele różnych sposobów. I można było zrozumieć ich istotę, przekaz, emocje które kryły się w delikatnych pociągnięciach pędzla. Nie był głupi, teorię znał: po prostu nie dostrzegał jej, gdy patrzył na płótno. Dostrzegał skrępowanie Astorii i nie zamierzał go pogłębiać, dlatego dla zasady spuścił wzrok na kartę dań. Kolejne jej słowa jednak sprawiły, że podniósł spojrzenie na kobietę. Milczał, ale w jego oczach widać było, że analizuje to, co powiedziała. Złożył więc zamówienie, a gdy oddali karty, sięgnął po szklankę z wodą. Upił niewielki łyk, bo nawet jeśli miał potem zaledwie moczyć usta w alkoholu, to wolał się napić więcej wody tak na zaś. - Również ostatnio z niego zrezygnowałem - powiedział, mając oczywiście na myśli mięso. - Z jakiegoś powodu przestało mi smakować. U ciebie było podobnie? Nie chciał wychodzić z pytaniem czy to ideologiczne, ale najzwyczajniej w świecie był ciekaw, czemu odrzuciła mięso. A gdy powiedziała o eliksirach, kiwnął głową. - Cieszę się, że pomogły. Moja rodzina potrafi być trudna, ale nie znam lepszych alchemików niż oni - uśmiechnął się lekko. Taka była prawda - ciekawe jednak, że on sam wybrał inną drogę, a z eliksirów był... Cóż, przeciętny to było ciekawe i zupełnie nieadekwatne słowo do jego umiejętności. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 23.01.2026 Pozwoliła, by cisza po jego słowach rozciągnęła się odrobinę dłużej, niż wymagała grzeczność. Nie dlatego, że nie wiedziała, co odpowiedzieć - przeciwnie. Wiedziała aż za dobrze. Tylko że każde słowo, które cisnęło się jej na usta, niosło za sobą konsekwencje, a ona przez lata nauczyła się ważyć je z niemal chorobliwą dokładnością. Przez lata było jej wygodnie myśleć o nim w kategoriach przeszłości. On był wtedy kimś, od kogo należało trzymać na dystans. Kimś, wobec kogo czujność była nie tylko rozsądna, ale wręcz konieczna. Ta narracja pozwalała jej zachować kontrolę. A teraz ta kontrola zaczynała się kruszyć, nie gwałtownie, lecz podstępnie, jak mur, w którym pojawia się pierwsza, niemal niewidoczna rysa. Kiedy zasugerował, że być może dopuszcza myśl o tym, że ludzie się zmieniają, poczuła potrzebę obrony, choć nie do końca wiedziała, przed czym. - Zmiana nie zawsze oznacza poprawę. Bywa jedynie inną formą tego samego - prychnęła, nie chcąc mu przyznać racji. Jednak gdzieś głęboko musiała przyznać, że fakty przemawiały przeciwko jej dawnym przekonaniom. Sposób, w jaki mówił, brak złośliwości, to uważne acz ostrożne zainteresowanie jej słowami... to wszystko nie pasowało do obrazu, który nosiła w sobie przez lata. Myśl, że rzeczywiście się zmienił, była niewygodna. Bo jeśli on się zmienił, to znaczyło, że jej wieloletnia niechęć nie była już w pełni uzasadniona. A to z kolei rodziło pytanie, którego bała się najbardziej: czy trzymała się tej niechęci z rozsądku, czy z przyzwyczajenia? Albo z lęku, że gdyby pozwoliła sobie spojrzeć na niego inaczej, musiałaby przyznać, że kiedyś się pomyliła. Bała się dawać drugie szanse, bo każda z nich oznaczała wystawienie się na możliwość kolejnego rozczarowania. A ona nie była już tą samą dziewczyną, która łatwo podnosiła się po ciosach. Teraz każdy kosztował więcej. Gdy powiedział, że powiesi obraz w miejscu, gdzie będzie mógł cieszyć oko, poczuła ciepło, niechciane, ale realne. Jeszcze bardziej zaskoczyła ją jego prośba o pomoc w zrozumieniu obrazu. Nie było w niej ani kokieterii, ani próby