![]() |
|
[09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy (/showthread.php?tid=5453) |
[09.10.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - Prudence Fenwick - 11.12.2025 Usłyszała historię o łyżce, o wyjątkowo podłej łyżce, miedzianej łyżce, wyczyszczonej na gładko, błyszczącej niczym lustro, która okazała się być bardzo trudnym przeciwnikiem... jak niby miała być poważna, kiedy opowiadał jej takie historie? No jak? Nie dało się, Benjy był niemożliwy, tylko jemu mogło przytrafić się coś podobnego. Zbyt szybko rzucone zaklęcie, kąt odbicia nieodpowiedni... zakończyło się to petryfikacją, niesamowite, naprawdę niesamowite. Starała się nie parsknąć śmiechem, mówił o tym tak, jakby to było naprawdę bardzo trudne starcie, z potężnym przeciwnikiem, okazywało się, że nie można lekceważyć łyżki. Musiała to zapamiętać, mogło się jej przydać w przyszłości. Zrozumieli, że nie potrzebują dzisiaj żadnej iluzji, czy zauroczenia, wystarczyć musiało to, jak prezentowali się bez magii, a cóż, co do tego miała drobne wątpliwości zważając na miejsce, do którego mieli wejść, ale skoro świat tak chciał, to na pewno wszystko miało się udać bez żadnych komplikacji, bo był to ich dzień, a właściwie to noc. Nie miała wątpliwości co do tego, że uda im się spełnić swoje założenia. Byli uparci, i ona i on, i jeśli czegoś chcieli to nic nie mogło stanąć im na drodze, a dzisiaj chcieli spędzić noc dokładnie w tym miejscu. Znowu znaleźli się przed drzwiami, wyłonili się z przesmyku zupełnie niezauważenie i ponownie znaleźli się przed tym ogromnym budynkiem. Nie zamierzała dłużej zwlekać, czy podejmować kolejnych prób, szkoda było czasu na takie rzeczy. Zwłaszcza, że już od jakiegoś czasu ledwie się trzymali, gdy zbyt długo spoglądała mu w oczy miękły jej nogi i bardzo chciała zatracić się w smaku jego ust, ale to nie było wskazane, bo gdyby tak się stało to pewnie nigdy nie trafiliby do środka. Resztką samozaparcia powstrzymywała się przed tym, aby się do niego za bardzo zbliżyć. Nie puszczała przy tym dłoni Benjy'ego, nadal mieli splecione palce, bardzo naturalnie przywykła do ciepła jego skóry pod swoją. Odetchnęła głęboko, nim weszli do środka. Zrobili to zaraz po tym. Prue rozejrzała się po wnętrzu, które było jeszcze bardziej przytłaczające niż sam budynek, nie mogła jednak dać po sobie, że nie przywykła do takich miejsc, musiała udawać, że doskonale się tutaj odnajduje, to była jedyna metoda. Portier spojrzał na nich spode łba, jakby nie do końca był przekonany zasadnością ich wizyty w tym miejscu, nie odezwał się jednak ani słowem, bo zauważył, że podeszli do recepcji, nie chcieli zacząć tu żadnej burdy, chociaż wydawało mu się, że właśnie z takiego powodu się tutaj znaleźli. Pierwszy krok za nimi, nie zostali wyrzuceni tuż po przekroczeniu progu, teraz czas na kolejny, każdy ten mały kroczek prowadził ich do przypieczętowania swojego związku małżeńskiego, więc warto było skupić się na ich realizacji. Znaleźli się przy wielkiej ladzie, Prudence przystanęła przed nią spoglądała na młodą blondyneczkę, która nie była szczególnie zadowolona z tego, że musiała spędzić tę noc w pracy, a przynajmniej o tym świadczyła jej mina, może była po prostu zmęczona, chyba nie, bo wtedy, aż tak by się nie krzywiła. Podeszła w końcu do nich, zmierzyła ich wzrokiem, niezbyt przyjemnym, oceniającym, ale nie skomentowała w żaden sposób tego jak wyglądali. - W czym można... państwu pomóc? - Zapytała niby grzecznie, ale Prue nie mogła się pozbyć wrażenia, że to jedno słowo ledwie przeszło jej przez gardło, okropnie się skrzywiła przy tym, kiedy je wypowiadała. Nie było jednak tak źle, nie pokazała im, gdzie jest wyjście, więc naprawdę kolejny mały krok został osiągnięty, jeszcze jakiś