Secrets of London
jesień 1972, 10 września // rejwach - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: jesień 1972, 10 września // rejwach (/showthread.php?tid=5479)



jesień 1972, 10 września // rejwach - Garrick Ollivander - 13.12.2025

Ollivander rzadko poruszał się po Nokturnie, więc czuł się w tym wyjątkowo niepewnie. Miał jednak ponad przypadkowymi osobami, które mogły zostać napadnięte pewną przewagę - absolutnie każdy go kojarzył i zwykle pojawiał się w tych okolicach dla konkretnego towarzystwa: Woody'ego Tarpaulina. Zapewne bezpieczniej byłoby teleportować się bezpośrednio do Rejwachu, ale nie mógł zrobić tego z takim balastem, więc sunął powoli przed siebie, obwieszony dwiema skórzanym torbami powiększonymi w środku.

Gdyby ktoś go napadł, głęboko by się rozczarował.

Kiedy wszedł do baru i ujrzał w nim Tarpa właśnie, uśmiechnął się ciepło, chociaż uśmiech ten miał w sobie odrobinę zmieszania i bólu. Chciałby przyjść tutaj w innych okolicznościach.

- Tarp! - Powiedział tym swoim spokojnym, miękkim głosem, ściągając z siebie cały ten balast. Widać po nim było, że te torby nie były szczególnie dobrze zaklęte, bo się zmęczył. - Przyniosłem wam, wiesz - ściszył głos - trochę kołder i poduszek. I podzieliłem się tabaką.




RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Woody Tarpaulin - 17.02.2026

Rejwach był ogromny. Cała ta przestrzeń — dwa poziomy piwnic, parter, piętro — wszystko ocalało. Nie były to progi wysokie, ale za to jakie przepastne. W pierwszych dniach po tragicznych pożarach trzymać puste izby w gospodzie z kompletnym dachem trudno było sobie wyobrazić. Nie było tu czego rozkradać — na co dzień gościli na tej przestrzeni hordy podejrzanych, pijanych typów, więc na salach było niewiele ponad surowe ławy i stołki. Ducha przecież Tarpaulinowi nie wyniosą, kuchni ktoś zawsze pilnował, a osobiste skarby Woody’ego strzeżone były za zabezpieczonymi drzwiami. Więcej niż o swoje mienie martwił się o ludzi: o zapewnienie komfortu ranionej Asenie i o to, żeby się nie zagryźli między sobą ci, co ściągnęli pod jego dach, kiedy poszło słowo, że można się u niego darmo ogrzać i przespać na dole, i dostać gulaszu na zeszyt przy barze. Starał się oddzielać początkowo baby i dzieci od mężczyzn, ale wszelkie to towarzystwo tak czy srak się ze sobą mieszało. Nie miał kontroli nad tym, kto wchodził, kto wychodził. Kto gdzie zasypiał ani kto okupował rejwachowe kible, w których nie było od dawien dawna mydła ani papieru (bo okej, to dało się zrabować, a srajtaśma jest dla zarządu). Tym matkom jedynie, co ciągnęły za sobą dzieciaki, dał gospodarz, zamiast ław w ogólnodostępnych przestrzeniach, tych kilka zamykanych pokojów, co miały nawet prawdziwe łóżka ze sparciałymi materacami.
A mimo wyjątkowo barwnej mozaiki osobistości zebranych pod dachem (oraz rzuconych po kątach tobołów będących własnością tych, którzy przywlekli ze sobą, co ocalało z ich zawalonych domów), było w Rejwachu jakoś ciszej niż zwykle. Szemrzało tu dziś bardziej niż grzmiało. Stary wyłączył gramofon, zasłonił głośne obrazy kotarą. Szwendał się po pubie trochę jakby bez celu, zaglądając to tu, to tam — ale też nie za często, żeby nie sprawiać wrażenia strażnika więziennego czatującego nad gośćmi.

Gdy więc zobaczył Garricka z końca sali, podążył na spotkanie i uścisnął mu rękę, ledwie Ollivander zrzucił z siebie balast.
— Mistrz Garrick Ollivander, no proszę, kogo moje oczy widzą — powitał go serdecznie. — Dziękuję ślicznie. Zagospodarujemy, z pewnością — odparł, również ściszając schrypnięty głos. Wziął jedną z toreb, drugą niestety zostawił, uniósłszy wymownie tę dłoń, której palec wciąż był grubo obandażowany. Woody Tarp wyglądał na nieco bardziej wymemłanego niż zwykle, z niezadbanym zarostem, wymiętoszoną koszulą, ociężalszym krokiem i... cóż, śmierdział wczorajszą wódą. — Od razu znosimy towar na dół czy ugościć jakoś pierw? Są tu jeszcze, a no wiem, że nie wygląda, miejsca odosobnione, gdzie będziem mieli spokój. — Bo pojawienie się kogoś tak znanego jak Garrick przyciągało ciekawskie oczy wypoczywających przy stolikach ludzi. — Jak tam? Zakład stoi? He, nie wyobrażam sobie świata, jak nie stoi.

