![]() |
|
[Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni (/showthread.php?tid=5443) Strony:
1
2
|
[Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Cathal Shafiq - 09.12.2025 Choinka miała dobre dwa metry wysokości, pachniała jedliną i błyszczała, jakby obsypano ją pyłem gwiazd. Miliardy gwiazd nad ich głowami i światła yulowej choinki, jedyne źródła blasku, jak okiem sięgnąć. Cathal odetchnął, wyciągnął papierosa i zaciągnął się dymem, przypatrując się drzewku, które znikąd wyrosło w obozowisku zajętym przez ekipę magicznych archeologów. Shafiq domyślał się, że któryś z członków zespołu, zapewne pochodzący z Anglii, musiał nieźle się namęczyć, aby ją tutaj ściągnąć i ustawić pod osłoną nocy, by rankiem zobaczyli ją inni pracownicy. Wątpliwe, by ktoś z Egiptu miał taką fantazję: tu większość ludności była muzułmańska, a z kolei Boże Narodzenie nieliczna mniejszość świętowała w styczniu. Anglicy planowali więc w wieczór Yule wspólnie skoczyć do Luksoru, gdzie mieli w ramach świętowania mieć obiad w jednej z restauracji – coś, do czego Cathal podchodził bez entuzjazmu, ale i bez niechęci, i z pełną świadomością, że ludzie tego po prostu potrzebowali. Ktoś jednak chyba uznał, że to zdecydowanie za mało. I było to na swój sposób miłe, ale jednocześnie jeśli ktoś z niemagicznego obozowiska – bo przecież prace w okolicy prowadzili też mugole – akurat się tutaj zapląta, może się zdziwić, skąd cholerny świerk na środku pustyni. Cathal przymknął oczy i na moment opuścił papierosa. Dym ulatywał ku niebu, ale poza nim w nozdrza wdzierał się też jeszcze zapach drzewka. Nie miał wielu szczególnie cudownych wspomnień z magicznego okresu Yule, i dziś obudził się z myślą o tym, że muszą dokończyć tłumaczenie inskrypcji z jednej z sal, które udało się im otworzyć, i muszą to zrobić szybko, bo zezwolenia na prace wkrótce się kończą, nie o tym, by świętować. Ale w tej chwili pomyślał, że… drzewko pachniało domem. Angielskim lasem. I może dlatego, chociaż niebo na wschodzie zaczynało już powoli blednąć, a wkrótce nocny chłód ustąpi zwykłemu na pustyni nawet zimą upałowi, Shafiq wciąż nie zrobił tego, co powinien, czyli nie transmutował tego drzewka, by wrzucić je do kieszeni, wynieść bardziej na pustynię i tam podpalić. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Guinevere McGonagall - 09.12.2025 Miała to do siebie, że wstawała dość wcześnie, wschód słońca przywitał ją więc ślamazarnie, ale w obozie czekała niespodzianka. Guinevere miała w zwyczaju co rano parzyć kawę, a później stawiać sobie tarota, dzisiaj jednak był dzień szczególny: Yule. Co drugi rok wraz z rodziną świętowała w Anglii, wiedziała więc, że dla Anglików jest to cholernie ważne i rozumiała też pewną magię, jaki ten dzień przynosił. To było święto rodzinne, a wielu z archeologów tutaj nie miało jak spędzić ze swoimi bliskimi tego dnia, trzymali się więc razem. Nie mogła ich winić. I dlatego gdy zobaczyła tę wysoką choinkę, po wyjściu ze swojego namiotu, uśmiechnęła się tylko pod nosem. Jej Egipska rodzina zupełnie inaczej spędzała Yule, nikt nie ubierał choinki, w ogóle nie było choinek. Było za to mnóstwo kadzideł i obiad, po którym każdy rozchodził się do swoich zajęć; na pewno nie było to obchodzone z takim zapałem jak w Europie. Mocniej opatuliła się grubym swetrem, poranki były wszak cholernie zimne, a lekki wiatr rozwiał jej włosy. Wtedy zobaczyła, że światła choinki są czymś przysłonięte – ktoś stał przy niej… Ale niewielu było tutaj tak postawnych mężczyzn. Odpowiedź na to kto dokładnie, nie była