Secrets of London
[09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy (/showthread.php?tid=5435)

Strony: 1 2


[09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 09.12.2025

Savoy. Miał to być ich kolejny przystanek podczas nowego, wspólnego życia. Tak właściwie dopiero kiedy pojawili się przed gmachem budynku uderzyła w nią jego wielkość. Był ogromny, na pewno znajdowali się w nim ludzie, którzy nie wiedzieli co robić ze swoim nadmiarem pieniędzy, tacy którzy nie musieli przejmować się niczym. Czy pasowali do tego miejsca? Niekoniecznie, czy się tym przejmowali, też nie bardzo.

Od strony rzeki uderzało w nich zimne, wilgotne powietrze. Noc była chłodna, jak przystało na typowo jesienną noc. Zimno wdzierało się pod płaszcze, pod nogawki spodni, ale ona nadal czuła ciepło, nadal rozchodziło się po jej ciele. Trzymała go za rękę, nie wypuszczała jego dłoni nawet na chwilę, jakby bała się, że jeśli to zrobi to on zniknie, chociaż przecież nie powinna mieć takich obaw, bo mieli już zawsze trwać przy sobie.

Nie było tu już tak spokojnie, jak jeszcze przed chwilą, nie otaczała ich ciemność, dźwięki nocnego życia uderzały w uszy, gdzieś ktoś krzyknął, głośniej się zaśmiał, niedaleko przejeżdżały samochody. To jednak nie było ważne, istotne, że on znajdował się przy niej, byli tutaj razem, gotowi przestąpić próg tego przybytku.

Wspominał jej o tym, jak zazwyczaj wyglądało jego meldowanie się w hotelach, tym razem musiał postąpić wbrew swoim nawykom, bo była tutaj z nim, a ona nie miała takich specjalnych umiejętności, nie potrafiła skradać się w cieniu, chociaż uwielbiała się w nim chować, cóż, była to tylko drobna niedogodność.

Było tutaj bardzo jasno, światła paliły się w oknach, ale też latarnie wydawały się być jaśniejsze od tych schowanych w tych mniejszych uliczkach, pewnie było to tylko złudzeniem.

Ten ostatni fragment drogi pokonali w milczeniu, obawiała się, że jeśli znowu zaczęliby rozmawiać, to nie potrafiliby trzymać rąk przy sobie, już poprzedni przystanek powodował, że miała ochotę znowu zatopić się w jego ustach, pozwolić się sobie oderwać od rzeczywistości, ale byli tak blisko celu, że nie powinni sobie na to pozwalać, a szkoda, chociaż przecież mieli to wszystko zaraz nadrobić, znajdowali się krok od miejsca, w którym mieli spędzić swoją noc poślubną, podejrzewała, że to miejsce sporo już widziało, jednak wydawało jej się, że i tak je zaskoczą.

- To co? - Chyba powinni już wejść do środka. Przez moment przeszło jej przez myśl, że nie wyglądali najlepiej po tej nocy pełnej wrażeń, że nie pasowali do tego miejsca, jednak, czy aby na pewno? Nic nie miało ich dzisiaj powstrzymać przed spełnianiem swoich wszystkich marzeń i oczekiwań.




RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 09.12.2025

Merlinie, te światła. Savoy zawsze świecił jakby próbował udowodnić całemu miastu, że stoi ponad nim. Wyrósł przed nami jak wielka, jasna ściana - relikt, nie, symbol świata, do którego nigdy naprawdę nie należałem - świata lśniących posadzek, drogich dywanów i ludzi, którzy płacili za noc tyle, ile ja wydawałem przez kilka miesięcy w drodze, a może nawet więcej, prawdopodobnie więcej. Patrzyłem na fasadę, na drogie obramowania jeszcze droższych okien, na migoczące punkciki z setek szyb odbijających się w tafli rzeki… Powinienem czuć się tu obcym elementem, ten hotel był za duży, za jasny, za czysty i zbyt elegancki, jak na ludzi pokroju mnie teraz - chociaż w przeszłości też nie czułem się tu dobrze - ale z Prudence u boku absolutnie nie czułem się niewłaściwie. Widziałem, jak oglądała gmach z tym momentalnym, cichym zdziwieniem, które próbowała ukryć… Ale jej palce zacisnęły się na mojej dłoni odrobinę mocniej - to ją sprzedawało, mnie pewnie też, bo również mocniej splotłem nasze ręce - to nie był jednak chwyt kogoś przestraszonego, tylko kogoś, kto chciał mieć pewność, że to wszystko działo się naprawdę, my tu byliśmy, razem.
Wciągnąłem powietrze, kiedy chłód od Tamizy - ten rodzaj zimna, który człowiek czuł aż na kostkach palców - uderzył we mnie ostrzej, lecz subiektywnie w dalszym ciągu było mi gorąco. Zimne powietrze znad rzeki wdzierało się pod kołnierz, próbowało mnie otrzeźwić, ale jej dłoń splątana z moją była tak ciepła, że chłód wycofywał się w popłochu. To był stan, który raczej nie miał zmienić się tej nocy, miałem świadomość, że wystarczył jeden pochopny, impulsywnie cudowny ruch, jeden jedyny, a znalazłbym usta mojej świeżo poślubionej małżonki i znowu zapomnielibyśmy o naszym celu… A przecież w tej jednej chwili byłem kimś, kto przychodził do hotelu z ukochaną kobietą, nie z cieniem wspomnień ani z tożsamością, którą zawsze trzeba było ukryć. Powinniśmy korzystać z tego czasu, świętować nasze nowe życie we właściwy sposób, bo taka noc zdarzała się tylko raz w życiu, nawet w moim.
Tak, milczenie było jedynym sposobem, by nie zgubić drogi do drzwi. Prawie się uśmiechnąłem, bo widziałem ten cień wahania w nas obojgu - nie niepewności, tylko świadomości, że oboje wyglądaliśmy tak, jak ludzie, którzy spędzili noc, dzień i pół życia walcząc z czymś, co w końcu przestało ich gonić. Włosy potargane od wiatru, rumiane policzki, płaszcze przesiąknięte nocą nad rzeką i zapachem Nokturnu. Oczy, które - bogowie - paliły się od emocji, których żaden portier nie potrafiłby nazwać inaczej, jak tylko w ten jeden sposób. Jej ramię ocierało się o moje, kiedy przesuwaliśmy się ku wejściu, a ja już myślałem o momencie, gdy zostaniemy sami. Jeszcze tylko kilka kroków…
Zatrzymałem się dokładnie przed tym ostatecznym momentem, prawie u progu wejścia, jakbym potrzebował ułamka sekundy, by coś we mnie przestawiło się z trybu „ucieczka” w tryb „wchodzimy”, chociaż wcale tak nie było. Nachyliłem się bliżej, słysząc pytanie, po czym zmrużyłem oczy, patrząc na nas odbitych w wielkiej, jasnej szybie przy bocznym wejściu, pewnie zamkniętym na noc, chociaż to i tak nie miało znaczenia, bo dzisiaj wchodziliśmy głównymi drzwiami.
Savoy znajdował się tuż przed nami, był jak coś z innego świata - wysoki, elegancki, zbyt jasny jak na tę porę nocy, zbyt nienaganny jak na ludzi, którzy przyszli tu prosto z Nokturnu, przesiąknięci mgłą, wiatrem i tym rodzajem bliskości, który powinien zostawiać ślady na skórze, chociaż jeszcze tego nie robił. Jak na ludzi, którzy spędzili kilka godzin pełnych całowania, oświadczania się, brania ślubu, przeklętego przekonywania jej, że zasługuje na więcej, a mnie, że „może, kurwa, nie chce niczego więcej na siłę i nie potrzebuje uszczęśliwiania”, kładzenia przed sobą serc na stół i tak dalej, byliśmy kompletnie niedopasowani do tego miejsca. I choć nie obchodziło mnie to ani trochę, normalnie nie zaprzątałoby mi to głowy, coś mnie uderzyło. Patrzyłem na nas, odbitych w szybie Savoyu, i coś we mnie kliknęło. Jeszcze bardziej zmrużyłem oczy, przygryzłem dolną wargę - to był odruch, którego nie kontrolowałem, kiedy pojawiał mi się przed oczami plan. Wydąłem lekko usta, jakbym rozważał coś szalenie poważnego… Chociaż jedyne, co czułem, to rosnące, absolutnie bezczelne rozbawienie.
- Wiesz… - Zacząłem tonem, który sugerował, że za chwilę powiem coś albo genialnego, albo skrajnie głupiego. - Wyjątkowa noc, wyjątkowe miejsce… Asz się plosi, szeby uszyś tlochę magii, hm? - Odchyliłem głowę, patrząc na nią z tym znajomym półuśmiechem, który zwykle zwiastował kłopoty. Mogliśmy wyglądać jak dwójka ludzi, którzy albo weszli do hotelu, bo ich stać na wszystko, albo jak dwójka ludzi, którzy mogą go podpalić z nudów. Nie istniało nic pomiędzy.


RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 09.12.2025

Prudence nigdy do końca nie potrafiła zrozumieć fanaberii bogaczy, pewnie nigdy nie miała tego zrobić, to nie tak, że obracała w dłoni każdego galeona, mimo wszystko jednak wolała inwestować w coś więcej, niż w noce spędzane w takich miejscach. Starała się ogarnąć to jakoś mentalnie, że niektórzy mieli tyle pieniędzy, że po prostu nie wiedzieli, co z nimi robić, więc wybierali przewalanie tego w podobnych miejscach. Nie sądziła, aby jednak kiedykolwiek w pełni to zrozumiała, jednak nieco inne wartości do niej przemawiały.

Nieco przytłaczał ją ten budynek, trudno jej było to ukryć, wpatrywała się w niego zafascynowana, te migoczące światła, przepych, to było sporo, jak na nią, mimowolnie ścisnęła mocniej dłoń Benjy'ego, chociaż starała się udawać, że wszystko jest w porządku, że to całkiem normalne, że stoją właśnie przed tym miejscem, mimo, że zupełnie do niego nie pasowali.

Nie dało się patrząc na nich nie zauważyć, że ta noc była dla nich mocno intensywna. Sporo się wydarzyło, naprawdę sporo, przez co wyglądali cóż... na dosyć przejechanych przez życie. Nie przeszkadzało to im jednak w tym, aby stać tutaj, spoglądając na ten budynek, w którym zamierzali spędzić swoją noc poślubną. To miała być wyjątkowa noc, jak nikt inny zasługiwali na to, by znaleźć się w środku.

Czekali na ten moment wystarczająco długo, przeszli sporą drogę metaforyczną, ale nie tylko, aby znaleźć się tutaj w tej chwili. Przypadkowe spotkanie, później rozmowa, która doprowadziła ich do jedynej właściwej decyzji, rytuał, skradzione pocałunki, to wszystko doprowadziło ich tutaj, do tego miejsca, w którym mieli rozpocząć swoją nową drogę, jako małżeństwo.

Przez chwilę więc stali w milczeniu spoglądając na imponujący budynek, niby mieli jasno określony cel, ale teraz przeszło jej przez myśl, że zdecydowanie nie pasowali do tego miejsca, jednak czy powinni się w ogóle tym przejmować. Zasługiwali na wszystko to, co najlepsze, co do tego nie miała ani odrobiny wątpliwości.

Jeszcze chwila, moment, a miną drzwi, dostaną klucze od pokoju i nie będą musieli obawiać się na siebie spoglądać, bo w tych ich spojrzeniach kryło się wszystko, tęsknota, pożądanie, i nadzieja na lepsze jutro, które miało być wspólne. Trudno jej było na niego patrzeć, gdy nie mogła go przy tym dotykać, sama nie mogła uwierzyć w to, że tak łatwo się przy nim zapominała, ale zaraz będą mogli faktycznie się w sobie zatracić, już nic im w tym nie przeszkodzi. To było naprawdę cudowną myślą.

Zadała mu to całkiem proste pytanie, chcąc się upewnić, że naprawdę zamierzają to zrobić. Nachylił się nad nią, a później zmrużył oczy, widziała, że wpatruje się w ich odbicia, sama więc odruchowo spojrzała w stronę szyby. Cóż, wyglądali... no, na pewno zdarzało im się wyglądać lepiej, ale też i gorzej, więc wcale nie było tak źle. Ta noc należała do tych wyczerpujących, chociaż wcale nie czuła się zmęczona, towarzyszyła jej raczej ciągle ogromna ekscytacja.

Przygryzł dolną wargę, jakby się nad czymś zastanawiał, Prue wpatrywała się w swojego męża, czekając na jego werdykt, nie miała pojęcia, co siedziało mu w głowie, ale wyglądał tak, jakby naprawdę o czymś intensywnie myślał.

Ocho. To jego wiesz, mogło sugerować naprawdę wiele. Czekała, aż podzieli się z nią swoim genialnym pomysłem, jakoś przeczuwała, że to może być właśnie to.

Kiedy usłyszała jego słowa zmrużyła oczy, zaczęła to analizować, chociaż może nie powinna? Czy właściwie miała co do tego jakieś ale? No nie. Nie mogła zaprzeczyć to była wyjątkowa noc, a magia, magia mogła być ich sprzymierzeńcem. Nie, żeby wydawało jej się, aby musieli po nią sięgać, chociaż może trochę, odrobinę?

