Secrets of London
jesień 1972, spalona noc, prawa czasu - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: jesień 1972, spalona noc, prawa czasu (/showthread.php?tid=5430)



jesień 1972, spalona noc, prawa czasu - Vakel Dolohov - 11.02.2026

| Spalona Noc

Za drzwiami kamienicy, która od lat była jego domem, cały Londyn przeżywał właśnie największą katastrofę, jakiej Dolohov był naocznym świadkiem. Tak naprawdę żadne z nich nie widziało już ulicy, którą oglądali z tej pozycji codziennie. Dolne okiennice zdążyli zabić deskami. Wilgotne kotary skutecznie odcinały ich od walk toczących się na Horyzontalnej. Sięgały ich sporadyczne świsty, piski, wybuchy i krzyki, w dodatku kilka okien wybuchło lub zostało rozbitych, wpuszczając do wnętrz języki szalejącego ognia, jednak nigdy na tyle destrukcyjnych aby zagrozić Dolohovowi i jego rodzinie.

Podsumowując całokształt tego paskudnego zdarzenia, Prawa Czasu miały się dobrze.  Zdaniem wieszcza aż za dobrze. Strata kilku książek, zniszczona podłoga i przypalone sufity zwyczajnie nie mogły równać się z tym, co tracili ludzie nie mający dzisiaj szczęścia. Londyn go z tego rozliczy.

To był pierwszy raz, kiedy słyszał huk walącego się budynku. Ten hałas, przeszyty krzykiem ofiar, zapisze się w nim już na zawsze. Wiedział to już teraz – bo tego nie dało się tak po prostu wymazać z pamięci, nawet kiedy było się wizjonerem chcącym patrzeć jedynie w przyszłość. Nawet gdyby oszalał do końca i hipnotyzer miał skasować mu tę scenę ze wspomnień, Dolohov nie wierzył w sukces takiej terapii – milknący krzyk kogoś, z kogo uchodziło życie, nie wżarł mu się jedynie w umysł. Czuł to w ramionach, bolących go od napięcia. W nogach, na których ledwo dobiegł tutaj z Morpheusem. W szyi i oczach piekących od wdychania dymu. Czuł to... Wszędzie. Delikatne, pojedyncze ukłucia nerwów w miejscach, w których nie powinien czuć żadnego bólu. To nie mogło tak po prostu zniknąć, prawda? Nawet on, największy pedant i narcyz w okolicy, momentami tracił twarz pana idealnego i sam siebie przyłapywał na przygryzaniu paznokci zamiast przeczesywania palcami włosów. Doświadczył w życiu ogromnej ilości bólu i skazywano go na wieloletnie cierpienie, ale to... Nie, nie dało się przyrównać niczego, do ruiny, jaką na jego oczach stawała się stolica wielkiego kraju. A on tego nie wywróżył!

Nie jest dobrze, Peregrinusie – zaczął nad wyraz spokojnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą szczerze wierzył, że sięgnął go koniec. Nie mówił, rzecz jasna, o katastrofalnym stanie miasta. Dolohov nie lubił mówić o rzeczach oczywistych. Jeżeli coś dało się dojrzeć bez potrzeby choćby znikomej analizy, istniała praktycznie zerowe szansa na to, że badacz to zjawisko jakkolwiek skomentuje. Był to więc wstęp do szerszej wypowiedzi, ale musiał wpierw odsunąć się od szafy, którą zastawili jedno z okien i odetchnąć w końcu. Ani trochę nie przywykł do pracy fizycznej, a walka z żywiołem nawet teraz wydawała mu się abstrakcją. Wszystko co cenne trzymał w sobie lub przy sobie – dlaczego stąd nie uciekli? Czy zasoby tej biblioteki były tego w ogóle warte? – Jeśli ten ogień nie strawi nas dosłownie, to jutro zrobi to opinia publiczna. To, że nie przewidziałem obłąkanego Yaxleya robiącego napad na moją szufladę jakimś cudem nie rozeszło się po ludziach, ale nie mam pojęcia jak mam wytłumaczyć komukolwiek to, że naczelny wieszcz z prasy nie przewidział... – machnął rękoma, nieco bezradnie – tego.

Nie jest dobrze, Peregrinusie i nie będzie lepiej.

