![]() |
|
[Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy (/showthread.php?tid=5449) Strony:
1
2
|
[Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=u4Y1Mi7.jpeg[/inny avek] Śnieg. Był. Wszędzie. Walia wyglądała niesamowicie podczas Yule. Śnieg sypał tutaj przez ostatnie kilka tygodni, przez co okolica była okryta grubą warstwą białego puchu. Można było wskakiwać w zaspy i się w nich zakopywać. To był naprawdę piękny i słoneczny dzień, który skłaniał do spędzania czasu na zewnątrz. Yaxleyom zresztą nigdy nie przeszkadzała pogoda, nie istniała niewłaściwa byli tylko ludzie nieodpowiednio ubrani w stosunku do tego co działo się na zewnątrz. Spędziła na dworze prawie cały dzień, tarzając się w śniegu, lepiąc bałwany, dopóki matka nie powiedziała jej, że czas się szykować na przyjęcie gości. Młodziutka panienka Yaxley szlajała się po wielkim domu, przeszkadzała wszystkim, którym mogła przeszkadzać, to znaczy - interesowała się tym, co robili, aby przygotować się do świętowania. Spędziła sporo czasu w kuchni, gdzie podjadała suszone mięso, które przygotował jej ojciec. Uwielbiała mięso, nie potrafiła bez niego żyć, gardziła warzywami, przez co jej matka była niepocieszona. Kto to bowiem widział, aby taka dziewczynka jadła aż tyle mięsa? Nie mogła nigdzie znaleźć James'a co trochę jej przeszkadzało, bo uwielbiała śledzić swojego starszego brata, szczególnie, że pojawiał się w domu tylko podczas przerwy świątecznej i wakacji, gdzie większość wakacji spędzał ma wyprawach z ojcem, więc nie do końca mogła nacieszyć się jego obecnością, nie lubiła tego, że był taki duży i musiał chodzić do szkoły. Został mu chyba rok, aby ją skończyć, tak naprawdę to nie wiedziała, czy rok, czy więcej bo jeszcze miała problemy z liczeniem czasu, mijał jej w domu okropnie powoli. Szczególnie kiedy przychodziła do nich guwernantka i próbowała ją uczyć tych wszystkich rzeczy, które wymagała jej matka. To było okropne, bo Gerry najchętniej spędzałaby czas ze swoim tatą. Uwielbiała chodzić z nim do lasu, wspinać się po drzewach i strzelać ze swojego malutkiego łuku, nie wiedziała po co ma się uczyć szydełkować i tańczyć, skoro chciała być jak tata. Pojawili się goście. Bardzo dużo gości. Panienka Yaxley biegała między nimi, uciekała przed ciotkami, które chciały ją złapać za policzki, fuuuj, miała ochotę ugryźć je w rękę kiedy tylko wyciągały ją w jej stronę. Pojawiła się siostra taty, z dzieciakami, był jej kuzyn Aloysius i jego siostry, posadzili ich jak za karę przy stole dla dzieci, przecież wcale nie byli tacy mali! Kolacja minęła szybko, dorośli zaczynali śpiewać po wypiciu jakichś dziwnych, kolorowych napoi, które robił jej tata, pierwsza gwiazdka na niebie została odhaczona, prezenty rozdane, teraz najlepsza część wieczoru! Miał być kulig, kulig z ogniskiem! Wielkim ogniskiem, nad którym mieli piec kiełbaski po tym jak wrócą z przejażdżki. Nie mogła się tego doczekać. Gerard przygotował sanie i konie i sanki dla wszystkich! Pięknie to wyglądało, naprawdę pięknie. Chciała dosiąść się do swojego brata, który niestety dzisiaj ją ignorował, wolał towarzystwo kuzyna Lamberta, no oczywiście, gadali o tych swoich chłopackich rzeczach, przez co udawał, że jej tu nie ma. Parsknęła głośno rozczarowana, powstrzymała się przed tym, żeby nie kopnąć brata w kostkę, oburzona ruszyła do ostatnich sanek, przy których się zatrzymała. Była rozczarowana i wkurzona, ale nic nie miało jej popsuć tego wieczoru. Spojrzała na chłopaka, który kręcił się obok. Był od niej trochę starszy, ale może uda jej się go jakoś przekonać... - Jedziesz ze mną? Na ostatnich sankach najbardziej buja, nie ma fajniejsiejszego miejsca od tego! - Starała się być bardzo przekonująca. RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Benjy Fenwick - 10.12.2025 Śnieg był wszędzie, to fakt, ale ja widziałem w nim przede wszystkim amunicję. Albo pułapki, albo coś, w co dało się wpaść z impetem i udawać bohatera wojennego. Snowdonia pachniała zimą tak prawdziwie, aż szczypało w nos, a słońce odbijało się od zasp jak od tysięcy luster. Po Hogwarcie to i tak było inne. Bardziej… Dzikie. Bez murów, bez nauczycieli krzyczących, żebym nie biegał. Wciągnąłem lodowate powietrze tak głęboko, że aż zapiekło w płucach. Rodzice grali w zadowolonych, to była nowa sztuka, dedykowana tylko temu sabatowi, uśmiechy mieli takie jak z zaczarowanych obrazów, które wiszą krzywo, ale nikt nie ma odwagi ich poprawić. Kolacja była męką, bo wpakowali mnie do stołu dzieci, gdzie czułem się jak zesłany na karną ławkę, chociaż byłem już w Gryffindorze i miałem za sobą pierwszą bójkę na korytarzu - drugą, trzecią i czwartą też, co oznaczało, że byłem już prawie mężczyzną. Siedziałem tam niby posłusznie, ale kopnąłem stół trzy razy, żeby pokazać, co o tym sądziłem. Udawałem znudzonego, chociaż w środku wszystko mi się rwało do biegania, do rzucania się w zaspy, do robienia rzeczy, których absolutnie nie wypadało robić synowi Rookwoodów. Na szczęście planowany na wieczór kulig był jak wybawienie, tam na pewno można było coś odwalić, a potem jeszcze ognisko… To brzmiało jak coś, od czego serce robiło mi się nieprzyzwoicie szybkie. Rodzina matki gadała i śmiała się za dużo, ale przynajmniej nikt nie patrzył na mnie jak na kłopot, który trzeba było dyscyplinować. Moje siostry chichotały, jakieś kuzynki paplały o prezentach, a ja już myślałem o tym, by wyjść na zewnątrz. Ojciec trzymał się krótko, z tą swoją uśmiechniętą maską, która zawsze drżała mu na krawędziach. Wiedziałem, że wrócimy do domu i znowu będzie tym, kim jest naprawdę, ale tutaj udawał człowieka. Nie miałem zamiaru go z tym konfrontować. Miałem ferie, Yule, święty czas zawieszenia broni. Kiedy dorośli zaczęli śpiewać po tych ich kolorowych napojach, uznałem, że są już nieprzydatni i można im uciec - wymknąłem się na zewnątrz szybciej, niż ktokolwiek zdążył mnie zganić spojrzeniem. Zazdrościłem im trochę, bo mnie jeszcze nikt takich nie dawał, chociaż pewnie bym nie ustał na nogach po jednym, ale przynajmniej byłoby mi ciepło - tak mówili, gdy już się pojawili, zabierając ze sobą piersiówki na dwór. Potem znowu zrobiło się głośno, jeszcze bardziej chaotycznie - te wszystkie