- Wiesz, to wcale nie jest taki głupi pomysł. - Wróciła do tego, co kiedyś było dla niej standardem. Benjy rzucał coś błyskotliwego, czekał na jej reakcję, a jako, że nigdy nie potrafiła mu odmówić... to zawsze kończyło się tak samo. Mimo, że nie byli już tymi dziećmi z Hogwartu to nic się nie zmieniło.




RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 09.12.2025

Prue wpatrywała się w gmach Savoyu z tym samym rodzajem namysłu i zastanowienia, który sam czułem lata temu, zanim zrozumiałem, że istniały miejsca, do których człowiek nigdy nie będzie naprawdę należał - chyba że wejdzie tam z kimś, kto traktuje go jak centrum własnego wszechświata. Czy pasowaliśmy tu? Nie. Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Absolutnie żadne. Ten budynek wyglądał jak świątynia zbytku, do której nikt normalny nie powinien wchodzić bez srebrnej laseczki i nazwiska znanego co najmniej trzem gazetom. A my? My wyglądaliśmy jak problem, który wlazł na czerwony dywan bez zaproszenia, ale jej palce były zaczepione o moje tak mocno, że nic więcej się nie liczyło. Patrzyłem, jak wpatruje się w lśniące okna, jak jej twarz odbija światła hotelu - to było coś wartego zapamiętania. Nie sam hotel - ona.
Kiedy spojrzałem w szybę, nasze odbicia wyglądały… No, cóż. Na pewno nie jak para ludzi, która zamierzała zapłacić za najbardziej luksusowy dostępny apartament. Na pewno za to jak para ludzi, która właśnie przeżyła noc intensywniejszą niż większość hotelowych gości przez miesiąc, i jeszcze miała trochę energii do wydania. Przygryzłem dolną wargę, bo zaczynał mi się rodzić w głowie pomysł z tych, które zawsze kończyły się tak samo - śmiechem, ryzykiem i brakiem możliwości cofnięcia decyzji. A potem spojrzałem jej w oczy i poczułem w środku dokładnie to, co przed laty - kiedy byliśmy młodsi, głupsi i nieświadomi tego, że życie nas rozerwie, zanim da nam szansę się pozbierać. Teraz mogliśmy sami zdecydować, kim będziemy przez chwilę.
Prue zauważyła ten wyraz twarzy, zawsze zauważała, to na pewno, tak samo jak wiedziała, co oznaczał - widziałem to w sposobie rozszerzenia jej źrenic - mój mózg właśnie włączał tryb „dobrze, że jest noc, bo za dnia byśmy za to odpowiadali”. Jej oczy zmrużyły się minimalnie, analizowała, i to było zabawne, bo gdy dochodziło do moich pomysłów, brak analizy działał znacznie skuteczniej.
- Małe zaklęcie iluzji. - Kontynuowałem. - Albo dlobna tlansmutacja naszych ublań. Nic tlwałego. Nic zdlosznego. - Mruknąłem, a mój głos zrobił się cichy, ciepły, z nutą uwodzicielskiej kpiny
„Wiesz, to wcale nie jest taki głupi pomysł.” No i tyle - wystarczyło jedno zdanie, uśmiechnąłem się powoli, tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował kłopoty lub coś piekielnie przyjemnego, często oba na raz.
Właśnie dlatego ją kochałem.
Właśnie dlatego została moją żoną.
Właśnie dlatego miałem przeczucie, że reszta życia zapowiada się niebezpiecznie zabawnie.
Uśmiechnąłem się szerzej, odsuwając się o pół kroku, zanim podniosłem nasze splecione dłonie, obróciłem je tak, by światło padało na nas z góry, jak na scenę.
- Oczywiście, sze nie jest głupi. -  Odpowiedziałem spokojnie, jakbyśmy rozmawiali o wyborze chleba na targu, a nie o używaniu zaklęć tuż przed wejściem do jednego z najbardziej prestiżowych hoteli Londynu. - Nigdy nie miewam głupych pomysłów. - Powiedziałem cicho, nisko, z tą typową dla mnie nonszalancją, za którą kiedyś wielokrotnie dostawałem szlaban.
Zanim jednak cokolwiek mogliśmy zrobić, spojrzałem na ludzi w okolicy - para mugoli przechodząca zbyt blisko, grupa młodych, pijanych chłopaków po drugiej stronie ulicy, reflektory samochodów odbijające się od szyb wejścia. Nie - zdecydowanie nie tutaj. Zawsze miałem dobre wyczucie tego, gdzie zaczyna się prywatność, a gdzie kończy się pole obserwacji.
- Chodź. - Powiedziałem półgłosem. - Nie tutaj. - Ścisnąłem jej dłoń, lekko, ale zdecydowanie. Nie puszczając jej ręki nawet na sekundę, poprowadziłem ją kilka kroków w bok, w stronę wąskiego przesmyku między budynkiem a ozdobnym murkiem przy ogrodzeniu restauracyjnego patio. To nie była ciemna uliczka, ale dawała nam dokładnie tyle prywatności, ile było potrzebne. Dwa metry dalej świat nadal istniał, tutaj - istniała tylko ona. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy byłem pewien, że nikt nie spojrzy w naszą stronę, nawet przypadkiem. Mój wzrok przesunął się po jej płaszczu, potem po własnym, różniło nas wszystko od klientów Savoyu, ale magia potrafiła nadrabiać braki stylu lepiej niż najlepszy projektant na tej planecie.
- Zmieńmy tlochę oplawę. - Odsunąłem się o milimetr, tylko po to, by spojrzeć jej w oczy. Mój głos miał w sobie ten ton, którego zawsze używałem, kiedy coś zaczynało mnie bawić za bardzo.


RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 09.12.2025

Nie dało się nie zauważyć, że nie czuła się w tym miejscu do końca pewnie. Wiedziała, że zupełnie do niego nie pasuje, nigdy nie musiała się odnajdywać w podobnych miejscach, bo raczej były poza jej zasięgiem. Raczej - bo tego nie sprawdzała, ale jednak myślała racjonalnie i wiedziała, jak to wyglądało. Nie wahała się jednak, wiedziała, że chce się znaleźć w środku, bo miała to zrobić z Benjy'm, a z nim nic nie było straszne. Nawet nowobogackie hotele.

Znaleźli się tu tylko dlatego, żeby spędzić razem wyjątkową noc, przypieczętować to, co dzisiaj przeżyli. Nie mogło stanąć im na przeszkodzie to, że nie do końca pasowali do tego miejsca, zresztą wydawało się jej, że razem byli w stanie wpasować się w każdy obrazek, może nie do końca wpasować, bardziej odnaleźć się wszędzie. Nie dało się nie zauważyć, że odbiegali pewnie od standardowych gości tego miejsca. Noc była ciężka, wyczerpująca, ale też całkiem owocna i miała być jeszcze bardziej owocną, gdy w końcu znajdą się w środku hotelu.

