![]() |
|
[9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora (/showthread.php?tid=5452) Strony:
1
2
|
[9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 10.12.2025 Drzwi zamknęły się za mną cicho, niemal grzecznie, jak na to, w jaki sposób zostały otwarte, a klatka schodowa i ulica przyjęła mnie z powrotem swoim wieczornym półmrokiem, pierwszymi światłami latarni i ruchem, który już nie był dzienny, ale jeszcze nie nocny. Pokątna była jeszcze zatłoczona, chociaż dzień chylił się ku końcowi, słońce wisiało nisko, odbijając się w szybach sklepów jak w starych, przybrudzonych lustrach. Początek października w Londynie potrafił być kapryśny, ale dziś pogoda akurat dopisywała - wczesnowieczorny powiew niósł zapach mokrych liści, ale nie groził deszczem, liście krążyły w powietrzu bardziej z lenistwa niż złośliwości wiatru. Matka Natura miała dziś dobry humor - niebo było jasne, z resztkami bladego różu przy krawędzi chmur, światła w witrynach nie kłuły w oczy, tylko zapraszały bez nachalności. Lampy gazowe stopniowo rozświetlały ulicę miękkim blaskiem, kiedy spacerowym tempem przemierzałem kolejne metry, było chłodno, ale przyjemnie - tak świeżo, że aż chciało się iść wolniej, jakby każdy krok miał sens sam w sobie. Miałem trochę czasu do zabicia, więc zamiast krążyć bez celu, skręciłem w znajomą stronę. Klubokawiarnia Nory była niedaleko, a ja miałem dokładnie tyle, żeby wypić coś ciepłego, zanim ruszę dalej, wracając do mieszkania przy Horyzontalnej, do którego tym razem nie mogłem tak po prostu wejść, bo nie miałem kluczy. Oddałem je tamtego pamiętnego ranka, wrzucając je do skrzynki na listy, razem z kilkoma złudzeniami i - jak mi się wtedy wydawało - jednym bardzo konkretnym rozdziałem życia. Niezbadane były koleje losu - tym razem w tym dobrym znaczeniu, co nie zmieniało faktu, że nie zamierzałem siedzieć pod drzwiami na klatce schodowej, wolałem spędzić ten czas w przyjemniejszy sposób. Wszedłem do środka, od razu uderzyło we mnie ciepło i zapach mielonych ziaren, wymieszany z czymś słodko-korzennym, pewnie nowym wynalazkiem na sezon jesienny. Wnętrze tonęło w miękkim świetle lamp zawieszonych nieco za nisko, jak na mój gust, a ludzie rozsiedli się przy stolikach tak, jakby każdy z nich był częścią stałej ekspozycji - najwidoczniej życie w pełni wróciło do stolicy. Zamknąłem za sobą drzwi i zatrzymałem się na moment, pozwalając, żeby to wszystko mnie dogoniło - dźwięki, zapachy, zwykłość, po czym rozejrzałem się, unosząc brodę odruchowo, jakbym musiał obejrzeć teren przed wkroczeniem. Przeciągnąłem wzrokiem po sali, szukając właścicielki, tej jej charakterystycznej sylwetki, ruchów, które zawsze wyglądały, jakby wiedziały, co robią, nawet kiedy miała chaos aż po łokcie. Jeszcze jej nie widziałem, ale wiedziałem, że gdzieś tu jest, zawsze była. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Nora Figg - 10.12.2025 Październik płynął, płynął bardzo szybko. Jeszcze niedawno przygotowywała się do Mabon, a już musiała myśleć o kolejnym, zbliżającym się sabacie. Świat nie miał litości dla rzemieślników, ciągle musieli wpadać na kolejne pomysły, dzięki którym będą mogli zaskoczyć swoich klientów. Stały wachlarz produktów nie wystarczał, jeśli chodziło o święta, bo ludzie lubili być zaskakiwani w takich momentach, do tego wszystkiego dochodziło zaopatrywanie zakonu w eliksiry i kadziła... Norka była zarobiona, ale w sumie bo to pierwszy raz? Jej życie wyglądało w ten sposób od jakichś trzech lat. Nadal nie najgorzej się trzymała. Bycie samodzielną właścicielką klubokawiarni nie było może szczególnie proste, jednak nie wyobrażała sobie w innym świecie. Nie potrafiła zbyt długo usiedzieć na miejscu, no i brakowałoby jej tych wszystkich ludzi, którzy odwiedzali ją w tym miejscu. Dzięki temu, że jej lokal znajdował się w sercu ulicy Pokątnej dosyć często wpadali do niej bliżsi lub dalsi znajomi, co było naprawdę wspaniałe, bo panna Figg kochała ludzi. Krążyła, jak zawsze między kuchnią, a salą. Dokładała kolejne wypieki za szklane szyby, żeby goście, którzy tutaj przychodzili nie mogli odwrócić wzroku od jej wypieków, najróżniejsze zapachy mieszały się w powietrzu, ale przebijał się głównie ten sezonowej herbaty, był okropnie intensywny. Czas mijał, nie miała pojęcia, że było już tak późno. Niedługo przyjdzie pora na robienie drinków i dolewanie ludziom whisky do szklanek. Nachylała się właśnie z wielką blachą pączków, które po kolei, jeden po jednym miała włożyć za gablotę, kiedy usłyszała, że dzwonek zadźwięczał. Kogoś znowu tu przyniosło. Nie uniosła jeszcze głowy, aby zobaczyć kogo licho przyniosło, ponieważ obawiała się, że mogłaby strącić