ustalenia i drobne spięcia o to, kto gdzie siada, kto z kim, kto komu zabrał miejsce. Moje najmłodsze siostry znowu próbowały zająć przód sań, więc usłyszałem swoje imię wrzeszczane w trzech tonacjach naraz, wraz z „nawet nie próbuj”, które już brzmiało dokładnie tak samo, niezależnie od ust, spomiędzy których wypadło. Śmieszne - nawet nie planowałem tam siadać, właśnie szukałem najszybszych sanek, gdy zobaczyłem ją przy tych ostatnich. Jakaś dziewczynka - kuzynka od strony matki, chyba trzy czy cztery lata młodsza ode mnie - przeszła obok sanek starszego chłopca, chyba swojego brata, i walnęła w niego spojrzeniem, jakby właśnie zepsuł jej plan podboju świata. Wkurzona, z iskrą w oku, była gotowa kogoś kopnąć w kostkę, nie dało się tego nie zauważyć. Brzmiało znajomo. A potem padło pytanie. Podniosłem brwi, jakby mnie to nie ruszało, ale w środku aż mnie ścisnęło z ekscytacji. Spojrzałem na nią z ukosa, udając, że się waham, chociaż decyzja zapadła w sekundę, jeszcze zanim otworzyła usta. - Jasne, że jadę. Jak ma bujać, to ma bujać porządnie. Z przodu są nudziarze. - Uśmiechnąłem się krzywo, poprawiłem rękawice, zamierzając zająć miejsce, zanim ktoś mógł mnie sprzątnąć na „bezpieczne miejsce dla grzecznych dzieci”. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=r3KLMV8.jpeg[/inny avek] RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=u4Y1Mi7.jpeg[/inny avek] Była okropnie rozczarowana tym, że brat udawał, że jej nie widzi, przecież nie była ubrana w futro demimoza! Już ona mu jutro pokaże, że nie warto było się tak zachowywać, w głowie układała plan, dzięki któremu będzie mogła uprzykrzyć mu życie. Wpadnie do jego sypialni o piątej rano, obleje wodą i obsypie piórami z sowiarni, na pewno szybko nie zmyje z siebie tego okropnego zapachu ptaków. Ta króta myśl spowodowała, że oczy jej błysnęły, świadomość, że mu się odpłaci spowodowała, że na chwilę poprawił jej się humor. Nie poskarży się przecież matce, że znowu uprzykrza mu życie, bo Jennifer spojrzałaby na niego z politowaniem, że jego młodsza siostra jest w stanie go zaskoczyć. Była przecież tylko niewinnym dzieciakiem, ta, jasne. Na dworze było tłoczno i gwarno, każdy chciał zająć najlepsze miejsce z możliwych, jednak dość szybko przepchnęła się między całą rodziną, by stanąć obok ostatnich sanek. Jeden z kuzynów próbował ją nieco przesunąć, najwyraźniej również upatrzył sobie to miejsce, widziała, że wołał swojego starszego brata, aby do niego dołączył. Posłała mu jednak zabójcze spojrzenie i pokręciła głową, to był jasny przekaz dla niego, to miejsce było zajęte. Musiała jednak znaleźć kogoś, kto z nią usiądzie, bo zaraz zacznie się walka o to, że sama korzysta z najlepszego miejsca z możliwych. Tutaj wszyscy zawsze się między sobą przepychali i udowadniali swoje racje, a nie chciała zaliczyć tarzania się w śniegu przed kuligiem, bo wiedziała, że nie będzie się bawiła tak wyśmienicie, kiedy jej ubrania będą mokre. Miała w tym ogromne doświadczenie. Co roku podczas Yule bowiem kończyli świętowanie w ten sposób, zawsze był kulig i ognisko. Znalazła jednak ofiarę... to znaczy towarzysza na nadchodzącą rozrywkę. Był to jej kuzyn, syn siostry taty, nie znała go jakoś bardzo, tata mówił, że ciocia kiedyś była inna i fajna i że się bardzo lubili, ale drogi rodzeństwa się rozchodzą kiedy ci zakładają swoje rodziny. Trochę w to nie wierzyła, nie chciało jej się wierzyć, że miałaby kiedyś przestać spotykać się z James'em, był przecież jej najlepszym, najfajniejszym starszym bratem, to znaczy zazwyczaj był, dzisiaj ją wkurzył więc go nie lubiła. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Chciał z nią jechać! EKSTRA, nikt nie wypchnie jej z najlepszego miejsca z możliwych, nawet nie musiała go do tego jakoś bardzo przekonywać. - Dobra, jak chcesz... - Zaczęła, chciała być dla niego miła, bo się zgodził z nią jechać. - Jak chcesz, żeby najbardziej bujało, to usiądziesz z tyłu, nigdzie nie buja tak jak z tyłu. - Była śmiertelnie poważna w tym, co mówiła, dzieliła się właśnie swoim wieloletnim doświadczeniem. - Jak będziemy się razem przechylać na boki, to będzie jeszcze bardziej bujało. - A przecież najważniejsze było to, żeby bujało jak najbardziej, nic innego nie liczyło się podczas takich przejażdżek. Poprawiła swoją czapkę, pewnie z jakiegoś lisa, która spadła jej na oczy, była gotowa, aby zająć miejsce. - Tata zaraz będzie ruszał, musimy usiąść, trzymaj się tylko mocno, bo jak nie, to spadniesz i będzie słabo, bo oni nie patrzą, czy ktoś spadł... - W tym też już miała niewielkie doświadczenie, a raczej widziała, że spotkało to jej brata. Tutaj nikt nie miał litości dla dzieci, musiały się hartować i radzić sobie same. RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Benjy Fenwick - 10.12.2025 Kiedy przepychała się do ostatnich sanek, szła jak taran. Ktoś próbował ją odsunąć, jakiś większy kuzyn, ale jej spojrzenie mogłoby zatrzymać galopującego hipogryfa. Cofnął się, ja parsknąłem śmiechem pod nosem, w Hogwarcie nauczyłem się, że takie dzieciaki są najgroźniejsze, bo nie mają jeszcze hamulców, ani strachu, czyli najzabawniej spędza się z nimi czas. Widziałem, jak jej oczy błysnęły tym szczególnym światłem, które dobrze znałem z własnego odbicia w lustrze, to był błysk planu, zemsty i świętej wojny w jednym. Widać było, że ktoś - najpewniej brat, bo kto inny, ugh, ciężko było nie być jedynakiem - ją wkurzył, bo oczy miała ostre i jasne, jak odłamki lodu. Coś knuła, nie znałem jej dobrze, ale to było to spojrzenie ludzi, którzy już układają komuś przyszłe nieszczęście, sortując je w małych w szufladkach. Pomyślałem, że ten jej brat powinien się bać poranków, sam w głębi ducha kibicowałem tej niewinnej zbrodni, rodzeństwo zasługiwało na wszystko. Oparłem but o płozę i przyjrzałem się sankom - były naprawdę ostatnie, pod wszystkimi względami - najbardziej chybotliwe, zabujały się nawet pod naciskiem nogi, reagując lekkim skrzypnięciem w konstrukcji, które brzmiało jak zapowiedź katastrofy, czyli idealnie. Blond istota nachyliła się ku mnie konspiracyjnie, tłumacząc z całkowitą powagą mechanikę bujania, przechylania i maksymalnego ryzyka, a ja słuchałem jej, jak ekspert eksperta, kiwając