Secrets of London
[9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix (/showthread.php?tid=5477)



[9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - Benjy Fenwick - 12.12.2025

Wieczór zasnuł Pokątną, a ja wyszedłem z klubokawiarni jeszcze z odrobiną ciepła herbaty pod skórą, takiego, które podpowiadało mi, że mogę załatwić jedną sprawę, zanim udam się na Horyzontalną - tym bardziej, że miałem jeszcze więcej niż kilkanaście minut na ten spacer. Wtedy moje spojrzenie padło na lokal po drugiej stronie ulicy - zdecydowanie nowy, nie było go tu chyba przed pożarami, a teraz jakby zmaterializował się w miejscu dawnej podrzędnej redakcji czasopisma hobbistycznego. Nowy dwupoziomowy sklep odzieżowy wyglądał jak świątynia kogoś, kto kolekcjonował tkaniny i pieniądze w równych proporcjach.
Nie zdarzało mi się chodzić po podobnych miejscach, bo zazwyczaj wystarczało to, co miałem w torbie, a jeśli czegoś potrzebowałem na szybko, brałem pierwszą rzecz, która miała właściwy materiał i nie odstraszała mnie kolorem. Tym razem jednak nie chodziło o mnie, tylko o moją żonę - o to, żeby nie zmarzła tam, gdzie zamierzałem zabrać ją za kilka dni, jeśli tylko wyrazi chęć, czyli w dosyć nieprzystępne, rumuńskie góry. Chciałem czegoś miękkiego, ciepłego, ciemnego - szalu z kapturem i rękawiczek, które miały ją ogrzać tam, gdzie ja nie będę mógł tego zrobić. Wszedłem więc do butiku z tym rodzajem determinacji, który zwykle rezerwowałem na wejścia do miejsc znacznie mniej przyjaznych portfelowi, chociaż to też było miejsce, które nie zwykło być łaskawe dla ludzkich kieszeni. Drzwi domknęły się za mną z cichym, dystyngowanym kliknięciem i dźwiękiem dzwoneczka, z góry natychmiast spłynął na mnie trochę zbyt ciepły blask w odcieniu płynnego złota, a ja poczułem, jak mięśnie na moim karku reagują odruchem zwierzęcia, które przypadkiem weszło na teren wyższej klasy społecznej. Nie pasowałem tu, ale miałem cel, a cele z reguły mnie osłaniały, jak tarcza stworzona z samej determinacji. Szybko strząsnąłem z siebie wrażenie obcości, nie zamierzałem czuć się przytłoczony, nawet jeśli luksus wyciekał z każdego kąta tego butiku i zbierał się w kałuże światła pod kryształowymi lampami.
Dwupoziomowe wnętrze błyszczało burżuazyjną arogancją, która krzyczała, że wszystko tu kosztowało więcej, niż powinno, ceny na metkach były ciągami liczb dłuższymi niż daty w kalendarzu, podłoga pod moimi butami połyskiwała, jakby ktoś właśnie wypolerował ją zaklęciem usuwającym z powierzchni nawet cień kurzu. Pachniało cedrem, kilkoma nutami pseudoegzotycznych perfum i czymś jeszcze, trudnym do nazwania. Schody prowadzące na antresolę wyglądały na stworzone bardziej do pozowania niż chodzenia, więc ruszyłem między stojaki na parterze, starając się nie wyglądać jak ktoś, kto przyszedł tu po rzecz tak przyziemną jak ochrona przed jesienną pizgawicą.