swoje wypieki. Zresztą nie spodziewała się nikogo znajomego, na początku tuż po pożarach pojawiali się w cukierni głównie jej najbliżsi, jednak powoli, malutkimi kroczkami wszystko zaczynało wracać do normy, może nie było tutaj tak wielu ludzi jak wcześniej, ale nie mogła narzekać na brak zainteresowania. W końcu podniosła się, niemalże wyskoczyła zza lady i uśmiechnęła sama do siebie na widok znajomej sylwetki. Nie spodziewała się spotkać go tu szybko, w końcu pisał o tym, że wyjeżdża, naszykowała mu nawet kanapki na drogę, może już załatwił to, co miał do załatwienia, czy coś, chociaż brzmiało to nieco bardziej czasochłonnie, nie jej interes. Pomachała do niego z entuzjazmem na przywitanie, zmrużyła przy tym oczy, bo zastanawiała się, czy miała już okazję zapytać go o jego ulubiony wypiek, nie, jeszcze nie, będzie musiała to zrobić. Nora uwielbiała znać upodobania smakowe swoich znajomych, dzięki temu mogła im dogadzać. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 10.12.2025 Gdy tylko dzwonek nad drzwiami ucichł, a ja zdążyłem zrobić dwa kroki w głąb lokalu, coś w powietrzu się zmieniło, jakby ktoś odkręcił pokrętło intensywności zapachów. Sezonowa herbata waliła po zmysłach tak, że prawie poczułem ją w oczach, jak wyjątkowo intensywną parę z eliksiru, ale pod tym wszystkim kryła się słodsza nuta - charakterystyczna dla miejsca, w którym ktoś naprawdę wierzył, że cukier rozwiązuje więcej problemów, niż powinien. Może rzeczywiście coś w tym było, może dlatego nigdy nie byłem fanem słodyczy - jeszcze miałbym za spokojne życie, a ja przecież żyłem problemami, zarówno cudzymi, jak i własnymi, chociaż tych ostatnich zaczęło się robić jakby mniej, a przynajmniej takie miałem wrażenie po ostatniej, wyjątkowo dobrej nocy. Zrobiłem kilka kroków, pozwalając spojrzeniu jeszcze raz prześlizgnąć się po pomieszczeniu, przyzwyczajając wzrok do bursztynowego światła, które zdawało się tu sączyć z każdej lampy. Dopiero po sekundzie dostrzegłem ruch, którego szukałem - Nora była pochylona nad gablotą, co oznaczało, że ze swoimi gabarytami prawie znikła za pączkami. Widziałem tylko jej ramiona, wciąż zajęte pracą, i tę charakterystyczną determinację, którą znałem aż za dobrze. Potrafiła traktować swoje wypieki tak jak niektórzy traktowali artefakty wymagające odpowiedniego ustawienia, podświetlenia, szacunku. Nie chciałem być przyczyną katastrofy cukierniczej, więc po prostu czekałem, stojąc w półcieniu, z rękami w kieszeniach. A potem nagle wyskoczyła zza lady, jakby ktoś nacisnął ukryty przycisk, zdążyłem ledwie zamrugać i już zobaczyłem w jej spojrzeniu tę iskierkę rozpoznania, która u większości ludzi zwykle była zarezerwowana dla osób darzonych prawdziwą sympatią. To mnie trochę dziwiło - to, że kiedy Nora Figg patrzyła na ludzi, z którymi teoretycznie nie łączyły jej wieloletnie znajomości, czyli jak ze mną, jej twarz od samego początku wyglądała, jakby naprawdę się cieszyła, że istnieją. Na jej ustach pojawił się ten charakterystyczny, szeroki uśmiech, który zawsze sprawiał, że człowiek czuł się mile widziany, nawet jeśli przyszedł tu z połową głowy w innym świecie. Pomachała do mnie z takim entuzjazmem, że przez sekundę miałem wrażenie, iż jeśli nie odwzajemnię gestu, to popełnię jakieś towarzyskie przestępstwo. Podniosłem rękę, odmachiwując jej na powitanie - krótkie, trochę niezdarne, ale szczere. Zrobiłem kilka kroków w jej stronę, ostrożnie omijając krzesło, które ktoś niedbale odsunął, zatrzymałem się tuż przed ladą, wciągając powietrze, jakbym próbował odgadnąć skład wszystkiego naraz. Entuzjazm Nory nie malał, a ja zdałem sobie sprawę, że chyba naprawdę się było jej miło, że mnie widzi. To było… Rzadkie uczucie ostatnio. Tym bardziej łatwo było polubić tę blondynę. Wyglądała, jakby cały lokal trzymał się na jej energii, a nie na fundamentach. - Cześć. - Oparłem dłoń o ladę, starając się nie wdychać zbyt głęboko jej zabójczo intensywnej herbaty. - Placowity wieczól? - Zapytałem, unosząc brew. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Nora Figg - 10.12.2025 W Norze być może nie panował tłok, jednak wiele stolików było zajętych. Ludzie gawędzili sobie po cichu, zajadając się przy tym słodkimi wypiekami. Mogli na chwilę oderwać się tutaj od tej szarej, smutnej, jesiennej rzeczywistości. Klubokawiarnia bowiem nadal wydawała się znajdować w środku lata. Miejsce było kolorowe, na stolikach znajdowały się różowe, cięte kwiaty, z gablot wypieki w najróżniejszych barwach zachęcały do tego, aby po nie sięgnąć i zjeść. Bardzo dobrze obrazowały to, co siedziało w właścicielce tego miejsca. Panna Figg starała się, aby ono odzwierciedlało jej całą osobowość. Skrupulatnie układała ostatnią porcję wypieków, które wyszły tego dnia z pieca, nie miała w planach niczego więcej tworzyć, spodziewała się, że taka ilość, która została po tym intensywnym dniu wystarczy na wieczór. Miała spore grono gości, którzy lubili zagryzać cierpkie wino słodyczami, sama nie należała do osób, które tak robiły, ale nie miała nic przeciwko innym gustom. Postawiła blachę na blacie, który znajdował się za nią, no i w między czasie dostrzegła tę znajomą sylwetkę. Zareagowała odruchowo, to znaczy nie do końca, bo tylko mu pomachała na przywitanie, normalnie pewnie jeszcze krzyknęłaby coś entuzjastycznie, ale nie chciała przeszkadzać obecnym w lokalu klientom, dlatego powstrzymała się przed tym. Nie znała Benjy'ego dobrze, ale wzbudził jej sympatię. Mimo tego, że wyglądał jakby mógł bez problemu zabić w jednym momencie kilka osób, to przy bliższym poznaniu okazał się być całkiem sympatyczny i profesjonalny. Jak jej brat był klątwołamaczem, wiedziała, że to był ciężki kawałek chleba. Zmierzał w jej kierunku, przyglądała się temu jak się poruszał, każdy krok który stawiał wydawał się być pewny. Uśmiech nie schodził z twarzy Nory, nie było w tym ani odrobiny fałszu, naprawdę cieszyła się z tego, że zobaczyła znajomą twarz. To było zupełnie szczere, wiedziała, że Benjy był znajomym Ambroise'a co świadczyło o tym, że mogła mu ufać, nie musiała się go obawiać, jej przyjaciel nie podsunąłby pod jej nos kogoś, na kim nie można było polegać, zresztą już się o tym przekonała podczas jego kilku wizyt w tym miejscu. - Cześć. Dobrze Cię widzieć. - Nie wiedziała, czy wypada zapytać o to, czy wszystko się udało podczas jego wyprawy, bo trwała ona dość krótko, chyba nie powinna wścibiać nosa w nieswoje sprawy. - Taki sobie, jeszcze nie wszystko wróciło do normy, ale nie mogę narzekać. - Norka nie należała do osób, które się żaliły, na swój los, czy nadmiar pracy. Nie miała w zwyczaju tego robić, uwielbiała to, czym się zajmowała, chociaż ostatnio brakowało jej czasu na sen przez nadmiar obowiązków, jakoś to przetrwa, później na pewno będzie lepiej. - Widzę, że wróciłeś ze swojej wyprawy, wszystko poszło w porządku? - Jednak postanowiła o to zapytać, chociaż odpowiedź nasuwała się sama, bo przecież tutaj stał, cały i żywy, co na pewno było sukcesem. - Nie miałam okazji Cię o to spytać... - Zaczęła bardzo poważnie, skłoniła się nawet o krótką pauzę. - Jakie słodycze lubisz najbardziej? - Wpatrywała się w niego uważnie, czekając na odpowiedź, to było bardzo, ale to bardzo istotne pytanie, które mogło jej dać odpowiedź na wiele pytań, między innymi to, jakim był człowiekiem, bo wybór ulubionej słodkości mówił wiele o osobie. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 11.12.2025 Zsunąłem dłonie do kieszeni, pozwalając oczom przebiec po kolorowych stolikach, po kwiatach, po wszystkim, co wyglądało, jakby Nora własnoręcznie ocaliła to miejsce przed jesienią. Przesunąłem się bliżej, żeby nikt przy stolikach nie podsłuchiwał zbyt chętnie. - Ciebie tesz. - Odpowiedziałem całkiem szczerze. Figg wyglądała na naprawdę szczerze ucieszoną, rzadko kiedy ktoś tak reagował na mój widok. To było… Dziwnie miłe. - Dzięki jeszcze las za te kanapki, nawiasem mówiąc. - Uśmiechnąłem się krótko, bo naprawdę nie spodziewałem się podobnego gestu, zaskoczyła mnie nim, ale w taki sposób, że nie zamierzałem jej tego zapomnieć - nawet nie przez wzgląd oddawania długów, tylko zwykłej, ludzkiej koleżeńskości. Może mieliśmy głównie zawodowe relacje, ale prywatnie też zaczynałem ją lubić. - S tym wlacaniem do nolmy… - Kolejny raz rozejrzałem się po lokalu, po tych wszystkich dekoracjach, światłach, letnich kolorach i ludziach, którzy najwyraźniej przyszli tu po chwilę wytchnienia od wszystkiego, co działo się na zewnątrz. - Wygląda na to, sze ladzisz sobie lepiej nisz większość Londynu. - Kącik ust uniósł mi się w krótkim uśmiechu, nawet jeśli wydawało mi się, że wiem, z czym mogła się wiązać praca nad odbudową czegoś, co kiedyś było normalnym stanem rzeczy. Nie byłem jednak z ludzi, którzy nieproszeni wtrącali się w nieswoje sprawy, zwłaszcza nie będąc na tym zażyłym poziomie relacji, na którym można byłoby pytać o drugie dno odpowiedzi, a my szybko przeszliśmy dalej. - Wyjazd… Poszedł w posządku. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była drobnostka. - Ostatecznie nawet balso. Miał być na stałe, ale… - Tu parsknąłem krótkim, cichym półśmiechem, bo przecież teoretycznie było to znane nam obojgu, a jednak jakimś cudem staliśmy tu razem i prowadziliśmy rozmowę. - Chyba nie wyszło mi pelmanentne szegnanie się s Wyspami. - Powiedziałem lekko, jakby to było najoczywistsze na świecie, chociaż dla mnie samego wcale takie nie było. Unosząc jedną rękę z kieszeni, odwróciłem ją tak, by błysk obrączki złapał światło jej uroczych, ciepłych lamp. Prezentacja była luźna, bez patosu, bardziej jak ktoś, kto wizualnie stwierdzał fakt, niż ktoś, kto zamierzał robić wielką sprawę z tego, że zupełnie zmienił wszystkie swoje plany - nie na najbliższe dni, tygodnie ani lata, tylko na resztę życia. - Muszę jeszcze las wyjechaś w pszyszłym tygodniu, ale tym na klótko. I… - Stuknąłem knykciami o blat, szukając odpowiedniego słowa. - Pliolytety tlochę mi się zmieniły. Plywatne splawy wyglywają s lesztą planów, jakby nie patsześ. - Kącik ust drgnął mi w półuśmiechu, trochę zmęczonym, trochę rozbawionym. Kiedy zapytała o słodycze, parsknąłem cicho, bo to pytanie brzmiało tak bardzo „Nora”, że aż trudno było się nie uśmiechnąć. - Ulubione? Dobla, ale nie śmiej się. - Skrzywiłem się lekko, bo brzmiało to jak oczywista klisza. - Beignets. Takie uczciwe, jeszcze ciepłe, s toną cuklu pudru, od któlego człowiek wygląda, jakby włoszył nos nie w tę tolebkę, co tszeba. - Pozwoliłem sobie na takie porównanie, bo czemu nie? Uśmiechnąłem się kącikiem ust. - Pasuje ci to do mojej osobowości? Czy muszę udawaś, sze lubię coś balsiej wylafinowanego? - Przechyliłem głowę, zastanawiało mnie jej pytanie i osąd eksperta, skoro już je zadała. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Nora Figg - 11.12.2025 Uśmiechnęła się promiennie, kanapki... fakt, zrobiła mu parę na drogę. Tak już miała, że jakoś odruchowo przychodziło jej troszczenie się o wszystkich, dosłownie wszystkich, wystarczyło, aby ktoś pojawił się raz, czy dwa w cukierni, by zamieniła z nim parę zdań, a już uznawała, że ma prawo do dokarmiania go. Gdy więc tylko dowiedziała się o tym, że Benjy wyrusza w drogę to postanowiła go zaopatrzyć w kanapki, zmartwiona, że być może będzie głodny. Odruch, był to zwyczajny, ludzki odruch. - To drobiazg. - Naprawdę to nie było nic wielkiego. Zrobienie kilku kanapek więcej dziennie, do tego tylko jeden raz, zupełnie tego nie odczuła, a on przynajmniej miał pełny brzuch. Oczy jej błysnęły, gdy wspomniał o tym, że radzi sobie lepiej od większości Londynu. Starała się, naprawdę się starała, aby jej dobytek jakoś wyglądał, poświęcała na to bardzo dużo czasu, całkiem miło było usłyszeć od kogoś taki komplement, bo skoro on to widział, to pewnie inni też. - Robiłam co w mojej mocy, aby wszystko jak najszybciej działało jak powinno. Cieszę się, że to widać. - Bardzo długo dążyła do zdobycia tego miejsca, kosztowało ją to sporo pracy i poświęceń, więc nie mogła się poddawać tylko przez to, że stolica spłonęła, wręcz przeciwnie, szybko zakasała rękawy do działania. - To najważniejsze, że wszystko się udało. - Norka była w tym całkiem szczera, miała sobie taką życzliwość, którą raczej rzadko się spotykało. - To dobrze, czy źle? - Zapytała, bo nie mogła mieć pewności, czy był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Miała świadomość, że to nie było miejsce na ziemi dla wszystkich. - Och. - Wyrwało jej się, nie musiał już teraz odpowiadać na to jej krótkie pytanie, czy to dobrze, czy źle. Obrączka na palcu, która mieniła się w świetle lampy była na to odpowiedzią. Po pożarach chyba wszyscy zaczęli brać śluby, niesamowite, nie dziwiło jej to wcale, bo takie tragedie pokazywały jakie życie może być kruche. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, zabawne było to, że ona przy okazji pożaru zerwała swoje zaręczyny, a inni zaczynali zupełnie nową drogę życia. - No tak, w takim wypadku nie ma co do tego wątpliwości, że prywatne sprawy wygrywają. - Wcale jej to nie dziwiło, skoro był świeżym mężem to na pewno wolał być tutaj na miejscu, miał ku temu powód. - W przyszłym tygodniu? - Uniosła pytająco brew, będzie musiała to zapamiętać i przygotować mu kolejną porcję kanapek na drogę. - Nie ma szans, że będę się śmiać, to bardzo poważna sprawa, możesz być ze mną szczery, nie oceniam wyborów słodyczowych, jakie by one nie były. - Czekała na odpowiedź, naprawdę było to dla niej ważne, miała świadomość, że ludzie mieli różne gusta, a jej mogły one o nich wiele powiedzieć. - Nie musisz niczego udawać, a wybór, w sumie niby prosty, ale jednak ma w sobie coś ekscentrycznego, jak na Londyn, będę musiała dorzucić je do mojego menu. Ten cukier puder robi robotę, to prawda, czasem wystarczy kilka składników, aby wszystko spinało się idealnie. Niby klasyk, ale jednak trochę nie do końca. - Zastanawiało ją skąd się wziął ten wybór, pewnie kojarzył mu się z jakimś miejscem, czy czasem, zazwyczaj ludzie właśnie na tej podstawie wybierali swoje ulubione słodkości, wcale nie musiały im najbardziej smakować. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 11.12.2025 Ciepłe i niewymuszone gesty zazwyczaj mnie peszyły, ale skoro Nora rozdawała je jak cukierki, to głupio byłoby nie docenić. Nie każdy odruchowo pamiętał, że ktoś inny mógł zgłodnieć w drodze. Człowiek by pomyślał, że po tylu latach w terenie umie planować jedzenie, ale najwyraźniej wciąż się łudziłem, że da się funkcjonować na samym uporze. Kanapki były wybawieniem, serio. - Dlobiazg czy nie, tlafiły idealnie. - Uśmiechnąłem się lekko, bardziej oczami niż ustami, kiwnąłem głową w podzięce. Przesunąłem spojrzeniem po wnętrzu jej klubokawiarni, po tych wszystkich kolorach, kwiatach, wypiekach, które wyglądały jak manifest przeciwko jesiennej depresji - gdy mówiła, że robiła, co mogła, widziałem to na każdym centymetrze tego miejsca. Patrzyłem, jak jej twarz rozjaśniła się przy mojej uwadze o normalności. To było bardzo „norowe”, już zdążyłem to dostrzec, reagować szczerym błyskiem na coś, co ktoś inny zbyłby wzruszeniem ramion. Nie przesadzałem, mówiąc, że radziła sobie lepiej niż większość miasta - to akurat mogłem ocenić eksperckim okiem - dużo widziałem, w wielu krajach, po przeróżnych katastrofach. Ludzie zwykle zapadali się pod ciężarem tego, co musieli odbudować. Ona… Nie wyglądała na kogoś, kto by się poddał. - No, widaś. - Skinąłem głową. - Nie kaszdy stawia miejsce na nogi tak szybko. Większość dalej udaje, sze posządek zlobi się sam. Ty… Widaś, sze tu placuje ktoś, komu zaleszy. - Nie byłem człowiekiem od długich komplementów, ale prawda była prosta - to miejsce wyglądało tak, jakby ktoś codziennie wlewał w nie całe serce, to było więcej niż „norma”. Nora wyglądała na szczerze uśmiechniętą, a ja dość rzadko spotykałem ten rodzaj życzliwości, który nie miał w sobie ani grama ciekawskiej nachalności. - Mhm, udało się. - Potwierdziłem spokojnie. W porównaniu z miejscami, w których spędziłem połowę życia - dżunglami, bagnami, miejscami przeklętymi zarówno dosłownie, jak i w przenośni - europejska robota miała być wręcz wyjazdem sanatoryjnym, tyle tylko, że - cóż - chodziło o Rumunię, a Rumunia… Spełniła chyba wszystkie moje niekoniecznie atrakcyjne oczekiwania - i kilka więcej, jeśli miałbym być szczery, ale to już była kwestia doborowego towarzystwa, nie zamierzałem się nad tym rozdrabniać, najważniejsze, że wyszło dobrze. Teraz pozostało tylko wrócić tam, aby dopiąć ostatnie szczegóły sprawy - już praktyczne, nie tylko teoretyczne, wypełnić ustalenia. W porównaniu z zadaniami, podczas których dorabiałem się siwych włosów, to miała być… Wycieczka szkolna. Na jej pytanie o to, czy „to dobrze czy źle”, otworzyłem usta, odchrząkując z namysłem, ale wtedy właśnie padło jej krótkie „och”, kiedy dostrzegła obrączkę, to oszczędziło mi długich wyjaśnień. Nie to, bym kiedykolwiek zamierzał wdawać się tutaj w tak osobiste rozmowy, wbrew pozorom, raczej ceniłem sobie prywatność, gdy nie chodziło o kilkoro najbliższych ludzi i prywatne pomieszczenie. Nie musiała wiedzieć, jak bardzo nie planowałem wracać, ani jak bardzo to wszystko - Londyn, ta decyzja, ten zwrot w życiu - zaskoczyło mnie bardziej niż jakakolwiek starożytna pułapka w ruinach. Wystarczyło, że mój stały powrót był raczej jasną sprawą. Prywatne zobowiązania musiały wygrać, należałem do ludzi, którzy zbyt długo odkładali je na później. Nie przesadzałem - spędziłem pół życia w różnych dziwnych miejscach, w tym w kilku, których nie dało się znaleźć na oficjalnych mapach, więc kiedy w końcu postanowiłem nie być tylko człowiekiem od zleceń, okazywało się, że nie mam pojęcia, jak żyje się normalnie, ale próbowałem. To oznaczało konieczność wprowadzenia zmian w schematach postępowania, przede wszystkim w wykonywaniu czynności zawodowych. Uniosła brew na „przyszły tydzień”, więc machnąłem lekko ręką. - Tak, przyszły tydzień. - Skinąłem głową. - Jedynie Eulopa. Nic dzikiego. - „Nic dzikiego” w ustach klątwołamacza mogło znaczyć wszystko i nic, więc możliwe, że to nie zabrzmiało wcale jak „nic takiego”, w ujęciu ludzi przyzwyczajonych do mieszkania w jednym regionie, ale dla mnie to naprawdę nie było nic wielkiego, nic na miesiące, nic, nad czym warto byłoby się rozwlekać, tym bardziej, że temat był dosyć dyskretny. - Wlacam od lasu, jak upolam się s jednym upaltym klientem. - Stwierdziłem lakonicznie. Pochyliłem się nieco, gdy mówiła o słodyczach, tak bardzo poważnie, jakby właśnie przeprowadzała wywiad kwalifikacyjny do jakiegoś klubu miłośników cukru, a potem padło słowo „ekscentryczne”. Uniósłem brwi. - Ekscentlyczne? Beignets? - Prychnąłem, rozbawiony. To słowo wyjątkowo