obarczona ryzykiem wielkiej pomyłki, a przywoławszy na twarz leniwy uśmieszek, Ginny poszła w stronę drzewka. – Nie sądziłam, że tak lubisz angielskie tradycje, że sprowadzisz na środek pustyni choinkę – nie widziała w okolicy żadnego innego winowajcy, wniosek więc nasuwał się sam: to dzieło mrukliwego, cynicznego i jakże czasami bezczelnego Cathala. – A tym bardziej, że tak ją przystroisz – dodała i stanęła obok, podziwiając świecące drzewko. Pachniało… Kojarzyło się z lasem, którego w Egipcie nie dało się uświadczyć. Wydawało jej się przy tym, że wyczuwa, pomiędzy wonią drzewka, charakterystyczny zapach żywicy – pamiętała go doskonale po tym, jak jako dziecko bawiła się w sadzie za domem dziadków i palcami dotknęła coś jasnego i śmiesznie lepkiego, a potem biegała po całym podwórku i wysmarowała sobie przy tym ubrania. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Cathal Shafiq - 13.12.2025 Usłyszał, że ktoś się pojawił, ale nie drgnął nawet. W samym obozowisku nie obawiał się intruzów, a o tej porze nie spodziewał się wizyty kogoś z mugolskiego świata. Może powinien być ostrożniejszy, zwłaszcza po tym, jak wpadli tutaj kolekcjonerzy długów za Jamilem, ale Cathal bywał czasem zbyt pewny siebie. - Właśnie zastanawiałem się, czy powinienem popsuć zabawę i ją podpalić - wyjaśnił, niszcząc złudzenia Guinevere dotyczące jego zamiłowania do yulowej atmosfery. Chociaż prawda była taka, że nawet jeżeli o tym pomyślał, dość szybko uznał, że tego nie zrobi. Niech już zobaczą ją rankiem, skoro się tu pojawiła: niech mają mały fragment żywcem z wspomnień o angielskim Yule, objawiający się w egipskim piekle. - A jeśli chodzi o tradycje, to ta akurat wywodzi się z Niemczech - dodał jeszcze, tak żeby dopełnić dzieła. Mogło to być łatwo odebrane jak wymądrzanie się, chociaż Cathal potraktował to bardziej jako ciekawostkę, nawet jeśli tak nie brzmiało. Zaciągnął się ponownie dymem i pierwsze ukłucie złości na myśl o tłumaczeniu się, skąd wzięła się choinka, minęło. Mugole lubili trwać w swojej niewiedzy. Jeśli nawet ktoś uzna, że sprowadził tę tu czarnoksiężnik, przecież wszyscy tylko stwierdzą, że jest wariatem. „Bogaty sponsor z Anglii ją przysłał”. Egipcjanie miewali tendencje do łatwego wierzenia w szaleństwo bogatej, angielskiej arystokracji… – Podejrzewałbym Jamila, gdyby nie to, że on raczej nie obchodzi Yule. Wspomnę dziś rano, że może tu zostać i nie będę szukał winnych, jeśli pojutrze w nocy zniknie równie magicznie, jak się pojawiła. Istniała spora szansa, że w tym czasie nawet nikt poza ludźmi z obozowiska jej nie zauważy. A dłużej bez magii i tak pewnie by tu nie przetrwała: nawet w zimie na pustyni nie minęłoby wiele czasu, zanim zaczęłaby gubić igły i żółknąć. – Obchodzisz Yule? – spytał, unosząc spojrzenie znad rozświetlonej choinki ku świetlistemu niebu. Mieszane pochodzenie sprawiało, że równie dobrze mogła go nie uznawać, obchodzić teraz albo świętować je w styczniu. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Guinevere McGonagall - 14.12.2025 Gdyby miał tu wpaść ktokolwiek inny niż osoby stacjonujące w obozie, to Cathal pewnie usłyszałby ich z daleka. Kto zresztą kręciłby się tutaj o tak nieboskiej godzinie, tuż przed wschodem słońca, gdy było jeszcze tak zimno… – Och, no wiesz co? – jej słowa brzmiały jakby była oburzona, ale ton głosu zupełnie na to nie wskazywał. Patrzyła po prostu na przystrojoną choinkę i uśmiechnęła się może nawet nieco szerzej, mrużąc przy tym jasnobrązowe oczy. Okej, czyli to jednak nie Cathal, skoro myślał o pozbyciu się