imponowania. - T-teraz? - zapytała zdezorientowana, jakby spodziewała się, że to ich ostatnie spotkanie. - Mogę spróbować. Ale interpretacja nigdy nie jest jedna. Bardziej chodzi o to, co ty w nim zobaczysz i co poczujesz. Ja mogę tylko pomóc nazwać pewne tropy. - swoją drogą był to niemały paradoks. On, który nie był fanem sztuki, prosił ją, by pomogła mu ją zrozumieć. Ona, która przez lata unikała zrozumienia jego. Kiedy rozmowa zeszła na jedzenie, a on wspomniał o rezygnacji z mięsa, uniosła lekko brwi, zaskoczona tą drobną zbieżnością. - Można tak powiedzieć. Obrzydza mnie odkąd pamiętam - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Muszę przyznać, że to dość nietypowe, żeby mężczyzna nie jadł mięsa. Zastanawiała się, czy jest z tego powodu wykluczany w towarzystwie innych mężczyzn, czy ten czynnik jakoś wpływa na jego relacje z innymi, czy jest obiektem drwin. U niej wielokrotnie było to komentowane jako "babskie wymysły", ale nie spotkała się z wyśmiewaniem przez kobiety. To mężczyźni zwykli rościć sobie dziwne prawo do zarządzania, co kobieta może jeść, nosić, robić, a najlepiej i mówić. - Trudna? - powtórzyła z przekąsem. - Najwyraźniej to cecha dziedziczna. - rzuciła mu spojrzenie spod rzęs, szybkie, błyskotliwe, z tym szczególnym rodzajem ciepłej zaczepności, który jasno dawał do zrozumienia, że to przytyk z gatunku tych bezpiecznych. Takich, które nie ranią, a raczej sprawdzają, czy druga strona potrafi je przyjąć. - A ty? Zajmujesz się alchemią? - przechyliła delikatnie głowę z zainteresowaniem. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 27.01.2026 Walka na słowa z Astorią wydawała się być skazana z góry na porażkę. I pewnie gdyby nie te pęknięcia w murze, który wzniosła lata temu wokół siebie, to w końcu dałby sobie spokój. Bo ile można było walczyć z samym sobą o uwagę osoby, która tej uwagi ewidentnie nie chciała? Do niedawna tak myślał o Astorii: że nie chciała tej uwagi, że chciała pozostawić przeszłość głęboko zakopaną pod toną ciężkiej, mokrej ziemi. Ale ten pocałunek, a potem konfrontacja w Ministerstwie Magii - wszystko świadczyło przeciwko jej zachowaniu. A on nie mógł powstrzymać się przed wyciągnięciem ręki w kierunku tego Dzieła Sztuki, którym ewidentnie była. - Nie musi być teraz. Chciałbym najpierw sam obejrzeć go dokładnie, móc połączyć to, co widzę, z tym, co wiem - teoria była piękna, bo przecież o to chodziło w sztuce. To nie było tylko patrzenie na obraz, to było szukanie wspólnych lub niepasujących elementów, to były ogromne emocje, podszyte odpowiednimi czasami powstania dzieła, rozterkami autora, a także jego intencjami. I to chyba było najtrudniejsze dla Rodolphusa w sztuce: rozumiał emocje innych ludzi nie dlatego, że był empatą, lecz dlatego, że wynikały one z prostej biologii. Znał się na mózgach jak mało kto, wiedział doskonale co za co odpowiadało i potrafił przewidzieć, jak druga strona się zachowa, a jeżeli nie - mógł usprawiedliwić to odpowiednią chemiczną reakcją. Ale nie potrafił się wczuć w emocje innych. Rozumiał to, z czego wynikały, ale nie potrafił wejść w buty innego człowieka i spróbować poczuć to, co on. Nie oznaczało to bynajmniej, że sam był wyprany z emocji. Miał ich naprawdę ogrom - przeplatały się ze sobą, mieszały niczym w kotle alchemika, były intensywne i gwałtowne. Były jednak jego, a i nie zawsze sam je rozumiał. Gdy wspomniała o tym, że jego wybór diety był nietypowy, zastanowił