mnie bawiło, bo z całej mojej przeszłości - prawdziwej czy tej, którą wolno mi było opowiadać - akurat słodycze były najmniej dziwaczną rzeczą, jaka mnie ukształtowała. - Nola, na litość. Dla londyńczyków mosze to bszmi jak egzotyka, ale dla mnie to… Najbalsiej kliszowy wyból, jaki istnieje. - Zerknąłem na nią spod rzęs, jeszcze wciąż uśmiechnięty, zmrużyłem oczy z lekkim rozbawieniem. Klasyk, jasne, ale podpisany pod nim regionem, wilgocią powietrza i akcentem, który potrafił skrzywdzić każde słowo - tego się chyba człowiek nie pozbywał, nawet jeśli połowę życia spędzał tułając się po jakichś ruinach, dżunglach i starych grobowcach. - Jeśli doszucisz je do menu, będę musiał splawdzaś, czy lobisz je dobsze. Wiesz… S obowiązku obywatelskiego. - Uśmiechnąłem się z ukosa, to był żart, bo z pewnością miały być idealne. - To plawie tak, jakby ktoś stąd deklalował miłość do helbatników imbilowych na święta. - Spojrzałem na nią z lekkim błyskiem w oczach. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Nora Figg - 11.12.2025 Nora dbała o swoich bliskich i o bliskich swoich bliskich. Bardzo łatwo jej to przychodziło, a skoro Ambroise polecił jej usługi Fenwicka, to spodziewała się, że się znają, więc całkiem proste było to, że starała się być dla niego po prostu miła. Nie miała pojęcia, czy miał kogoś, kto mu robił kanapki, ale jedzenia w drodze nigdy zbyt wiele, szczególnie takiego od serca, a kiedy sama już coś przygotowywała dla kogoś, to zawsze było to odpowiednio dopieszczone. - To wspaniale, będę pamiętać na przyszłość. - Być może kiedyś znowu się dowie o tym, że miał wyruszyć w drogę, nie spodziewała się jednak, że dojdzie do tego tak szybko... Teraz przynajmniej nie musiała się będzie zastanawiać nad jego upodobaniami smakowymi, chociaż czasem lubiła zaskakiwać osoby, którym szykowała jedzenie i sprawdzać ich reakcje na nowe przysmaki. - Cóż, niestety dosyć szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nic, nigdy nie zrobi się samo. Trzeba poświęcić temu odpowiednią ilość czasu i pracy, ale jest warto, warto kiedy widać efekty. - Figgówna była okropnie pracowita, już za czasów kiedy pomagała babci w karczmie w Dolinie, gdy jednak otworzyła swój własny lokal musiała dawać z siebie jeszcze więcej, bo tylko i wyłącznie od niej samej zależało to, czy wszystko jej się powiedzie. Niosło to za sobą pewne wyrzeczenia, rzadko kiedy można było ją spotkać poza cukiernią, ale przynosiło to oczekiwane efekty. Ludzie lubili tu przychodzić, a ona lubiła ludzi, lubiła ich uszczęśliwiać swoimi wypiekami, więc wszyscy byli zadowoleni. - Wiesz, zainwestowałam w to miejsce tyle pieniędzy, że po prostu musi mi na tym zależeć. - Jak wiadomo nieruchomości w tym miejscu... były okropnie drogie, nie miała za bardzo innego wyboru, żeby trzymać wszystko w ryzach. Skinęła tylko głową, gdy potwierdził, że wszystko się udało. Nie pytała co, nie musiała tego wiedzieć, z grzeczności chyba w ogóle padło z jej ust to pytanie. Nie było w nim niczego nadzwyczajnego, ktoś wyjeżdżał, w jego przypadku wiązało się to jeszcze z dość niebezpiecznym zawodem, więc gdy wracał to miała w zwyczaju pytać o to, czy wypad się udał. Gdyby się nie udał, to spytałaby jak bardzo, próbowała nieco pocieszyć, jeśli jednak się udał to nie musiała nic mówić. Obrączka była całkiem wymownym symbolem. Najwyraźniej postanowił tutaj zostać ze względu na to, że miał kogoś bliskiego, to był bardzo dobry powód do tego, by nie ruszać w drogę. Miała ochotę zapytać go, dlaczego nie poprosił ją o tort na ślub, a może zamówił gdzieś indziej? Nie zrobił by jej chyba tego... musiał być tort na ślubie, na pewno jakiś był. Odsunęła jednak od siebie te myśli. - Skoro tak mówisz, mam wrażenie, że dla Was klątwołamaczy pojęcie dzikości jest nieco inne od ludzi takich, jak ja. - Dla Nory nawet głupi wypad na weekend do Paryża był dziki, bo całe swoje życie spędziła w Wielkiej Brytanii, był taki moment, kiedy miała wyprowadzić się tam na czas stażu, ale nic z tego nie wyszło, bo trafiło jej się dziecko niespodzianka. - W takim wypadku życzę powodzenia. - No, żeby klient nie był za bardzo uparty, czy coś. Musiała zadać to pytanie o słodycze, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, zawsze, kiedy zaczynała nawiązywać z kimś relację to pytanie padało. Musiała wiedzieć, co może im podsyłać w listach, aby chociaż odrobinę umilić dzień. Przewróciła oczami. - No dobra, to dlatego, że nie jesteś stąd, dla Ciebie to klasyka, przy tym co tutaj tworzę to egzotyka, czy tego chcesz, czy nie ten wybór wyróżnia Cię na tle moich innych znajomych. - Musiała najwyraźniej nieco wytłumaczyć mu swój punkt widzenia. - Tak, może zanim zrobię to oficjalnie wyślę Ci kilka próbek, wiesz, pójdziesz na pierwszy ogień jako specjalista. - Często wykorzystwała najbliższych do tego, aby testowali jej wypieki, w tym wypadku zdecydowanie nie mogła zmarnować jego potencjału. - Coś jeszcze lubisz jeść z takich egzotycznych słodyczy, które raczej trudno tutaj dostać? - Zapytała bardzo niewinnie, a w głowie już widziała te wszystkie nowe smaki, którymi będzie mogła zacząć niedługo raczyć swoich klientów. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 11.12.2025 Parsknąłem pod nosem, kiedy tak z rozbrajającą pewnością mówiła, że „to ona będzie pamiętać na przyszłość” o tych kanapkach. Jej odruch dbania o ludzi był tak naturalny, że człowiek aż czuł się trochę… Przysposobiony, ale w dobrym sensie - takim, który nie przytłaczał. Nie byłem do tego przyzwyczajony, w mojej pracy większość troski kończyła się na zdaniu „daj znać, jeśli przeżyjesz”. Nora była… Innym światem, ciepłym, trochę chaotycznym, ale spójnym na swój sposób. - Pamiętaj tesz, jeśli zaczniesz mnie dokalmiaś legulalnie, to w końcu będę musiał zacząś płaciś abonament za te kanapki. - Rzuciłem półżartem, chociaż nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś o mnie dbał w tak prosty, ludzki sposób, gdyby rzeczywiście przyszło co do czego - swoją drogą, to pewnie mogłaby być całkiem opłacalna usługa, katering dla ludzi mojego pokroju, wysyłany przy pomocy sowy czy innego ptaka, nie brzmiał jak zły pomysł, zwłaszcza jesienią, bądź zimą, gdy temperatura nie doskwierała na tyle, by jedzenie popsuło się w trakcie przelotu. - Pszy twoim podejściu - kontynuowałem, zerkając na nią z ukosa - będziesz musiała kiedyś otwoszyś dlugi lokal, tylko na piekalnię, tylko dla ludzi, któlych legularnie kalmisz. - Uśmiechnąłem się pod nosem, to miejsce naprawdę wyglądało, jakby lato zatrzymało się tu specjalnie dla niej. Kwiaty, kolory, ciepłe światło… To wszystko miało sens dopiero, kiedy patrzyło się na Norę. Kiedy mówiła o tym, że nic się samo nie zrobi, pokiwałem głową - dobrze to znałem, to podejście, może nawet aż za dobrze - tyle, że u mnie objawiało się noszeniem skrzyń z artefaktami albo kopaniem się z upartą klątwą, która nie miała najmniejszej ochoty zejść ze starego grobowca. U niej cała ta walka była słodsza, dosłownie i w przenośni, ale w oczach rozpoznawałem to samo - determinację, która nie potrzebowała fanfar, żeby istnieć. W mojej pracy też nic nie robiło się samo, a jeśli już, to były to rzeczy, które chciały cię zabić. Wyciągnęła ze mnie lekki uśmiech - nie wielki, nie szeroki, ale prawdziwy, a kiedy przeszła do tematu mojej pracy, parsknąłem krótko. Wzruszyłem ramieniem, jakby faktycznie chodziło o wyprawę po świeże bułki, a nie o robotę, przy której ludzie zwykle kończą z brakującymi palcami albo gorzej. - Dzikość… - Powtórzyłem z lekkim rozbawieniem. - Wiesz, nie tszeba od lasu uganiaś się za anomaliami w dżungli, szeby przeżyś coś dzikiego. Londyn w weekend potlafi byś balsiej niebezpieczny nisz pół Amelyki Południowej. - Nie dodałem, że to akurat z różnych powodów, zamiast tego skinąłem jej głową w odpowiedzi na życzenia powodzenia. I jakimś cudem nagle przeszliśmy do słodyczy. - Jasne. Jestem w tym dobly. Konsumpcja to jedna z moich najbardziej loswiniętych umiejętności. - Spojrzałem na nią z tym lekkim, nieprzesadzonym uśmiechem, który potrafiłem z siebie wydobyć tylko w miejscach, gdzie czułem się względnie bezpiecznie. - Jeśli naplawdę chcesz wplowadzaś egzotykę, to zacznij od czegoś, co nie wystlaszy Anglików. Jesteście cholelnie wlaszliwi, z całym szacunkiem, widziałem ludzi, któszy panikowali pszy ostszejszej szalotce. - To był żart - i nie był. A potem padło pytanie, przez które przestałem się uśmiechać, bo przeszło mi przez głowę tyle smaków, wspomnień i miejsc, że musiałem na moment przymknąć oczy. Ludzie rzadko kiedy interesowali się moim żołądkiem, chyba że chcieli mi coś w nim rozerwać - niewielka odmiana. - Dobla, skolo chcesz egzotyki… - To słowo „egzotyka” nadal mnie bawiło, tak lekko, w tym kontekście, gdy oparłem się o ladę, jakbym zaraz miał wygłosić referat. - Kilka opcji by się znalazło. - Kiwnąłem głową, namyślając się przez chwilę. - Pão de mel. Miodowe ciastka, cięszkie i tlochę pszyplawowe, oblane czekoladą. Kilka wystalcza, by człowiek nie musiał jeść pszez pół dnia. - Pół życia w krajach, w których różne rzeczy smażyło się, piekło i karmelizowało albo dlatego, że było to pyszne, albo dlatego, że nie było nic innego do jedzenia… Dawało szerokie spektrum przykładów. - Pouding chômeul. To taki desel, któly sam sobie lobi sos. Wkładasz do piekalnika, zalewasz sylopem klonowym, wyjmujesz