jej. Pudło. – To by chyba też pasowało? Podpalanie drzewka znaczy się. Wiesz, wielkie ogniska i te sprawy – orientowała się w zwyczajach na wyspach tak piąte przez dziesiąte, ale właśnie wydawało jej się, że wielkie ogniska były dość częstym elementem sabatów. – Może być i z Niemiec – stwierdziła po prostu i wzruszyła ramionami, nie przejmując się wymądrzaniem się, bo jakoś w ten sposób tego nie odebrała. – Ważne jest to, że w ten sposób świętują w Anglii – a że było tutaj sporo osób z Wielkiej Brytanii, to to właśnie się liczyło. I przy tym nie było chyba nikogo z Niemiec. – Mógłby to być Jamil, jeśli ktoś by mu za to zapłacił – dodała do tego jak gdyby nigdy nic. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła niewinnie oglądać swoje paznokcie. – Albo… gdyby się z kimś założył – znała w końcu Jamila od lat i razem w szkole wpadli w niejedne tarapaty, na przykład wymykając się gdzieś w nocy, albo… inne tego typu. Ginevra była równie wielkim ziółkiem co Jamil, z tą różnicą, że bardzo serio podchodziła do innych spraw, przez co po skończeniu szkoły mocno się uspokoiła i utemperował się jej charakter… w większości. No nie pakowała się w tyle kłopotów co jej drogi przyjaciel, to na pewno. Ale przy tym znała chyba wszystkie możliwości, jak na Anwara zadziałać. Na przykład mógłby się założyć z nią – to nie byłoby nawet dziwne, chyba wszyscy w obozie widzieli co ta dwójka potrafiła wyczyniać z kartami i na jakie absurdalne pomysły czasami wpadali, gdy już udało się namówić Ginny do gry. Ale nie. Nie tym razem. – O ile dobrze pamiętam, to jego matka obchodzi Yule. Jamil zawsze wspominał, że tęskniła za śniegiem, ale on go nigdy nie widział, więc… – więc Cathal mógł dokończyć sobie sam. Jamil pochodził z biednej rodziny, nie było ich stać na wycieczkę do Anglii, nawet żeby odwiedzić rodzinę od strony matki. – Obchodzę. To było zawsze strasznie ważne wydarzenie dla mojego ojca, kazali mi przez to wracać do domu na Yule, żeby móc spędzić czas z rodzicami – przy tym westchnęła cierpiętniczo, bo powroty z Uagadou do jej domu najpierw w Aleksandrii, a potem do Kairu odbywały się za pomocą świstoklików. Kilku po drodze w jedną stronę. To nie było przyjemne uczucie dla dorosłego człowieka, a co dopiero dla dziecka, więc… w sumie nic dziwnego, że unikała teleportacji jak ognia i zgadzała się na nią dopiero, jeśli nie było innego sposobu, bo wrażenie było podobne i kończyło się dla niej zresztą tak samo jak podróż świstoklikiem: rzyganiem. – No i zanim poszłam do szkoły to co drugi rok płynęliśmy do Anglii, żeby spędzić Yule z dziadkami – powrócili do tego zwyczaju jak szkołę skończyła. – Mamy nieparzysty rok, więc jestem w Egipcie – dodała i uśmiechnęła się pod nosem. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Cathal Shafiq - 16.12.2025 – Wielkie ognisko nie ma sensu, skoro nie mamy pianek – stwierdził Cathal, wciąż z tym samym, kamiennym wyrazem twarzy. Rzucił papierosa na piasek i rozdeptał, a potem wyciągnął różdżkę… ale nie, nie podpalił drzewka. Po prostu pozbył się niedopałka, być może gdzieś go translokując. – Ani nawet kiełbasek. Mina i ton nie sugerowały, że żartuje, ale z dużym prawdopodobieństwem właśnie tak było, bo chyba nie rozpaczał faktycznie, że nie dysponują takim asortymentem kulinarnym. – Właściwie… Nie zdziwiłbym się, gdyby podpuściła go Nell, ta diablica – orzekł z pewnym zastanowieniem, w zamyśleniu pocierając szczękę, pokrytą kilkudniowym zarostem: w obozowisku codzienne golenie nawet z pomocą magii należało jednak do pewnego rodzaju luksusów. – Mogła skłonić