!Trauma Ognia


RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Pan Losu - 17.02.2026

Pożerający cię strach osiągnął szczyt. Doświadczasz omamów, które doprowadzają cię do obłędu. W tej sesji rzucasz zaklęcie kształtujące ogień, wymierzone w najbliższą osobę lub przedmiot. Wszystko wokół płonie, bo... powinno spłonąć!

OGIEŃ WAS OCZYŚCI.


RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Garrick Ollivander - 22.02.2026

Woody Tarpaulin wydawał się być Ollivanderowi człowiekiem rubasznym. Nie był ślepcem ani głupcem, widział dobrze, jakie mendy potrafiły krzątać się po Nokturnie a więc i w Rejwachu, ale Tarp to miejsce trochę rozświetlał i dawał staremu różdżkarzowi nadzieję na to, że ktoś się tymi wiecznymi dziećmi slumsów opiekuje lepiej niż wymierzając im cios prosto w i tak już przekrzywiony nos. No i zawsze tak ładnie pachniało tu jedzeniem. Kucharza musieli zwerbować tutaj niezłego, niezależnie od wszystkiego. Miał wrażenie, że gdyby chciał, to by karierę zrobił i na Pokątnej.

– Tarp – machnął ręką. Był dokładnie tym człowiekiem, którzy na słowo „mistrz” i wszelkie komplementy reagowali słowem „przesadzasz”, a jednak kiedy ktoś nie zwracał się do nich z należytym szacunkiem, robili się zmieszani. Był tak staroświecki jak jego zakład różdżkarski. – Zanieśmy to wpierw. Szczerze mówiąc, to nie zakładałem nawet, że dla mnie dużo czasu znajdziesz. Zakład stoi, praca zaraz wrzeć będzie, więc szukam kogoś do pomocy. Jak znasz kogoś, to daj mu znać. Dużo ludzi teraz potrzebuje snycerza. W ogóle ludzie teraz potrzebują. Reglamentacja nas czeka jak nic. – Ale takie rzeczy, tak się przynajmniej Garrickowi wydawało, Rejwachu nie dotykały. Do Rejwachu przyszliby pewnie ci, którzy chcieliby ją ominąć. Daj im Bóg, żeby było z czego chachmęcić.




RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Woody Tarpaulin - 11.05.2026

Garrick Ollivander był człowiekiem wzbudzającym szacunek. Gdy Tarpaulin na takiego człowieka natrafiał — zdolnego mistrza, o nieposzlakowanej opinii i gentlemańskiej manierze — umiał ten zasłużony szacunek okazać. Nie urodził się przecież na Nokturnie, a mimo że przesiąkł nim i zasymilował się gładko, pamiętał, czym jest dobre wychowanie.
— Zdziwinie by było, gdyby się bez reglamentacji obyło w takie okoliczności w takiej branży. Jakoś to trzeba u was, ludzi rzemiosła, zorganizować. Ja wierzę, że sobie dacie radę, tak rozsądnie. Będę się za fachowcami rozglądał. Popytam tu i tam — zapewnił, bo jeśli pałętali się gdzieś luzem stolarze i snycerze, to u takiego Ollivandera więcej by dobrego wskórali niż solo. — Tamtędy, proszę. — Wskazał kierunek.
Poszli obaj zgodnie z preferencją Garricka prosto na dół, gdzie się gnieździli ludzie. Choć konkretniejszym byłoby powiedzieć, że zdążyli wstąpić ledwo na schody piwniczne. Tam mroki rejwachowego podziemia rozpraszały zaklęte świetliki, świece usunięto. I byłby człowiek myślał, że starczy to, aby wszystkich straumatyzowanych pożarami nie retraumatyzować. A jednak: może to cień jaki na kamiennej ścianie zatańczył w niebezpieczny sposób?
Niezależnie od tego, jak było: Woody zdębiał, stanął na półpiętrze. Torba pościeli wypadła mu z ręki. Drżącymi palcyma sięgnął po różdżkę. Coś pękło w chłopie, coś straszliwego. Stali jeszcze za winklem, we dwóch tylko, bez trzecich ludzi w zasięgu wzroku.
Zrobiło mu się gorąco… Nie, nie gorąco — piekło go. To był żar tamtej nocy, gdy przeklęto go w dymie. Pierw go zaćmiło, później: wzrok zajęło jaskrawe światło. Niby Woody w serce ognia wkroczył i dał się pokąsać płomienistym językom, które wnet rozeszły się po ciele. Zajęły dłonie, zajęły ubranie, i szły, szły po nim, szły dokoła, z głębi i do głębi Rejwachu. Woody szarpnął się, spróbował płomienie strzepnąć z siebie chaotycznym ruchem ręki.
Z zewnątrz wyglądało to co najmniej dziwnie. Woody Tarpaulin zatrzymał się na tym podeście w połowie zejścia i jął rozglądać się szaleńczo, Bogini wie za czym — już wtedy Garrick mógł zorientować się, że coś złego zaczęło się z gospodarzem dziać. Gdy ten zaczął trzepać rękoma, wcale żadnego płomienia z nich nie zganiał — ognia nie było. Do czasu przynajmniej, aż jego własna magia w tych obłąkańczych ruchach nie zaczęła splatać się w płomień.

