![]() |
|
[28.09.72] Gdy ulatuje dym - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [28.09.72] Gdy ulatuje dym (/showthread.php?tid=5475) |
[28.09.72] Gdy ulatuje dym - Brenna Longbottom - 12.12.2025 Brenna obracała w dłoniach list Pandory, czekając na nią na skraju Doliny Godryka. W kieszeni znajdował się jej notatnik, a w nim cała lista notatek, które zrobiła, gdy obchodziła wioskę przed wizytą u Hjalmara ledwo dwa dni temu. Miała plan. Miała mnóstwo planów. W zbyt wielu z nich zapewne miała też zamiar liczyć na przyjaciółkę, bo obejmowało to przynajmniej kilka długoterminowych projektów, i trochę martwiła się tym, czy nie obciąży jej za bardzo. Martwiła się też, czy nie odstawi dzisiaj po raz kolejny jakiegoś przedstawienia. Wizyta w gabinecie Philippy wprawdzie sprawiła, że ten paniczny lęk tlący się w jej duszy w ostatnich tygodniach przygasł, ale nie oznaczało to jeszcze, że wszystkie halucynacje odeszły jak ręką odjął. I chociaż się poprawiało, a Barckley obiecała, że za jakiś czas wszystko będzie dobrze… to Brenna piła bardzo duże ilości melisy, która zastąpiła kawę, i regularnie próbowała spoglądając na każdą świecę i kominek w zasięgu wzroku. Ale tylko gdy była sama. I niestety równie często nie działo się nic, jak działo się źle. To minie, obiecywała sama sobie, i miała nadzieję, że się nie oszukuje. Odetchnęła i przymknęła na moment oczy, w myślach powtarzając sobie listę. Dziwna runa u pani Marble, tutaj dziś na pewno nie pomogą. Jeśli szło o Levisów, zniszczenia były daleko idące, udało się im znaleźć ekipę do remontu, ale nie było ich stać na opłacenie wszystkich robót, więc to powinny załatwić galeony. Ale punktem numer jeden na liście była Willow Summerset, w której to domu umiejętności Pandory mogły się okazać nieocenione. A poza tym musiała przedstawić jej swój pomysł na mechanizm i spytać, czy Prewettówna w ogóle uważała jego wykonanie za realne. Celowo chciała porozmawiać osobno i z nią, i z Thomasem, bo to mogło przynieść zupełnie inne odpowiedzi i pomysły w podejściu do problemu, zanim – miała nadzieję – pogłówkują nad tym wspólnie. !Trauma Ognia RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Pan Losu - 12.12.2025 Przez resztę sesji nie opuszcza cię wrażenie, że za moment to znowu się zacznie. W kącikach oczu widzisz snopy iskier. Wszystko wokół zdaje się cuchnąć sadzą i... chociaż coś w tobie próbuje krzyczeć: „to fikcja, nic się nie dzieje, opanuj strach!”, przeczucie narastającego zagrożenia pozostaje wyryte i nie opuszcza twoich myśli. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Pandora Prewett - 16.01.2026 Starała się trzymać i uśmiechać, bo wszyscy dookoła byli kłębkiem nerwów, nawet Mara pozostawała niespokojna, niechętnie zostawiając Pandorę samą. Tak, jak tlił się żar gdzieś w zgliszczach, tak snuła się dookoła negatywna energia i były sprawy takie, na które brakowało jej słów pocieszenia. Pozostawało więc robić to, co mogła i umiała, wykorzystując majątek, kontakty i własne umiejętności, dziękując przy tym samej Morganie, że była kobietą czynu i rzemiosła, a nie prawnikiem lub sędzią o dwóch lewych rękach. A w związku z tym niewiele odpoczywała i chociaż spotkanie z Brenną sprawiało, że czuła się lepiej, pod oczami wciąż miała sińce. Pojawiła się chwilę przed czasem, posyłając przyjaciółce przepraszające spojrzenie, jakby spóźniła się przynajmniej godzinę. Nie czekając długo, przytuliła ją mocno, obejmując rękoma. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. Całą i zdrową. To mi daje poczucie bezpieczeństwa. - wyznała jedynie, a gdy się odsunęła, przyjrzała się uważnie jej twarzy. Ona też była zmęczona, a notatnik trzymany w głowie sugerował, że miała na głowie jeszcze więcej, niż zwykle. Pandora wybrała duży plecak zamiast torby, gdzie miała wszystkie potrzebne narzędzia, a jednocześnie jej dłonie wciąż pozostawały wolne. Ubrana była w wygodne buty, spodnie i wygodną koszulę, odrobinę zbyt długą i zbyt szeroką, po czym z łatwością można było stwierdzić, że wcale nie należała do niej. Włosy miała związane w wysoką kitkę, za uchem, jak zwykle, tkwił ołówek mugolski z gumką, prawdziwie cudowne urządzenie, a z kieszeni spodni, wystawał jej centymetr. Starała się być gotową na każdy rodzaj pomocy i naprawy. - Wzięłam chyba wszystko. Masz jakiś plan działania? Oczywiście mam też dla nas kanapki, ciasteczka i wzięłam termos z herbatą. - dodała, wymownie poruszając ramionami, przez co tkwiący tam plecak zakołysał się, wydając z siebie odrobinę trzeszczący dźwięk. - Mara bardzo chciała iść ze mną, ale wolę, żeby unikała jeszcze latania przez kilka dni.. - przeniosła spojrzenie ciemnych oczu z Brenny na niebo, wciąż szare i ponure. To tak, jakby pogoda też tkwiła z tym wszystkim w zmowie i ciemne chmury nie pozwalały, aby wyjrzało zza nich słońce. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Brenna Longbottom - 19.01.2026 Gdy Pandora się pojawiła, Brenna wpatrywała się w niebo. Było szare, ale nie było na nim gęstych, ciemnych chmur, zwiastujących nieuchronną katastrofę. Nie leciał z niego popiół. A jednak nieprzyjemne uczucie i myśl o nadciągającej grozie nie chciały odejść, i chociaż powtarzała sobie, że to tylko wyobraźnia, ledwo powstrzymała odruch sięgnięcia ku różdżce, gdy usłyszała, że ktoś się pojawił. Nie szalej, Brenno, nakazała sama sobie, obracając się do Pandory z uśmiechem i wyciągając ręce, by ją uściskać. Nigdy nie miała wielkich oporów wobec takich gestów, przynajmniej jak długo wiedziała, że dla drugiej osoby nie będą niekomfortowe, a Prewettówna wydawała się tak otwarta, że tu Brenna nie wahała się ani chwili. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku? Nikt… Jak tam twoje mieszkanie? Kensington chyba znalazło się poza linią? – spytała, urywając w półsłowa na drugim pytaniu, bo przecież wiedziała, że owszem, ktoś z ich rodziny ucierpiał. Wiedziała też, że Pandora była cała, tak jak jej brat, bo posłała do nich wiadomości, a z kolei dom Hjalmara sprawdziła osobiście, czy nie padł ofiarą płomieni. Ale nie oznaczało to, że nie było jakichś strat, o których wieści nie dotarły do jej uszu: bo litania skarg była długa i głośna, i łatwo mogły w niej zaginąć pojedyncze głosy. Próbowała słuchać. Ale to nie oznaczało, że się uda. – Tak, mam notatki. Willow… pani Summerset… myślę, że w jej domu twoje umiejętności będą nieocenione, mogłabyś naprawić mechanizm przy drzwiach, który oszalał i pomóc z renowacją. Poza tym chcę wpaść do państwa Lewisów, obiecałam, że pomogę im opłacić rzemieślnika. Po drodze jak się uda