się na moment. Czy fatycznie był nietypowy? - Być może - odpowiedział ostrożnie, bo przecież on sam nie jadł mięsa bo najzwyczajniej się od niego odzwyczaił przez to, że mieszkał z Nicholasem, który go nie jadł. - Nigdy nie zwróciłem na to uwagi, mówiąc szczerze. Jem to, co mi smakuje, a ostatnio zarówno jego konsystencja, jak i aromat, mnie odrzucają. Nie nawykłem również do patrzenia innym w talerze, szczególnie jeżeli muszę uważać na swój, bo w innym przypadku mogę się udusić. Na Mabon również nie zwrócił na to uwagi. W zasadzie wtedy bardziej obawiał się, że któreś z dań będzie zawierało lubczyk, na który ma uczulenie. Patrzył więc na swój talerz, nie na talerze rodziny. Co prawda uczulenie, które miał, wcale nie było aż tak silne, ale powodowało mocne opuchnięcie gardła i jamy ustnej - było to tak nieprzyjemne uczucie, że wolał upewniać się kilka razy, że tego podstępnego składnika nie było w jego daniu. - Mamy to wpisane w kod genetyczny - odpowiedział lekkim uniesieniem kącika ust. - Nie możesz nosić nazwiska Lestrange, jeżeli nie jesteś trudny w obyciu i złośliwy, gdy wymaga tego sytuacja. Zdziwiłaby się, jak złośliwe potrafiły być kobiety z jego rodziny - i to w sposób, którego nie dało się udowodnić. To był ten rodzaj gry, o której wiesz że ktoś rzuca ci kłody pod nogi, lecz nie możesz tego udowodnić. Pieprzone białe rękawiczki. - Nie. Nigdy nie fascynowało mnie wiszenie nad kociołkiem i sprawdzanie odcienia eliksiru co pięć minut. Babka powtarza, że tworzenie eliksirów to sztuka, a nie ścisłe trzymanie się instrukcji - i najprawdopodobniej to jest przyczyna, dla której w Hogwarcie miałem ledwo Zadowalający. Z zielarstwa również, ku rozpaczy mojej kuzynki, Victorii. Do dzisiaj zasypuje moje mieszkanie roślinami różnej maści, które... Hm, STARAM się utrzymać przy życiu - ta, a potem przychodzi taki Charles Mulciber, zabija sansewierię od Viki a on lata po Nokturnie w poszukiwaniu pomocy zielarza, którego polecił mu inny śmierciożerca, bo woli mierzyć się z Changówną niż gniewem Victorii. - Niestety, z różnym skutkiem. Nie pamiętał, jak ona radziła sobie w szkole z zielarstwem, ale nie chciał pytać. Kto wie, może była dobra i zaraz palnie mu wykład, na który Victoria pokiwałaby mądrze głową i przyklasnęła? RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 25.02.2026 Oparła łokieć o stół i lekko przechyliła głowę, przyglądając mu się z ciekawością, która była już mniej obronna, a bardziej autentyczna. Zastanawiała się, co tak naprawdę skrywa w swojej głowie, bo choć uważała jego umysł za chłodny i analityczny, to jednak widziała na własne oczy, że emocji mu nie brakowało. Tyle że trzymał je pod kontrolą, jakby bał się, że jeśli pozwoli im wylać się swobodnie, straci coś więcej niż twarz. Kiedy mówił o tym, że chce najpierw sam obejrzeć obraz, połączyć to, co widzi, z tym, co wie, jej spojrzenie na moment złagodniało. Było w tym coś zaskakująco dojrzałego. Nie pośpiech, nie chęć natychmiastowego rozszyfrowania znaczeń, lecz potrzeba konfrontacji z własnym odbiorem. Astoria znała wielu ludzi, którzy oczekiwali gotowych interpretacji - jakby sztuka była zagadką logiczną, którą można rozwiązać przy pomocy właściwego klucza. On nie prosił o klucz. Chciał najpierw sprawdzić, czy potrafi sam znaleźć drzwi. - Dobrze - posłała mu delikatny uśmiech. - W takim razie będę czekać na wiadomość, gdy będziesz gotowy. Z drugiej strony przemknęło