// kształtowanie ognia wycelowanego w upuszczoną torbę z pościelą
[roll=N]


RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Garrick Ollivander - 11.05.2026

Dlaczego właściwie tak surowo Woody'ego Tarpaulina niegdyś oceniał? Nie zaprosił go nigdy na spotkanie gildii właścicieli lokali, chociaż teoretycznie mógłby. Pamiętał jego początki. Wiedział też, że tak do końca złym człowiekiem z marginesu nie był, a jednak... Coś tam go w środku chyba drażniło, kiedy o nim myślał. Ollivanderowie widnieli niegdyś w Skorowidzu, ale jak widać mezalianse zaprowadziły ich do miejsca, gdzie ich bezpieczeństwo nie było już takie oczywiste, a on posiadał sklep snycerski w mieście, które dopiero co płonęło żywym ogniem. Nie tak łatwo patrzyło się na rzeczy i osoby przypominające o konsekwencjach decyzji wcale nie będących złymi i katastrofalnymi z punktu etycznego (nie znał przecież szczegółów jego upadku – mógł jedynie kojarzyć to jak policjant traci swoją pozycję niczym upadły paladyn), ale wyjątkowo nie pasujących jakiejś grupie osób wymuszającej na innych konkretny styl życia.

– Dziękuję bardzo. Jestem już w tym wieku, że kiedy klienci mnie denerwują, zdarza mi się na nich fuknąć i odmówić usługi – zaczerwienił się trochę mówiąc to, chociaż tak naprawdę nie mówił nic złego, było to podejście bardzo ludzkie – bo nie mam już nic do stracenia i pieniądze niezbyt mnie interesują – nie było nic ważniejszego niż spokój – ale ta katastrofa przekonała mnie do tego, żeby nie odmawiać pomocy nikomu. – I widać po nim było, że nie spał od dawna. Jego słowa mocno sugerowały, że oferował swoje usługi za bezcen, przynajmniej jak na poziom jego umiejętności. Kierowało nim powołanie.

Jakiż to był pocieszny, kochany człowiek, ten Garrick Ollivander. Zapewne ciężko patrzyło się na to, jak nadzieja i radość w jego oczach gasną, a jego bardzo delikatne jak na rzemieślnika dłonie unoszą się w panice, kiedy to wszystko co tutaj przyniósł w dobrej wierze zostało poczęstowane kulą ognia.

– Matko jedyna! – Zapiał, zapowietrzając się, kiedy ta torba z pościelą zajęła się ogniem. Przypomniał sobie momentalnie, że z Brygady nie wyrzucano ludzi za nic i jak łatwo było doprowadzić do tego, żeby staroświecki pan Ollivander stoczył się ze schodów jak baleronik, zanosząc się przy tym pełnym bólu jękiem człowieka czującego się z dwadzieścia lat starszym niż w rzeczywistości był. Mimo wszystko rozejrzał się wokół szukając spojrzeniem czegoś, czym mógłby grzmotnąć Tarpa prosto w kapelusz, gdyby się nie opamiętał.


RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Woody Tarpaulin - 22.07.2026

Woody z pokorą przyjmował wszystkie surowe oceny, jakie kierowano pod jego adresem. Był z tym pogodzony i w głębi ducha uważał, że są dokładnie tym, na co zasługuje. Brał je podświadomie jako część pokuty, którą winien był społeczeństwu, mimo że na zewnątrz twardo utrzymywał, że żadnych błędów nigdy nie popełnił. Sumienie działało w nim niezależnie od jego przekonań.
Nie lgnął więc do żadnej gildii. Nie szukał wśród zwykłych przedsiębiorców towarzystwa. Pozwalał się swobodnie opływać szambom Nokturnu.
— Ja bym panu, panie Ollivander, wyliczył paru takich, co wcale na żadną pomoc nie zasługują — odparł, mając na myśli najgorszych z najgorszych. Morderców, czarnoksiężników, śmierciożerców…
Źle wybrzmiało to jednakże w kontekście tego, co nastąpiło tuż po tych jego słowach.
Ogień rozpełgł się po torbie z pościelą i Tarp przez chwilę jak sparaliżowany wpatrywał się w ów płomień. Ogień nas oczyści, rezonowało mu wciąż w głowie. Wtem oprzytomniał. Choć wciąż ogarnięty lękiem, otrzeźwiał na tyle, aby dotarło do niego, co zrobił. Natychmiast rzucił się rozpraszać zaklęcie.