wymienię parę słów z sąsiadami, zapisuję sobie, co i jak, mogło coś się zmienić od ostatniego obchodu – powiedziała, unosząc swój notatnik. Pani Marble na przykład, Brenna wspomniała jej o rytuale, który opisał jej Thomas i chciała wiedzieć, czy w Mabon zadziałał u niej, czy tez trzeba było kombinować dalej. No i sprawdzić, czy jej sąsiadka z kolei zdołała znaleźć kogoś, kto naprawi dach, czy tutaj trzeba będzie też pomocy. – Panda, czasem mam wrażenie, że twoim zdaniem się głodzę – stwierdziła, z odrobiną rozbawienia, obejmując ją w pół i ciągnąć powoli ścieżką. Wydawała się spokojna, może nawet zadowolona, bo miała przy sobie przyjaciółkę. Ale na jej żołądku leżał nieznośny ciężar i to wcale nie dlatego, że martwiła się o Lewisów i o to, jak wiele napraw trzeba wykonać w ich domu. Uniosła głowę, niby na słowa Prewettówny o Marze, ale tak naprawdę chciała się upewnić, że niebo nie ciemnieje. – Nie mam dziś herbaty, za to mam dla ciebie czekoladową żabę. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Pandora Prewett - 27.01.2026 Ludzie potrzebowali się teraz zjednoczyć, odzyskać wzajemne zaufanie i odbudować to, co zostało strawione przez ogień. Był to proces długodystansowy, który tak naprawdę zaczynał się od właśnie takich malutkich gestów, dlatego pewnie Panda trzymała ją w objęciach odrobinę dłużej i mocniej, niż powinna i niż teoretycznie wypadało. Prewettówna miała to jednak gdzieś, jak zwykle zresztą w poważaniu mając to, czego i jakiego zachowania oczekiwano od dziedziczki. - Wszystko w porządku, tak. Mara jest bezpieczna, Hjalmar na szczęście też, chociaż byłam bliska ataku serca, gdy dostrzegłam brak okien w jego kuźni. – zaczęła, ignorując temat zmarłej Florence, bo zwyczajnie by się rozpłakała. Pandora była na etapie wyparcia, ignorowania poczucia złości i niesprawiedliwości, która ogarniała ją za każdym razem, gdy widziała jej zdjęcie. Nie chciała próbować się mścić, a wiedziała, że gdy ten cichy szept z tyłu głowy przerodzi się w krzyk, mogłaby zadziałać impulsywnie i głupio. Zignorowała wiec ukłucie, przyglądając się z troską i czułością twarzy przyjaciółki, szczęśliwa, że i Brenna była cała. Wielu ludzi nie miało tyle szczęścia i tyle, o ile domy były do odbudowania, tak utraconego życia nie dało się przecież odzyskać. – Ucierpiały chyba dwa kasyna ojca, ale już się tym zajął, ostatecznie wykorzystując odbudowę na powiększenie powierzchni i nową salę tematyczną. Okropnie nudne zajęcie, musiałam z nim zatwierdzać papiery. Nie mogła powstrzymać wywrócenia oczami i westchnienia. Wiedziała, że musiała mu pomóc, ale czas spędzony na takich drobnostkach mógł być znacznie lepiej wykorzystany. Miała dwie zdrowe ręce i umiejętności, mogła realnie pomóc i skupić się bardziej na działalnościach charytatywnych, bo potrzebujących było teraz wielu. Słuchała jej z uwagą, poprawiając swój tobołek. - Zajmiemy się wszystkim, mam teraz sporo wolnego, bo wstrzymałam zlecenia i chcę się skupić na tym, co ważne teraz. Obydwie możemy pomóc Pani Lewis, rzemieślnik jest gratis. Jeśli chcesz, możemy też opłacić im potrzebne do codziennego życia rzeczy, wpiszę to do papierów na działalność charytatywną i sama dołożę coś od siebie. Jestem pewna, że mój Hjalmar też pomoże, jeśli się mu wspomni. – uśmiechnęła