Secrets of London
[12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want (/showthread.php?tid=5489)

Strony: 1 2


[12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Yelena Karkaroff - 15.12.2025

Na łące pełnej zbóż i łubinu

Odpowiem Ci ze spokojem,
Kiedy zapytasz jak na spowiedzi,
Czego najbardziej się boję…


Nienawidziła go z całą bezwstydną intensywnością istnienia — ciałem i duszą, sercem i nerwem, aż po ostatnią strunę rozedrganej świadomości. Był jej uporczywą drzazgą, maszkarą wbita w porządek dotąd szanowanego życia; uosobieniem zakazów i nakazów, dyktatorem cudzej niezależności, wyhodowanej na kruchym rusztowaniu zaufania ojca i babki. W nim skupiała się cała bezczelność świata, który śmiał mówić jej, kim ma być i dokąd wolno jej zmierzać. Niech więc diabli biorą tę farsę — niech ogień piekielny zdmuchnie ją z powierzchni dni, skoro tak ochoczo wdziera się w jej oddech. Trzask drzwi uderzył niemal pierwotnie, jakby mieszkanie samo jęknęło pod naporem jej gniewu. Obcas damskiego pantofla wystukał rytm — puk, puk — po drewnie podłogi, zapowiadając nadejście burzy, która nie zamierzała prosić o pozwolenie. Zaraz potem futro, jeszcze pachnące zimnem i ulicą, zerwane z ramion jednym zamaszystym ruchem, wylądowało na czarnych puklach męskiego usposobienia, odcinając go brutalnie od światła kominkowego ognia — i od niej.

Иди к чёрту! — Drżała nienawiścią. Drżała przez niego. I choć w podrygach czaiła się kobieca gwałtowność, podszyta ironią losu, wiedziała aż nazbyt dobrze, że ten gniew był także dowodem siły — tej samej, która nie pozwalała jej pęknąć, nawet gdy świat usilnie próbował zacisnąć na niej swoje palce. — Блядь! Taki wstyd przynieść mi... MI! — Taki wstyd wypełniał ją po brzegi, gdy reprezentowała ojca u tak znamienitego dyplomaty z fińskiego padołu, a każdy krok wydawał się rymować z własnym wewnętrznym przerażeniem. Matko i córko, zabijcie mnie, przebrzmiewało w myślach, gdy targana nerwem i własnym uporem, niszczyła nastrojowość wyrafinowania, które tak starannie budowała. Szkaradztwo ruskiego kurwienia przemykało tu i tam, rozpraszając słodycz obelg pod jego osobą, a ona, nie bacząc na nic, omijała go zgrabnie, niczym cień przesuwający się po ścianach. — Jak śmiałeś dyktować mi postępowania pośród takich gości?!

Nie czekała, nie rozmyślała długo — pomknęła w kierunku sypialni, gdzie kufer czekał w najlepsze, jakby też odczuwał pilność jej decyzji. Wracała do domu, do własnej przestrzeni, gdzie choćby na chwilę mogła odetchnąć, oderwana od groteski dyplomatycznych ceremonii i od człowieka, który w jednej chwili zdołał tak zranić i tak zirytować jej istnienie. Och, nie nie... Spojrzała na niego z uśmieszkiem, ściągając z szafki nocnej jego ukochany bubel przywieziony z tamtego świata. Zabawnie podrzuciła go w dłoniach, zaraz jednak z trzaskiem opuszczając na podłogę. Huk. Jakościowa rzecz zmieniła się w drobne kawałki rozplenione po fasadzie jej zadowolenia. — U p s... — Zadrwiła, śmiech ukryty w kąciku ust, gdy szuflada nieopatrznie uchyliła swoje wnętrze, ukazując jakieś kartki i zmięte zdjęcie, które drgało lekko w półmroku poranka. Mhm… zaraz je chwyciła, palce przesuwając po papierze z wyrafinowaną ciekawością, a ciało unikało jego obecności, przeciskając się przez płaszczyznę zaścielonego łóżka. Aha… AHA — echo myśli drgnęło jak błysk w oku, gdy czytała adnotację spisaną pięknym kobiecym afrontem pisma. Miłemu Alexandrowi… Na wspomnienie dnia wczorajszego i kolejnego... Puszczał się z lafiryndą?! Serce zatrzymało się na ułamek sekundy, a potem znów zadrżało, śmiech przeplatając się z niedowierzaniem, z poczuciem, że świat jest niezmiernie przewrotny, ten cholerny Alexander — jawił się teraz w zupełnie nowym, skandalicznym świetle. — Ty...Nienawidzę Cię!




RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Alexander Aristov - 16.12.2025

Nie minęło aż tak dużo czasu, od kiedy oboje przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii, zamieszkali wspólnie jeszcze przed ślubem, który i tak miał być tylko ściemą, ułudą, paktem, pomiędzy dwoma rodzinami, aby zaprzestać rozlewowi krwi. A mimo to, gdzieś tak głęboko w środku, tak rzeczywiście głęboko, gdzieś gdzie światło nie dociera, Alexander czuł coś do Leny. Oczywiście poza nienawiścią. Był tak skonfudowany, że nie zdziwiłby się, gdyby podawała mu eliksir miłosny. Na przykład amortencję. Wiedział jednak, że to wykluczone. Poczuł to coś przy pierwszym spotkaniu, i przy każdym kolejny, które mieli. Czuł to, gdy była obok, gdy tylko przechodziła obok. I nienawidził się za to. Nienawidził jej za to. Szczerze można powiedzieć, że nienawidził wszystkiego, za tę sytuację.
Siedział tak w swoim gabinecie, spokojnie przeglądając jakieś papiery, starając się nie myśleć o tej całej sytuacji w której oboje się znaleźli. W tym błędnym kole nienawiści. Musiał przyznać, że sytuacja była rodem z książek romantycznych, które czasami czytała Anastazja. Głupstwa. Nie ma, miłości, jest tylko władza, potęga i wpływy. To jest to co powinno być u niego na pierwszym miejscu. Zwłaszcza teraz, gdy dopiero co przeprowadzili się. Jak miałby ich utrzymać, jeśli nie będzie się skupiał tylko na pracy?
I wtedy to usłyszał. Jej ciężkie kroki. To znaczy... były lekkie, jak to kroki baleriny, ale Alexander usłyszał w nich to znajome zapięcie. Już wiedział co się szykuje. Co zaraz go czeka, więc tylko odetchnął głęboko, czekając na nieuchronne. Zaraz wpadła do jego gabinetu jak syberyjski zimny wiatr. Jak śnieżyca z arktycznym powietrzem, kłując chłodem w płuca. A mimo to Alexander poczuł ukłucie ciepła, jakiego nikt nie spodziewałby się w tej sytuacji. To nie jest czas na to, głupcze - powiedział sobie w duchu, karcąc się i przenosząc na nią swoje spojrzenie, gdy już uporał się z futrem, które na niego rzuciła. Przewrócił tylko oczami, wzdychając z rezygnacją, po raz kolejny. To nigdy nie było łatwe. Nigdy nie było... No dobra. Może było przyjemne. Te kłótnie to była ich taka mała rozrywka, ale dzisiaj Alexander na prawdę nie miał do tego głowy.
-Успокойся, женщина! - warknął ostro, jakby chciał ją uspokoić samym głosem. Wiedział jednak, ze to nie podziała. Yelena była zbyt uparta. On był zbyt uparty. Oboje chcieli nosić spodnie w tym związku, wiec często oboje zostawali bez... spodni. I innych części garderoby. -Zrobiłem tylko to co przynosiło korzyść naszej rodzinie. Potrzebujemy kontaktów, potrzebujemy klientów. Potrzebujemy wizerunku.