mokle i słodkie. Polvolones. - Dodałem zaraz po tym. - Kluche, lospadające się ciasteczka z masłem i cuklem. Sypią się wszędzie, ale walto. Niechcący zjada się wszystkie. Albo queijadinha. - Przekrzywiłem głowę, dochodząc do wniosku, że było tego od cholery, jak na kogoś, kto nie uważał się za „słodyczowego” człowieka. - Małe, kokosowo-selowe babeczki. Wilgotne, słodkie, lekko ciągnące. Wyglądają sklomnie, ale mają chalaktel. No i dulce de zapallo. - Skinąłem głową. - Plastly dyni gotowane w słodkim sylopie s pszyplawami. Lepkie, miękkie, alomatyczne. Doble na jesień. - Na koniec uśmiechnąłem się lekko. - I pan de muelto. - Powiedziałem, akcentując nazwę. - Słodkie, miękkie ciasto pachnące anyżem i skólką cytrusów. Jada się je na święto zmalłych. - Nachyliłem się nieco, porozumiewawczo. - Na Samhain miałabyś gigantyczną kolejkę pod dszwiami, gwalantuję. - Teoretycznie to był żart, w praktyce pewnie i tak miała ją mieć, ale fakt faktem, z pewnością cieszyłoby się zainteresowaniem. RE: [9/10/72] If you need me, I’ll be hiding in plain sight | Benjy, Nora - Nora Figg - 12.12.2025 Sama sobie przyzwalała to, żeby dbać o wszystkich wokół. Nie pytała, czy tego potrzebują, czy tego chcą, po prostu nie mieli innego wyjścia, jak przyzwyczaić się do tego, że kiedy już chociaż odrobinę weszli do jej świata, to niosło to ze sobą pewne profity, nawet kiedy ich nie potrzebowali. Zresztą czy naprawdę istniał ktoś, kto wzgardziłby przygotowywanym przez nią jedzeniem, no nie wydawało jej się. - Wystarczy, że przyjdziesz od czasu do czasu pogadać, nie będzie potrzebna inna zapłata. - Dla Nory dość istotne było to, aby inni po prostu o niej pamiętali, wpadali do niej raz na jakiś czas. Dzięki temu miała pewność, że wszyscy żyli, co aktualnie nie było wcale takie oczywiste, zważając na to co działo się w Wielkiej Brytanii. - To nie jest wcale taki głupi pomysł, obawiam się jednak, że wtedy ta druga cukiernia zyskałaby całe moje zainteresowanie, dobrze jest rozpieszczać ludzi, ale najlepiej tych najbliższych. - Dodała z uśmiechem, zabawne, bo był taki moment, kiedy myślała o otworzeniu drugiego lokalu, to co wydarzyło się w Londynie jednak całkiem skutecznie odsunęło od niej ten pomysł. Figgówna była okropną perfekcjonistką jeśli chodziło o jej pracę. Angażowała się w każdą, najdrobniejszą sprawę w cukierni, niby miał kto za nią stać przy ladzie, miała Wendy, czy innych pracowników, ale nie potrafiła odpuścić i chować się na zapleczu, bo za bardzo lubiła towarzystwo ludzi, przez co musiała dzielić czas na wszystkie obowiązki, a tak właściwie to zarywać noce, aby się ze wszystkim wyrobić, nigdy jednak nie narzekała na swój los, bywała zmęczona, ale uśmiechy ludzi, którzy pojawiali się w tym miejscu wynagradzały jej to wszystko. - Nie da się zaprzeczyć, że tutaj też potrafi być dziko i to nie tylko wtedy, kiedy śmierciożercy postanawiają podpalić całe miasto. - Weekendowe wieczory rządziły się swoimi prawami, niektórzy ludzie pod wpływem alkoholu i innych substancji zmieniali się w dzikie zwierzęta, nie do końca panowali nad tym, co działo się wokół nich. Sporo w swoim życiu widziała. Parsknęła, kiedy wspomniał o tym, że konsumpcja jest jedną z jego najbardziej rozwiniętych umiejętności, nie mogła się powstrzymać. - To prawda, ludzie są tutaj okropnie zachowawczy. - Lubili klasykę, rzadko kiedy więc mogła się skłonić ku odrobinie szaleństwa, to nie tak, że jej się to nie zdarzało, ale raczej przemycała pojedyncze, nowe smaki, które mogły wydawać się kontrowersyjne, czy jeden rodzaj wypieków. - Czekaj, czekaj, nie tak szybko. Nie może mi nic umknąć. - Wyciągnęła notesik ze swojego fartuszka, położyła go na ladzie, w dłoni trzymała ołówek, zaczęła skrupulatnie zapisywać po kolei listę deserów, wraz z dopiskami, będzie musiała się w tym później jakoś połapać. Benjy opowiadał, uniosła głowę kilka razy, aby na niego spojrzeć i widziała, że chyba przenosił się do zupełnie innych miejsc, uwielbiała kiedy ludzie opowiadali jej o swoich przysmakach, pojawiał się na ich twarzy wtedy ogromny spokój, jakby nic więcej poza tym jedzeniem nie istniało, naprawdę wspaniały widok, prawie tak samo wspaniały jak klienci rozpływający się nad jej słodkościami. - Nie wiem, czy uda mi się wprowadzić wszystko, ale dałeś mi tyle możliwości, że na pewno coś wykorzystam przy najbliższej zmianie menu, będę musiała trochę nad tym popracować. - Oczy jej się zaświeciły na samą myśl o tym, że będzie mogła to wszystko przetestować. - Skoro gwarantujesz wielką kolejkę, to nie widzę innej możliwości. - To brzmiało jak plan, całkiem sprytny, sezon jesienny prosił się o to, aby go odpowiednio przywitać. |