Na dole królował przepych - kaszmir udający skromność, zdecydowanie zbyt dużo prawdopodobnie podrabianego merino i różnych wariacji jedwabiu, który nawet nie powinien tu wisieć w październiku, szpanującego błyskiem pod światło. Pierwsza ekspedientka wypłynęła zza regału z uśmiechem, który pewnie przećwiczyła przedtem zdecydowanie zbyt wiele razy - ku mojemu zdziwieniu, obdarzając mnie naprawdę miłym spojrzeniem, jakby nie wzięła mnie za kogoś, kto przyszedł tu, aby coś ukraść, a nawet jeśli - nie dała tego po sobie poznać, tylko od razu ruszyła do wdrażania technik marketingowych manipulacji. Zdążyłem tylko wspomnieć o szalu, a już trzymałem w dłoniach coś, co przypominało krzyżówkę dywanu z peleryną sceniczną - odsunąłem je od siebie, kręcąc głową. Spojrzenie sprzedawczyni omiotło mnie, a następnie padło na kilka oddalonych wieszaków.
- To absolutnie wyjątkowe modele. -  Zapewniła mnie, głos miała lekko nosowy, jakby zjadała końcówki słów. Pokiwała głową jak jasnowidz, który właśnie zobaczył moją przyszłość, po czym poprowadziła mnie do drążków, na których wisiały rzeczy tak absurdalne, że nawet moja babka by ich nie założyła, a ona uwielbiała wszelką nazbyt drogą ekstrawagancję. Zaproponowała coś zielonego, połyskującego i absolutnie fatalnego - tak bardzo, że przez moment zastanawiałem się, czy nie udawać, że nagle muszę pilnie wyjść, najlepiej przez okno - a przy tym patrzyła na mnie pustym spojrzeniem kogoś, dla kogo wszystkie kolory są „ładne, bo drogie”. Pokręciłem głową, więc sięgnęła po coś innego, prezentując mi miękki, grafitowy, niby kaszmirowy szal, ładny, gruby… Dopóki go nie dotknąłem - gryzł jak wyrzut sumienia. Potem następny, i jeszcze jeden, coraz gorsze mutacje tkanin, które nie powinny się wydarzyć.
- To nowa kolekcja, bardzo modna... - Trajkotała, odsuwając wieszaki i wyciągając kolejne opcje, a ja próbowałem ukryć grymas, który wypływał mi na twarz, jak niechciana prawda w krainie przesady i mydlenia oczu kasiastego klienta.
- Mhm. - Mruknąłem, odsuwając od siebie kolejny koszmar tekstylny, gdy podsunęła mi go pod nos, już wiedziałem, że nie miała pojęcia, co mówi. Stałem tam tak przez moment, jeszcze jeden obrzydliwy szal znalazł się w mojej dłoni, a ekspedientka wciąż się uśmiechała swoim nieświadomym uśmiechem, jakby zachęcała mnie do zakupu tylko na podstawie „proszę mi zaufać, to modne” - to była ta chwila, kiedy człowiek zaczynał wątpić, czy sklep nie jest jakąś społeczną pułapką, eksperymentem, w którym badają cierpliwość klientów. Dalej trajkotała czegoś o „zimowych tendencjach kolorystycznych”, chociaż nawet nie spytała mnie o to, dla kogo miał być ten zakup - najwyraźniej słusznie strzeliła, że nie dla mnie, ale to była jej jedyna właściwa ocena tego wieczoru, w innym przypadku jej słowa odbijały się ode mnie jak deszcz od parasola. Zaczęła mi podtykać szale o kolorach, które nawet wspomniana babunia momentalnie by odrzuciła. Kanarkowa żółć, która zdradzałaby nas z kilometra, coś w odcieniu bladego różu, co wyglądało jak szmata po rozlanym eliksirze miłosnym i jeszcze szal w deseń, który sprawiał wrażenie, jakby ktoś rozciął gobelin w złym miejscu - o, z tym nawet mogłem się identyfikować, chociaż pewnie zostałem wypalony, nie wycięty.