Spoglądała przez chwilę na ich odbicie i zauważyła to coś w jego twarzy, to coś, co kiedyś zwiastowało przygodę. Nie powinno jej dziwić, że i tym razem okazało się podobnie. Wpadł na na całkiem nie najgorszy pomysł, który mógł pomóc im dostać się do środka bez żadnych wątpliwości, że faktycznie mogli wpasować się (przynajmniej aparycją) do tego miejsca. Szczypta magii jeszcze nikomu nie zaszkodziła, wręcz przeciwnie w tym przypadku mogła tylko pomóc.

Przetworzyła w głowie jego słowa, po krótkiej chwili oznajmiła, że to nie jest głupi pomysł - jak zawsze zresztą, miała zostać jego partnerką w zbrodni, nie umiała inaczej, nie potrafiła mu odmawiać, nie, żeby w ogóle próbował ją namawiać. Zawsze to robiła, wystarczyło tylko słowo, ten charakterystyczny błysk w oku.

- Co do transmutacji, nie wiem, czy pamiętasz, ona nigdy nie była moją mocną stroną. - To było bardzo delikatnie powiedziane. Prue zupełnie nie potrafiła korzystać z tej dziedziny magii, po tym jak zakończyła edukację w Hogwarcie nigdy po nią więcej nie sięgnęła. - Z iluzją może być odrobinę lepiej, ale nie jestem ogólnie specjalistką od takich sztuczek. - Tak właściwe to zawsze trochę bardziej lubiła teorię od praktyki, miała ją w małym palcu, jeśli chodzi zaś o czarowanie, no to bywało rozmowy, bardzo różnie.

Nie miało jej to jednak powstrzymać przed próbą, nie kiedy wspomniała mu o tym, że to nie był głupi pomysł, teraz już nie było odwrotu, mieli wręcz sprawdzić, jak świetnym pomysłem miał się okazać.

- Skarbie, z tym nigdy nie przesadzajmy... - Bo bywało różnie, zdecydowanie różnie, chociaż wydawał się być naprawdę przekonany o tym, że wszystkie jego pomysły były wspaniałe.

Wokół nich kręcili się mugole, co powodowało, że nie mogli sięgnąć po różdżki, rzucać zaklęć. To nie było ku temu odpowiednie miejsce. Ledwie zdążyła zacząć rozglądać się w poszukiwaniu trochę bardziej ustronnej przestrzeni to Benjy pociągnął ją delikatnie za dłoń, oczywiście, że wiedział, gdzie mogą się schować.

- Zawsze jesteś krok przede mną. - w tym przypadku pewnie w porównaniu do niej doskonale znał okolicę, bo tutaj bywał.

Skryli się w wąskim przesmyku, gdzie nikt nie mógł zobaczyć tego, co zamierzali zrobić, całkiem skutecznie ich osłaniał od ludzi, których mogliby zainteresować.

- Możemy spróbować. - Bo czemu nie, to była ich noc, nie wydawało jej się, aby coś mogło pójść nie tak. Kiedy widziała ten błysk w jego oczach wydawało jej się, że to jest naprawdę dobry pomysł. Nie musiał jej nawet do tego jakoś specjalnie przekonywać.

Dyskretnie wyciągnęła różdżkę, mruknęła pod nosem zaklęcie mając nadzieję, że uda jej się stworzyć wokół niego iluzję, która spowoduje, że każdy kto na niego spoglądał, będzie miał wrażenie, że idealnie wpasowuje się w to miejsce. Każdy kto na niego spojrzy miał widzieć swoją własną wersję tego, jak jego zdaniem wyglądał idealny bywalec tego miejsca, przynajmniej jeśli chodziło o ubranie.


[roll=T] (zauroczenie ○○○○○)


RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 09.12.2025

Savoy był miejscem, w którym ludzie nigdy nie musieli zadawać sobie pytania, czy ich na coś stać. Ja je zadawałem codziennie przez ostatnie piętnaście lat, Prue też - tyle że ona robiła to z rozsądku, ja z konieczności, bo cholera wiedziała, jakie i kiedy dostanę zlecenia. Tym razem jednak oboje stawialiśmy na celebrację, dokładnie taką, na jaką zasługiwała ta noc, nasza chwila. Patrzyłem, jak Prue mierzyła wzrokiem fasadę budynku, jak jej oczy biegły po złotych oknach, po światłach, po misternych gzymsach, które wyglądały jak wyjęte z mugolskiego filmu o arystokracji. Widziałem lekkie napięcie w jej ramionach, to subtelne, jednostajne drgnięcie palców na mojej dłoni, a jednak nie było w tym obawy, ta nam już nie towarzyszyła.
Ta noc zostawiła swoje ślady na naszych twarzach, ubraniach, włosach - zdecydowanie nie wyglądaliśmy jak typowi goście podobnych miejsc - byliśmy mieszaniną deszczu, ciemności i czegoś intensywnie prywatnego, wyglądaliśmy jak ludzie, którzy przez lata mieli do czynienia ze wszystkim oprócz złotych klamek i kelnerów w białych rękawiczkach. Savoy mógł być jednak ogromny, mugolski i absurdalnie pretensjonalny…
Ale tej nocy był nasz.
Przygryzłem dolną wargę, czekając aż pomysł, który zakiełkował w mojej głowie, dojrzeje… A kiedy go wypowiedziałem, jej reakcja była czystym déjà vu - zmrużone oczy, drobne westchnięcie, jakby powoli godziła się z faktem, że właśnie zmierzamy ku katastrofie, która z jakiegoś powodu zawsze kończyła się dobrze. Każdy mój pomysł, który zaczynał się od „mam plan”, powinien budzić instynkt samozachowawczy. U niej budził… Coś zupełnie innego. Spojrzała na mnie, z tym charakterystycznym „co tam znowu chodzi ci po głowie”, a ja poczułem uderzenie wspomnień - Prue z błoni, Prue śmiejąca się pod drzewem, Prue na szóstym roku mówiąca „Rookwood…” takim tonem, jakby wyzywała mnie do pojedynku, a potem idąca za mną, bo „coś kombinowałem…”
- No tak, moja specjalistka od teolii. - Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy rzuciła komentarz o swojej transmutacji. - Pamiętam. Balso dobsze pamiętam. - Złapałem powietrze w krótkim, wstrzymanym rozbawieniu, ale nie pozwoliłem, by wymsknęło mi się zbyt głośno, nie chciałem, żeby myślała, że z niej żartuję.
Oczywiście, że pamiętałem jej przeboje z transmutacją - pamiętałem każde „nie wierzę, że to nie zadziałało, bo powinno”, pamiętałem jej minę, kiedy zaklęcie miało mieć prosty efekt, a wychodziło coś kompletnie niezamierzonego.
- Potlafiłaś intuicyjnie zamieniś tylko jedną szesz w tlakcie całej siódmej klasy. Swoją cielpliwość. Na wściekłość. Głównie pszeze mnie. - To też pamiętałem, a jakże, chcąc to teraz obrócić w żart, by trochę ją rozbawić albo przynajmniej wywołać wywrócenie oczami - identyczne do tego, jakie ja zrobiłem chwilę później, gdy powiedziała, byśmy nie przesadzali. Jej mina na wzmiankę o „moich genialnych pomysłach” była tak znajoma, że prawie parsknąłem śmiechem,
Prue mogła być sceptyczna wobec wszystkiego poza mną - w moją głupotę i moje błyskotliwości wierzyła od zawsze. Oczywiście, że lubiłem przesadzać - znała mnie, to była ta moja część bardzo dalekiego, a jednak, pokrewieństwa z rodem Greengrassów.
A potem mugole - za dużo spojrzeń, za dużo świateł, a magia nie znosiła świadków - wokół nas kręcili się ludzie, którzy nie powinni nas widzieć, to byłoby zbyt ryzykowne, nawet ja nie zamierzałem machać różdżką pod nosem kierowcy taksówki.
- No. - Odpowiedziałem z absolutnie arogancką skromnością. - Mam dłuszsze nogi. - Zanim zdążyła się rozejrzeć, pociągnąłem ją za rękę, prowadząc w bok, tam gdzie ludzkie spojrzenia już nie sięgały, do wąskiego przejścia, które pachniało restauracją i wodą znad rzeki.
Prue uniosła różdżkę, mruknęła zaklęcie pod nosem, a w powietrzu rzeczywiście zamigotał drobny, mleczny błysk - taki, który zapowiadał iluzję, ale nie potrafił się jeszcze w nią ułożyć. Światło rozeszło się cienką falą… I zgasło - ani najmniejszego efektu - mój płaszcz pozostał dokładnie taki sam - skórzany, poprzecierany, ciemny, absolutnie niegodny Savoyu.
- No. - Uniosłem brwi, zbyt zadowolony, jak na kogoś, kogo zaklęcie zupełnie nie objęło. - Wygląda na to, sze według ciebie i tak jusz jestem welsją idealną. - Przechyliłem głowę, patrząc na nią z tym udawanym zadumaniem, którego używałem, kiedy chciałem ją sprowokować, bo wtedy zdecydowanie była jeszcze bardziej zdeterminowana. - Skolo twoja wizja nic nie zmieniła, to chyba oznacza, sze wyglądam dokładnie tak, jak tszeba. Muszę pszyznaś, chélie, to balso pokszepiające dla mojego ego. - Odchrząknąłem - raz, dla porządku, drugi, żeby się nie roześmiać zbyt głośno z samego faktu, jak bardzo jej teraz pewnie podpadłem. - Moja kolej.
Wyciągnąłem różdżkę, ale zatrzymałem ją na moment w pół ruchu, bo twarz Prudence była tak blisko, że mój mózg uznał to za priorytet. Odchrząknąłem, niezgrabnie, za nisko, zbyt zachrypnięcie jak na kogoś, kto zamierzał skupić się na magii, próbując zebrać myśli, jakbym był uczniem, a nie mężczyzną, który miał na koncie więcej pojedynków niż zdrowych decyzji.
- Dobsze… Splóbujmy… - Mruknąłem, mrużąc oczy, próbując nie zauważać tego, że każdy, absolutnie każdy fragment ciała mojej drogiej małżonki przyciągał mój wzrok bardziej niż własna różdżka. - To tylko iluzja, tak? Bułka s masłem.
Ale - niestety, albo stety - wciąż byłem rozproszony jej zapachem, jej bliskością, jej faktem istnienia pół centymetra od mojej klatki piersiowej. Odchrząknąłem, żeby zebrać się w sobie i odsunąć wszelkie „rozpraszacze” na niedalekie później, chociaż cholera, gdy była tak blisko, nie miałem siły ani ochoty odsuwać czegokolwiek. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, celowo, powoli, zbierając skupienie, by wreszcie rzucić zaklęcie, sięgając po prosty czar z dziedziny transmutacji, aby trochę podrasować jej ubrania i zrobić lekki porządek z włosami. Zacząłem formować w głowie zaklęcie, czując ciepło delikatnej dłoni w mojej.

[i]transmutacja ○○○○○ - prezencja Prue]
[roll=T]


RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 10.12.2025

Nie mogła powstrzymać się przed tym, aby dokładnie obejrzeć budynek, przed którym się znajdowali. Nie była chyba jeszcze nigdy tak blisko wejścia, z oddali robił ogromne wrażenie, z bliska? Chyba jeszcze większe. Dopiero teraz uderzała w nią jego wielkość, ten przepych, mogłaby się założyć, że mają w środku złote klamki, ba zamierzała je bardzo dokładnie obejrzeć, gdy znajdą się w końcu w pokoju. Nie bywała w takich miejscach, to miało być dla niej coś nowego, widać było po Prue, że czuje się nieco nieswojo, przynajmniej na początku. Kiedy bowiem skupiała się na cieple jego dłoni pod swoją, to, że nie było to w jej stylu nie wydawało się mieć najmniejszego znaczenia. Zadecydowali, że spędzą tutaj noc, tak miało się stać i nikt, ani nic im w tym nie przeszkodzi, dzisiaj cały świat im sprzyjał, naprawdę w to wierzyła.

Mam plan. Oby sprytny, no na pewno musiał być sprytny. Widziała to w jego oczach, znała to spojrzenie, miała świadomość, co ze sobą niesie. Miał jej go przedstawić, z tym błyskiem w oku, któremu nie potrafiła się oprzeć. Nigdy nie umiała tego robić, nawet jeśli coś co zamierzał wydawało jej się być nie do końca na miejscu. Co zabawne, te jego pomysły nigdy nie kończyły się źle, chociaż często powątpiewała w to, że tak będzie. Naprawdę był niezły w planowaniu.

Nie zamierzała więc go zniechęcać, o nie, wręcz przeciwnie, czekała, aż jej go przedstawi, aby mogła go zaakceptować, tak naprawdę było to zupełnie niepotrzebne, bo czego by nie powiedział, to i tak by się na to zgodziła, ale musiała sprawiać pozory, nie mógł wiedzieć, że jest taka podatna na jego pomysły (jakby przez lata się tego nie domyślił).