głową. Brzmiała śmiertelnie serio, więc uznałem to za najlepszy dowód, że mówiła prawdę, tym bardziej, iż ja sam nie do końca miałem doświadczenie z kuligami. Wstyd czy nie wstyd przyznać - u nas raczej nie chwaliło się dobrej zabawy, ani jej nie hołdowało, święta zazwyczaj były wyjątkowo sztywne i poważne, gdy spędzaliśmy je z członkami rodu od strony ojca, nie matki. Yaxleyowie byli inni, ojciec nazywał ich szurniętymi, dlatego nieczęsto pojawialiśmy się w Snowdonii, tym razem jednak to określenie brzmiało dla mnie, jak zaleta, nie wada - przynajmniej wiedziano tu, jak się bawić. - Jasne, ktoś musi pilnować, żebyś nie odleciała w Walię właściwą. - Oczywiście, że napuszyłem się jak paw, byłem w końcu jedynym dorosłym - no, prawie - miejsce z tyłu mi się należało, jak smokowi skarb. Poprawiła czapkę z lisa, a ja w tym samym momencie poczułem to lekkie ściskanie w żołądku, które zawsze pojawiało się tuż przed czymś nie do końca rozsądnym. Wyjaśniła mi jeszcze, że mamy się przechylać razem, bo wtedy buja bardziej, a to „razem” zabrzmiało jak pakt - jakbyśmy się umawiali na coś ważniejszego niż zwykła przejażdżka. Brzmiało to również jak trening do latania na miotle, tylko bardziej brutalny i bez nauczyciela, który udaje, że panuje nad sytuacją. Za-je-biś-cie. - Brzmi, jakby ktoś miał zginąć. Super. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż krzywo - jednym kącikiem ust wyżej, jak zawsze - to był uśmiech ludzi, którzy wiedzą, że zaraz będzie szybko, zimno i wspaniale. - Spadanie to też rodzaj latania. Tylko krótszy, a ja lubię latać. - Skinąłem głową, poważny jak kapitan statku przed sztormem, po czym usiadłem ciężej, niż trzeba, specjalnie, żeby sprawdzić, czy sanki dadzą radę - dały, chociaż zaskrzypiały, jakby ostrzegały, że będą pamiętać każde nasze głupstwo. - Jak mnie zgubią, to wrócę. - Dodałem jeszcze, niby sucho, ale z wewnętrzną ekscytacją. - A jak nie wrócę, to też będzie epicko. Zamieszkam w lesie z wilkami. - Zapewniłem, ale złapałem się mocniej dokładnie wtedy, gdy Gerard dał znak do ruszania. Konie szarpnęły, metal zadzwonił, śnieg strzelił spod płóz jak biała fontanna. Pierwsze metry były spokojne, prawie rozczarowująco, potem droga skręciła, sanie szarpnęło w bok, dokładnie tak, jak obiecywała. Przechyliliśmy się razem, zbyt mocno, zbyt szybko. Śmiech wyrwał mi się z gardła zanim zdążyłem go powstrzymać, zimne powietrze wpadło do płuc jak fala. Trzymałem się kurczowo, czując, jak płozy pod nami drżą po nierównościach drogi. Śnieg sypał się na kolana, na rękawy, za kołnierz, gdzieś z przodu ktoś krzyknął z ekscytacji albo przerażenia, trudno było odróżnić. I wtedy po raz pierwszy od dawna poczułem coś prostego i czystego - tylko pęd, śmiech i to głupie, cudowne wrażenie, że przez chwilę naprawdę nic nie może mnie dosięgnąć - świat przed nami zamienił się w biały korytarz bez końca, już nie było ani stołu dla dzieci, ani udawanego ojca, ani tej całej oficjalnej otoczki - był tylko prędkość, śnieg w ustach i to uczucie, że przez kilka minut naprawdę wolno mi było być dokładnie taki, jaki byłem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=r3KLMV8.jpeg[/inny avek] RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=u4Y1Mi7.jpeg[/inny avek] Geraldine po prostu wiedziała, że gra będzie warta świeczki. Nikt nie mógł stanąć jej na drodze, żaden kuzyn, czy kuzynka. Doskonale wiedziała, że najlepiej będzie się bawić na ostatnich sankach. Nie wchodziła w polemikę, nie, wystarczyło, że spojrzała na kuzyna w ten sposób, a ten wiedział, że nie ma sensu stawać jej na drodze. W końcu była tutaj niemalże księżniczką, no, a przynajmniej w oczach swojego ojca, wiedziała, że wystarczyło tylko słowo, żeby dostała to na czym jej zależy. Nie najgorzej było być pierwszą córką w rodzinie, tatuś ją uwielbiał, a ona dosyć szybko to zauważyła i nie bała się tego wykorzystywać, bo skoro sam dawał jej ku temu okazje... to szkoda byłoby z nich nie korzystać. Dziewczynka nie zwracała uwagi na stan sanek, to nie było ważne, istotny był tylko ten jeden, wcale nie najmniejszy szczegół - że znajdowały się na samym końcu, to gwarantowało najlepszą rozrywkę. Zdążyła już to wydedukować po poprzednich kuligach, dosyć często je organizowali, nie tylko w święta, jej rodzina uwielbiała spędzać czas na dworze, bez względu na to, jaka akurat była pogoda, co wiązało się często z bardzo fajną rozrywką. Mieli stajnie, mieli konie, więc warto było z tego korzystać. Skoro znalazła już sobie towarzysza, ba to, że znalazła to nie było wszystko, chyba na serio chciał z nią wylądować na tych ostatnich sankach, to zaczęła mu robić ten krótki instruktaż, jakby sama była specjalistką od kuligów, sanek, śniegu i całej reszty, chociaż miała osiem lat i na pewno nie wiedziała jeszcze wszystkiego. Słuchał jej uważnie, co jej się podobało, rzadko kiedy ktoś jej słuchał w ten sposób, bo była dzieckiem, a więc raczej udawali, że ją słuchają, kiwali głowami a i tak robili swoje, no chyba, że chodziło o tatę, ten zawsze zatańczył tak, jak mu zagrała. Chłopiec na pewno był od niej starszy, ale się tym nie przechwalał, więc zaczynała go lubić, szkoda, że tak rzadko u nich bywał, bo mógł się okazać naprawdę fajnym kompanem do zabaw. Tatuś mówił, że rodzina jego siostry nie do końca za nimi przepada, tatuś tłumaczył jej, że niektórzy mogli nie do końca rozumieć to, w jaki sposób żyli, i że to było w porządku, bo ludzie byli różni. Geraldine uważała, że nie było to prawdą, każdy chciałby spędzać czas tak jak oni, i po prostu im zazdrościli, że tu w Snowdonii mieli tak super. - Hę? - Na jej twarzy pojawił się grymas, chyba mówił do niej jakimś niezrozumiałym językiem. - To nie jest Walia właściwa? Jest niewłaściwa, może w ogóle być niewłaściwa? - Nie do końca rozumiała o co mu chodzi, była nieco narwaną ośmiolatką, jednak z rezolutnością... bywało u niej różnie. - Na pewno w przeszłości ktoś zginął. - Odpowiedziała bardzo poważnie. Czasem podsłuchiwała rodziców, gdy rozmawiali kiedy ojciec wracał z polowań i zdarzało się, że słyszała o tym, iż ktoś umarł. Podczas kuligów na pewno też ktoś kiedyś musiał umrzeć, to było całkiem jasne. - Super, a jak latasz bez skrzydeł? Uczą