się pogodnie, sugerując jej kolejną osobę, którą mogła wykorzystywać do swoich celów wedle uznania, oczywiście tych odpowiednich dla światła dziennego. Jeśli rozchodziło się o Islandczyka, bywała zazdrosna, ale nie mogłaby być zazdrosna o Brennę, która od samego początku wpadła jej prosto do serca i zwyczajnie jej ufała. Na jej pytanie o jedzenie, spoważniała nieco i przytaknęła. – Pewnie nie masz czasu jeść w tym całym chaosie, zobacz, jak zeszczuplałaś. Dbasz o wszystkich, nigdy nie myślisz o sobie, no to ja będę trochę o Tobie myślała. Zapewniła ją z takim entuzjazmem i pewnością, że nawet gdyby uznała, że nie jest to potrzebne i by zaprzeczyła, niczego nie mogła zdziałać. Już postanowiła, bo aby móc nieść pomoc innym, sama też musiała być w dobrej formie. – Jak będziesz miała wolniejszy wieczór, musisz do mnie zajrzeć na kolację, może zaproszę też Hjalmara? Oczywiście możesz też kogoś przyprowadzić. Ostrzegam, jestem bardzo początkującym kucharzem, umiem trzy rzeczy na krzyż, ale Brenn, znam tak dobre knajpy dostarczające jedzenie w Londynie, że nie umrzemy z głodu. I będzie nawet deser! Zaproponowała, również ją obejmując, chcąc chociaż małymi kroczkami wracać do normalności, bo inaczej to szło po prostu zwariować. Ciemne oczy dziewczyny odrobinę się wytrzeszczyły, gdy ta wspomniała o tym klasyku. – Na Merlina! Chyba od Hogwartu nie jadłam czekoladowej żaby! RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Brenna Longbottom - 29.01.2026 – Odwiedzałam go parę dni temu, kuźnia na szczęście nie ucierpiała jakoś mocno. Gorąco tylko wywaliło te szyby. Znalezienie szklarza zaś nie było obecnie aż tak proste, ale Hjalmar sam był rzemieślnikiem, Brenna wierzyła więc, że sobie poradzi. Wyglądało na to, że kowal z Doliny nie został wyznaczony na cel ataku: ot stał się jedną z bardzo wielu osób, które ucierpiały przypadkiem, gdy popiół, płomienie i klątwy ścigały wrogów Voldemorta i śmierciożerców. Wszyscy byli zagrożeni. Z tym jednym mogła się zgodzić bez wahania. – Pieniądze naszykowałam, nie potrzebują tak naprawdę wiele, a ty bardzo pomożesz, że w ogóle fatygujesz się za darmo. – Czy Brenna mogłaby nająć rzemieślnika? Tak. Czy miała wyrzuty sumienia, że wciąga w to Pandorę? Trochę też tak. Ale zwyczajnie mimo całego bogactwa wciąż miała taką mentalność, że pieniądze mogą się skończyć, więc starała się teraz gospodarować nimi rozsądnie, dając je tam, gdzie faktycznie były potrzebne, i chętnie wykorzystując umiejętności członków Zakonu i ludzi dobrej woli tam, gdzie mogli tych użyć bez waluty. – Może zresztą będę cię prosić jeszcze o pomoc w Londynie… jakiś czas temu kupiłam tam kamienicę, miała służyć czemuś innemu, ale boję się, że niektórzy nie zdążą ogarnąć swoich domów przed zimą, rzemieślnicy są zajęci i tak dalej… więc myślałam, że mogę kogoś tam ewentualnie przyjąć, chociaż to nie jest idealne rozwiązanie. Leży w mugolskiej dzielnicy i trochę się martwię, że jak adres się rozejdzie, to ofiary zostaną tam zaatakowane – dodała z westchnieniem. To był ten problem, że była na świeczniku w tej chwili, a nie mogła zapewnić temu budynkowi właściwej ochrony, skoro leżał w mugolskiej dzielnicy. Ulokowanie miało początkowo zapewniać anonimowość, ale teraz okazywało się problemem… – Rozmawiałam z