jeden, a klucze znajdą się w ich rękach i wtedy trafią do pokoju, w którym chcieli się znaleźć od kliku godzin. RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - Benjy Fenwick - 11.12.2025 Prue próbowała utrzymać powagę, ale wiedziałem, że częściowo, ociupinkę, przegrała tę walkę w chwili, gdy z jej nosa wydostało się to maleńkie, powstrzymywane parsknięcie. Oczywiście, że ją bawiłem, i dobrze, bo zanim przeszliśmy przez szklane drzwi Savoyu - wszystko było lekkie, miękkie, nasze. Byłem jeszcze Benjy’m z przesmyku, tym rozbawionym, pijanym nią mężczyzną, kiedy śmiała się z mojej historii o miedzianej łyżce, tej zdradzieckiej, błyszczącej, która odbiła zaklęcie jak pełnoprawny czarnoksiężnik. Dopóki byliśmy tam, w półmroku, świat był prosty - ona, ja, śmiech dławiony w jej gardle - miałem ochotę ją pocałować za samą próbę zachowania powagi, ale byliśmy już tuż przy drzwiach hotelu, a wizja nigdy-nie-wejścia rzeczywiście zaczynała być realna, więc zebrałem w sobie ostatki samokontroli, które posiadałem. Wkroczenie do wnętrza budynku było jak wejście do zupełnie innego świata - marmur, kryształ, ten zapach przesadnie drogich olejków i świeżo woskowanego drewna, którego nienawidziłem jako dziecko, bo oznaczał długie godziny wśród ludzi, których nie cierpiałem. Savoy pachniał pieniędzmi i pychą - idealne środowisko dla kogoś, kim mógłbym być, gdybym nigdy nie uciekł. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, portier spojrzał na nas tak, jakbyśmy przynieśli deszcz do świątyni, ja natomiast niemal odruchowo spojrzałem na niego tak, jak kiedyś patrzyli moi wujowie - tak jak się patrzyło na kogoś, kto za długo oddycha twoim powietrzem. Przestałem być tym kimś, kto przed chwilą opowiadał swojej żonie o dramatycznym pojedynku z łyżką. Moje ramiona wyprostowały się w sposób, którego nie planowałem - po prostu wróciło mi to do mięśni, impuls, to był ten rodzaj głęboko zakorzenionej pamięci ciała - mój kręgosłup wszedł w tę znajomą, arogancką linię, w spojrzeniu pojawiła się wyższość. Nie planowałem tego - gdybyśmy tylko skutecznie skorzystali z iluzji albo transmutacji, wynik zapewne byłby zupełnie inny, w końcu wszystko zaczęło się od tej jednej niewerbalnej oceny naszej prezencji - tyle tylko, że to już się stało. Nie było, co tego głębiej rozważać - ja na pewno tego nie robiłem, to było już jak działanie na automacie. Miękkość, którą miałem wyłącznie dla Prue, skurczyła się do mikroskopijnego punktu gdzieś pod moim mostkiem, a reszta mnie oblekła się w zbroję - elegancką, wbrew wyglądowi zewnętrznemu, lodowatą. Na mojej twarzy nie było już ani śladu tego mężczyzny, który pięć minut temu próbował rzucić na siebie zaklęcie mogące transmutować mu włosy w kępki zielonej, wiosennej trawy. Nie było już żadnej zawadiackiej krzywizny ust, żadnego ciepła w spojrzeniu - nic poza arystokratycznym, wiekowym chłodem, który znałem aż za dobrze. Czułem, jak moje barki prostują się bardziej, niż było to potrzebne, a spojrzenie robi się chłodne, precyzyjne, ostre jak nóż. Zostawiłem tamtego mnie za drzwiami - rozbawionego, zakochanego, grzejącego się pod jej spojrzeniem. W tym miejscu potrzebny był ktoś inny - ktoś, kim byłem dawno temu. Ktoś, kogo nienawidziłem. Ktoś, kto jednak… Doskonale znał zasady tej gry i był bardzo zmotywowany, by jednokrotnie zaznaczyć pozycję, z jakiej oboje tu wchodziliśmy, nawet jeśli to miałoby oznaczać metaforyczne zlanie lady. Savoy w tym pierwszym, wyjątkowo niegościnnym wydaniu stał się wyjątkowo brzydkim, ale potrzebnym zaklęciem, które zdejmowało mi z barków lata tułaczki i zostawiało tylko to, co wpojono mi w dzieciństwie. Dzieciaki pokroju tych wychowywanych w mojej rodzinie nie potrzebowały lekcji zachowania w miejscach takich