- To najnowszy KRZYK MODY, sir. - Powiedziała tak, jakby chciała mnie zastraszyć luksusem. Parsknąłem pod nosem i udawałem, że to chrząknięcie. Miałem nadzieję, że w końcu mnie zostawi, ale nie, ta kobieta miała talent do przyklejania się do klienta, nie wiedziała jednak nic o tym, czego szukałem. Ani o zimie w górach. Ani o tym, że nie dam żonie czegoś, co wygląda jak prezent od dalekiej ciotki, która nigdy nie słyszała o dobrym guście. Zacząłem więc chodzić między półkami, omijać błyszczące manekiny z nonszalancją człowieka, który wiedział, czego szuka i że ma rację. Zostawiłem ją przy półce z cekinami, nie miałem ochoty kolejny raz powtarzać, że szukam czegoś, co nie wygląda jak dekoracja jarmarku bożonarodzeniowego, więc wykorzystałem okazję i ruszyłem sam.
Piętro wyżej - wchodząc baaaardzo ostrożnie - znalazłem tkaniny, które wreszcie wyglądały jak ubrania, nie jak projekty ekscentrycznych projektantów po kilku strzałach gorzały. Takie, które można nosić przez wiele lat, a nie jedną noc karnawału. Mój wzrok zatrzymał się na szalu z grubą fakturą i ledwie widocznym przeplotem. Kiedy dotknąłem go palcami, miał w sobie to, czego szukałem - ciepło, niewymuszoną elegancję, której nie trzeba było nikomu tłumaczyć. A jednak po kilku obrotach pod światło, kolor wydał mi się trochę zbyt nienaturalny - miał w sobie jakiś dziwnie zielonkawy poblask, choć był czarno-fioletowy, bardzo ciemny - a materiał był odrobinę podejrzanie za miękki w dotyku. Nie tak, jakby pochodził od zwierzęcia, bardziej, jakby wyszedł z niewłaściwego typu fabryki - takiej, w której odzyskiwało się i przerabiało odpady, nadając im cechy materiałów naturalnych.
Zmarszczyłem brwi, z tym szalem w ręku zdecydowanie musiałem wyglądać, jak ktoś, kto potrzebował jednej fachowej uwagi, jednego potwierdzenia, że wybór jest właściwy. Ekspedientka już była w drodze, wspinając się po szklanych schodach, gotowa na kolejną salwę „nowości sezonu”. Stałem tak chwilę, patrząc na szal, potem na nią, potem znów na szal. Ostatnią osobą na świecie, którą chciałem pytać o gust, była ta kobieta, nie miałem co do tego ani grama wątpliwości. Właśnie wtedy zauważyłem ją, kilka metrów dalej, przy regale z płaszczami. Kobieta w ciemnym, dobrze skrojonym płaszczu, poruszająca się z nonszalancją kogoś, kto wiedział, że świat gnie się pod jej spojrzeniem, a nie odwrotnie. Miała w palcach mankiet jednego z okryć i oceniała szew z uwagą, którą rozpoznawałem natychmiast - to było prawdziwe rozeznanie w temacie. Nie musiałem mieć nosa do mody, żeby rozpoznać kogoś, kto naprawdę wiedział, co robi.
Normalnie bym tego nie zrobił, ostatnie, czego chciałem, to zaczepiać obcych ludzi w sklepie, zwłaszcza tak eleganckich, ale inaczej utknąłbym tu na wieczność, walcząc z entuzjazmem ekspedientki i własnym brakiem cierpliwości. Podszedłem powoli, czując znajome ukłucie niezręczności gdzieś pod mostkiem. Trzymałem szal w jednej dłoni, jak dowód rzeczowy, z odrobiną niechęci, której nie dało się wyplenić, ale też z zamiarem doprowadzenia sprawy do końca.
- Pszeplasam. - Odezwałem się, zanim zdążyłem się rozmyślić, w moim głosie zabrzmiała ta chrypka, która pojawia się, kiedy człowiek robi coś wbrew sobie. - Pani wygląda na kogoś, kto faktycznie zna się na tkaninach. Mogę zapytaś o opinię? - Zawiesiłem głos, pozwalając, żeby butik na chwilę wstrzymał oddech, w tej jednej chwili naprawdę potrzebowałem drugiej pary oczu, miałem przeczucie, że te należą do kogoś, kto widział więcej niż tylko cenę na metce. Obym się nie mylił.


RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - Bellatrix Black - 16.12.2025

Bellatrix przemierzała uliczki magicznego Londynu. Napawała się tym widokiem, chociaż dużo bardziej stolica podobała jej się tamtego, pamiętnego wrześniowego dnia, kiedy pochłaniał ją ogień. Pewnie szybko nie powtórzą takiego sukcesu, zapewne nie będą możliwości ponownie przeżyć tego niesamowitego uczucia, kiedy wszyscy wydawali się być tacy mali, wobec ich siły. Miała wrażenie, że kiedy przemierzała uliczki nadal była w stanie wyczuć swąd spalenizny, wspaniale - oby wsiąknął jak najgłębiej, te mury nigdy nie miały zapomnieć tego, co się wydarzyło, tego, jacy potężni byli. Już niedługo wszyscy o nich usłyszą, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, przyjdzie taki moment, kiedy Czarny Pan podzieli się tym, kto wspierał go od samego początku, kto pomagał mu przejąć władzę nad czarodziejskim światem, a ona będzie wymieniona jako jedna z tych osób. Uśmiechnęła się sama do siebie poprawiając swoje długie, czarne pukle. Miała wyśmienity nastrój i nic nie mogło go jej popsuć. No prawie nic.

Zauważyła szyld, który informował o tym, że na Pokątnej znajdował się nowy sklep odzieżowy. Ktoś chyba postanowił skorzystać z okazji, odkupić te miejsce po tym, jak poprzedni biznes splajtował, albo przestał istnieć przez pożary. Mina jej zrzedła kiedy to zobaczyła. W końcu na Pokątnej można było już robić zakupy w najwspanialszym Domu Mody jaki istniał, Rosierowie przecież nie mieli sobie równych jeśli chodzi o tworzenie ubrań. Naprawdę ktoś sądził, że może w ogóle próbować być ich konkurencją? W tym miejscu? Uśmiechnęła się do siebie z politowaniem. Miała sentyment do Domu Mody Rosierów, po pierwsze jej matka pochodziła z rodziny, która go prowadziła, po drugie tworzyli naprawdę zachwycające ubrania, Chris zawsze dbał o to, aby Trixie wyglądała doskonale, nie bez powodu ochraniała tamto miejsce podczas pożarów, zrobiła, co w jej mocy, by ogień go nie dotknął, a teraz ktoś postanowił rozpocząć podobną działalność kilka kamienic obok? Zwariował, na pewno zwariował. Będzie musiała się tym zająć, o tak, weźmie sprawy we własne ręce, najpierw jednak zamierzała spojrzeć z kim przyjdzie jej walczyć, oczywiście, że o wszystkim poinformuje Rosierów, chociaż pewnie już zdawali sobie sprawę z tego, że ktoś próbował podkradać im klientów. Niedoczekanie.

Panna Black znalazła się w środku, o jej obecności poinformował dzwoneczek, który rozległ się kiedy przekroczyła próg. Niedobrze, ten dźwięk był okropny, strasznie głośny, przynajmniej tak się jej wydawało, skrzywiła się kiedy go usłyszała. Uniosła też głowę wysoko, żeby nikomu nie daj Merlinie nie umknęło z kim ma do czynienia, od razu, na pierwszy rzut oka widać było, że to panienka z arystokracji. Ubrana była w czarny płaszcz, z wełny, spod niego wystawała idealnie dopasowana, czerwona sukienka. Światło w pomieszczeniu było zbyt ciepłe, nie podobało jej się wcale, tak samo jak zapach, który unosił się w powietrzu, był zbyt duszący.

Miała wrażenie, że właściciele próbują, aby to miejsce wyglądało na takie, w którym mieli odnaleźć się bogacze, jednak jej wprawne oko wyczuwało ułudę, wszystko było tutaj na pokaz, próbowali wpasować się w gust ludzi na poziomie, ale tacy jak ona byli w stanie wyczuć fałsz. Jak dla niej to miejsce było okropnie kiczowate, na twarzy panienki Black malował się grymas, widać było, że nie jest zadowolona z tego, że się tutaj znalazła, ale gotowa była się poświecić dla przyjaciół swojej rodziny, nikt w końcu nie sprawdzi konkurencji tak dobrze jak ona.

Ekspedientka próbowała ją zagadywać. Blackówna jednak zbyła ją cichym mruknięciem, zdecydowanie była gotowa poradzić sobie sama, posłała przy tym kobiecie mordercze spojrzenie, które krzyczało, aby trzymała się od niej z daleka, bo to mogło się źle skończyć. Na szczęście tamta miała w sobie jakąś odrobinę instynktu samozachowawczego i oddaliła się w stronę lady. Doskonale - nie będzie jej przeszkadzała w szpiegowaniu, a miała co robić.