Was tego w Hogwarcie? - Wszystko, co było związane ze szkołą magii okropnie ją interesowało, jej brat ostatnio jednak coraz mniej chętnie dzielił się z nią swoimi opowieściami. Wiedziała, że można było latać na miotle, sama dostała już swoją miotełkę i nawet nie najgorzej jej to wychodziło, ale kuzyn mówił o tym tak, jakby naprawdę potrafił latać, jak smok, czy coś. - To zależy, jak wypadniesz gdzieś daleko możesz się zgubić, ale to też fajne. - Wiązało się w końcu z przygodą, a tych nigdy zbyt wiele. - Wiesz co, tak serio, wilki to nie jest najlepszy wybór, bo mogą chcieć Cię zjeść, sarenki są spoko, albo jelenie, no nawet łosie. - Postanowiła nieco mu doradzić, skoro miał takie plany, bo jeszcze skończyłby jako kolacja dla wilków, a szkoda by było, wydawał się być całkiem spoko. Usiedli w końcu na sankach, Geraldine trzymała się ich kurczowo, swoimi małymi rączkami, wiedziała, że od tego zależało, czy uda jej się dotrwać do końca tego przejazdu. Na jej twarzy malowało się skupienie, czekała, aż tata da znak, no i dał, w końcu ruszyli. Na początku bardzo powoli, ale to była tylko chwila, Gerard wiedział, co sprawia najwięcej frajdy. Piszczała zadowolona, kiedy śnieg sypał jej w twarz, śmiała się głośno, kochała te momenty, kiedy nikt się niczym nie przejmował, a zdarzały się one w ich przypadku bardzo często. Ojciec jechał coraz szybciej, specjalnie brał ostre zakręty, aby nieco poruszyć sankami, a że oni znajdowali się na samym końcu... to bujało, tak jak miało bujać. - PRAWO! - Krzyknęła, musieli się przechylić, żeby jeszcze mocniej wejść w zakręt, krzyknęła prawo, ale nie była pewna, czy faktycznie to było prawo, czy nie lewo, mniejsza o to, bo i tak bujało, śnieg sypał im się na twarze, ubrania, właściwie chyba wszędzie, to było naprawdę cudowne. RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Benjy Fenwick - 11.12.2025 Słuchałem jej tak, jakbym dostał dostęp do jakiejś tajnej księgi o sztuce chaosu, a ona była jedynym żyjącym ekspertem. Kiwając głową, faktycznie zapamiętywałem każde jej słowo, bo miało w sobie tę samą energię, którą czułem, kiedy ktoś w Hogwarcie tłumaczył mi, jak najlepiej złamać regulamin tak, żeby nikt się nie zorientował. Było w niej coś sprytnego, dzikiego i absolutnie szczerego - nic dziwnego, że nikt normalnie jej nie słuchał, dorośli zwykle nie mają odpowiednich uszu, żeby odbierać takie częstotliwości - a gdy zapytała o Walię właściwą, parsknąłem śmiechem, krótko, przez nos. - Walia jest właściwa, niewłaściwa i trochę pomiędzy. - Wyjaśniłem tonem człowieka, który sam nie miał pojęcia, co mówił, ale nie zamierzał się do tego przyznać. - Ta właściwa to ta bez ludzi, czyli w sumie, gdybyś do niej trafiła, to chyba byłaby już pomiędzy? Czyli taka, w której gubią się turyści? Ale ty przecież nie jesteś turystką. - Stwierdziłem, ale nie z wyższością, raczej jak ktoś, kto tłumaczył zagadkę drugiemu uczestnikowi tajnej misji, teoretyzując - tak czysto hipotetycznie - na temat tej całej Walii właściwej, w którą nie mieliśmy polecieć. Uniósłem brew, gdy stwierdziła, że ktoś na pewno kiedyś zginął podczas kuligu. Powaga przy temacie trupów… O, to było przednie, to była chyba ta pewność Yaxleyów, którzy dorastali wśród opowieści o polowaniach, przodkach i niebezpieczeństwach, które traktowali jak ozdobę świąt - za-je-biś-cie. Mój żołądek podniósł się trochę, ale w tym dobrym sensie - jak tuż przed lotem na miotle, kiedy połowa ciała mówi „umrzesz”, a druga „będzie genialnie”. - To dobrze, bo gdyby w kronikach nie było trupa, kulig nie liczyłby się jako porządna tradycja. Jakby nigdy nikt nie zginął, to by było podejrzane. - Wyszczerzyłem zęby, podciągnąłem kołnierz, żeby wiatr nie wdarł mi się na szyję, bo przeszedł mnie dreszcz chłodu, niczego więcej, oczywiście, tylko ziąb i czystą ekscytacja. Zapytała o latanie bez skrzydeł, a ja aż poczułem, jak moje ego rośnie, jakby ktoś dmuchał w nie przez słomkę, ostatnio mało kto o coś mnie tak serio pytał, większość dorosłych zakładała, że mam być cicho i siedzieć prosto. To było miłe, naturalne, bez sztucznych reguł. - Hm. Jak serce ci skacze tak mocno, że zapominasz, że masz nogi, bo robisz coś bardzo fajnego, na przykład wchodzisz na dach, to wtedy latasz. Latanie bez skrzydeł jest proste, trzeba przestać myśleć, a ja jestem w tym naprawdę dobry... W Hogwarcie tego nie uczą, nie tak oficjalnie, bo za dużo by nas latało po korytarzach. - Ująłem to tak poważnie, jak tylko mogłem, bo widziałem, że chłonie każde słowo. - Ale na miotłach uczą. I jak nie zdechniesz na pierwszych zajęciach, to potem jest super. - Zrobiłem odpowiednio tajemniczą minę, taką, którą ćwiczyłem, kiedy nikt nie patrzył. Kiedy zaczęła mi doradzać, jakie zwierzęta nadają się do wspólnego życia w lesie, zrobiłem wielkie oczy. - Czyli sarenki są spoko, a wilki zjedzą mnie w pięć minut? Brzmi jak kiepski interes. - Uniosłem brwi. - Ale łosie? Serio? One mają oczy, które mówią „zaraz cię kopnę”. Nie wiem, czy chcę z nimi mieszkać. - To też nie brzmiało za fajnie, byłem szczery. Usiedliśmy, jej drobne ręce złapały się krawędzi sanek tak kurczowo, że wyglądała jak sternik okrętu, który prowadzi wyprawę do miejsc zakazanych, ja też złapałem się mocniej, chociaż udawałem, że nie robię tego z czystej konieczności. Start był wolny, ceremonialny, jakby kulig chciał nas jeszcze zapytać, czy na pewno tego chcemy - oczywiście, że chcieliśmy - po chwili konie ruszyły ostrzej, sanki podskoczyły. Gdy krzyknęła „PRAWO!”, natychmiast przechyliłem się w tę stronę, nawet jeśli nie miałem pewności, czy naprawdę to było prawo. Sanki zanurkowały, skrzypnęły, poszły w bok tak ostro, że aż mnie wbiło w poręcz, czułem pod sobą drżenie drewna, zimno na karku i ten bezcenny, szalony rytm, który pojawiał się tylko w takich momentach. Ostatnie sanki bujały tak, jak miały bujać, a ja bujałem się z nimi, z nią, w tym jej świecie, w którym wszystko było proste, białe i szybkie. Śnieg sypał nam się do ust, do oczu, za kołnierz, a ona śmiała się tak czysto, że aż coś mi się poluzowało w klatce piersiowej - to było naprawdę cudowne - po raz pierwszy od… Chyba zawsze, nie bałem się, że ktoś zaraz krzyknie, że jestem za głośny, za dziki, za bardzo. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=r3KLMV8.jpeg[/inny avek] RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=u4Y1Mi7.jpeg[/inny avek] To było niesamowite, że ten chłopiec słuchał jej z taką uwagą, chyba właśnie awansował na jej ulubionego kuzyna, nie negował tego, co miała do powiedzenia, kiwał głową, jakby dawała mu właśnie receptę na najlepszą zabawę pod słońcem i w sumie tak było, wiedziała, co mówi. Miała niemałe doświadczenie jak odnaleźć się w tym zimowym chaosie. Była z tego okropnie dumna, jeszcze bardziej kiedy widziała jego zainteresowanie. - No nie, ja jestem u siebie, nie jestem turystką, więc Walia ze mną zawsze jest pomiędzy, jak ja jestem to nie ma Właściwej, co to za śmieszny podział? a może jest najwłaściwsza wtedy kiedy ja się pojawiam. - To do niej bardziej przemawiało, ale psuło nieco jego wizję, a nie chciała niczego psuć, bo został jej nowym ulubionym kolegą, więc nie do końca powinna to robić. Ktoś musiał kiedyś zginąć podczas kuligu, bo przecież kuligi były okropnie niebezpieczne, szybkie, na pewno jakiś człowiek w przeszłości spadł tak mocno, że uderzył głową o ziemię, czy wpadł na drzewo, cokolwiek, no nie mogło być inaczej. Wiadomo, że ryzykowanie życia czyniło tę atrakcję dużo bardziej fajną. Wszystko co było niebezpieczne było N A J L E P S Z E. - No tak, to byłoby podejrzane, a kuligi są super ważną tradycją tutaj u nas, tatuś zawsze na nie czeka, może wtedy ucieć od mamy na chwilę, ma święty spokój i wyśmienicie się bawi. Mama jest trochę drętwa, ale tata, tata organizuje najlepszą zabawę, wiesz? - Widać było, że panienka Yaxley jest zakochana w swoim ojcu, był jej prawdziwym bohaterem, mówiła o nim z ogromną miłością, zresztą widać było to w jej oczach, które od razu się uśmiechały. Musiała zapytać o latanie bez skrzydeł, skoro wspomniał, że tak się da... to musiała wiedzieć jak, bo przecież to brzmiało niesamowicie, a skoro on wiedział jak to działa, mógł się tym z nią podzielić. - Aaa, to chyba wiem o co chodzi, czasem jak jeżdżę konno, to Piorun galopuje tak szybko, że zamykam oczy, żeby nie widzieć, czy nie spadnę i wtedy tak szybko bije mi serce, nigdy nie myślałam o tym, jak o lataniu bez skrzydeł, ale masz rację, to trochę tak jest. - Nie wpadła nigdy na takie porównanie, ale teraz już doskonale wiedziała do czego zmierzał. Ten chłopiec był fajny, mogłaby się z nim zakoleżankować na dłużej. Może razem mogliby latać bez skrzydeł? We dwójkę jest dużo więcej możliwości. - Nie ma szans, że zdechnę, już umiem latać. - Wyprostowała się dumnie, fakt, może była to tylko miniaturowa miotełka, ale radziła sobie z nią wyśmienicie. - Słuchaj, łosie może tak wyglądają, ale przy nich będziesz bezpieczny, będą Cie chronić, wilki są lipne, bo one lubią mięso, sarenki i łosie nie, może łosie są duże, ale jak nie będziesz podchodził zbyt blisko to nic Ci nie zrobią, serio, serio. - Być może i były ogromne i na spokojnie mogłyby zdeptać ją, czy Aloysiusa, jednak wystarczyło trzymać odpowiednią odległość, aby przy nich było całkiem spoko, zadaniem Ger można się było przy nich poczuć bezpiecznie, bo inne zwierzęta nie chciały im podskakiwać, więc trzymanie się na uboczu, ale w pobliżu to była najlepsza możliwość. Później, później zaczęła się prawdziwa przygoda. Zajęli ostatnie sanki, musieli mocno się trzymać, bo ojciec nie miał litości, nigdy nie miał litości, przez co jego córka śmiała się do rozpuku. Bujało ich na wszystkie strony, śnieg sypał się pod kurtki, czapki, rękawiczki, ale to było niesamowite uczucie, wolność, z tym się jej kojarzyła wolność, z sankami, śniegiem, poplątanymi włosami i uśmiechem, który nie schodził z twarzy. Już wtedy wiedziała, że kocha wolność i niczego nigdy nie pokocha tak jak jej. Sugerowała strony, w które powinni się pochylać, wydawało się jej, że robi to dobrze, bo bujało, bujało w każdą stronę, to była zdecydowanie wielka zaleta ostatnich sanek. Ojciec zatrzymał się gwałtownie, zmienił kierunek jazdy, przez co wyrzuciło ich w bok, tak, że lina którą sanki były ze sobą złączone okropnie się napieła, jeszcze jednak nie pękła, ale było bardzo blisko tego, żeby tak się stało. RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Benjy Fenwick - 21.12.2025 Patrzyłem na nią z tym lekkim, nie do końca kontrolowanym uśmiechem, który pojawiał mi się zawsze, gdy ktoś mówił coś absolutnie pewnego i kompletnie niepodważalnego. Miała rację i wiedziała, że ją ma, to było widać w każdym jej geście, w tym, jak stała prosto i mówiła o Walii, jakby była jej właścicielką, a może czymś więcej - jakby Walia była jej sprzymierzeńcem. U nas zaklęcia były w książkach, tu w śniegu, w krzyku i w tym, kto zna teren najlepiej. Słuchałem jej więc dalej, a w głowie zapisywałem to wszystko jak zasady jakiejś lokalnej magii, której nie uczono w Hogwarcie. - Dobra, to uczciwe. - Przyznałem, unosząc ręce. Brzmiało to jak kapitulacja, ale wcale nią nie było, było raczej uznaniem faktu, a ja umiałem docenić dobre fakty. - Czyli rozumiem, że jak jesteś, to Walia się dostosowuje. - Podsumowałem, zerkając na nią spod zmrużonych powiek. - To uczciwe. Świat powinien się dostosowywać do ludzi, którzy wiedzą, co robią. - Brzmiało to jak herezja według zasad mojego domu, ale w Snowdonii herezje najwyraźniej były walutą, i dobrze, podobało mi się, że niczego nie musiałem bronić argumentami. To było coś zupełnie odwrotnego od tego, czego uczono mnie w naszej części świata, tam to człowiek miał się naginać, łamać, dopasowywać. U nas nigdy nie było miejsca na takie rozumowanie, tam wszystko musiało mieć nazwę, hierarchię i pozwolenie. Tutaj wszystko wydawało się prostsze - wystarczało, że ktoś stał pewnie na śniegu i mówił, że tak jest - byłeś, więc miejsce stawało się twoje, koniec dyskusji. Kiwałem głową, bo miała rację - oczywiście, że ktoś kiedyś zginął, świat działał właśnie w ten sposób, najlepsze rzeczy zawsze brały coś w zamian, choćby tylko strach. W drugą stronę też to działało, wszystko, co niebezpieczne, było najlepsze, bo wtedy było wiadomo, że to się naprawdę dzieje. Poczułem ten znajomy dreszcz, który przychodził zawsze, gdy robiło się groźnie i ekscytująco, to było uczucie, które znałem aż za