Nie potrafił powiedzieć tego na głos. Choćby się na to silił, to by mu to przez gardło nie przelazło, nie było na to nawet cienia szansy. Bo gdyby przyznał się, że jakaś ciemna myśl w ogóle śmiała odebrać blask chwale i zwycięstwu, jakie budował od miesięcy, przyznałby się do rozważania czegoś takiego jak porażka, a on nie był gotowy na porażkę. Trelawney z pewnością nie miał problemów z zauważeniem tego, że chociaż Dolohov wyraźnie przejmował się jutrem (jutrem, które mogło nie nadejść – warto zaznaczyć), dla Praw Czasu (zarówno dla nich jako miejsca, jak i ludzi z nimi powiązanych) ta wypowiedź stanowiła bardzo dobre wieści. Roztrzęsiony Dolohov, który wrócił tu dwie godziny temu, był skupiony na teraźniejszości o wiele bardziej niż powinien. Jasnowidz osiągnął wszystko to co osiągnął właśnie dlatego, że nigdy nie zatrzymywał się wpół kroku i parł przed siebie na przekór złemu losowi. Na co by się wam wszystkim zdał, gdyby postanowił zatrzymać się akurat teraz? Ale on właśnie pokazał, że kiedy tylko płomienie ognia zniknęły za zabezpieczonymi okiennicami, jego głowa wróciła do normalnego trybu. Coraz częściej poruszał palcami jakby chciał napisać coś na maszynie. Próbował ubierać w dobre słowa myśli mające dobrze wyglądać w druku. Tak długo jak istniała w nim ta zawziętość, Prawa Czasu były bezpieczne.

Nawet gdyby to co zbudował do tej pory miało runąć, nikt kto znajdował się blisko niego nie zwątbiłby w to, że Dolohov nie tylko podniesie się z kolan, ale i w następnym ruchu doskoczy wyżej niż wcześniej. Jedynym co mogło go zatrzymać, było zwątpienie we własne możliwości – nietrudno wyobrazić sobie, jak szybko uda się zaprowadzić go w objęcia śmierci myślą, że nie jest w stanie osiągnąć już nic więcej. Ale on już to przetrwał, nawet jeśli nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Sam zachowywał się tak, jakby tego nie zauważył. Chodził po kamienicy zdenerwowany, obserwując jak pies czy na pewno wszystkie drogi dostępu do środka były zastawione meblami i... myślał, myślał – zastanawiał się nad tym wszystkim tak głęboko, że zapomniał rozluźnić ramiona, poprawić włosy. Przejmował się tym – kiedy ktoś go nakrył na zgarbieniu, momentalnie się prostował i zadumę na twarzy ukrywał za maską pozornego rozluźnienia, jakby nie chciał zostać przyłapany na zamartwianiu się, nawet jeżeli najgorsze emocje zostawił za sobą.

Po godzinach takiej właśnie krzątaniny Peregrinus zaszedł go w korytarzu prowadzącym co wyjścia. Vasilij nie zdążył nawet zastanowić się nad tym, czy było to celowe, czy uczynił to przypadkiem. Uśmiechnął się do niego po prostu, kiedy tylko dostrzegł, że oboje zaciskali palce na kartach tarota, na tym etapie zapewne tak negatywnie naenergetyzowanych, aby zamiast odpowiedzi na zadane im pytanie próbowały przewidzieć faktu dotyczące śmierci ludzi w najbliższej okolicy. Chciał coś powiedzieć – to przecież on zawsze niszczył ciszę wokół nich jako pierwszy – nie uczynił tego jednak. Rzadko postanawiał przedłożyć działania ponad słowa, wszak był wpierw mistrzem słów właśnie, a identyfikowanie się jako człowiek czynu musiał odłożyć na zaszczytne drugie miejsce. Nie mieli jednak okazji spotkać się w cztery oczy odkąd Dolohov wyszedł stąd po południu na spotkanie z Longbottomem, a im większy kiełkował w nim stres, tym bardziej potrzebował dać temu ujście. Chwycił go więc na moment – a mówiąc dokładniej splótł palce ich dłoni i zatrzymał się przy nim, zatrzymując swój szaleńczy bieg, żeby zawiesić spojrzenie na jego oczach. Jakież to było dziwne – być tak z kimś i nie mówić nic – a jednak z Trelawneyem ten stan był dla niego osiągalny. Zaryzykowałby stwierdzenie, że wręcz naturalny – jakby czasami nie musiał się odzywać, żeby nadać jakiś komunikat, jakby wystarczyło wpatrywać się w kogoś, żeby go przeprosić za bieganie w kółko i oddawanie się chaosowi tej nocy, kiedy powinien usiąść i swoją stabilnością utrzymać w ryzach własną córkę i siostrę. Zastanawiał się: czy Trelawney wiedział? Rozumiał to, że ta bieganina zrodziła owoce i jutro znów mogło być czyste, już miał pojęcie jak wytłumaczyć to opinii publicznej i słowa sprzed kilkudziesięciu minut zdezaktualizowały się szybciej niż można się tego było spodziewać? Nie zapytał. Nie zdążył nawet drgnąć i skrócić dystansu pomiędzy nimi, kiedy po parterze rozległ się głośny, w tych okolicznościach przerażający dźwięk uderzania kołatką i drewno.