Powoli przejrzała wszystko co znajdowało się na parterze, miała wrażenie, że gdzieś już widziała podobne projekty, na pewno nie w tym sezonie, Rosierowie już dawno tworzyli bardziej nowoczesne ubrania. Postanowiła jednak wejść wyżej, zobaczyć, co jeszcze postanowili od nich podwędzić. Nie byli w stanie oczywiście nawet odrobinę zbliżyć się do poziomu jej rodziny, mogli próbować, ale widać było, że jakieś szlamy próbowały wybić się próbując naśladować mistrzów. Tak naprawdę nie miała pojęcia, do kogo należał ten przybytek, ale zamierzała się tego dowiedzieć.

Przyglądała się bardzo skrupulatnie ubraniom, które mijała. Dostrzegała podróby materiałów (a przynajmniej tak się jej wydawało, to znaczy była tego pewna), okropnie skrojone stroje, obrzydliwe kolory. Nic, ale to nic się jej tutaj nie podobało. Trafiła do kąta, w którym znajdował się wieszak z płaszczami, zaczęła je przeglądać, gdzieś w tle odezwał się dzwoneczek, chyba ktoś jeszcze postanowił tutaj wejść. Niedobrze, mieli jakichś klientów, wypadało im zrobić antyreklamę, a najlepiej to złożyć podpierdolkę do sanepidu, aby zamknęli to miejsce, o, na pewno widziała szczura między sukienkami na parterze, jeśli tu nie mieszkał, to chętnie sama jakiegoś przeprowadzi do tego butiku.

Usłyszała kroki na schodach, oby to nie była ta ekspedientka, już miała posłać jej kolejne, mordercze spojrzenie, ale dostrzegła mężczyznę, zupełnie obcego, co spowodowało, że odwróciła wzrok i znowu zaczęła przyglądać się tym nieszczęsnym płaczom, były okropne i śmierdziały, fuj, jak ktoś w ogóle mógł tutaj robić zakupy?

Wzięła w dłoń mankiet jednego z okryć, pozwoliła sobie na badanie faktury opuszkami palców, sztuczne, jak nic ktoś próbował wszystkich oszukać, wtedy usłyszała głos. W pomieszczeniu nie było nikogo więcej, tylko ona i ten mężczyzna, więc musiał mówić do niej. Odwróciła się powoli i na niego spojrzała.

- Ależ proszę bardzo, nie ma mnie Pan za co przepraszać. - Idealnie trafił, nie mógł znaleźć lepszej specjalistki od niej. Napuszyła się dumnie, nie czekała na jego kolejny ruch, wyciągnęła rękę przed siebie, by dotknąć tego szala, który znajdował się w jego rękach. - Jeśli mam być z Panem szczera, a jak mniemam dokładnie na tym Panu zależy, to próbują mydlić ludziom oczy, ta faktura, jest bardzo podobna do wełny, jednak jest imitacją, nie da się zabarwić materiału w ten sposób. Mają ceny jak za najlepsze tkaniny, a jednak to tylko podróbki. Nie warto nic tutaj kupować. Niedaleko znajduje się bardzo prestiżowy Dom Mody Rosierów, tam nie oszukują klientów, można im zaufać co do jakości i doboru tkanin. - Widać było, że Blackówna zna się na rzeczy, doskonale wie, o czym mówi, miała nadzieję, że mężczyzna uwierzy jej na słowo, zresztą sam przyszedł po opinię, więc dała mu tę najszczerszą.




RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - Benjy Fenwick - 17.12.2025