Hjalmarem, zostawiłam mu rysunki run, które pojawiły się w niektórych domach, może zdoła powiedzieć o tym coś więcej? I daj spokój, Panda, błagam, daję słowo: nie głodzę się – roześmiała się Brenna. Nie zawsze miała czas na sen, ale znajdowała czas na jedzenie. Owszem, zwykle jadła teraz w biegu, niekoniecznie zdrowo, ale każdego dnia i czasem jak miała moment, przygotowywała go więcej, i dla siebie, i dla innych. – Całkiem szczerze, Panda, nie wiem, czy zdołam w najbliższych dniach. Bardzo bym chciała, ale… …mogłabym coś podpalić, dokończyła w myślach, jednocześnie znów spoglądając na niebo. Chmury nie gęstniały. Nie padał z nich żaden popiół. Byli… nie, nie byli bezpieczni: ale nic nie groziło im tu i teraz. A jednak jakiś cichy głosik w głowie Brenny powtarzał, że ogień zaraz powróci. - …przewiduję, że przynajmniej jeszcze parę dni wszyscy z Ministerstwa będą spędzać w pracy więcej czasu niż zwykle. Chociaż nie mogła przelotnie się nie zastanowić, co powiedziałby Atreus, jakby powiedziała, że jego kuzynka zaprasza ją na kolację i chce, żeby kogoś przyprowadziła. – Jaką masz kartę? I o, to pierwszy przystanek na drodze… – zatrzymała się przed nadpalonym płotem. Przez ułamek sekundy zdawało się jej, że w tej sadzy widzi iskry, ale… nie. Żadnych iskier nie było. Wyobraźnia. Znowu. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Pandora Prewett - 15.02.2026 Pandora uśmiechnęła się miękko, łagodnie — jej twarz zawsze zmieniała się, gdy chodziło o Islandczyka. Przestraszyła się na pierwszy rzut oka widoku tej kuźni, zwłaszcza gdy chwilę zajęło jej dostrzeżenie go w jej wnętrzu. - Ciesze się, że się znacie i może nawet przyjaźnicie. Dziękuję, że sprawdziłaś, co u niego. - powiedziała do przyjaciółki szczerze, tonem pozbawionym jakiejkolwiek zazdrości. Nie mogłaby być o Brennę w ogóle zazdrosna, nie umiałaby. Hjalmar potrzebował tutaj ludzi, wydawało się jej czasem, że poza granicami swojej wyspy, bywał zwyczajnie samotny. Starała się poświęcać mu tyle czasu, ile mogła, ale miała też swoje obowiązki i była zaangażowana w wiele projektów. - Pieniądze nie są problemem, mam dostęp do funduszy rodziny. Myślałam o utworzeniu czegoś długoterminowego i stabilnego, co mogłoby ulżyć ludziom po tym pożarze, ale brakuje mi czasu na dopracowanie tego pomysłu. Wiesz też przecież, że ja zawsze pomogę. - uśmiechnęła się do niej pogodnie, bo naprawdę, długo już nad tym myślała- odkąd słońce wstało nad spalonym miastem, a popiół tańczył na zgliszczach. Nie mogła wytrzymać ogromu tej tragedii, bo bezczynność była czymś, co Pandorę doprowadzało do szału, nie licząc oczywiście kobiet bezczelnie przymilających się do jej wilka. Gdy przyjaciółka zaczęła mówić, słuchała, wlepiając w nią spojrzenie brązowych oczu i przytakując z uwagą. Na jej twarzy znów pojawiał się entuzjazm, świadczący o tym, że jej umysł już dostrzegał tysiące zalet wynikających z bycia po prostu dobrym człowiekiem. Dla niej samo to poczucie było lepsze niż najskuteczniejszy na rynku narkotyk. - Zajmę się zabezpieczeniami, dołożę Ci tez pieniądze do wyposażenia i zorganizuję dostawy jedzenia, żeby ludzie mogli zaoszczędzić. Kurcze, może powinnyśmy pomyśleć też o tym, aby wykorzystać jeden z budynków należących do mojego ojca? Nie będzie miał nic przeciwko, jak