- Trudno zapomnieć te popisy. - Sama nie była z nich szczególnie dumna, na początku naprawdę dzielnie walczyła, starała się nad tym pracować, poświęcała na to masę czasu, ale nie przynosiło to nawet drobnych efektów. W pewnym momencie życia stwierdziła, że transmutacja jej się w niczym nie przyda, więc zupełnie zaprzestała tych nędznych prób. Była dzięki temu szczęśliwsza - nie musiała patrzeć na swoje porażki.

- Oczywiście, że mój jedyny sukces związany z transmutacją wiąże się z Twoją osobą, jak zawsze potrafiłeś we mnie wzbudzić to, co najlepsze, przy Tobie rozkwitałam. - Faktycznie podczas jej nauki w Hogwarcie jeśli chodzi o zmianę czegokolwiek, to jedyny sukces wiązał się ze zmianą emocji kiedy pojawiał się tuż przed nią. Teraz ją to bawiło, wtedy doprowadzało do białej gorączki.

Benjy jak zawsze miał ogromną wiarę w powodzenie wszystkich swoich genialnych pomysłów, nie powinna podcinać mu skrzydeł, prawda? Wypadało, aby wierzyła w ich sukces, chociaż czasem naprawdę były skrajnie głupie. Nie zamierzała być jednak niszczycielem dobrej zabawy, wręcz przeciwnie - miała zamiar do niej dołączyć, bo dzięki temu mieli całą masę wspomnień, które gdyby nie on nigdy nie znalazłyby się w jej pamięci.

- Dużo dłuższe nogi, w ogóle jesteś dużo dłuższy... - Dodała jeszcze, nie zdążyła go przy tym zmierzyć wzrokiem od sto do głów, po pociągnął ją za sobą w tą bezpieczną przestrzeń.

Schowali się w tym przesmyku, gdzie mieli spróbować kilku sztuczek. Naprawdę wierzyła w to, że uda jej się coś z siebie wykrzesać. Niby wiara mogła zdziałać cuda, jednak nie tym razem, machnęła różdżką, wypowiedziała zaklęcie, i nic, pojawiła się jakaś poświata, ale na tym był koniec. No jasne, oczywiście, że jej nie posłuchała. Jej umiejętności w tej dziedzinie magii praktycznie nie istniały, chociaż nie było, aż tak źle jak z transmutacją, z której jeśli spróbowałaby skorzystać, to różdżka nawet by nie drgnęła. - Tak, to musi być przez to, że jak dla mnie jesteś chodzącym ideałem. - Nie mogła się z nim przecież nie zgodzić, ten argument nasuwał się sam.

- Nie wydaje mi się, aby Twoje ego potrzebowało pokrzepienia. - Pokręciła jedynie głową z odrobiną dezaprobaty, nie była zadowolona z efektu zaklęcia, Benjy podszedł do tego jednak całkiem lekko, właściwie to przecież nie był koniec świata. Wejdzie do środka w swojej najlepszej wersji, czy coś.

- Czekam. - Nie spodziewała się, że jej mąż pokusi się o jakieś większe zmiany, nie obawiała się tego, że skończy z świńskim noskiem, czy elfimi uszami, chociaż może powinna? Z tego co pamiętała on również nie był orłem z transmutacji, ufała jednak, że jej nie skrzywdzi.

Wyprostowała się niczym struna i wpatrywała w jego usta, czekając na to, aż wypowie zaklęcie, przykuwały jej uwagę, zwłaszcza, gdy znajdowała się tak blisko niego, nie mogła przestać patrzeć na ten jeden punkt.

W końcu wypowiedział inkantację, zbierał się do tego jak do jeża, to znaczy widziała, że próbował się skupić, jednak pewnie rozpraszało go to samo, co ją. Okropnie dzisiaj odwracali swoją uwagę od wszystkiego, trudno jednak im się dziwić, byli świeżo poślubionym małżeństwem.

Pojawił się srebrny obłoczek, tyle, że na tym się skończyło. Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, zaiste doskonale radzili sobie z tymi sztuczkami. Najwyraźniej w ogóle nie musieli się martwić tym głupim pomysłem, bo nie do końca potrafili go zrealizować.

- Chyba to jednak nie taka bułka z masłem, trochę trudne zadanie się wylosowało. - Powiedziała cicho, starając się nie wybuchnąć śmiechem. Naprawdę trudne, iluzja na poziomie może drugiej, albo trzeciej klasy Hogwartu, radzili sobie z nią wyśmienicie.

- Jak mniemam, jak w Twoich oczach również wyglądam idealnie i to przez to nic się nie zmieniło? - Oczywiście, że odbiła pałeczkę, nie byłaby sobą gdyby tego nie zrobiła.




RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 10.12.2025

„Mam plan.” Oczywiście, że to zdanie ją uruchomiło - widziałem to w jej oczach, w tym drobnym drgnięciu ust, które było idealnym miksem pomiędzy „jestem rozsądną osobą”, a „i tak za tobą pójdę”. Całe życie czekałem na kogoś, kto tak właśnie zareaguje na moje pomysły, a ona przecież przez lata reagowała dokładnie w ten sposób - to było dokładnie to, co robiła całe życie, nie pytała, czy plan jest mądry, pytała, jak bardzo zamierzam nagiąć zasady. Patrzyła na mnie tym spojrzeniem, którym obdarzała mnie tylko wtedy, gdy wiedziała, że zamierzałem pójść w stronę pomysłu balansującego między genialnym a debilnym. I tak, miała rację - plan musiał być sprytny, zawsze był.
Kiedy zaczęła mówić o swoich „popisach”, kącik moich ust uniósł się w pełnym nostalgii rozbawieniu, jej transmutacja była kiedyś legendą Hogwartu - legendą równie tragiczną, co urokliwą, bo Prue potrafiła sprawić, że zaklęcie odwracające kolor chusty kończyło się zniknięciem jednego rękawa. Pamiętałem to, jak cholera, niektórych rzeczy - jak choćby tego, że potrafiła wybuchnąć wściekłością szybciej, niż transmutowała cokolwiek - nie dało się zapomnieć. Ten jej tekst o „rozkwitaniu przy mnie”… Och, to była jej stara sztuczka - powiedzieć coś, co jednocześnie brzmi jak komplement i cios w ego, i pozostaje mi tylko udawać, że nie wiem, jak bardzo mnie to bawi. A potem dodała tamto o moich nogach. „Dużo dłuższe nogi… W ogóle jesteś dużo dłuższy.” Przez ułamek sekundy naprawdę zamierzałem się nie uśmiechać, nie wyszło.
- Mon Dieu, Pluey… - Mruknąłem, prowadząc ją już w stronę przesmyku. - Nie mów takich szeszy, kiedy plóbuję byś powaszny. - Nie powinienem był czuć się tak absurdalnie dumny, ale czułem, oczywiście, że czułem.
Prue próbowała pierwsza. Poświata… Błysk…Zniknięcie. Zero efektu. Na jej komentarz o moim ego przewróciłem oczami.
- Eeeej. - Zaprotestowałem półgłosem. - Nigdy nie zaszkodzi. - Odparłem, rozkładając ręce. - Zwłaszcza, kiedy dostaję je od własnej małszonki.
A potem przyszła moja kolej. Skupiłem się, a raczej próbowałem się skupić, ale ona patrzyła mi prosto na usta, jakby z premedytacją sprawdzała, czy potrafię wypowiedzieć inkantację, kiedy ona była tak blisko i wyglądała tak, jak wyglądała - to nie było fair. Wypowiedziałem zaklęcie. Srebrny obłoczek uniósł się, zawisł, zawibrował… I nic się nie stało.
Reakcja Prue była natychmiastowa - to drganie kącika ust, to ciche rozbawienie, które tylko czekało, by mnie ugryźć.
- No, widzę. - Mruknąłem i przeciągnąłem ręką po włosach, jakbym próbował ukryć fakt, że właśnie poniosłem paskudną porażkę - nie widziałem, w tym był problem. - Bułka s masłem, mówiłem? Wiesz, to musiała byś stala, czelstwa bułka. Hm. Tludna bułka. Duszo masła. Balso śliska.
I wtedy trafiła mnie jej riposta.
„Jak mniemam, w Twoich oczach również wyglądam idealnie i to przez to nic się nie zmieniło?”
Nachyliłem się, tak blisko, że znała odpowiedź zanim ją usłyszała.
- Évidemment. - Westchnąłem, nieco teatralnie, oczywista oczywistość, jasna sprawa, tak żenująca, jak tylko mogła być, ale poniekąd równie prawdziwa. Uderzyłem językiem o podniebienie, zamyślony w przesadnie dramatyczny sposób. Wysunąłem różdżkę znowu, obejrzałem ją jak narzędzie, które przez lata służyło mi świetnie… Poza, jak widać, drobnymi zaklęciami garderobianymi. Spojrzałem na nią powoli, zbyt powoli - tak, jak patrzyło się na coś, czego nie trzeba już komentować, bo jest oczywiste w sposób wręcz irytujący. Potem westchnąłem z teatralnością, rozprostowując ramiona, jakbym szykował się do bitwy.
- Skolo ty jesteś idealna… To ja splóbuję poplacowaś nad sobą. - Podsumowałem z udawaną powagą. Uniosłem różdżkę ponownie, przesuwając językiem po dolnej wardze - nawyk, który sygnalizował, że naprawdę próbuję się skupić, chociaż stojąca naprzeciwko mnie kobieta robiła wszystko, żeby mi tę koncentrację odebrać. - Zobaczymy, czy tlansmutacja nadal mnie nienawidzi. - Mruknąłem, tym razem rzucając zaklęcie na siebie, z zamiarem dopasowania swojego wyglądu do otoczenia.

transmutacja ○○○○○ - zmiana swojego wyglądu
[roll=T]


RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 10.12.2025

Trudno było być przy nim rozsądną osobą. Miał w sobie coś takiego, że naprawdę nie dało mu się tak po prostu odmówić. Raczej wręcz przeciwnie, nawet jeśli coś wzbudzało w niej wahanie, to i tak zawsze była skłonna zaryzykować. Tak już przy nim miała, musiała się chyba pogodzić z tym, że w ten sposób będzie wyglądała reszta jej życia, będzie pełna jego wspaniałych pomysłów, które będą razem realizować. Była to całkiem przyjemna wizja.

Prue nie miała problemu z tym, aby mówić o swoich słabych stronach, widziała przecież jak to wyglądało, nie było sensu oszukiwać rzeczywistości. Może wtedy, kiedy jeszcze była uczennicą nieco ją to irytowało, teraz jednak już była duża i wiedziała, że nie istnieją osoby, które radziłyby sobie ze wszystkim.

- Najwyraźniej powaga nie jest Ci pisana. - Bo na pewno nie zamierzała zamilknąć, co to to nie, wręcz przeciwnie jego rozbawienie zachęcało ją do dalszych komentarzy. Po tej dość wyczerpującej nocy należało im się nieco lekkości, właściwie to czuła ją już od momentu w którym opuścili lokum zaklinaczki. Świat wydawał się być jakimś takim bardziej przystępnym miejscem.

- Dobrze, już dobrze, będziemy dbać o tym, aby było na odpowiednim poziomie. - Szkoda by było, żeby jednak zaczęło żyć własnym życiem i stanęło gdzieś obok niego. Zresztą nie wydawało jej się, aby Benjy miał problem z poczuciem własnej wartości.

Widziała, że próbował się skupić, naprawdę starał się włożyć całą swoją silną wolę w to drobne zaklęcie, cóż, jednak nie wyszło, nie, żeby czuła się za to odpowiedzialna, chociaż zdawała sobie sprawę, że trudno było panować nad różdżką, kiedy znajdowali się obok siebie. Spragnieni czegoś więcej, kiedy dzieliły ich dosłownie milimetry.

- Tak, bardzo stara bułka, która już bardziej przypomina kamień i można nią albo kogoś zabić, albo połamać sobie na niej zęby. - Bawiło ją to niesamowicie, że mieli w planach skorzystać z odrobiny magii, a ta zupełnie nie chciała dzisiaj z nimi współpracować. Cóż, może iluzja nie była im wcale do niczego potrzebna? Będą musieli skorzystać z uroku osobistego, a nie zaklęć, chociaż widziała ich odbicie w szybie i nieco wątpiła w to, że byli u szczytu swoich możliwości.

Nie przestawała się uśmiechać, uderzyła w nim tym samym argumentem, który on wyciągnął w jej stronę, zgadzał się z nią, oczywiście, nie mogło być inaczej. Najwyraźniej wyglądali w swoich oczach tak doskonale, że nie było sensu niczego z tym robić.

Spoglądała na niego, kiedy obracał różdżkę w dłoni, nie poddawał się - oczywiście, to było dla niego typowe, jak sobie założył, że coś zrobi, to nie było innej opcji. Tym razem próbował rzucić zaklęcie na siebie samego. Patrzyła na to nieco sceptycznie, miała nadzieję bowiem, że nie zrobi sobie żadnej krzywdy, był już dość mocno poobijany, brakowało mu jeszcze do tych obrażeń tylko niepoprawnie rzuconego zaklęcia transmutacyjnego.