jak to, nawet jeśli i tak ją dostawały, po prostu chłonęły atmosferę, sposób, w jaki dorośli unosili brody, w jaki przeciągali spojrzenia, jak mierzyli ludzi wzrokiem, oceniając, czy ci mają prawo zajmować przestrzeń, którą właśnie dzielą. Ten cholerny, zimny, arystokratyczny sznyt, który wpojono mi tak dawno, że nawet półtorej dekady życia w błocie nie potrafiło go całkowicie wyplenić. Wystarczyło trafić w zasięg wzroku recepcji. Klik. To był Rookwood - cała ta wychowana w marmurach, wiekowa, cholernie dumna linia rodowa - pazur wyniosłości, który człowiek nabywał szybciej niż moralność. Taki, którego Prue nie widziała od… Nigdy. Taki, który rezerwowano dla ludzi spoza naszego świata. Powiedziała, że powaga nie jest mi pisana. Może i nie - ale arystokratyczna buta? Och, w tym byłem karmiony od kołyski. Recepcjonistka była młoda, świeża, zbyt zmęczona, a już zdecydowanie nazbyt chętna, żeby oceniać. Zanim jeszcze otworzyła usta, zdążyła zmierzyć nas spojrzeniem, w którym znalazło się jedno wielkie „czy wy na pewno tu pasujecie?” Popełniła błąd. Podniosłem podbródek o ułamek cala - dokładnie tak, jak robił to mój ojciec, kiedy ktoś zapominał, że ludzie naszego pokroju nie proszą. W sekundę stałem się znów tym młodym dorosłym, który potrafił przejść przez jakikolwiek korytarz tak, jakby był jego właścicielem. Uścisk dłoni pozostał tak samo ciepły, ale moja postawa zmieniła się natychmiast - barki stały się jeszcze bardziej proste, broda lekko uniesiona, spojrzenie przecięło pomieszczenie. Dziewczyna zza lady spojrzała na nas z tym swoim skrzywionym, źle dopasowanym wyrazem twarzy - i o, to wystarczyło. Nie spojrzałem na recepcjonistkę od razu, pozwoliłem jej poczekać na ten przywilej. Dopiero, kiedy zdążyła wypowiedzieć to swoje zgrzytliwe „państwu”, podniosłem wzrok - powolny, oceniający, lodowaty - taki, który w szkole powodował, że uczniowie niższych roczników schodzili mi z drogi. Głos, kiedy się odezwałem, nie należał do Benjy’ego, którego znała dziś całą noc, nie - on obowiązywał, dopóki trzymaliśmy się w cieniu, dopóki nikt nas nie prowokował do reakcji. Ton - och, ten specyficzny ton - zsunął się na ten niski rejestr, który moja rodzina zawsze uważała za „naturalny ton ludzi na naszym poziomie”. Mój stary nauczyciel etykiety powiedziałby, że to sposób mówienia ludzi, którzy nigdy w życiu nie musieli niczego tłumaczyć. Nie „dwukrotnie” - wcale. - Pardon? - Uniosłem brew tak subtelnie, że stało się to bardziej oskarżeniem niż pytaniem. Paradoks, ironia, to było tak automatyczne, że prawie sam siebie tym zirytowałem. Oparłem wolną rękę na ladzie, nonszalancko, ale precyzyjnie - jak ktoś, kto podkreślał swoją pozycję, ten subtelny brak równowagi sił, rodzaj z dawna ustalonej hierarchii, oczekując obsługi na najwyższym poziomie i nie mając cierpliwości do niczego poniżej. - Pozwoli - nie posunąłem się do niczego, prócz zsunięcia wzroku na identyfikator, odczytując nazwisko z plakietki - pani? - Moje spojrzenie przeniosło się na palce blondynki. - Panno? Griffiths, że na początek - powiedziałem spokojnie, tonem, którego Prudence jeszcze ode mnie nie słyszała - aksamitnie miękkim, ale jednocześnie nacechowanym twardością mającą sprawić blondynie dyskomfort psychiczny, jak zaklęcie niewybaczalne, wejść jej w uszy, do mózgu i pod skórę - zadam pytanie, któle byś mosze pomosze nam uniknąś niepolozumień. - Słowa wyszły ze mnie z absolutną płynnością, tą wyniosłą płynnością ludzi, którzy nigdy w życiu nie walczyli o przetrwanie ani o wrażenie. Widywałem takie wnętrza, zanim jeszcze wiedziałem, co to jest odpowiedzialność. Bawiłem się pod podobnymi sufitami jako dziecko, ciągnięty za rękę przez matkę, która mówiła „Aloysius, plecy prosto, broda wyżej, nie patrz