Przez ułamek sekundy stałem bez ruchu, z tym nieszczęsnym szalem zawieszonym między nami jak dowód w sprawie, która nagle zrobiła się znacznie poważniejsza, niż planowałem. Słuchałem jej i czułem, jak coś we mnie powoli, bardzo metodycznie, przestawia się na właściwe tory. Ten ton - spokojny, rzeczowy, pozbawiony potrzeby przypodobania się komukolwiek, to słowo rzucone mimochodem - „imitacja”. Nie „może”, nie „wydaje mi się”, pewność. Przesunąłem kciukiem po materiale raz jeszcze, gdy go puściła, ale już inaczej - nie jak klient, tylko jak ktoś, kto sprawdzał linę przed zejściem w dół. Zerknąłem na szal jeszcze raz, już innymi oczami, jakby jej słowa zostawiły na nim cienki osad podejrzeń. Faktycznie, kiedy przestałem patrzeć na kolor i miękkość, a skupiłem się na tym, jak materiał układał się między palcami, coś przestało się zgadzać. Nagle wszystko było oczywiste - za gładkie, za równe, za… Martwe. Nie w tym „dobrym” sensie, nie jak produkt, który powstał naturalnie, choćby nawet okupiony czymś, o czym większość ludzi nie chciała myśleć, zwłaszcza w naszych czasach, to było znacznie bardziej sztuczne, pozbawione życia od początku do końca - produkt mirażu, mistyfikacji.
- No, plosę. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. - A jusz myślałem, sze to ja mam palanoję. - Skrzywiłem się, niemal niezauważalnie, kiwając głową z czymś między uznaniem dla wiedzy kobiety przede mną a dezaprobatą dla tego lokalu. Spojrzałem jeszcze raz na materiał - wcześniej wydawał mi się miękki, solidny, obiecujący ciepło, teraz, po jej słowach, zacząłem widzieć w nim coś niepokojąco plastikowego, jak obietnica, która brzmi dobrze tylko do pierwszego mrozu. Przesunąłem kciukiem po brzegu, wolniej, uważniej, miała rację, cholera, miała absolutną rację. Spojrzałem na kobietę jeszcze raz, uważniej, już nie tylko jak na kogoś, kto znał się na tkaninach, ale jak na osobę, która z własnej woliła wchodzi do takich miejsc i nie dawała się połknąć. Elegancja bez afiszowania się, pewność bez potrzeby potwierdzenia. Tego się nie dało kupić, nawet w najdroższym butiku na Pokątnej. Nie była tylko kimś, kto „zna się na rzeczy”, była kimś, kto nie tracił czasu na uprzejme półprawdy - to akurat ceniłem bardziej niż złoto, zwłaszcza wychowując się z wieloma kobietami.
- Dziękuję. - Powiedziałem krótko, nad wyraz szczerze. - Nie tylko za opinię. Za oszczędzenie mi czasu i… Komplomitacji. Nie tylko wiem jusz, sze ten szal jest do niczego, ale tesz, gdzie powinienem iść, szeby nie wyjść na kompletnego… Ignolanta. To cenna wiedza, zwłaszcza obecnie. - Uśmiechnąłem się lekko, krzywo, w ten sposób, który pojawiał się u mnie wtedy, gdy sytuacja wymykała się pierwotnemu planowi, ale wcale nie stawała się gorsza, raczej ciekawsza. Mimowolnie wróciłem przy tym do tej dawnej postawy - wyprostowane ramiona, kulturalny ton głosu, zbyt dystyngowany ton, jak na kogoś, kto wizualnie mógłby tu trafić z ulicy.
Odwróciłem się od stojaka, jakby nagle stracił prawo do mojego zainteresowania, i złożyłem szal w pół, bez czułości, odkładając go na pierwszą półkę z brzegu. Ekspedientka wciąż krążyła gdzieś na obrzeżach naszego pola widzenia, czujna jak drapieżnik, który nie rozumiał, że ofiara właśnie wyszła poza zasięg jego pazurów, chociaż tak właściwie nigdy w nim nie była, jeśli mielibyśmy być zupełnie szczerzy. Udawała zajętą poprawianiem czegoś, co nie wymagało poprawy.
Uśmiech stopniowo zniknał jej z twarzy jak źle rzucone zaklęcie iluzji, nie sprawiło mi to żadnej przyjemności, raczej potwierdziło słuszność decyzji. Mnie to już nie interesowało, nie lubiłem natrętnej sprzedaży, zawsze ceniłem sobie subtelność i dyskrecję, nigdy nachalność i presję. Skoro ktoś mówił mi wprost, że sprzedają tu ładnie zapakowane kłamstwo, nie miałem zamiaru płacić za przywilej bycia oszukanym. Odsunąłem się krok, chowając dłonie do kieszeni płaszcza. Butik nagle stracił resztki blasku, stał się tylko elegancką pułapką z kryształowymi żyrandolami. Przez chwilę stałem tak jeszcze, mając pełną świadomość, że bez jej interwencji wyszedłbym stąd z drogim, bezużytecznym kawałkiem materiału i poczuciem, że coś poszło nie tak, choć nie wiedziałbym co - teraz wiedziałem dokładnie.
Skinąłem jej głową, już z decyzją ułożoną w myślach - Rosierowie, zimna Rumunia, szal, który faktycznie spełni swoje zadanie. A ten butik… Cóż. Niektóre miejsca najlepiej było opuszczać szybciej, niż się do nich weszło.


