![]() |
|
[9/10.11- środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Dziurawy Kocioł (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=44) +---- Wątek: [9/10.11- środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? (/showthread.php?tid=5463) |
[9/10.11- środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? - Lorien Mulciber - 12.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=K7Lach9.jpeg[/inny avek] Był środek listopadowej nocy, a Lorien Mulciber siedziała w swojej sukni ślubnej na jednym z wysokich stołków przy barze w Dziurawym Kotle. - Gorzko! Gorzko! Gorzko! Radosne okrzyki stałych bywalców pubów mieszały się z puszczoną na pełen regulator starą muzyką. Bo choć do Yule było jeszcze dużo czasu, Dziurawy przesiąkł na dobre atmosferą jesienno-zimową. Potrzebowano tego. Tych wszystkich kolorowych światełek, ozdób, zapachu grzańca w powietrzu. Pasowała do tego miejsca. Tonęła w warstwach tiulu i koronek przedpotopowej sukni, w której przed ołtarz dumnie maszerowała jej matka, a przed nią - matka matki. Niestety Adeline Prewett była znacznie wyższą kobietą, więc Lorien wygladała jak biała bombka. Szalenie droga, ale bombka. Nie żeby to Lorien przeszkadzało, ledwo widocznej spod własnej sukni. - Gorzko! Gorzko! Gorzko! No cóż mogła zrobić - lud się domagał, lud więc otrzymał. Westchnęła niemal z udręczeniem. No bo jak to tak, publicznie! To się nie godziło! Szybko jednak cierpiętnicze wzdychanie zmieniło się w ciepły śmiech. Zaróżowione policzki i błyszczące oczy co prawda jasno mówiły, że “tej pani już nie polewamy”, ale w kubeczku wciąż nadal miała trochę tutejszego grzanego wina. Nowa receptura, zapewnił ich Tom. Nowa i mocniejsza, ale tego nikt już jej nie powiedział. Zamiast tego opowiadał o wszystkich przyprawach jakie dodał, o mieszance importowanej z zagranicy, temperaturze grzania i wszystkim tym, co zdążyła zapomnieć. Ale jedno było pewne - grzaniec był wyśmienity. Przesunęła dłonią po klapie marynarki męża. Męża. Zaśmiała się do swoich własnych myśli. Siedząc na stołeczku była odrobinę wyższa, ale i tak musiał się pochylić. Oczywiście, że to zrobił. Nie można było poślubić Lorien i odmawiać jej takich drobnych przyjemności. Tak samo jak nie odmówił jej przyjścia tutaj. Nie wypadało wymykać się z własnego wesela, więc wesela zwyczajnie w świecie nie mieli. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... głupiego. Nie. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... właściwego. Pocałowała go z tą samą czułością co zawsze. Ale teraz pocałunek smakował inaczej - może to kwestia grzanego wina, które czuła na wargach, a może tego, że wreszcie szanowny pan Aaron Andrew Moody był jej. Jej, jej, tylko jej. Miał obrączkę na palcu, podpisał stos podrobionych przez nią papierzysk i w ogóle. Nawet w pierwszej chwili chciała machnąć ręką na intercyzę, ale wiedziała, że wtedy matka dołoży wszelkich starań, żeby małżeństwo unieważnić. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że szaleniec zgodził się z nią być póki śmierć ich nie rozłączy. Nie wcześniej, zaznaczyła jeszcze, czystokrwiści się nie rozwodzą, pamiętaj. Odsunęła się dopiero, gdy zabrakło jej powietrza, a równie podchmielony tłum zaczął bić brawa i wołać o kolejną kolejkę. Zawiesiła wzrok na ustach aurora i uśmiechnęła się lekko. Był jej. RE: [18.11 - środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? - Aaron Andrew Moody - 13.12.2025 Polewaj, polewaj co masz, byle żwawo. Po kielichu dla każdego, przecież nie co dzień się żenię!, zakrzyknął już od wejścia Moody, przygarnąwszy do siebie ramieniem żonę, która szczęśliwie śmiała się, zamiast udusić go zarzuconym na głowę welonem. Żona. Smakował