w oczy ludziom, którzy ci służą”. Później odwiedzałem takie miejsca jako młody mężczyzna, ale nadal z tym rodowym cieniem na barkach. To wszystko wróciło, automatycznie. - Czy ten wylas twaszy to państwa oficjalny sposób witania gości, czy tylko… Pszejaw złego wychowania? Blaku pszeszkolenia? Nikłego stażu w placy na pozycji wymagającej nienagannego opanowania? Wyczelpania? Chcemy to uznaś za wyczelpanie? Godzina jest późna. - Odpowiedź nie była tym, czego oczekiwałem, nie bawiło mnie patrzenie na kogoś, kto niechybnie miał się zachować jak ryba wyciągnięta z wody - rozchylone wargi, otwarte, zamknięte, otwarte usta - nic z tych rzeczy. - Dobsze. W takim lasie ploszę pozwoliś, sze przejdziemy od lasu do szeszy, bo nie wygląda pani na osobę w stanie do placy. Ploponuję zatem - dodałem spokojnie, z chłodnym uśmiechem, który absolutnie nie dotykał oczu - abyśmy zaczęli od nowa. Cieszę się, sze mimo wylaśnego zmęczenia znalazła panna w sobie odlobinę upszejmości, by zapytaś, w czym mosze nam pomóc. Szkoda jedynie, sze zabszmiało to tak, jakby pytała pani „dlaczego państwo tu pszyszli?” Co, jak sądzę, jest wynikiem niezamieszonej intonacji, gdysz Savoy z pewnością nie jest asz tak ekskluzywny, by mógł sobie pozwoliś na utlatę klasy wlas s późną godziną nocną. - Brakowało tylko „nieprawdaż?” Recepcjonistka połknęła ślinę, wyprostowała plecy, uśmiechnęła się sztucznie, poprawiając postawę jak uczennica przyłapana na ściąganiu. Dokładnie wiedziała, z kim rozmawia. - Szesz jasna, losumiemy, wlas z małszonką lówniesz mamy za sobą wyjątkowo długą noc. - Dodałem z tą samą lodowatą uprzejmością, co oznaczało mniej więcej tyle, co „i absolutnie nie mamy ochoty dyskutować o dostępności pokoi.” Czekałem na jej reakcję z tą samą cierpliwą wyższością, z jaką mój ojciec czekał kiedyś na skrzata, który przyniósł mu nieodpowiednio schłodzone wino. Przełknęła ślinę, kolejny raz, a jej mina zmieniła się diametralnie - z niesmaku w nerwową uprzejmość. Od niechęci do… Tego wymuszonego, uprzejmego spięcia, jakie obsługa hoteli zawsze miała, kiedy orientowała się, że jednak nie trafił im się turysta z ulicy, w liczbie dwóch, tylko klient, który może, jeśli zechce, wywołać kłopot. Spojrzała na nasze dłonie splecione ze sobą, potem na dokument, który wysunąłem na blat z precyzją kogoś, kto robił to setki razy, chociaż chwilę wcześniej - tam na ulicy - żartowałem z braku poszanowania dla oficjalnych rezerwacji. Dopiero, gdy blondynka schyliła się nad księgą meldunkową z prędkością kogoś, kto nagle bardzo dbał o swoją przyszłość zawodową, pozwoliłem sobie wrócić do trochę bardziej ludzkiej temperatury. Odwróciłem głowę do Prue - delikatnie, zupełnie innym ruchem, ta zimna maska, którą założyłem, nie dotyczyła jej w najmniejszym stopniu. Oparłem biodro o ladę, trochę tak, jakby ten cały teatr arystokratycznej wyższości wyczerpał mnie bardziej, niż pojedynek z dwoma bandziorami na Nokturnie. Wziąłem cichy oddech - tylko połowiczny, tak cichy, żeby ona mogła go usłyszeć, nie recepcjonistka, moja dłoń zacisnęła się na jej palcach odrobinę mocniej, tęskniej, jakbym tym dotykiem chciał przeprosić ją za to, że przed chwilą wyszedł ze mnie ktoś, kim nie zamierzałem być przy niej nigdy. Zatrzymałem wzrok na jej twarzy - to było spojrzenie człowieka, który zdecydowanie wolałby wrócić do tamtego przesmyku i próbować transmutacji jeszcze piętnaście razy, niż znosić miny obsługi, na które chyba jednak nie był do końca przygotowany. Krótki zapalnik - tak? Można się było spodziewać, chociaż może nie do końca w takim wydaniu. - Widok na Tamizę, jak losmawialiśmy, hmm? - Spytałem zwykłym, ale wciąż lekko obcym tonem, jakbyśmy rozmawiali na ulicy, a nie w gmachu hotelu, który uważał się za świątynię