go do jakiegoś zakładu, przekupić albo nawet zasugerować coś w rodzaju, że i tak tego nie zrobi. A jeśli szło o Nell, ciężko było przewidzieć, jaki będzie miała nastrój wobec sabatów, bo Cathal bywał świadkiem tego, jak w jednym roku potrafiła niczym Scrooge z pierwszych rozdziałów Opowieści wigilijnej niszczyć yulowy nastrój ponurymi minami, przewracaniem oczami i powtarzaniem, jak to nie cierpi świąt, tylko po to, by w kolejnym zachowywać się, jakby nawiedziły ją trzy duchy, wpychając w szał dekorowania, pieczenia i obdarowywania innych prezentami. – Ale kiedy na to patrzę, prawie rozumiem matkę Jamila w tej tęsknocie za śniegiem. Prawie – przyznał, spoglądając na odrobinę białego puchu, niewątpliwie sztucznego lub zaklętego, pokrywającego niektóre gałązki. Tej nocy śnił o zimie. I to nie tej angielskiej, a rosyjskiej, o zaspach, mrozie, o wilgoci śniegu pod palcami, zgrabiałymi od chłodu. Na egipskiej pustyni łatwo było za tym zatęsknić, ale Shafiq doskonale pamiętał, że wtedy, gdy tam mieszkał, szybko zaczął zimy nienawidzić. – Jeśli nagle zasypie cały obóz, będziemy wiedzieli, kto jest winnym. Może nie tyle Anwar, który nie wiedział, jak wygląda śnieg, ale ktoś, kogo namówi do współzbrodni. Cathal miał nadzieję, że ta choinka nie zachęci pracowników do świętowania sabatu nieco bardziej hucznie niż do tej pory. – Rodzinne święta – skwitował jeszcze krótko jej opowieść, jego usta wykrzywiły się w czymś, co było niezbyt radosnym uśmiechem. Niebo jaśniało nad ich głowami, powoli, ale nieubłagalnie, światło odbijało się w sztucznym śniegu, pokrywającym choinkę. Egipska noc zamieniała się w egipski dzień: w świt dnia, który w Anglii świętowano jako Yule. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Guinevere McGonagall - 17.12.2025 – Nieprzygotowani na wielkie świętowanie, jak tak można – odparła mu na to i pokręciła głową, prawie jakby brała na serio jego utyskiwanie, ale nie – ciągnęła z nim tę rozmowę doskonale wiedząc, że żadne z nich nie mówiło na poważnie, bo nie zanosiło się żeby Cathal planował tę choinkę faktycznie podpalić, choć akurat nie wątpiła, że gdyby do tego doszło i mieli tu pianki i kiełbaski, to ludzie zrobiliby sobie ognisko. Sama nigdy na takim nie była, ale ten koncept został przez jej tatę bardzo dobrze wyrysowany. – Poszedłby na to – stwierdziła po kilku sekundach zastanowienia, kiedy już Shafiq rozważył opcje z udziałem Jamila w procederze przytargania na środek pustyni drzewka świątecznego, choć w pierwszym odruchu go odrzucił. Błąd. Ale to, co Cal powiedział o Bell brzmiało jak prawdopodobny scenariusz, na który zgodziłby się Anwar. – Prawie? – fakt, jak pierwszy raz zobaczyła śnieg to był to dla niej szok i nie wiedziała co się dzieje, była jednak jeszcze dzieckiem. Zawsze kojarzył jej się jednak z milutką pierzynką, która otula świat do snu, ale fakt… zimy jakie widziała to te w Anglii, a nie w Rosji jak Cal. – Mogę transmutować trochę tego piachu w śnieg, specjalnie dla ciebie – zaproponowała, rozmyślając nad tym, że trzeba by to zaklęcie połączyć z jakimś, które utrzymuje zimno na i jego obszarze, by ten się nie roztopił, gdy już wstanie słońce. – Hahaha, nie będę to ja – roześmiała się cicho, bo akurat zasypania całego obozu by się nie podjęła, nawet ona uznałaby to za zbyt ryzykowne i skrajnie głupie, ale jeśli Cal myślał przy tym o Jamilu… cóż. Może jednak by się powstrzymał przed umówieniem kogoś innego. Może. Coś w głosie Shafiqa sprawiło, że uniosła głowę akurat, by zobaczyć jego minę. Nie wiedziała jaki był stan kontaktów z jego