- Nie zrób sobie krzywdy. - Dodała jeszcze, może nie powinna, ale naprawdę nie chciała, żeby coś poszło nie tak.

No i machnął różdżką, wypowiedział zaklęcie, teoretycznie wszystko było wykonane właściwie, praktycznie...  pojawił się obłok, większy od tego poprzedniego, różdżka drgnęła, jednak na tym się skończyło. Nie było tak źle, jak zakładała, bo nie uderzył w siebie niepoprawnie złożonym zaklęciem, jednak nic nie zmieniło się w jego wyglądzie. - Wiesz co, tak naprawdę to się zastanawiam, czy jest nam to do czegoś potrzebne? Świat sugeruje, że wyglądamy idealnie. - Skoro ani jej, ani jemu nie wychodziło tworzenie tej nieszczęsnej iluzji, to musieli chyba pogodzić się z tym, że nie da się nic zrobić z ich wyglądem.




RE: [09.10.1972] make a wish | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 10.12.2025

Trudno było być przy niej rozsądnym, ale jeszcze trudniej było nim być przy mnie. Wiedziała to i, sądząc po tym tonie, wcale jej to nie przeszkadzało, miała rację - nie byłem stworzony do powagi, mój świat od zawsze działał na lekko przekrzywionych zasadach, z naszej dwójki, wystarczyło, że ona miała w sobie odrobinę rozsądku. Trudno było przy niej być poważnym człowiekiem, cholernie trudno, każde jej słowo miało ten miękki, zadziorny rytm, który rozsadzał moją cierpliwość od środka, nawet kiedy mówiła coś prostego, potrafiła sprawić, że świat nagle stawał się znacznie bardziej kolorowy. Nie dało się zaprzeczyć, że miała rację - powaga nie była mi pisana, a ona skutecznie przypominała mi, dlaczego. Wystarczyło, że się uśmiechała, a cała logika szła do diabła.
- Niee. - Przyznałem bez wahania, z tą miną, za którą zapewne miała ochotę spoliczkować w  czasach szóstej klasy. - Powaga umiela pszy mnie w męczalniach. - Parsknąłem, cicho, nisko, bardziej oddechem. Na jej kolejne zdanie o ego tylko wzruszyłem ramionami, znów udając śmiertelną powagę, chociaż oczy śmiały mi się nieprzyzwoicie. - W końcu jestem twoją… Inwestycją. Nie mosesz pozwoliś, szeby moje ego się zdewaluowało. - Dodałem po chwili, z tym udawanym opanowaniem, które już dawno przestało mnie ratować. Spojrzałem na nią przez moment dłużej, niż wypadało - była blisko, zbyt blisko, jak na towarzyszkę człowieka, który miał cokolwiek jeszcze czarować tej nocy.
Wiedziałem, że widziała, jak się staram - naprawdę próbowałem się skupić, traktowałem tę całą zabawę bardziej serio, niż to warte. Problem w tym, że trudno było panować nad różdżką - każdą - kiedy dzieliły nas centymetry. Nie poddawałem się jednak, oczywiście, że nie, nawet wtedy, gdy Prue patrzyła na mnie z tym cieniem sceptycyzmu, z tą mieszaniną rozbawienia i troski. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym z rodzaju „za późno, kochanie, ja krzywdę mam we krwi” i uniosłem brew, jakbym usłyszał coś zupełnie egzotycznego.
- Ty - powiedziałem miękko - mówisz to do człowieka, któly las pszetrwał własne zaklęcie petlyfikujące odbite od metalowej łyski. To tylko tlochę magii tlansmutującej, cósz mose pójść nie tak? - Odparłem półgłosem, a to zdanie samo w sobie powinno było zapalić w powietrzu ostrzegawczy znak. Tyle tylko, że zachowało się zgodnie z całą resztą efektów - nie zrobiło zupełnie nic, bo chyba żadne z nas nie przejęło się tym jakoś wyjątkowo, dziś byliśmy w tym bardzo specyficznym nastroju, luźniejszym niż kiedykolwiek, to był czas na głupoty.
Zerknąłem z rozbawieniem, kiedy próbowała zachować powagę, obserwując, jak staram się skupić. Merlinie, jak ja miałem się skupić, kiedy tak na mnie patrzyła? Każdy ruch, każdy jej gest był drobnym zakłóceniem, rozpraszała mnie nawet ciepłym oddechem, który wchodził mi pod skórę. To, że w ogóle jeszcze próbowaliśmy czarować, było samo w sobie cudem, bo cokolwiek robiliśmy, kończyło się śmiechem, półszeptami, albo tym ciepłym napięciem, które wisiało między nami od chwili, gdy złożyliśmy przysięgę. Światło odbiło się w jej włosach, gdy uśmiechała się półgębkiem, a ja pomyślałem, że jeśli to ma być reszta mojego życia - te błyski, te komentarze, to ciepło, które ciągle czułem w jej obecności - to nie miałem nic przeciwko temu, żeby nigdy już nie dojść do siebie.
Potem przyszła porażka numer dwa - moja, druga, cholera, jedna była niczym, ale dwie z rzędu to już zaczynał być schemat - zjawiskowa porażka, z idealnym obłoczkiem, który wyglądał jak preludium do sukcesu, a okazał się… No, preludium do niczego. Przez chwilę naprawdę wydawało się, że coś się dzieje - srebrna mgiełka wypełniła przestrzeń między nami, wirująca, cięższa niż ta wcześniejsza, gęsta, niosąca w sobie obietnicę sukcesu. Ciepły podmuch przeszedł mi po skórze, różdżka drgnęła w dłoni —i nic.
Tylko cisza, potem echo krótkiego, urwanego westchnienia, które wypuściłem z rezygnacją. Zamarłem na sekundę z różdżką w dłoni, a potem odetchnąłem ciężko, przejeżdżając dłonią po włosach. Popatrzyłem na Prue, z lekkim uniesieniem brwi, z tą samą miną, którą przybierałem zawsze, gdy zgrywałem wyluzowanego po nieudanym zaklęciu. Opuściłem różdżkę, między nami znów było tylko powietrze i napięcie. Miałem ochotę się roześmiać, ale zamiast tego kolejny raz zagryzłem dolną wargę, obserwując, jak jej oczy lśnią w półcieniu. Miała rację - żadne zaklęcie rzucone tego wieczoru nie mogło zmienić faktu, że wszystko już wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
- Wchodzimy tak, jak stoimy. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, przekrzywiając lekko głowę. - W końcu, skolo świat sugeluje, sze wyglądamy idealnie, głupio byłoby mu zapszeczaś, fakt. - Przytaknąłem, bo nie było innej opcji, niż zgodzić się z tym stwierdzeniem. No, chyba że chcielibyśmy tu stać do brzasku.