luksusu. To było jak parosekundowe zdjęcie ciężkiego płaszcza, którego nie chciałem nosić, ale musiałem go włożyć na czas tej jednej interakcji. - Apaltament s balkonem, s dala od klatki schodowej, od wind, szadnych sal bankietowych obok… - Prychnąłem cicho, ledwo zauważalnie, ale wymownie, bardziej powietrzem niż dźwiękiem, z lekkim wywróceniem oczami - było w tym coś jak niewymówione „błagam, nie każmy sobie brać niczego w pobliżu czegokolwiek głośnego, nawet w lepszym standardzie niż cichsza opcja, bo zwariuję.” - Ostatnia kondygnacja, jeśli jest wolna. Najwyszsza dostępna? Coś jeszcze? - Spytałem powoli, ale pod tym wszystkim było coś jeszcze „robię to, bo to nasza noc, a wszystko, co przyjdzie, jest warte każdej tej minuty.” RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - Prudence Fenwick - 11.12.2025 Miała wrażenie, że w momencie, w którym przekroczyli do wnętrza budynku coś w Benjy'm diametralnie się zmieniło. Spojrzała na niego kątem oka, na jego twarz, sylwetkę, to jak się poruszał... Nie widziała go takim chyba nigdy. Nawet w czasie, kiedy uczyli się w Hogwarcie. Nadal trzymał ją za dłoń, to się nie zmieniło, jednak wydawał się jej być zupełnie obcym człowiekiem, który pasował do tego miejsca. Niektórych rzeczy nie można było się zupełnie wyzbyć, zdawała sobie sprawę, że w tej chwili było to im potrzebne, musieli pokazać przecież, że pasują do tych wnętrz. No i wiedziała, że to nie był on, raczej ktoś kim miał się kiedyś stać, jednak nigdy do tego nie doszło. Benjy dorastał w bardzo specyficznej rodzinie, o wyjątkowym statusie społecznym, wychowywano ich na kolejne pokolenie bogaczy, którzy mieli rządzić światem. Nie powinno jej dziwić to, że doskonale wiedział, jak sobie poradzić z nieprzyjemną panią z recepcji. Prue nie odzywała się ani słowem, stała tuż obok niego, nie wypuszczała dłoni mężczyzny ze swojej, rozglądała się przy tym uważnie wokół siebie. Oglądała wnętrze tego przybytku, zawieszała wzrok na krótką chwilę to na żyrandolu, to na wielkich oknach, to na wypolerowanej posadzce. Wiedziała, że zupełnie nie pasuje do tego miejsca, ale jakoś szczególnie nie bała się konfrontacji z kimkolwiek, kiedy była u boku swojego męża. Ten doskonale wiedział, jak się zachować, po jakie słowa sięgnąć, w jaki sposób wzbudzić respekt. Wiedziała, że nie był sobą, założył maskę, na tę krótką chwilę stał się kimś, kim miał być, na kogo wychowywała go jego rodzina. Była to diametralna różnica, w stosunku do tego, kim był przy niej. Rozumiała, że wymagała tego sytuacja, ale i tak poczuła się odrobinę nieswojo patrząc na niego w takim wydaniu. Czy taki by się stał, gdyby wtedy nie uciekł z kraju, gdyby nie porzucił rodziny? To chyba nie było prawdopodobne. Nawet na tle tamtych czystokrwistych gówniarzy się wyróżniał, jasne, miał swoje gorsze momenty, to znaczy te kiedy starali się udawać, że się nie lubią i wcale ich do siebie nie ciągnie, jednak nie był jednym z tych dzieciaków, które uważają, że wszystko im się należy, za samo nazwisko. Teraz, teraz jednak doskonale wychodziło mu udowodnienie, że pasuje do tego miejsca, że oni pasują. Nie umykało jej to, że wziął na siebie to, żeby na spokojnie mogli spędzić tutaj noc. Gdyby nie zachowanie recepcjonistki, gdyby nie spojrzenie rzucone w ich kierunku przez portiera to potoczyłoby się zupełnie inaczej, sami to sprowokowali, mieli szansę poznać Benjy'ego z tej strony, z której ona go nie znała i nie wydawało jej się, że miało to być dla nich szczególnie przyjemnym doświadczeniem, chociaż pewnie mieli często doświadczenie w rozmowach z podobnymi ludźmi, to miejsce prosiło się o takich paskudnych gości, którzy uwielbiali podkreślać swój status społeczny. Prudence spoglądała na blondynkę, kiedy Benjy się do niej