// rozproszenie ◉◉◉○○ na zdjęcie tego jebanego zaklęcia ognistego
[roll=Z]
Ogień zgasł z cichym syknięciem. Czarodziej zamrugał kilka razy, otrząsając się z resztek panicznego ataku, który pozostawił go wstrząśniętego. Zaciskał rękę na różdżce tak kurczowo, że bielały paluchy. Oddychał głośno. Po strachu płynnie ogarnęła nim furia. Wściekłość na to, co się właśnie wydarzyło — i bogowie tylko raczą wiedzieć, czy więcej był wściekły na siebie, czy na Voldemorta.
To Garrick jednak stał obok. To na Garricka Tarpaulin spojrzał strasznym wzrokiem, który niejednemu zbirowi z Nokturnu odebrał animusz. Spod czarnej śliwy zdobiącej oko chłopa okropniejszy jeszcze się on zdawał, gdy stał tak wielki nad malutkim Ollivanderem.
— Nie wiem, co we mnie wstąpiło, przepraszam — burknął ponuro, nie wiedząc, jak się tłumaczyć. Nie brzmiał wrogo może, lecz zniknęła wcześniejsza serdeczność i humor. Woody odwrócił twarz, zaciskając szczęki, i pochylił się nad nadpalonymi torbami. — Wzięło to po wierzchu tylko. — Odchylił kilka warstw pościeli. — Nie wszystko… — Się zmarnowało? Zostało przez niego zniszczone. Kurwa.


RE: jesień 1972, 10 września // rejwach - Garrick Ollivander - 08.08.2026

Kiedy się patrzy na ludzi standardami oczu wpatrzonych w głównej mierze w bywalców Nokturnu, ciężko było zaliczyć Garricka Ollivandera do grona ludzi bladych. Jasną skórę miał, ale z pewnością nie tak upiornie bladą, jakiej się można było spodziewać po kimś, kto już dawno wydał swoje ostatnie tchnienie. Teraz kolor Ollivandera wydawał się do tych upiornych bieli i beżów przynajmniej porównywalny.

Sytuacja, w jakiej się znaleźli, potwierdziła dwie rzeczy. Po pierwsze – czas reakcji Ollivandera pozostawiał wiele do życzenia i nie miał szans w bezpośrednim starciu. Wypuścił tę torbę o wiele za późno i języki płomieni zdążyły sięgnąć rękawa eleganckiej narzutki. To, że warsztat przy Pokątnej nie spłonął, musiał zawdzięczać jedynie trosce ludzi dobrej woli, lub przysługom u Śmierciożerców, którzy darowali mu za to życie. Po drugie – strach nie był jego przyjacielem i po dramatycznym odchyleniu się w tył i złapaniu poręczy, zastygł w bezruchu jak marmurowy posąg. Jeśliby go sięgnęły pazury złoczyńców, pan Ollivander dałby się związać i umieścić w piwnicy, a później wyczekiwał końca lub łaski. Ten człowiek się do tej rzeczywistości absolutnie nie nadawał.

Minęło kilka sekund. Może nawet kilkanaście. Dopiero po nich, niewiele starszy od Tarpa mężczyzna złapał się za serducho i odetchnął głęboko, próbując się uspokoić.

– Nie wiesz, co w ciebie wstąpiło?! – I w pierwszej chwili, jak każdy zdenerwowany człowiek chciał warknąć: czasami milczenie jest złotem! Bo co to w ogóle za głupota z jego ust wypadła, wstydziłby się w tym wieku, a później… A później jego pomarszczona twarz złagodniała. Przesunął palcami po spoconym czole. – Wezwij tu do siebie klątwołamacza i egzorcystę, jak Matkę kocham, bo jak skrzywdzisz któregoś z tych dzieciaków – pokręcił głową – nie chcę nawet o tym myśleć. – Nie powiedział nic o odwołaniu jego potencjalnego uczestnictwa następnego spotkania Gildii Przedsiębiorców Magicznych Dzielnic, ale za moment taka myśl w niego uderzy. A przynajmniej to, że akurat on powinien być dla bezpieczeństwa zebranych pozbawiony przywileju przynoszenia na to spotkanie własnoręcznie upieczonego ciasta.

@Woody Tarpaulin