rodziną i jakie ma doświadczenia, bywało z tym w końcu różnie, ale coś jej mówiło, że być może jeśli chodziło o rodzinne spędzanie świąt, to jednak niekoniecznie ma dobre skojarzenia. Wyciągnęła więc rękę i leciutko położyła ją na jego ramieniu, tak dla nabrania otuchy. Nie zamierzała o nic pytać, była po prostu jak zawsze: akceptowała milczenie i niewypowiedziane rzeczy. – Tak. Ale święta w gronie znajomych są równie miłe – miała tu na myśli tę grupę. Ostatecznie wszyscy spędzali tu ze sobą dużo czasu i zdążyli się dość dobrze poznać, więc taki świąteczny poranek z ludźmi, którym zależało wystarczająco mocno, by w ogóle wtaszczyć tutaj choinkę, nie mógł być niewypałem. Uśmiechnęła się przy tym do swoich myśli. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Cathal Shafiq - 18.12.2025 – Spytam, czy to on i będę obserwował, jak zacznie się skręcać – stwierdził Cathal, a przez jego usta przemknął półuśmiech, bo nie wątpił, że Anwar będzie się skręcać, niezależnie od tego, czy to jego robota, czy nie. Albo kombinując, jak dowieść swojej niewinności, albo jak udając, że jest niewinny. Chociaż czy faktycznie podpuściła go Nell łatwo było sprawdzić. Jeśli tego nie zrobiła, będzie pierwszą, którą oskarży. – Myślę, że zadowolę się na razie wspomnieniami o śniegu. Za parę miesięcy i tak będę miał go szczerze dość. W Anglii wprawdzie nie padało nawet w połowie tyle śniegu co w Rosji, czy innych krajach wschodniej Europy, ale po egipskim słońcu i temperaturach na pustyni już teraz robiło się mu zimno na myśl o zimie w Wielkiej Brytanii… choć wciąż miał cichą nadzieję, że uda się z wykopaliskami w Turcji. Ciotka jednak ostatnio słała mu listy na temat różnych stanowisk archeologicznych na wyspach i chyba zamierzała nalegać, aby Shafiq tym razem został bliżej. Wciąż zastanawiał się, co tej kobiecie chodziło po głowie, ale stety lub niestety: był po części zdany na dofinansowania rodziny. – Tak… pod warunkiem, że jedzenie będzie dobre – stwierdził, kąciki ust znów mu drgnęły, nim obrócił się plecami do choinki. Teraz, w bladym świetle świtu, dostrzegł to, co wcześniej uszło jego uwadze: ktoś poza choinką zdecydował się też udekorować namioty. Niektóre z nich tu i ówdzie oblepiały gałązki jemioły i czerwone wstążeczki. Shafiq podszedł do najbliższego i sięgnął ku roślinie. Delikatny liść rozkruszył się między jego palcami, gdy sprawdzał, czy jemioła jest prawdziwa, czy może została tylko transmutowana i wkrótce wróci do swojej prawdziwej postaci. – Sądzisz, że Nell przyłożyłaby Jamilowi, gdyby pocałował ją pod jemiołą? – spytał, może z odrobiną rozbawienia. Czy on sam miał kogoś, kogo naprawdę pragnąłby pocałował? Chyba była tylko jedna osoba, którą darzył w życiu pewnym odczuciem, kiedyś, w Peru: choć ostatecznie nie było dość mocne, bo oboje przynajmniej wtedy bardziej kochali swoją pracę i swobodę. Inne pocałunki pod taką, nie będące żartem czy czymś niezobowiązującym, w samym obozie mogłyby potem wywołać tylko kłopoty. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Guinevere McGonagall - 18.12.2025 – To takie masz rozrywki oprócz ślęczenia godzinami nad starym skryptem – stwierdziła, ubawiona trochę zbyt mocno niż powinna. – Oglądanie jak koledzy z pracy próbują wybrnąć – dokończyła i spojrzała wymownie na Cathala. Po prawdzie to sama chętnie by na takie przedstawienie popatrzyła, a potem wyciągałaby to Jamilowi w chwili, gdy najmniej się tego spodziewał. – Nie może być aż tak źle – a i owszem, może, ale sama nie miała styczności ze śniegiem dłużej niż po kilka dni w roku… co