dobrze to uzasadnię i ładnie poproszę, zwłaszcza że jego reputacja tylko wzrośnie. Co o tym sądzisz? Longbottom jak zwykle podsunęła iskrę, która wywołała w niej pożar. Mogłyby zrobić tyle rzeczy razem, biorąc pod uwagę znajomości Brenny i możliwości finansowe oraz wpływ rodziny Prewett, którą reprezentowała. Chociaż raz robiłaby to chętniej niż na otwarciu kasyna lub wyścigów koni. Pokazanie run Hjalmarowi było dobrym pomysłem, znał się na tym i mógł dopytać zawsze swoją rodzinę i przyjaciół z Islandii. W Pandzie żyło przeświadczenie, że oni tam znali się dużo lepiej na tym odłamie magii, niż czarodzieje z Wielkiej Brytanii. - Nie brzmisz wiarygodnie. - wzruszyła ramionami, niezbyt przekonana jej deklaracją na temat jedzenia, ale puściła jej zaraz oczko i objęła ją mocniej, sugerując tym samym, aby tego małego droczenia się nie brała poważnie. Chciała trochę o przyjaciółkę zadbać, to wszystko — nawet jeśli jedyne, co mogła zrobić, to przynieść jej jedzenie i ciepłą kawę lub herbatę. - To może zostawmy to, jako otwarte zaproszenie, gdy się trochę uspokoi? Może opanuje nowy przepis i sama coś przygotuje. Gotowanie jest naprawdę, fascynujące. Przypominało Pandorze trochę alchemię, gdzie również należało odpowiednio przygotowywać składniki i pilnować czasu nad ogniem. - Dla Ciebie ogrom pracy to żadna nowość. Mam wrażenie, że Ty w ogóle nie odpoczywasz. Myślałam, że ja jestem beznadziejna w nic nierobieniu, ale zdaje się, że mnie pokonujesz. Była w tym naprawdę okropna, zawsze musiała coś robić i wszędzie było jej pełno. Było tyle rzeczy do odkrycia, tyle przygód i nowych książek do przeczytania. Mogła też poświęcić czas na samodyscyplinę i treningi szermierki, które bardzo lubiła. Chciała być użyteczną kobietą, a nie ładnie wyglądającą damą z obrazków, której głównym zadaniem jest pachnieć i rozkazywać, chociaż przecież mogła. Na Merlina, jej rodową posiadłością był zamek. Potrząsnęła pudełkiem z żabą na jej pytanie, obracając nim w dłoniach. -A jak wyjmę kogoś okropnego? - zaśmiała się pod nosem, bo sentyment uderzył w nią, jak fala zimnego, jesiennego wiatru. Pamiętała, jak ekscytowało ją zbieranie kart w szkole. Stanęła obok Brenny i już miała otworzyć, ale ostatecznie, nie zrobiła tego, bo ta wspomniała o pracy. - Najpierw zróbmy coś dobrego, a potem sprawdzę kartę. To będzie taka nagroda, lepiej będzie mi się pracowało. Zabezpieczenia, tak? Czy coś jeszcze trzeba naprawić? Jestem przygotowana, mam nawet pędzel. - potrząsnęła wymownie swoim magicznie powiększanym plecakiem pełnym narzędzi. Prawda była taka, że nawet pożyczyła sobie jeden z młotków Hjalmara. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Brenna Longbottom - 20.02.2026 – Nie jestem pewna, czy nazwałabym to przyjaźnią – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. Brenna jako nastolatka chętnie zawracała głowę innym, nie zawsze wyłapując sygnały, że sobie tego nie życzą, ale jako dorosła wiedziała, że niektórzy po prostu nie chcieli kontaktów i narzucała się rzadko. Łatwo też przywiązywała się do ludzi. Ale przybysz ze skandynawskich lądów był spokojny, miły, uczynny, ale i odrobinę zdystansowany i zawsze zajęty swoją pracą. Lubiła Hjalmara, zawsze witała go radośnie i pytała, co u niego słychać, bywało, że przychodziła