odezwał. Widziała zmianę w jej wyrazie twarzy, widziała zmieszanie, cóż, zdecydowanie nie chciałaby być na jej miejscu, nie chciałaby się mierzyć z nim pod tą postacią, bo w tym wypadku było to od razu skazane na porażkę. Nie było w nim już tego człowieka, z którym stała w przesmyku, stał się zupełnie kimś innym. Słowa które dobierał uderzały bardzo precyzyjnie, musiał wiele razy oglądać podobne sytuacje, nigdy nie wypytywała go o dzieciństwo, wiedziała, że nie należało do najprzyjemniejszych, rozumiała dlaczego. Obrazek idealnej rodziny, arystokratów, którzy pod tą całą otoczką byli naprawdę paskudnymi ludźmi. Własne dzieci traktowali okropnie, a co dopiero obcych ludzi, którzy pojawiali się w ich życiu tylko po to, aby im usługiwać. Recepcjonistka nie odzywała się ani słowem, Prudence widziała, jak skuliła ramiona, jak zaczynała się w sobie zamykać, speszyła się strasznie, a wystarczyło tylko mieć nieco milsze nastawienie, trochę było jej szkoda dziewczyny, kto wie, może miała gorszą noc, mimo wszystko nie powinna ich potraktować w ten sposób, poniekąd sama prosiła się o odbicie piłeczki, a Benjy zrobił to bardzo celnie, nie odbił, uderzył w nią bardzo silną piłką, co mogło się skończyć tylko w jeden sposób, poddaniem i kapitulacją. Ścisnął mocniej jej dłoń, wiedziała, że pewnie sporo go kosztuje ta gra, udawanie kogoś kim nigdy nie chciał być, ale okazało się to być ich jedynym rozwiązaniem. Kobieta w końcu się nachyliła, kiedy Benjy wyciągnął dokumenty, co świadczyło o tym, że mieli osiągnąć cel, właściwie Benjy go osiągnął, bez najmniejszego problemu, korzystając z umiejętności, których nabył jako dziecko. Udało mu się to całkiem zgrabnie rozegrać. Kiedy na nią spoglądał wyglądał zupełnie inaczej, zdejmował tę maskę, którą jeszcze chwilę wcześniej nosił tak, że trudno było zauważyć, iż była to tylko gra. Widziała po jego oczach, że sporo go to kosztowało, usłyszała to ciche westchnięcie, może ulgę? że za chwilę będzie to miał za sobą. - Tak, byłoby idealnie. - Skoro już się tutaj znaleźli, przeszli tak wiele, aby wylądować w tym miejscu, to chyba zasługiwali na najlepszy widok z możliwych. Należało im się to, należało im się wszystko to co najlepsze, co do tego nie miała nawet odrobiny wątpliwości. - Z dala od wszystkiego, tak, najbardziej odseparowany pokój z możliwych. - Nie chciała, aby cokolwiek, aby ktokolwiek im jeszcze przeszkadzało tej nocy, to był czas, który miał należeć tylko do nich. - Chyba nie, wszystko, co najbardziej istotne już powiedziałeś, no, może jeszcze warto ich poinformować o tym, żeby nikt nam nie przeszkadzał, najlepiej do popołudnia. - Wiedziała, że obsługa mogła być nadgorliwa, ale naprawdę nie miała zamiaru zobaczyć, jak Ci tutaj dbają o swoich gości, sporo już widziała, nie chciała widzieć więcej, zresztą nie tylko dlatego uważała, że warto było to podkreślić. Kiedy zamkną się za nimi drzwi do apartamentu, będą mogli sięgnąć po to wszystko, co rosło w nich przez całą noc, będą mogli się do siebie zbliżyć pierwszy raz jako małżeństwo i naprawdę nie chciała, aby ktokolwiek im w tym przeszkodził. RE: [09.09.1972] But if it's forever, it's even better | Prue, Benjy - Benjy Fenwick - 12.12.2025 Przekroczenie progu Savoyu nie było symbolicznym wejściem w nowe życie, ale też zupełnie się tego nie spodziewałem - to miało stać się dopiero w prywatnym pokoju, tymczasem pierwsze kroki w hotelu były dla mnie jak wciśnięcie ukrytego, genetycznego przełącznika - tego, który przez całe życie próbowałem zagłuszyć, zakopać, zakląć, odciąć, ale wystarczył blask marmuru, stukot obcasów o kamień, zapach nabłyszczanej posadzki i to pierwsze krzywe spojrzenie portiera— pstryk - coś we mnie, coś starego, zakurzonego, co wolałbym mieć