jej przez myśl, że może była to delikatna próba odwrotu, może ostatecznie w ogóle się nie odezwie? Nie zamierzała pozwolić, by to wyrąciło ją z równowagi, w końcu nie zamierzała błagać o uwagę. Jeśli wyrzuci podarowany przez nią obraz lub odda komuś innemu, będzie to tylko i wyłącznie jego strata. Kiedy rozmowa zeszła na dietę, obserwowała go z lekkim rozbawieniem. Było w jego wyjaśnieniu coś zwyczajnego, niemal prozaicznego. Brak ideologii. Brak manifestu. Po prostu przyzwyczajenie i reakcja ciała. To kontrastowało z wizerunkiem, jaki często budził - jakby każda jego decyzja była wynikiem przemyślanej strategii. A gdy wspomniał o pilnowaniu własnego talerza, jej twarz na moment spoważniała. Dobrze rozumiała to uczucie, bo sama musiała pilnować, żeby przez przypadek nie zjeść czosnku, który występuje w zaskakująco wielu potrawach. - Ach, rozumiem - pokiwała powoli głową. - Na co jesteś uczulony? Niby niewinne pytanie, ale czy będzie skłonny przyznać się do słabości? Teoretycznie mógłby z ostrożności zachować tę informację dla siebie, a to z kolei pokaże, co tak naprawdę o niej myśli, czy podejrzewałby ją o wykorzystanie tej wiedzy przeciwko niemu, czy jednak czuje się przy niej na tyle swobodnie, że bez zastastanowienia odpowie na pytanie? Na jego słowa o "kodzie genetycznym" parsknęła cicho, ale tym razem w jej śmiechu było więcej życia. Rozluźniła się wyraźnie, odchylając głowę w tył na ułamek sekundy. - Ach, więc to nie wybór, tylko obowiązek rodowy? - zapytała udawaną powagą. - W takim razie zaczynam rozumieć, skąd te wszystkie uszczypliwości. - spojrzała na niego spod rzęs, a w jej oczach zatańczyła iskra zaczepności. - Choć twoja wersja "trudności" jest mniej oczywista. Nie podnosisz głosu. Nie rzucasz ostrych słów. Ty raczej... prowadzisz rozmowę tak, że człowiek sam zaczyna się zastanawiać, czy właśnie nie dał się w coś wciągnąć. Nie było w tym oskarżenia. Było uznanie dla gry, którą rozumieli oboje. Zastanowiła się, czy naprawdę to właśnie czyniło go trudnym. Nie chłód. Nie dystans. Lecz napięcie między tym, co rozumiał, a tym, czego nie potrafił w pełni przeżyć. Na swoje szczęście (lub nie) znała kilku przedstawicieli tego rodu i mogła wysnuć swoje wnioski. Gdy opowiadał o eliksirach, o babce, o niedostatecznych ocenach i roślinach od Victorii, słuchała z rosnącą ciekawością. Kontrast między wizerunkiem chłodnego analityka a wizją mężczyzny, który z rezygnacją próbuje utrzymać przy życiu doniczkowe rośliny, był niemal rozczulający. Przez chwilę obracała w palcach kieliszek, pozwalając, by szkło cicho stuknęło o blat stołu, zanim uniosła wzrok z powrotem na niego. - To brzmi jak wyjątkowo ryzykowna relacja - mruknęła z rozbawieniem. - Ty i rośliny. Jej oceny z zielarstwa były bardzo dobre, ale to była czysta teoria. Nigdy nie miała ręki do roślin, a profesor zwykł mawiać, że ma "doskonałą wiedzę, lecz ograniczone wyczucie". - Rośliny mają w sobie coś kapryśnego. Wymagają stałej uwagi, a i tak potrafią zwiędnąć bez ostrzeżenia - powiedziała, choć nie miała na myśli tylko roślin. - Może dlatego wolę martwą naturę. - dodała z subtelną przekorą. - Mam nadzieję, że obraz jednak nie skończy tragicznie. Jej wzrok przeniósł się na kelnera, który właśnie przyniósł ich zamówienie. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 02.03.2026 Uśmiechnął się lekko. Ona analizowała każde jego słowo i tworzyła w głowie różne scenariusze, które były głównie fatalistyczne. Ale on... On po prostu chciał spróbować. Nie znał się na sztuce, lecz znał podstawy i wiedział, na co powinien patrzeć, by móc wyciągnąć własne wnioski. Problem w tym, że nie wiedział jak patrzeć i co ze sobą łączyć, by móc zabłysnąć chociażby przy matce, która sztukę kochała. Nie raz i nie dwa jego matka mówiła mu, że jest zbyt chłodny i analityczny, że sztukę powinno się odbierać emocjami. Tych, owszem, mu nie brakowało - lecz jak słusznie Astoria zauważyła, trzymał je pod kluczem. Robił to od najmłodszych lat, chociaż nauka panowania nad sobą wyszła mu dopiero w chwili, gdy kończył Hogwart. Wcześniej wciąż był dzieckiem, kontrolowanym przez emocje. Dawał się im ponosić, wybuchały one jak fajerwerki na niebie, przez co... No właśnie - narobił sobie wrogów, skrzywdził ludzi, którzy mogli mu się kiedyś przydać. W Hogwarcie wszystko było prostsze i dopiero gdy ukończył szkołę boleśnie przekonał się, jak ważna jest chłodna kalkulacja i zatrzaśnięcie pewnych drzwi, żeby chronić nie tyle co siebie, a idee, w które wierzył. - Na lubczyk - odpowiedział, lekko wykrzywiając usta, prawie niezauważalnie. - Według badań naukowych alergie mogą przychodzić wraz z wiekiem, ale do tej pory po prostu nikt nie dodawał tej przyprawy do moich potraw. A przynajmniej nie w takiej ilości, która powodowałaby poważniejsze konsekwencje poza pieczeniem w ustach. Dopiero niedawno skrzaty domowe spróbowały ugotować nową potrawę i dodały nieco za dużo lubczyku. Wzruszył lekko ramionami. Czy miał skrzatom za złe, że to zrobiły? Niby nie, bo nie mogły wiedzieć, ale zostały i tak odpowiednio ukarane. Ich szloch i krzyki odbijały się echem w posiadłości jego rodziców, podczas gdy Dorinda, sprowadzona przez matkę, poiła go odpowiednimi eliksirami. Nie widział sensu w ukrywaniu tego przed Astorią - być może dlatego, że nie uważał tego za słabość, a za pokazanie, że jest człowiekiem. Że jest niedoskonały, jak każda ludzka istota. Że tak prozaiczna rzecz jak głupia przyprawa może go zabić. I chociaż próbował powstrzymać się przed analizą Avery, tak domyślał się, że podzielenie się tym "sekretem" może otworzyć im drzwi do wspólnego korytarza porozumień. Uchylał te drzwi ostrożnie, metodycznie, podchodząc do tej relacji ostrożniej niż kiedyś. Już raz ją zranił swoim szczeniackim zachowaniem i sam nie wiedział czemu, ale chciał to naprawić. - Dokładnie tak - skinął z powagą głową. Chwycił za szklankę z wodą i upił łyk, wpatrując się w kobietę. - To już nadinterpretacja osób, które dały się wciągnąć plotkom. Astoria miała trochę racji, ale nie do końca. Uśmiechnął się łagodnie, nad wyraz łagodnie jak na obraz osoby, na którą się kreował. - Wystarczy trzymać się na uboczu, zajmować swoimi sprawami, nie wychodzić na piwo po pracy i mieć na nazwisko Lestrange. Plotki tworzą się same, szczególnie jeżeli ktoś, tak jak ja, pracuje w Departamencie Tajemnic, w komnacie która zajmuje się mózgami - wyjaśnił, bo nigdy nie ukrywał, że to była jakaś tajemnica. Chociaż w wielu rozmowach faktycznie Astoria miała rację - potrafił prowadzić dyskusję tak, by ludzie sami zaczynali ze sobą walczyć, by wątpili w samych siebie. - Chociaż nie przeczę, iż uważam, że słowa mają większą moc, niż większość zaklęć. Łagodnie przyznał jej rację, bo przecież ją miała - odpowiednie kierowanie rozmową mogło sprawić, że brat obróci się przeciwko bratu. I wcale nie trzeba było kłamać: wystarczyło przemilczeć pewne fakty i pozostawić niektóre czyny w niedopowiedzeniu. Ludźmi było cholernie łatwo manipulować, o czym już się przekonał. Mu również zdarzyło się wpaść w tę pułapkę. - Rośliny są kapryśne, to prawda. Możesz o nie dbać, a potrafi okazać się, że zrobiłeś za dużo lub za mało, mimo że trzymałeś się instrukcji - potwierdził. - Nie powiedzą ci, co robisz źle. Trzeba wiedzieć, na co patrzeć i jak patrzeć, podobnie jak z obrazami. Ale mam wrażenie, że do roślin jest potrzebne coś jeszcze. Wrodzony dar. Tak jak przy sztuce. Utrzymałbym paprotkę przy życiu, ale byłaby marna i niewielka. Ten sam szczep paproci jednak rósłby jak szalony, gdyby opiekowała się nim Victoria. A różnica w opiece byłaby minimalna, dla mnie w ogóle niezauważalna. Zamilkł, gdy przyniesiono im jedzenie. Matka nauczyła go, by nie rozmawiał przy jedzeniu (a przynajmniej z pełnymi ustami), pokornie więc zamknął usta. Nie krępowała go cisza, która między nimi zapadła. Z niejakim zaskoczeniem odkrył, że była łagodna i miękka, a nie ostra i krępująca. W takiej ciszy można było czytać wspólnie dwie osobne książki na kanapie, a jednocześnie cieszyć się swoją obecnością i być tu i teraz. - Zapewniam cię, że zrobię wszystko, by obraz nie skończył tragicznie - dodał jeszcze. RE: [30.09.1972] Dying to love _ Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 11.03.2026 Obserwowała nie tylko to, co mówił, lecz także sposób, w jaki mówił. Subtelne napięcie w linii szczęki, gdy wspominał o rzeczach bardziej osobistych. Ledwie dostrzegalne skrzywienie ust przy słowie "lubczyk", jakby sam absurd tej historii był czymś, co go równocześnie bawiło i irytowało. - Najważniejsze, że nie powoduje poważnych konsekwencji - skwitowała. Lubczyk nie brzmiał groźnie, ale czosnek także nie. Jakby się nad tym zastanowić, to dość ironiczne, że coś tak niewinnego potrafi okazać się groźne dla zdrowia lub nawet życia. - Słyszałam kiedyś o czarownicy, która umarła po zjedzeniu orzechów. Udusiła się, zanim zdążyli ją uratować. - to jedna z tych upokarzających śmierci, której życzyłaby tylko najgorszym wrogom. Wszystkim mugolakom właściwie. - Pieczenie w ustach nie brzmi tak źle. Poczuła coś na kształt cichej satysfakcji. Nie dlatego, że jego uczulenie było czymś szczególnie dramatycznym. Wręcz przeciwnie - w porównaniu z prawdziwymi słabościami, które ludzie ukrywali przed światem, alergia na przyprawę była niemal banalna. A jednak była czymś osobistym. Była drobną rysą w obrazie kontroli, który tak starannie budował. I przede wszystkim czymś, czym zdecydował się z nią podzielić. Astoria znała wagę takich rzeczy aż za dobrze. W świecie, z którego oboje pochodzili, ludzie nie rozdawali informacji o własnych niedoskonałościach bez powodu. Każda słabość była potencjalną bronią w cudzych rękach. Każdy szczegół mógł zostać zapamiętany, przechowany i użyty wtedy, gdy okaże się najbardziej bolesny. Od lat przyzwyczajona była do utrzymywania idealnie gładkiej powierzchni - do tej uprzejmej, eleganckiej maski, która nie zdradzała zbyt wiele. Nawet gdy coś ją bolało, nawet gdy coś ją dotykało bardziej, niż chciałaby przyznać, jej twarz pozostawała spokojna. Czasem łatwiej było skłamać, zmienić temat, zbyć pytanie półuśmiechem, niż pozwolić komukolwiek zobaczyć prawdę. Słabości były niebezpieczne. Oznaczały władzę oddaną w czyjeś ręce. Obserwowała go z uwagą. Jeżeli to była gra, była prowadzona z