RE: [9/10/1972] Coal to diamond, sold to fools | Benjy, Bellatrix - Bellatrix Black - 17.12.2025

Trixie nie miała najmniejszego problemu z tym, aby podzielić się swoją opinią. Szczególnie, że mężczyzna sam ją o to zapytał, a więc nadarzyła się idealna okazja, aby powiedzieć komuś co sądzi o tych strojach, materiałach, o całym butiku. Idealnie się złożyło, bo bardzo chciała, aby ktoś to usłyszał, być może ostrzeże kolejne osoby przed tym miejscem. Doskonale się składa, zależało jej bowiem na tym, aby ludzie tutaj nie przychodzili. Jedyny, najprawdziwszy Dom Mody należał do Rosierów, była dumna z dziedzictwa rodziny matki, szkoda, aby ktoś postanowił na nim żerować, postanawiając otworzyć podobne miejsce całkiem niedaleko.

Widziała, że zerknął na szal jeszcze raz, zasiała ziarno niepewności, tak właściwie to on sam zauważył, że coś nie gra, a gdy tak na niego patrzyła to miała wrażenie, że nie należał do osób szczególnie lotnych, jeśli chodziło o stroje, przynajmniej kiedy patrzyła w to, co on był ubrany. Sprzedawali więc tutaj naprawdę okropne rzeczy. Nie było sensu wydawać na to ani złamanego knuta.

- Nie, nie ma Pan paranoi, wręcz przeciwnie, całkiem trafna ocena. - Nawet ją to nieco dziwiło, jak widać jednak wiele osób przywiązywało wagę do jakości, do materiałów, doskonale, dzięki temu może to miejsce splajtuje jeszcze szybciej niż by chciała.

- Nie ma mi Pan za co dziękować, naprawdę nie ma sensu kupować tu czegokolwiek, nie bez powodów to Dom Mody Rosier od lat jest najbardziej popularnym miejscem na rynku, utrzymuje się to od lat, ich ubrania są unikatowe, ale też bardzo trwałe, łączą elegancję z solidnością, nie ma lepszego miejsca od niego, aby wybrać coś za siebie, czy dla ukochanej. Od lat noszę tylko ich projekty. - Dodała jeszcze, co miało być potwierdzeniem tego, co mówiła, nie dało się nie zauważyć, że panna Black była doskonale ubraną młodą damą, prezentowała się godnie, jak przystało na młodą czarownicę.

Mężczyzna odłożył szal na miejsce, właśnie pozbawiła ich jednego klienta, wspaniale, a miał to być dopiero początek. Ekspedientka nie była z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona, widziała, że mina jej zrzedła, za to na twarzy Belli pojawił się ogromny uśmiech, niby był to tylko drobny sukces, ale ją cieszył. Musiała jednak poinformować Chrisa o tym, co działo się tuż za rogiem, nie miała pewności, czy o tym wiedział.

Nic tu po niej, skinęła również mężczyźnie na pożegnanie, jakby połączył ich jakiś pakt nienawiści do tego miejsca, zabawne, że czasem tak prosta sprawa potrafiła wzbudzić sympatię. Uniosła wysoko głowę, i ruszyła w stronę schodów, aby opuścić ten przybytek, nie zamierzała spędzać tu więcej czasu, zobaczyła, co miała zobaczyć, było tak, jak jej się wydawało.

Opuściła to miejsce bez pośpiechu, nigdzie przecież jej się nie spieszyło, zrobiła to jednak całkiem dumnie, jak na nią przystało, na odchodne rzuciła jeszcze niezbyt przyjemne spojrzenie ekspedientce, jakby chciała jej przekazać, że doskonale wie o tym, że pogrywają z ludźmi, że zna ich tajemnice i nie zamierza zatrzymać ich dla siebie. Nie mogła tego zrobić, szkoda, aby uczciwi czarodzieje nabierali się na takie sztuczki.


Koniec sesji