pogrzebane, uniosło głowę. Nie tak, jak wracają wspomnienia, bardziej jak instynkt, który przetrwał pomimo wszystkiego, co próbowałem z siebie wyrzucić. Nie musiałem się nawet starać - chłód spłynął mi po kręgosłupie odruchowo, aktywował się automatyczny mechanizm obronny, który wpojono we mnie, zanim umiałem pisać, wyuczony, nim jeszcze potrafiłem poprawnie trzymać różdżkę. Savoy emanował tym samym, czym pachniały bankiety moich krewniaków - pieniędzmi, polerowanym mosiądzem i ludźmi, którzy myślą, że świat należy do nich z definicji, bo posiadają tytuły i pieniądze. To było całkowicie spodziewane, brakowało tylko tej sztucznej życzliwości, którą można było sobie kupić albo, jak dzisiaj, wywalczyć właściwym ruchem, a jeśli ktoś znał tę grę lepiej niż ci, którzy tu pracowali, to ja. Wychowali mnie do niej niemal od kołyski, potrafiłem zachowywać się jak ktoś, kto nie musiał unosić głosu, by wzbudzić rezon. Zdecydowanie wolałbym nie musieć tego robić, ale najwyraźniej to była jedna z cen tego, byśmy mogli spędzić noc, na jaką zasługiwaliśmy. Dłoń Prue w mojej pozostała ciepła, miękka, realna - była kotwicą, która trzymała mnie przy teraźniejszości, nawet kiedy moja postawa, mój krok, moje spojrzenie zaczęły przypominać echo rodu, od którego uciekłem pół życia temu. Zesztywniałem w barkach i w zaledwie kilka sekund byłem już kimś, kogo kiedyś chciano ze mnie ulepić. Gdyby mój ojciec był w pobliżu, pewnie skinąłby z uznaniem, ale to spojrzenie, które posłałem dziewczynie, nie pochodziło już od niego - tylko ode mnie. Ode mnie, który był zmęczony, poobijany i zbyt zakochany, żeby pozwolić komukolwiek potraktować moją żonę takim wyrazem twarzy. Tak - zdecydowanie widziała we mnie człowieka, którym mógłbym być, gdyby historia potoczyła się inaczej. Na szczęście potoczyła się właściwie, jednak ta część mnie, której nie znosiłem, i tak wpełzła na wierzch, jak dobrze wyćwiczony odruch. Pewnie bym jej nie wykorzystał, nie sięgnąłbym po podobną zagrywkę, gdyby chodziło wyłącznie o mnie - zamierzałem spędzić tę noc tutaj, bez cienia wątpliwości, ale spędziłbym ją na własnych zasadach, po prostu biorąc klucze. Tyle tylko, że tym razem było inaczej - chciałem to zrobić, tfu, legalnie, godnie, jak człowiek - i tym razem spojrzenie pracownicy hotelu nie zostało wycelowane wyłącznie we mnie. Padło również na Prudence - blondyna obdarzyła kobietę, która ledwie kilka godzin temu ściskała moją dłoń, kiedy przysięgaliśmy sobie wszystko, i ta część mnie - ta cholernie dumna - poderwała się jak pies obronny. Recepcjonistka zmierzyła nas spojrzeniem, które miało być dyskretne, ale wyszło pogardliwe - to w zupełności wystarczyło. Tu, w tych ścianach pełnych blichtru, marmuru i udawanego uśmiechu, człowiek mojego nazwiska powinien wyglądać jak u siebie, więc nie zamierzałem dać nas tak traktować. Wysoki, ubrany w skórę i cienie, z pozoru nie pasowałem do złotych ram i ciętych kryształów… W tej roli nie byłem jednak Fenwickiem - nie tym, którego ciągnęło do żony w wąskim przesmyku - byłem cieniem tego, kim mieli mnie zrobić, człowiekiem, na którego zamierzano mnie wychować, wykrzywioną projekcją młodego dziedzica, którym nigdy nie chciałem zostać. Arystokratyczna dykcja, spokojna dominacja, chłód szlacheckiego wychowania, które wbijano we mnie wbrew mojej woli, ten typ tonacji, który oznaczał „to ja dyktuję zasady, ty im podlegasz” - wszystko to wskoczyło na właściwe miejsce, jak doskonale dobrane puzzle. Ruch stał się cichy, dokładny, symetryczny, głowa uniosła się lekko, jakby mój kark pamiętał więcej dyplomatycznych kolacji niż pojedynków, a dłoń Prue - chociaż trzymałem ją tak samo jak przed chwilą - spoczęła w mojej z nienaturalnym, niemal ceremonialnym spokojem. Drugą rękę oparłem o