dobrze, tylko zwykle towarzyszył mu gniew albo czujność. Tutaj był czysty, bez domieszek. Kiedy mówiła o ojcu, słuchałem jej uważniej, niż mógłbym dać po sobie znać. Nie dlatego, że mnie to szczególnie interesowało, ale dlatego, że niespecjalnie znałem ten ton, to patrzenie na jednego z rodziców jak na bohatera, który umie zamienić świat w coś znośnego. To było… Obce. U niej bohater był prawdziwy, głośny, trochę szalony, u mnie bohaterowie występowali tylko w książkach. - Widać. - Powiedziałem tylko. - Że to twój bohater. - Nie kłamałem, w Hogwarcie uczyli mnie, że łatwo rozpoznać ludzi, którzy są kochani, mieli inny krok. Przez sekundę zrobiło mi się w środku dziwnie ciasno, trochę dziwnie pod żebrami, zaraz potem przyszła inna myśl - nie do końca zazdrość, raczej coś jak ukłucie świadomości, że istnieją ojcowie, przy których dzieci śmieją się tak swobodnie. Może właśnie tak to powinno wyglądać, może ojciec może być bohaterem, a nie tylko cieniem, pod którym trzeba chodzić cicho, nie, odsunąłem tę myśl, strzepując ją jak śnieg z rękawa. Jej opowieść o koniu i zamykaniu oczu trafiła we mnie zaskakująco mocno. Pomyślałem o miotle, o tym momencie, kiedy ziemia puszcza cię wolno, a ty decydujesz, czy się boisz, czy lecisz. - Właśnie o to chodzi. - Przytaknąłem. - Jak serce bije tak szybko, że nie nadążasz liczyć uderzeń, to znaczy, że już lecisz. Skrzydła są przereklamowane. - Skinąłem głową bez wahania. W tym, o czym rozmawialiśmy, była logika, której nikt u mnie w domu nigdy by nie uznał, a która mimo to brzmiała prawdziwiej niż wszystkie ich zasady razem wzięte. A kiedy oznajmiła z dumą, że już umie latać i nie ma szans, żeby zdechła, uśmiechnąłem się szeroko, niemal do bólu policzków. - W takim razie mamy przewagę. - Stwierdziłem. Lubiłem tę jej pewność, była czysta, nieskażona myśleniem o konsekwencjach. - Dwoje latających ludzi na jednych sankach. - Skinąłem głową energicznie. Te jej łosie zapamiętałem, jakoś tak… Serio, jakby to była ważna wiedza na przyszłość. - W takim razie wilki mogą sobie darować. - Stwierdziłem, przyjmując jej teorię o łosiach, bez sprzeciwu, te słowa brzmiały wystarczająco logicznie, a poza tym podobało mi się, że planowała moje przetrwanie z taką powagą. Ktoś, kto wybiera ci odpowiednie zwierzęta do zamieszkania w lesie, nie robi tego byle jak. - Skoro łosie chronią, to brzmi jak najlepsza ochrona, jaką można mieć. Wielkie, straszne i po twojej stronie. Zapamiętam. Jak kiedyś ucieknę do lasu, to wiem, gdzie iść. - Skinąłem głową i uśmiechnąłem się krzywo, z tym swoim półuśmiechem. A potem nie było już gadania, była tylko jazda, sanki szalały jak opętane, bujanie przestało być ruchem, a stało się stanem, śnieg wciskał się wszędzie, pod kołnierz, za mankiety, do ust. Lina napięła się jak struna, polecieliśmy w bok, pierwszy, drugi, trzeci raz, a ja instynktownie złapałem się mocniej, czując, jak serce podskakuje mi do gardła. Sanie znów wpadły w nierówność, podskoczyliśmy wysoko, więc zaśmiałem się głośno, nie przejmując się tym, że ktoś może uznać to za niegrzeczne albo zbyt głośne. Niech uzna. Droga znów skręciła, ostro, bez ostrzeżenia. Przechyliliśmy się razem, dokładnie tak, jak kazała, jakbyśmy trenowali to od lat. Czułem, jak sanie niemal tracą równowagę, płozy drapały lód, jakby chciały się oderwać i polecieć własną trajektorią, kolejna porcja białego puchu wpadła mi pod kurtkę, zimna i bezlitosna, ale śmiałem się i krzyczałem naprzemiennie, bo nie dało się inaczej. Lina napięła się tak, że aż jęknęła, cienki, zdradliwy dźwięk przeciął powietrze, przez ułamek sekundy zobaczyłem w głowie obraz zerwanej liny, wirujących sanek, śniegu zamieniającego się w ścianę. Serce uderzyło mi w żebra tak mocno, że aż zabolało. I wtedy… [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=r3KLMV8.jpeg[/inny avek] RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=u4Y1Mi7.jpeg[/inny avek] Geraldine nie widziała nic złego w tym, aby podzielić się, jak świat wyglądał jej oczami, nie miała pojęcia, że gdzieś indziej ludzie nie żyli tak jak oni, znaczy tatuś coś tam wspominał, ale po co to robili, skoro życie jak to było takie wspaniałe? Nie mogło być piękniejsze, każdego dnia czuła się, jakby świat należał do niej. - Tak! Ona się dostosowuje do mnie, bo wiesz, dlaczego by nie? Walia należy do mnie, do nas teraz i tak codziennie, kiedyś, kiedyś jak będę już starsza to świat będzie należał do mnie, też się będzie dostosowywał. - Wydawała się być bardzo pewna tych słów, zdecydowanie nie można jej było zarzucić braku pewności siebie - naprawdę wierzyła w to, że kiedyś go zdobędzie, bo czemu by nie, jak czegoś chciała to to dostawała - prosta sprawa. Nie potrzebowała żadnych argumentów, tak miało być, koniec i kropka. Nauczono ją tego, że warto podążać za marzeniami, że warto robić to na co ma się ochotę i kiedy się już na coś uparła to nikt, ani nic nie mogło tego zmienić, tak musiało być. Wspomniała o tym, że kiedyś ktoś zginął, jakby to miało być potwierdzeniem, że dzięki temu będą się dobrze bawić, bo przecież niebezpieczeństwo zwiększało poziom zabawy o milion procent, albo jeszcze więcej, ile to właściwie był milion? Trudno jej było to ogarnąć, na pewno wiele, bardzo wiele. - Największy, najwspanialszy, lepszy od tych bohaterów z książek, bo jest żywy i mój! - Naprawdę ceniła swojego ojca, nie bała się o tym mówić, wręcz przeciwnie mogłaby to powtarzać każdemu, kochała swojego tatę nad życie, cały świat o tym wiedział. Nie dostrzegła tego, że słuchał jej uważniej, gdy o tym wspominała. Geraldine nie do końca zdawała sobie sprawę, że są dzieci, które nie mają takich cudownych tatusiów, wydawało jej się, że to normalne, że to nic nadzwyczajnego, bo przecież taka była rola ojca, kochać dziecko nad życie i chcieć uchylić mu nieba. - Okej, to rozumiem, chyba, tak mi się wydaje. - Pokiwała głową na znak, że do niej dotarło. Nie miała pojęcia, że można latać bez skrzydeł, ale kiedy o tym wspominał to faktycznie zaczynała wierzyć, że dokładnie tak jest. - Mamy, i to jaką, nikt nas nie pobije, będziemy się najlepiej bawić, obiecuję Ci to! - Nie widziała w ogóle innej możliwości, nie kiedy zdała sobie sprawę, że trafiła na swojego, widziała