drugi rok. Traktowała więc to, co naturalne, bardziej jako ciekawostkę niż faktyczne utrapienie, którego można było mieć dość. Śnieg kojarzył jej się z magicznym czasem, z wolnym, ze spotkaniem z dawno nie widzianą rodziną. Z ciszą i spokojem, gdy ten prószył w nocy, osiadając na wszystkim, co miał po drodze. Oglądanie tego przez okno było niezwykle uspokajające, tym bardziej jeśli siedziało się w ciepłym pomieszczeniu, w którym wesoło trzaskał kominek. – Taki jesteś interesowny? Jedzenie? Nie wystarczy ci przyjemna atmosfera i zadowolone buźki kolegów? – mówiła to takim tonem, że chyba nikt nie nabrałby się na to, że Guinevere mówi poważnie, albo, że w ogóle w to wierzy. Na koniec zresztą prychnęła i roześmiała się w głos, a po chwili, rzucając ostatnie spojrzenie choince, sama się odwróciła. Jakoś gdy wstała, to nie zauważyła tych dekoracji na namiotach, ale po prawdzie, to świecąca choinka zabierała całą uwagę. McGonagall uznała więc, że to w sumie nic dziwnego. Podążyła wzrokiem za Cathalem, który postanowił dotknąć roślinek na jednym z nich, a Ginny zawiesiła się, zastanawiając się co tam w ogóle jest przyczepione. – Powiedziałabym, że jest na to równie wielka szansa jak na to, że by się temu poddała, ale w życiu by się do tego nie przyznała – odpowiedziała mu po chwili zastanowienia. Chyba jemioła – podpowiadała świadomość, która była zaznajomiona z powiedzeniem, że gdy para całuje się pod jemiołą, to wróży to szczęście oraz szybki ślub. Inne wierzenie mówiło o rychłym potomku. Jeszcze inne o długim i trwałym związku. Wszystkie jednak zbiegały się w tym, że miało to symbolizować dobry znak. To całkiem miły zwyczaj, ale sama nie miała go tutaj z kim odbyć, bo z nikim się aktualnie nie spotykała, a złapanie tu kogoś losowo (lub mniej losowo) mogło zostać później nieodpowiednio odebrane. Nawet jeśli sama miała mocno otwarty umysł, to szanowała to, że inni niekoniecznie i wolała się w tym względzie dopasować do innych, tym bardziej, że absolutnie nic ją to nie kosztowało. Nie znaczyło to żadną miarą, że była rozwiązła, czy że skakała z kwiatka na kwiatek, ot miała po prostu w sobie mnóstwo tolerancji i poszanowania do uczuć innych osób. W końcu wolność kończyła się tam, gdzie zaczynała się wolność drugiej osoby. – To chyba pora, żeby zaparzyć kawę – oznajmiła, gdy już się zrównała z Cathalem. – Masz ochotę? RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Cathal Shafiq - 22.12.2025 – Życie robi się nudne, jeśli czasem kogoś w nim nie podręczysz – skwitował Cathal, a wyraz twarzy miał teraz niemalże nieruchomy, i… być może był w tej chwili naprawdę bardzo poważny. – Zadowolone buźki kolegów? Za wielu z nich ma paskudne gęby – odparł. Cóż, sam niejeden raz powtarzał, że jest chamem. Przynajmniej przez sporą część czasu. Jemioła chwilę później skruszyła się między jego palcami, i Shafiq pokręcił głową, trochę z rozbawieniem, trochę z niedowierzaniem, bo wyglądało na to, że ktoś faktycznie zdołał ściągnąć tu tę roślinę, w Egipcie chyba egzotyczną. Nie był pewien: pamięć może i miał doskonałą, ale akurat od książek przyrodniczych stronił, między innymi dlatego, by nie „zaśmiecać” sobie umysłu informacjami, które go nie interesowały. – Kawa brzmi… – zaczął, ale nie zdążył dokończyć, bo z najbliższego namiotu wyłonił się członek ekipy, jedyny mugolak w obozowisku: ściągnięty tu w dużej mierze po to, by zajmował się kontaktami z mugolami, których uniknąć całkiem nie mogli, a do których niemal nikt nie miał cierpliwości. Przetarł zaspany oczy, a potem wbił wzrok w choinkę