ogromną cierpliwością. Jeżeli to była strategia, była przemyślana znacznie dalej, niż chciałaby przypuszczać. Prawdziwe upokorzenie zaczynało się wtedy, gdy ktoś sprawiał, że zaczynasz mu ufać, tylko po to, by w odpowiednim momencie pokazać, jak bardzo się myliłaś. Czy byłby do tego zdolny? Czy nie znała go dotąd od tej złośliwej, szczeniackiej strony? Dopóki nie była pewna, czy grają w tę samą grę, nie zamierzała odkrywać wszystkich kart. - A jednak plotki nie biorą się znikąd. Zwykle można w nich odnaleźć ziarenka prawdy. A jeśli pozwalasz im żyć własnym życiem, to nie mogą cię dziwić takie opinie postronnych osób - zauważyła, choć częściowo zgadzała się, że ludzie zawsze bali się pustych przestrzeni w opowieści i niemal instynktownie próbowali je zapełniać. A jeśli ktoś, tak jak on, nie robił nic, by tę przestrzeń prostować lub wyjaśniać, opowieści zaczynały żyć poza kontrolą. Sama nieraz obserwowała, jak półsłówka zamieniają się w przekonania, a przekonania w coś, co inni zaczynają traktować jak fakt. Jednak miała dziwne wrażenie, że mężczyzna skrywa bardzo wiele sekretów. Nie pozwoli mydlić sobie oczu. Kiwnęła głową w odpowiedzi, bo zgadzała się, że słowa mają wielką moc. Być może dlatego rozmowy z nim zawsze przypominały grę prowadzoną na kilku poziomach jednocześnie. Nigdy nie była do końca pewna, czy mówi coś dlatego, że naprawdę tak myśli, czy dlatego, że chce zobaczyć, jak zareaguje. A jednak tym razem jego ton był zaskakująco łagodny. - Dlaczego właściwie wybrałeś taki zawód? - przechyliła lekko głowę z zaciekawieniem, jakby był to kolejny element układanki, którą musiała ułożyć, żeby go zrozumieć. Może stała za tym wyższa idea, a może to zwykły przypadek lub ciekawość. - Może. Chociaż uważam, że gdybyś naprawdę chciał i poświęcił się temu zadaniu - zgłębił temat, zapewnił odpowiednie środowisko i pielęgnował niczym najdroższy skarb, to niezależnie od wrodzonego daru, paprotka byłaby równie mocno rozrośnięta - próbowała przez to powiedzieć, że bardziej skłonna była wierzyć w pracę niż w cudowny dar. Widziała już artystów, którzy marnowali swoje wrodzone zdolności; widziała też artystów, którzy pracowali metodycznie i pięli się wyżej. Sama nie miała ręki do kwiatów, ale wierzyła, że gdyby poświęciła temu odpowiednią ilość czasu i zaangażowania, byłaby w stanie osiągnąć przyzwoity poziom w opiece nad roślinami. Talent był tylko początkiem. Czasem przewagą na starcie, ale nie obietnicą zwycięstwa. Znacznie większą rolę odgrywało zaangażowanie. Czas poświęcony na powtarzanie tych samych czynności, na poprawianie drobnych błędów, na cierpliwe dochodzenie do efektu, który dla kogoś innego byłby oczywisty od pierwszej próby. Wysiłek miał w sobie coś bardzo cichego i niepozornego, a jednak to on najczęściej decydował o ostatecznym kształcie rzeczy. Wtedy przyniesiono jedzenie i przez chwilę jedli w milczeniu. Nie było w nim jednak napięcia ani tej nerwowej potrzeby, by natychmiast wypełnić przestrzeń kolejnym zdaniem. Dopiero, gdy w przerwie sięgnęła po kieliszek wina, uśmiechnęła się na jego zapewnienie. - To dobrze, ale będę chciała to sprawdzić na własne oczy - kryła się za tym jej wieczna potrzeba kontroli i perfekcji. Dopiero po chwili zorientowała się, że równie dobrze mogło to zabrzmieć na wymówkę, by jeszcze się spotkać i to konkretnie w jego mieszkaniu. A przecież nie o to chodziło, prawda? Wróciła do jedzenia odrobinę zmieszana. |