ten błysk w jego oczach, może z początku jego rodzina wydawała się nieco drętwa, ale on był inny, był taki jak ona. Rzadko kiedy spotykała kogoś, kto tak samo jak ona uwielbiał się bawić i chciał sięgać po więcej, to mogło być niesamowite, najlepszy kulig w jej życiu! - Tak, jak będziesz uciekał to szukaj łosi, lepiej nie trafisz, i nikt ci nie będzie przeszkadzał. - Wydawało jej się to całkiem rozsądną poradą, najlepszą ze wszystkich, najlepiej może jakby nie uciekał... ale o tym nie wspomniała, jeśli już chciałby to zrobić to niech szuka domu wśród łosi. Później sanie ruszyły, konie gnały przed siebie, a oni znajdowali się na samym końcu tej kolumny. Najlepsze miejsce z możliwych, śnieg uderzał im w twarze, bo jechali szybko, bardzo szybko. Linia się napinała, raz skręcali bardziej lewo, raz w prawo, poruszali się naprawdę szybko, miała wrażenie, że czas się zatrzymał, słyszała śmiech, sama się śmiała, to była naprawdę wyśmienita zabawa, najlepsza z możliwych. Niemalże się przewrócili bo grunt był nierówny, udało im się jednak jakoś wyrównać sanie, przynajmniej przy pierwszej takiej sytuacji, za drugą było nieco gorzej. Płozy oderwały się nad ziemią bardzo wysoko, wysoko wysoko - prawie, że do nieba, oni podskoczyli na saniach, a kiedy spadli to już nie na sanie, tylko na ziemię. Konie ruszyły do przodu, sanki również, tylko, że bez nich. Yaxley śmiała się w głos, do rozpuku, kiedy wylądowała tyłkiem na lodzie, chociaż nie było to najbardziej przyjemnym uczuciem, mimo wszystko uważała samą sytuację, za całkiem zabawną. - Dobra, oni nas odbiorą, jak będą wracać, tata się nie zatrzyma, mamy czas dla siebie! - To też było ekstra, nie wiadomo przecież kiedy wrócą, nikt nie będzie ich tutaj pilnował. - Lepimy bałwana, już! Szybko, szybko, nie uwierzą, że daliśmy radę tak szybko go zrobić. - Prosta sprawa, skoro zakończyli kulig na tym etapie, to mogli znaleźć sobie nową rozrywkę na tę chwilę. Jak powiedziała tak też zrobiła, nachyliła się nad ziemią, w sumie to nad jedną z zasp, i zaczęła zbierać śnieg, by stworzyć pierwszą, wielką kulę, która miała być jego podstawą. RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - Benjy Fenwick - 16.02.2026 „Ona się dostosowuje”, „dlaczego by nie?” - powiedziała to jak ktoś, kto już podpisał umowę, tylko jeszcze nie odebrał kluczy - nie wyśmiałem jej, nawet przez sekundę nie zamierzałem tego robić, w Hogwarcie i poza nim widziałem chłopców, którzy przechwalali się odziedziczonymi nazwiskami, przyszłością zaplanowaną przez ojców, pieniędzmi, które nigdy się nie kończyły, ale ona nie mówiła jak oni. Oni brzmieli jak więźniowie złotych klatek - ona brzmiała jak ktoś, kto nie widział żadnych krat, zupełnie tak, jakby nie istniały w miejscach takich jak Walia. Może to naprawdę była magiczna kraina? Wszyscy wydawali się tu zdecydowanie szczęśliwsi, nawet jak byli poirytowani, nawet jak częściowo udawali lekkość ducha, w tym momencie Snowdonia brzmiała jak zupełnie inne miejsce niż Yorkshire. Patrzyłem na nią z zainteresowaniem, którego nawet nie usiłowałem ukrywać, kiedy mówiła o świecie, jakby był czymś, co można było po prostu wziąć do ręki i mieć dla siebie, jak kamień znaleziony na drodze, bez żadnego namysłu, tylko dlatego, iż chciało się go zdobyć, i przez chwilę - krótką, ale przyjemnie orzeźwiającą, jak zimowe powietrze w płucach - uwierzyłem, że może naprawdę jest to możliwe, bo w niektórych miejscach, takich jak Snowdonia, władza rzeczywiście należy do tych, którzy nie mają w sobie wątpliwości, a nie tych manipulujących otoczeniem, by je nagiąć, zdobyć i wykorzystać do ostatniego ziarenka piasku. Tych, którzy potrafili zasiać tam wyłącznie niepokój, odbierać, nie dawać. - To ma sens - byłem z nią zaskakująco zgodny, zdecydowanie bardziej, niż z którąkolwiek z moich własnych młodszych sióstr, co tylko potwierdzało magię tego miejsca - ziemia zawsze należy do kogoś. Lepiej, żeby należała do ciebie niż do kogoś gburowatego. - Nie żartowałem, wolałem już, żeby to wszystko należało do niej, niż do ludzi takich jak mój ojciec, którzy traktowali otoczenie jak coś, co trzeba było kontrolować, zamykać, uciszać. -A jak już zdobędziesz cały świat, to pamiętaj, żeby zostawić mi kawałek. Nie potrzebuję dużo. Wystarczy las i jeden głupi pagórek, i trochę nieba, żebym mógł latać, jak mi się znudzi chodzenie. - W końcu latanie było równie fajne, co jazda w saniach, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy dyskutowaliśmy o śmiertelnych ofiarach, których tu i tu musiało być wiele. - Ja też ci zostawię, a nawet oddam, ile chcesz, bo po co mam to mieć sam. Samemu jest nudno, nie? - Spytałem z powagą, która mogła brzmieć irracjonalnie, jak żart, ale nie do końca nim była, bo rzeczywiście byłem starszy, też chciałem osiągnąć duże rzeczy, jednak przecież świat był wielki, prawda? Lepiej było mieć sojusznika, niż brać wszystko dla siebie, a potem siedzieć w jednym miejscu i tylko się tym przechwalać. - Sztama? - Nie dodałem nic więcej, bo nie miałem nic, co by do tego pasowało, skinąłem tylko głową, krótko, jakby to był fakt, z którym nie ma sensu dyskutować - jak chciała, to sztama. Odwróciłem wzrok na chwilę, niby przypadkiem, niby zainteresowany końmi, śnieg skrzypiał pod płozami, gdy niecierpliwie przebierały kopytami, lina napinała się i luzowała, a ja próbowałem wyobrazić sobie, jak to jest mieć kogoś, kto jest bohaterem nie tylko dla innych, ale przede wszystkim dla ciebie, to była trochę abstrakcja, chociaż starałem się to ukrywać. To było dziwne uczucie, słyszeć pewność w jej głosie, trochę jak przy słuchaniu historii o jakimś magicznym stworzeniu, które istnieje naprawdę, tylko nie w twoim lesie. Nie śmiałem się z jej wiary w ojca, nie potrafiłem, to było coś zbyt miłego, żeby to zepsuć słowami o bajkach - skinąłem więc tylko głową, jakby to było oczywiste, że bohaterowie istnieją naprawdę, i że niektórzy z nich wracają wieczorem do domu, zdejmując rękawiczki przy kominku. Nie pokusiłem się o komentarz, tylko przesunąłem grudkę śniegu spod buta, podskórnie ciesząc się ze zmiany tematu, bo naprawdę lubiłem z nią rozmawiać, tyle że o rzeczach, o których oboje mogliśmy się wypowiadać. - Jasna