i rozpromienił się nagle. – Ha, choinka! Nie spodziewałem się, że będziemy świętować narodziny Jezusa! – Słucham? – spytał Cathal, trochę rozkojarzony, zwracając na mężczyznę spojrzenie. Nie podejrzewał go o to, że ten po tylu latach nie wie, czym konkretnie jest Yule i jak świętują je czarodzieje… ale może ten sobie żartował, a może faktycznie sam trzymał się jeszcze mugolskich tradycji. – No nie wiesz? Jezus, nasz Zbawiciel, Boży Syn, który zamieniał wodę w wino, chodził po wodzie i umarł za nasze grzechy! W ogóle to świetna choinka. Ty ją tu przyniosłeś? – rzucił, i podszedł po piasku ku drzewku. A Cathal ponownie pokręcił głową, tym razem już ewidentnie z czystym niedowierzaniem. – Woda w wino? Chyba czegoś podobnego uczą na transmutacji – mruknął do Ginny, z odrobiną rozbawienia. – Chodźmy zamienić trochę wody w kawę. RE: [Yule 1971, Egipt] Światło na pustyni - Guinevere McGonagall - 22.12.2025 – Sama prawda – i wiedziała to z pierwszej ręki, bo sama czasami bardzo celowo zadręczała znajomych paplaniem, albo wbijała kij w mrowisko i patrzyła jak świat płonie, całkiem z siebie zadowolona. To były rozrywki, które całkiem lubiła, zwłaszcza Nell się w ten sposób bajecznie podpuszczało, bo jej zwykle niewiele trzeba było. – Bo ty nie jesteś od podziwiania kolegów – zawyrokowała, jakby to nie było oczywiste. Uniosła wyżej brwi, kiedy ich kolega wstał i zaczął mówić coś o Jezusie. Jaki znowu Jezus? Znaczy słyszała już to imię kilka razy od Hiszpanów, którzy przewinęli się przez Aleksandrię czy Kair, gdy akurat była w pobliżu, ale jej mina chyba dobitnie wskazywała na to, że nie rozumie. Przyszło jej za to do głowy coś zupełnie innego. – Urodził ci się syn? – zapytała ostrożnie kolegę. – Albo komuś w twojej rodzinie? – dodała zaraz, bo jakoś nie kojarzyła w sumie, by się chwalił, że spodziewa się dziecka, ale może… Może chwalić się nie chciał do czasu aż to nie nastąpiło i nagle poczuł z tego tytułu jakieś wcześniej nieodczuwane szczęście. Już zresztą miała otworzyć buzię po raz kolejny i powiedzieć, że w sumie nie wiedziała, że się z kimś spotyka, ale wtedy mugolak pospieszył z odpowiedzią, co skutecznie zamknęło jej paszczę. I przez moment po prostu gapiła się na niego z brakiem zrozumienia wypisanym na twarzy. Jezus Zbawiciel, który umarł za ich grzechy. No to było… Nikt nie musiał za nią umierać, to na pewno. A potem kliknęła językiem. – Brzmi jak czarodziej wprawiony w iluminacji*, a nie boży syn – powiedziała cicho, tak, żeby tylko Cathal mógł to usłyszeć. Bo można było transmutować trochę wody tak, by zmieniła się jej właściwość na tej podobnej drewnu, które było wypychane do góry i w ten sposób chodzić, choć by nie było to tak oczywiste, wymagało to zdolności rzucania zaklęć bez użycia różdżki, co w Afryce było powszechne. To Guinevere była tutaj dziwadłem z różdżką, lecz był to jej świadomy wybór. No a to wino… – Ano, ja się uczyłam takiego zaklęcia – zaczęła, to już mówiąc głośniej. – Szło to mniej-więcej tak: dźwięki harfy, wiatru szum, wodo wodo zmień się w rum. Ale z winem też się da – dokończyła, a ich kolega spojrzał na nią z politowaniem, na co uśmiechnęła się rozbrajająco, pozwalając mu pokontemplować życie przed choinką, której żadne z nich tu nie zatargało. – Zapraszam – i to mówiąc kiwnęła głową na Cathala, by poszedł za nią. Kawa z rana zawsze była dobrą odpowiedzią. *iluminacja – afrykański odpowiednik transmutacji nazwany tak z powodu wierzeń i kręgów kulturalnych, według których przemiana czarodzieja w dane zwierzę jest iluminacją jego duchowej energii |