z zamówieniem albo podrzucała kawałek ciasta, ale też starała się nie przekraczać jakichś granic. – Ale to… może to zabrzmi głupio, ale nazwałabym go dobrym człowiekiem. Takim naprawdę dobrym. Pasujecie do siebie – powiedziała, posyłając Pandorze odrobinę psotny uśmiech, wbrew nerwowości, wciąż czającej się gdzieś w duchu, mimo tego, że chmury na niebie pozostawały tylko chmurami. I że gdy się rozglądała, nie dostrzegała ani śladu dymu ani ognia. – Myślę, że to byłby niezły pomysł, jeśli nie miałby z tym problemu? Myślałam o kupnie czegoś i zaoferowania ludziom, ale… wiesz, mogliby wtedy wziąć to miejsce na cel z mojego powodu. Bo w końcu jej nazwisko było kojarzone z działaniami przeciwko śmierciożercom. To Pandory niekoniecznie. – Trzeba by to rozegrać ostrożnie, żeby… nie próbowano uczynić z tego symbolu. Na zasadzie pomocy potrzebującym, nie politycznie, i no na pewno nie mogliby tam być tylko ci, którzy są mugolskiego pochodzenia. Mogłabym pewnie załatwić pomoc paru osób… – Dosłownie, wtedy, gdyby to było przeznaczone tylko dla tych postrzeganych przez śmierciożerców jako „brudna krew”, to byłby cudowny cel. Ale już jedna taka rodzina, a pięć półkrwi? To powinno zadziałać. Można by zorganizować tam coś nawet prowizorycznie, dla tych rodzin, które ucierpiały najbardziej i nie miały szans do zimy odbudować swoich domów… albo tkwiły w przeklętych lokalach, bo nie było miejsca, do którego mogliby pójść. – Ranisz mnie prosto w serce takim niedowiarstwem – westchnęła, dotykając teatralnie klatki piersiowej. – W porządku, mam nadzieję, że się coś się uda. Może… może sytuacja się uspokoi. A potem Voldemort znowu wszystko rozjebie. Żyli w naprawdę paskudnych czasach. Ale niekoniecznie chciała o tym teraz Pandorze mówić. – Odpoczywałam całe dwa dni po Spalonej Nocy – zapewniła. Szczerze. Wprawdzie dlatego, że była w szpitalu, ale nie musiała się tym chwalić, prawda? – Dobra, rozumiem nagrodę motywacyjną. Ale każda karta z czekoladowych żab jest w porządku – oświadczyła jeszcze, zanim popchnęła furtkę. * W środku na naprawdę czekało faktycznie parę rzeczy, przy których umiejętności Pandory odnośnie mechanizmów i renowacji były nieocenione. Brenna zaś przynosiła, odnosiła i poza tym tam, gdzie to mogło na przykład coś ułatwić w naprawieniu na stałe, używała magii. Trochę przy tym eksperymentowała – niezauważalne dla postronnego, ale dla niej zawsze była to okazja do ćwiczeń, a starała się o takie rzeczy dbać, nie chcąc wyjść z wprawy, zaś kształtowanie... po prostu lubiła próbować z nim zupełnie nowych rzeczy. Na jak długo da radę zmaterializować rzeczy, które zwykle znikały w ciągu paru minut? Czy da się udoskonalić to zaklęcie, łącząc kształtowanie z transmutacją? Gdy nie musiała robić niczego skomplikowanego, plotkowała wesoło z Pandorą, i może trochę mniej wesoło, za to z zaangażowaniem z sąsiadką, starszą panią, która sama niewiele mogła zrobić, bo ani nie była bardzo potężną czarownicą, ani nie znała się na magicznych przedmiotach. Tak czy inaczej – w ciągu kolejnych dwóch godzin uwinęły się z częścią rzeczy. RE: [28.09.72] Gdy ulatuje dym - Pandora Prewett - 15.04.2026 Pandora czasem nadużywała tego słowa, wiedziała o tym, ale miała dużo wiary i sympatii do ludzi. Brenna była zupełnie inna, ostrożna. Dostrzegała