sprawa! - Rzuciłem, szczerząc zęby, chociaż mróz coraz bardziej szczypał mnie w policzki i usta, kiedy obiecała, że będziemy się najlepiej bawić - i to też nie było kłamstwo, na pewno mieliśmy się bawić lepiej od wszystkich innych sanek, a już zwłaszcza od pierwszych sań - gdy zaś wspomniała jeszcze raz o łosiach, parsknąłem cicho, kiwając, już bez wahania. - Dobra. Łosie. Zapamiętam. Jak zniknę, to znaczy, że mnie adoptowały. - To słowo zabrzmiało dziwnie w moich ustach - „adoptowały” - jakby ktoś mógł wybrać, że cię chce do swojego oficjalnego stada, koniec, kropka. A potem wreszcie ruszyliśmy, jedno szarpnięcie i już jechaliśmy, świat zamienił się w ruch, w biel, w dźwięk dzwonków i krzyk wiatru. Pędziliśmy przez śnieg, lina naprężała się i drgała, konie ciągnęły nas przez zakręty, które wydawały się zbyt ostre, żeby mogły się udać. Pierwszy podskok był świetny, drugi jeszcze lepszy, trzeci wyrzucił nas w powietrze. Uderzenie wybiło mi powietrze z płuc, śnieg wdarł się wszędzie, w rękawy, za kołnierz, do ust. Spadliśmy, i to nie był elegancki upadek - nie było w nim nic z latania bez skrzydeł, ale nie był też taki straszny, jak powinien. Wylądowałem na dupie, przewracając się na plecy, powietrze uciekło mi z płuc z cichym „uff”, a śnieg wdarł się wszędzie, za kołnierz, w rękawy, nawet do ust. Leżałem tak przez chwilę, patrząc w niebo, które wyglądało dokładnie tak samo, jak sekundę wcześniej, tylko ja byłem już gdzie indziej, po czym zaśmiałem się odruchowo, jeszcze zanim zdążyłem się podnieść do siadu. Oddychałem ciężko, z ust wydobywała mi się para, jakbym był jednym z tych koni, które właśnie mnie zgubiły, było idealnie. Bolało, jasne, ale to był uczciwy ból - taki, na który sam się zgodziłem - nie narzucony, nie niespodziewany. Najpierw była chwila nieważkości, ta jedna zdradliwa sekunda, w której naprawdę myślisz, że może się uda, może jakimś cudem zostaniesz w powietrzu, a potem ziemia przypomniała sobie o nas obojgu. Wybrałem ostatnie sanki, wybrałem prędkość, wybrałem to, ona też to wybrała, i chyba właśnie dlatego teraz się śmiała, zamiast płakać, jak dziewczyna. Nie jęczała, nie była zła, śmiała się tak, jakbyśmy właśnie zrobili coś naprawdę superowego. Parsknąłem jeszcze głębszym śmiechem, nie umiejąc inaczej, i otrzepałem śnieg z płaszcza, niedbale poprawiając rękawy, zupełnie cały i w jednym kawałku, co znaczyło, że tym razem kulig nie zgarnął - jeszcze - żadnych ofiar, chociaż ręce trochę mi drżały od zimna i od tego wszystkiego, co zaledwie przed chwilą było ruchem. Wstałem, otrzepałem się gwałtownie, jak pies po kąpieli, i rozejrzałem się wokół, dokonując oceny na skali zniszczeń - było doskonale, dziesięć na dziesięć, może jedenaście - co prawda, moje jedno kolano pulsowało tępo, ale mogłem na nim stanąć, więc to się nie liczyło do minusów sytuacyjnych. Według kryteriów bólu, to było słabe dwa, - No to zostaliśmy porzuceni na pastwę łosi. - Powiedziałem poważnie, w przypływie dorosłej odpowiedzialności, która tak samo szybko się pojawiła, co wyparowała. - No i super. - Uśmiechnąłem się krzywo, tym uśmieszkiem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy coś było jednocześnie głupie i idealne. - Teraz jesteśmy nieoficjalnie oficjalnie zaginieni. To dużo lepsze niż bycie znalezionym. - Oznajmiłem z dumą, z pełnym przekonaniem, jakby to była nasza zasługa, że spadliśmy. Spojrzałem w stronę, gdzie zniknęły sanie - były już tylko kropką w chmurze śniegu, śladem po czymś, co wydarzyło się szybko i bez zamiaru oglądania się za siebie, tak jak to zakomunikowała wcześniej - nikt nie zamierzał się na nas oglądać, nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy, i przez to nikt nie mógł niczego od nas chcieć. Zostaliśmy sami, ale wcale nie czułem strachu, wcale a wcale, czułem ulgę, która sprawiła, że miałem nadzieję, że jak najdłużej nikt nie dostrzeże naszego nieoficjalnie oficjalnego zaginięcia. „Mamy czas dla siebie” - to zdanie zabrzmiało jak coś prawie zakazanego, a przecież wiedziałem, że zakazany owoc smakował lepiej niż te dostępne w każdym momencie dnia, dlatego nie zastanawiałem się zbyt długo nad tym, by skorzystać z okazji. Praktycznie nie patrzyłem na moją kompankę, wystarczyło, że zauważyłem moment, gdy praktycznie od razu klękła w śniegu i zaczęła toczyć kulę, jakby to było najważniejsze zadanie na świecie. Bez wahania dołączyłem do niej, kopiąc śnieg butem, zbierając go rękami, dociskając, aż zaczął się sklejać - kucnąłem obok niej i zacząłem zgarniać śnieg, formując własną kulę, jak największą, specjalnie, bo to miał być naprawdę solidny bałwan! - Jak wrócą, pomyślą, że zrobiliśmy to magią. - Dodałem z błyskiem w oczach, który zawsze pojawiał się, kiedy robiłem coś, czego nie powinienem, albo coś, co było po prostu zbyt dobre, żeby się zatrzymać, potrząsając głową na zgodę. Śnieg wciąż osypywał się z moich rękawów, zimno wgryzało się w palce, ale nie zwracałem na to uwagi - było mi lżej niż zwykle, jakby coś ciężkiego zostało gdzieś z tyłu, razem z saniami, które nas zgubiły. Palce miałem już czerwone pod rękawiczkami, włosy mokre od topniejących płatków, kolano bolało mnie od upadku, ale to wszystko było nieważne, byliśmy sami, zgubieni gdzieś pomiędzy drzewami i ścieżką, porzuceni przez cały porządek tamtego świata. - Potrzebujemy oczu. - Stwierdziłem po chwili toczenia, nie bez entuzjazmu, bo nie zamierzałem się powstrzymywać przed reakcjami, tym bardziej, że i ona miała w sobie coś, co sprawiało, że opanowanie wydawało się nudne, a nuda była najgorszą rzeczą, jaką mogłem sobie wyobrazić. - I nosa. I czegoś, co sprawi, że będzie wyglądał tak, żeby wilki wiedziały, że to zaklepany teren. Zacząłem rozglądać się po śniegu w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się nadać - patyków, kamieni, czegokolwiek - to było ważne, bałwan nie mógł być zwyczajny, musiał być strażnikiem. - Damy mu twarz twojego brata. Albo trolla. Albo jedno i drugie. Żeby się wkurzył, że przegapił najlepszą część. - Dodałem konspiracyjnie, szczerząc zęby w uśmiechu, który bardziej przypominał wyzwanie niż sugestię, bo przecież to był kawał frajera, co nie? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=r3KLMV8.jpeg[/inny avek] |