Jasnowidz zmarszczył brwi, przenosząc spojrzenie ze swojego asystenta na drzwi wejściowe. Oczywiście – wpuszczanie obcych do środka brzmiało jak głupota, ale przecież Annaleigh wciąż znajdowała się na zewnątrz, a poza tym... Wielu czarodziejów miało prawo myśleć o Prawach Czasu jaki i miejscu, w którym nie sięgnie ich nic złego. Na fali porozumienia, jakie pomiędzy nimi rozrosło przez tych kilka sekund zbliżenia, Vasilij zamiast zignorować ten dźwięk, sięgnął ręką do talii kart Peregrinusa, wyciągając z niej tę, od której wyczuwał najsilniejsze wibracje.

Na podstawie tego, co w niej zobaczył podjął decyzję, która wielu mogła dogłębnie zszokować.

Otwórzmy.

I tak Prawa Czasu zmieniły się nie do poznania.

Nie trzeba było czekać długo, aby w gabinecie celebryty pojawiło się pięć nowych, niezbyt znanych im osób, wliczając w to grono matkę oraz jej dwoje dzieci. Rzadko znajdowało się w nim aż tylu gości i nie był w stanie ich w sensowny sposób pomieścić – na szczęście zniesienie kilku mebli i poduszek z części mieszkalnej nie było dla nikogo większym wyzwaniem. Rzecz jasna, Dolohov nie był głupi. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ich obecność na Horyzontalnej nie była przypadkiem, a wybranie się akurat w to miejsce przy tak intensywnym ataku było absurdalnie wręcz nieodpowiedzialne, ale w uratowaniu grupy własnych psychofanów dostrzegał jeszcze większą szansę na wyjście cało z absurdu jakim było nieprzewidzenie drugiego największego pożaru Londynu w tym stuleciu.

Musieli wyglądać jak dwójka idiotów, kiedy losowali karty przed wpuszczeniem każdej z tych osób, a jednak miało to sens i działało – żadne z nich nie zagrażało bezpośrednio domownikom. I zgodnie z przewidywaniem, kiedy za drzwiami pojawiło się prawdziwe zagrożenie, wylosowaną przez Dolohova kartą była ta zwiastująca rychłą śmierć.

Ale to nie mógł być koniec, prawda?

Znajdujący się po drugiej stronie napastnik musiał zrozumieć, że żaden z wieszczy nie otworzy mu drzwi, tak jak zrobili to z grupą ukrywających się wewnątrz uciekinierów. Chwilę później usłyszał dźwięk przesuwającego się mebla blokującego klamkę, a to zaś zachęciło go do spróbowania wtargnięcia do środka siłą.

W ten właśnie sposób zaklejone papierem szkło znajdującego się obok okna pękło pod naporem zaklęcia ściągającego z niego podstawowe zabezpieczenia. Odziana w skórzaną rękawicę ręką sięgnęła do środka, próbując otworzyć zamek, a zdesperowany Vasilij podniósł leżący na stole nieopodal, ciężki jak diabli podręcznik do Teorii Magii i uderzył nim w palce agresora tak mocno jak tylko potrafił (ale... no najlepszy w tym nie był, zdecydowanie).

[roll=T]

Odkryj wiadomość pozafabularną
Odgrywam moje statystyki, psychofanów, wróżbiarstwo, jasnowidzenie, niedowagę, upartość, przewagę rodzinną i bycie megagejem. Zgadzam się na kierowanie moją postacią w ramach domknięcia tej sesji (również w dialogach). No i plis zinterpretuj mój rzut (ciekawe czy połamał sobie więcej palców niż jemu). PS. To jest post w całości napisany na telefonie i nie przeczytałam go przed wysłaniem, niech się dzieje wola nieba.