ladę w sposób, który był… Nieodwołalny. Wyglądałem tak, jakby ktoś odkurzył część mnie, którą zakopałem lata temu pod warstwą kurzu, krwi i fałszywych papierów. Podałem kobiecie dokumenty, nie spiesząc się, z tą manierą, która mówiła „pracujesz tu, ja płacę” - neutralną, ale niewyobrażalnie ostrą. Prudence trzymała mnie za rękę, nie wypuściła mojej dłoni ani na moment, za co była mi bliższa niż ktokolwiek w piekielnie długim życiu - naprawdę. W każdej sekundzie tego przedstawienia czułem, jak bardzo wolałbym stać gdziekolwiek indziej, niż przy recepcji - w przesmyku, w deszczu, w jej ramionach, w połowie nieudanego zaklęcia, wszędzie, gdzie nie byłoby potrzeby nawiązywać podobnych interakcji, ale w Savoyu… W Savoyu ta maska była skuteczniejsza niż jakiekolwiek zaklęcie iluzji, jeśli miała zapewnić nam komfort, to mogłem ją założyć na te kilka minut. Prue stała tuż obok mnie, patrzyłem przed siebie, ale czułem ją całą - jej ciepło, zapach, lekkie, wspólne napięcie pod skórą. Kiedy odwróciłem głowę w jej stronę, wyraz moich oczu zmienił się tak nagle, jakby ktoś zapalił światło - już nie byłem tamtym człowiekiem, byłem jej mężem - byłem tym, który uciekł od takiego życia, nie tym, który miał je kontynuować. Spojrzałem na nią łagodniej. - Tak? - Zapytałem cicho, uważnie, dla niej, nie dla świata - słuchałem, zawsze jej słuchałem, nawet wtedy, gdy mogło się wydawać inaczej - więc i teraz skinąłem z absolutną pewnością. Odwróciłem głowę powoli - tak, jak ojciec mnie uczył, by okazać komuś dezaprobatę, której nie trzeba było ubierać w słowa. Spojrzałem na blondynkę z góry, chociaż byłem zmęczony, rozczochrany i w ubraniu, które błagało o pranie i czyszczenie. - Dokładnie to. - Potwierdziłem, już odwrócony z powrotem do recepcjonistki, znów lodowaty. - Apaltament s widokiem na Tamizę, balkon, najwyszsza dostępna kondygnacja. Wylaśnie odsepalowany od klatki schodowej, wind i stlef wspólnych. - Pauza, krótka. - I… - Dokończyłem, tonem, który nie brzmiał jak prośba - Ploszę dopilnowaś, aby szaden placownik nie zakłócał naszej plywatności do jutla. - Zawiesiłem głos, patrząc na nią jak ktoś, kto nie tolerował sprzeciwu. - Nikt ma nas nie niepokoiś pszed godziną… - Zerknąłem na Prue raz jeszcze. - Szesnastą. - Czułem, jak wokół nas powietrze lekko się napięło, kiedy mój ton opadł ku temu nieprzyjemnemu, spokojnemu rejestrowi, którego używali moi rodzice, kiedy tłumaczyli kelnerowi, że źle położył widelec. Nie byłem chamski - nie podniosłem głosu, nie musiałem. To było to spojrzenie, ten sposób mówienia, którym w mojej rodzinie rozwiązywano wszystkie problemy - od niedogotowanego mięsa po nieposłuszeństwo skrzatów, i ta dziewczyna zdecydowanie to poczuła. Och, ona to poczuła od razu. Blondynka zza lady zastygła, a potem przyspieszyła ruchy, jakby nagle sobie przypomniała, że istnieje hierarchia, której nie należy testować. Skuliła ramiona, zbladła, pochyliła się, jakby nagle zdała sobie sprawę, że popełniła kardynalny błąd - dobrze - akcentowałem każdą sylabę tak, żeby zapamiętała swój błąd na długo. Bez cienia wysiłku, bez przeliczania, bez mrugnięcia, wsunąłem rękę do kieszeni płaszcza i wyciągnąłem gruby plik mugolskich banknotów - spięty gumką, jak pieniądze kogoś, kto nie bawi się w portfele - położyłem je na blacie, nie w wachlarzu, nie odliczając, nie pytając o kwotę - po prostu kładąc wszystko, jakby sam fakt, że tu staliśmy, miał zagwarantować, że to odpowiednia suma. - Lesztą plosę się nie pszejmowaś. - Podsunąłem jej plik palcem, powoli, bezdźwięcznie. Recepcjonistka przełknęła ślinę, skinęła głową i zajęła się procedurą szybciej, niż ktokolwiek z naszej dwójki mógłby się spodziewać. Savoy miał jeszcze standardy - po prostu bardzo głęboko ukryte. Koniec sesji
|