to słowo na języku odkąd tylko scałował je z ust Lorien. Już nie Lorien Mulciber, ale Lorien Mulciber-Moody, bo chciała nosić jego nazwisko tak jak nosiła na palcu obrączkę, wyróżniającą się spośród misternych splotów jej biżuterii prostotą. Chciała siedzieć obok niego, wsparta ramieniem o jego ramię, chciała... Aaron uśmiechnął się, wznosząc swój kielich w niemym toaście, poprawiając spływający na ziemię tren ślubnej sukni siedzącej obok żony, żeby nikt nie zachlapał go winem. Można było utonąć w tych wszystkich warstwach marszczonego tiulu, bufek, falbanek, zakładeczek, i bogowie tylko raczą wiedzieć, czego jeszcze. A jednak pod tą szkaradną suknią ślubną, gdzieś pośród misternych koronek i połyskujących wesoło brylancików wszytych w drogocenny materiał, naprawdę tkwiła jego Lorien. I wyglądała prześlicznie. Wyglądała prześlicznie, gdy się tak rumieniła, czy to pod wpływem grzańca, czy wstydu. Wplątał się pośród jej welony, miękko przesuwając dłonią po zaróżowionym policzku Lorien. A potem nachylił się, jak gdyby zazdrośnie chciał osłonić ją przed wzrokiem wszystkich. Nie musiał. Wiedział, że jej pocałunki należą teraz do niego. Ale znajdował przyjemność w tym, że mógł wreszcie ująć jej twarz w dłonie, przyciągnąć ją do siebie, nazwać się jej mężem, tak, jak ona nazywał siebie jego żoną. Oczywiście, że był jej. Wszystkim postawił kolejkę, sam też osuszył kieliszeczek czegoś mocniejszego, jeżeli i jemu podano. To nie od alkoholu szumiało mu przecież w głowie. Woody z wielkim poświęceniem wlewał w siebie kolejne toasty, dbając o wzgledną trzeźwość przyjaciela, ale Aaron i tak czuł się jakby pijany. Pijany szczęściem, wydystylowanym w niepozornej postaci kobiety, którą sam ku sobie przyciągnął, żeby złożyć pocałunek na jej ustach. Wciąż jeszcze mieli czas, żeby być szczęśliwi. Jeszcze trochę czasu. A zostało przecież tyle do zrobienia. Na przykład, napić się grzańca, który przyjemnie ogrzewał gardło podrażnione krzykiem, bo przecież Aaron przekrzykiwał wcześniej najętą orkiestrę, żeby zagrali ulubioną włoską piosenkę Lorien. A potem wszystkie sentymentalne szlagiery z lat młodości, tak chętnie puszczane w trakcie ślubnych obchodów. Gorzka wódka, gorzka wódka, trzeba ją osłodzić. Młody młodą pocałuje, nic nie będzie szkodzić!, tak śpiewało się na weselach. Nawet teraz wszyscy wokół skandowali wesoło gorzko, gorzko, gorzko. Ale gorzki smak wódki na języku był odległym wspomnieniem. Lorien smakowała bowiem słodkim włoskim winem, na butelce którego napisano "e vissero per sempre felici e contenti". Smakowała grzańcem, który oboje sączyli powoli, ciesząc się swoim szczęściem. RE: [18.11 - środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? - Lorien Mulciber - 11.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=K7Lach9.jpeg[/inny avek] Świat nie stał się nagle dobry. Niebo nie zaczęło być naraz mniej pochmurne, śmierciożercy nie zaczęli się naraz grzecznie oddawać w ręce władz ścigania, a strata pozostawała stratą, choć ubierano ją w coraz piękniejsze słowa - “poświęcenie”, “ofiara”, “oddanie”. To ostatnie bolało najmocniej. Bo gdy mężowa dłoń odnalazła jej policzek, wsparła się o nią, na ułamek sekundy przymykając zmęczone oczy. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Jego też kiedyś straci. Przyniosą jej zakrwawioną odznakę i różdżkę. Każą wdziać na nowo czerń, skryć twarz za wdowim welonem. Powtarzać, że nie ma większej wartości nad służbę ojczyźnie. Nie zaprzeczała temu. Na wszystkich przychodził w końcu czas - na Aurorów po prostu znacznie szybciej. Jakoś w stanie upojenia nie przeszło jej nawet przez myśl, że przecież ona odejdzie szybciej. Nie. Ale przecież tak powinno być. Więc zdusiła rosnącą w gardle górę wzruszenia i obezwładniającego smutku. Ucałowała go ponownie. Teraz już mogła. Był jej. Ze wszystkimi zmarszczkami od marszczenia brwi, z tą kiepską wodą kolońską którą nauczyła się nawet lubić i z tą szafą beznadziejnych koszul, których polubić wcale nie zamierzała. Czuła na ustach smak grzanego wina i wódki, której sama jednak odmówiła. Mieszanie jej z taką ilością eliksirów jakie dziennie piła zakrawało co najmniej o szaleństwo. Sączyła swoje grzane wino delektując się wszystkimi aromatami, które czuła dookoła. Jeszcze mogli być przecież szczęśliwi. Zanim zastanie ich szara rzeczywistość i konsekwencje podjętych może zbyt szybko decyzji. Ale plaster został zerwany. A potem była muzyka. Jej ulubiona. A potem ta, której nie znała i mogła mruknąć mężowi do ucha, że wybiera same "przedpotopowe" kawałki. Tylko po to, żeby zaczął się oburzać, że to z jego młodości! Orkiestra wygrywała znane kawałki i przez moment… jeden moment Lorien poczuła się prawdziwie szczęśliwa. Tak do samego środka przeżartego złością i smutkiem serca. Nie planowali siedzieć tu zbyt długo. Mimo to, gdzieś po niecałej godzinie zaczepił ją niski czarodziej. Nie miał jednego oka i paru zębów, ale kilka ostatnich kolejek pił na ich koszt i… chyba poczuł się zobligowany do przekazania im prezentu. Mruknął parę słów, po czym wepchnął Lorien w ręce otwarte, nieco spróchniałe pudełko wypchane starymi wydaniami proroka i Czarownicy. Nie kontaktowała już na tyle, żeby zdobyć się na coś więcej niż zaskoczone “och?” i spojrzeć w dół. W środku były dwa jajka, przykryte ścinkami gazet. Sięgnęła po jedno z nich, nieszczególnie zastanawiając się nad wszelkimi potencjalnymi klątwami. Jeśli ktoś postanowił ją w ten sposób zamordować - pewnie by mu się udało. Pani Mulciber-Moody trochę jak sroka kochała prezenty. A jeśli to była kontrabanda i coś z nielegalnego przemytu… No to chyba dobrze, że wpadły w ręce kogoś tak uczciwego? Kogoś takiego jak na przykład sędzia Wizengamotu? Przecież z pewnością nie zatrzymałaby tego dla siebie, gdyby okazało się czymś zakazanym. Pff, dobre sobie. !Jajo z kalendarza RE: [18.11 - środek nocy] A po weselu chodziliśmy... na grzańca? - Pan Losu - 11.01.2026 Jajo, w którego posiadanie wszedłeś, musiało być częścią eksportu zza Żelaznej Kurtyny. Po mieście szepta się o nich sporo późniejszą jesienią - sprzedawcy mówili półgębkiem o nowym imporcie ze wschodu, bez precyzowania, czy to eksperyment jednego z polskich sanktuariów leśnych, czy przyjechały tutaj zza Uralu. Być może to sprawa do zbadania, ale skoro już wszedłeś w posiadanie tego przedmiotu, cóż... dlaczego miałbyś je oddawać i zadawać służbom pytania? Mógłbyś spróbować je wykluć, albo poprosić znajomego o pomoc. Jajo może zostać wyklute przez każdego z wiedzą przyrodniczą na poziomie ◉◉○○○ lub wyższym. Jest brązowe, chropowate i przypomina strukturą szyszkę. Wyklucie go wymaga wrzucenia go w leśną ściółkę. Po zrobieniu tego odczekaj dobę (fabularną), pozwól mu poleżeć w stercie liści.
Kiedy wyciągniesz jajo ze ściółki, dostrzeżesz na jego powierzchni drobne pęknięcia, z których sączy się żywica. Właśnie wykluwało się z niego jakieś stworzenie! Musiałeś dać temu czas, ale wreszcie zgrubiałą skorupkę przebił maleńki dziób sowy pocztowej. Ptak, w którego posiadanie wszedłeś jest magiczny. Kiedy podrośnie, jego pióra staną się brązowe, z drobną, zielonkawą naleciałością przypominającą mech, układającą się we wzory przypominające słoje drzew. Jej oczy są złociste i głębokie, przypominające parę bursztynów. To bardzo cichy okaz, czasami sam zapominasz o jego obecności. Siedząc na gałęzi drzewa lub pośród liści krzewu, sowa ta staje się niewidoczna. |