to w sposobie jej wypowiedzi, gestach i tym, jak długo zajmowało, aby mówiła cokolwiek o sobie. W dzisiejszych czasach to było najrozsądniejsze podejście, jakie mogła mieć. Brunetka uśmiechnęła się jedynie, kiwając głową. - Przyjaźń to duże słowo, wiem, ale ciesze się, że się pojawiłaś. Bywał tu trochę samotny, na pewno poczuł się lepiej, jak Cię zobaczył. Wyjaśniła tonem, który sugerował po prostu wdzięczność i radość z tego, że brunetka się pofatygowała, aby sprawdzić. Takie rzeczy miały największe znaczenie, były kotwicą do lepszych, bardziej prawdziwych i przede wszystkim trwałych relacji. Zarumieniła się, nie mogąc stłumić uśmiechu. - Jest cudowny. To taki łagodny misiek, nieśmiały. Wiesz, że chciał mnie zabić, gdy się poznaliśmy? Jestem przekonana, że tak było. Popsułam mu polowanie, bo spadłam z drzewa. - wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, a przed oczami zatańczyły jej obrazy z tamtych wydarzeń na Islandii. Zaskakująco często do tego wracała. - Myślę, że go przekonam. Mogę to zrobić na siebie, nie mam żadnych wrogów, nie licząc oczywiście fanek Hjalmara i pewnie tych zamaskowanych idiotów siejących nieszczęście, ale oni samych siebie nie lubią. Dodała jeszcze pół żartem, pół serio, wywracając oczami. Miała sposoby, aby przekonać ojca do zrobienia tego, co chciała. - Mhm, im ciszej przygotowania, tym lepiej. Jestem jednak pewna, że wspomną o tym gazety przy otwarciu, chyba że ich przekupię, żeby siedzieli cicho. Tak, wiem, że to bardzo brzydko, ale czasem to pomocne. - przerwała na chwilę, przenosząc na nią wzrok. Znów się uśmiechnęła, jakby dostrzegając iskrę nadziei w tej szarości i dymie, które opanowały ostatnio świat i rzeczywistość. - Zajmę się tym jeszcze dziś lub jutro, może lepiej udać się do niego osobiście. Przesunęła palcami po szyi w zamyśleniu, a potem spojrzała na chwilę w niebo, poprawiając torbę. Nie chciała się zastanawiać nad tym, co złego mogło się stać i ściągać złej energii, której i tak było za dużo. Musiały trzymać się czegoś dobrego, bo oszaleją. One i wszyscy ludzie, którzy nie zasługiwali na to, jak śmierciożercy ich traktowali. - Niech będzie, że to wystarczy i Ci wierzę. Na pewno nie odpoczywała z własnej woli, bo Pandora była pewna, że Brenna była pracoholikiem. Wzięły się do pracy, atmosfera zupełnie się zmieniła. Brunetka nie gadała tyle, gdy wykonywała obowiązki, chcąc to zrobić jak najlepiej. Większość mechanizmów była prosta, ale czasem dało się słyszeć, jak komentowała coś pod nosem lub analizowała na głos to, co powinna zrobić, aby usprawnić działanie przedmiotu lub zwiększyć jego zasięg. Zapewnienie bezpieczeństwa i komfortu ludziom było wielką odpowiedzialnością, nie chciała tego popsuć. To nie było przygotowywanie mapy nieba, to mogło chodzić o życie. Po ciele kobiety przebiegł dreszcz, ale uśmiechnęła się jedynie, chcąc dodać sobie odwagi. Uśmiech przecież mógł zmienić wszystko. - Może powinnam zapewnić im mojego koliberka? Mogliby mieć podgląd na to, co działo się przed domem. - zapytała, siedząc na podłodze i odkładając śrubokręt. Zebrała szybko narzędzia, wrzucając je do torby, a potem wyjęła z niej mały mechanizm przypominający ptaszka. Jakoś tworzenie mechanizmów zwierząt zawsze sprawiało jej najwięcej przyjemności. |