Mówił spokojnie, bez podnoszenia głosu. Jakby to wyjaśniało wszystko. I w zasadzie dla Alexandra wyjaśniało. Ona nie potrzebowała wiedzieć nic więcej. A jeśli ją w jakichś sposób uraził swoim zachowaniem, to kompletnie nie rozumiał dlaczego. Zrobił tylko to do czego był tak długo przygotowywany. Zarządzał. Nie tylko domem, wpływami, czy pieniędzmi. Zarządzał też nią, jakby należała do niego. I może to był jego błąd, może. Jednak Alexander nie dostrzegał w tym nic złego.
Już otwierał usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale już jej tam nie było. Zostawiła futro i po prostu wyszła, jak gdyby nigdy nic. A niech idzie. Niech sobie robi co chce. Co złego może przecież... Głuchy łoskot dotarł do jego uszu, więc Alexander wstał, odrzucając jej futra na krzesło, na którym przed chwilą siedział. Co jak co, ale były to wspaniałe futra, żal byłoby je rzucać na podłogę. Ruszył powolnym krokiem w stronę, z której dobiegł go wcześniejszy dźwięk. Sypialnia. Więc to tam miała zamiar siać zamęt i zniszczenie? Niech będzie. Przynajmniej mają blisko do łóżka.
-Co ty tu... - wyciągnął różdżkę, celując nią w swoją pamiątkę, rozbitą na podłodze. Kobiety. -Reparo.
Jakby zupełnie się nie spodziewała, że tak się to skończy. W końcu podniósł powoli swoją pamiątkę, jakby oceniając jakość swojego zaklęcia i odłożył ją ponownie na miejsce. Kiedy odwrócił się do swojej narzeczonej, ta już stała, a raczej siedziała, z kwaśną miną i chęcią mordu w oczach. Widział trybiki pracujące w jej głowie, widział jak zapala się lampka. Usłyszał tylko to jej "Ty...", jakby to miało mówić wszystko, jakby to była uniwersalna obelga za każde zło, którego Alexander się dopuścił na niej.
-Ty... co? Co ty tam znowu wymyśliłaś? - powiedział spokojnie Alexander, robiąc krok w stronę łóżka, aby spojrzeć na to co trzyma Lena w swoich dłoniach. Na to kobiece pismo, lekko zakrzywione, tak dobrze mu znane. Zamarł, gdy tylko domyślił się czym jest ta adnotacja. Zwęził usta w wąską linię, jakby powstrzymywał się od rzucenia się na nią i wyrwaniu jej tego krótkiego liściku z rąk. -Leno. Oddaj mi to. Proszę. - dużo wysiłku włożył w to, aby brzmieć spokojnie. Oj dużo. Zupełnie jakby chciał przekonać ją samymi słowami. Użył nawet słowa proszę. A to robił rzadko. W zasadzie to nigdy. To był pierwszy raz, kiedy użył tego słowa w rozmowie z nią. W jej kierunku.


RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Yelena Karkaroff - 16.12.2025

Cholera jasna, nie chciała go widzieć — i ta myśl była jak skurcz mięśnia, nagły, bezwzględny, wyrywający powietrze z płuc. Nie chciała patrzeć, zerkać ukradkiem, słyszeć tej obcej mowy, upstrzonej akcentem rosyjskiej melancholii, która niegdyś była jej tak boleśnie bliska, niemal domowa. Brzmiała jak echo dawnych wieczorów, gdy czytywała listy od babki, starannie składane, pachnące suszonymi ziołami i atramentem, oraz od ojca, który wrócił w piękne rejony bułgarskiej zieleni, w świat miękki i ciepły, zostawiając ją samą — tu, po tej stronie decyzji, w chłodzie cudzych ambicji. Została zamknięta w klatce sporządzonej z umów, zobowiązań i zjednań, pieprzonego Aristova i Karkaroffa, męskich ambicji rozciągniętych nad jej życiem jak ciężka kotara, nieprzepuszczająca światła. Czuła, jak to wszystko ją dusi, jak każdy dzień dokładał kolejną warstwę zmęczenia, kolejną rysę na dumie.

Wyrywała sobie włosy w bezsilnym geście, jakby mogła w ten sposób wyrwać z głowy tamtą decyzję, tamto „tak”, wypowiedziane zbyt łatwo, zbyt miękko, w chwili, gdy myślami wciąż była w tańcu, w obrocie ciał i spojrzeń, w pulsie Wiednia, z którego wróciła nieobecna, rozedrgana, podatna. Pluła w brodę losowi, sobie samej, temu, jak łatwo dała się poprowadzić, jak bardzo uwierzyła, że to przejściowe, że jeszcze zdąży się wymknąć. Teraz jednak emocje kotłowały się w niej jak burza bez ujścia — gniew mieszał się z tęsknotą, wstyd z żalem, a pod tym wszystkim pulsowała samotność, ciężka i lepka, przypominająca, że została tu nie dlatego, że chciała, lecz dlatego, że ktoś uznał to za stosowne.

Naszej rodzinie? — Pogarda sączyła się z różanych warg tak naturalnie, że niemal przerażająco — jakby była substancją wrodzoną, krążącą w krwiobiegu od zawsze, czekającą tylko na odpowiedni moment, by wytrysnąć bez kontroli. Nie było żadnej „naszej” rodziny; nie istniała i nigdy istnieć nie miała, nie w tej konfiguracji, nie w tym układzie sił i ambicji. — Dbasz wszakże o swoje nazwisko, lecz nie dumy bułgarskiego padołu… — Zamiast tego miał być Aristov, jego chłodna obecność i ta podwładna baba, której wolnością były podróże po kontynencie, hotele pachnące obcymi perfumami i miasta, gdzie mogła oddychać bez ciężaru jego spojrzenia, bez codziennej kontroli i teatralnej troski. Tam mogła żyć — naprawdę żyć — szaleć w granicach własnych wyborów, wypuszczać z ust brzydkie słowa owiane metaforą, zrzucając winę na niego, na jego nazwisko, na jego ambicje, jakby to one były jedynym źródłem chaosu. A przecież gdzieś pod tą narracją tliła się gorzka świadomość, że to właśnie on był osią, wokół której wszystko się obracało, niewygodnym centrum jej gniewu i niespełnienia. — Сволочь, rządzisz mną niźli radzisz poradą, codziennością, czymkolwiek.

Głupi do szczętu, myślała z wyższością podszytą żalem, niezdolny pojąć, że nie była stworzona do roli dodatku, do bycia porcelanową figurką ustawioną na kominku cudzych aspiracji. Mogła kiedyś nosić jego nazwisko, mogła zostać jego żoną w pełnym tego słowa znaczeniu, ale nigdy posłuszną laleczką, nigdy cieniem przy jego boku. Kręgosłup moralny i emocjonalny był zbyt twardy, zbyt boleśnie ukształtowany przez podróże, straty i własne wybory, by zgodzić się na życie w klatce pozorów. Pogarda była więc tarczą i bronią jednocześnie — maską, za którą kryła się zraniona duma, i ostrzem, którym odcinała się od wizji przyszłości, jaka próbowała ją sobie przywłaszczyć.

Na wspomnienie dnia wczorajszego i kolejnego! — Mogła wybaczyć niemal wszystko — drobne kłamstwa utkane z wygody, przemilczenia rodzące się z tchórzostwa, nawet zdrady lojalności wobec obietnic składanych półgłosem — lecz nie tak haniebnego policzka wymierzonego w środek jej godności. Trzymał pod jej nosem, bezwstydnie, obok ich wspólnego łóżka, zdjęcie jakiejś kobiety o obcym spojrzeniu i taniej obietnicy w rysach; relikt nocy, które nie miały prawa istnieć w przestrzeni, gdzie ona składała swoje zaufanie jak ofiarę. To było nie tylko okrucieństwo — to była premedytacja, demonstracja władzy i lekceważenia, akt brutalnej szczerości, który palił bardziej niż kłamstwo. — Wasi stronnicy nazywali mnie tańczącą kurtyzaną, a to mój pieprzony narzeczony puszcza się na lewo i prawo! — On nawet nie spróbował być ostrożny. Zostawił dowód, jakby chciał, by zobaczyła, by poczuła, by pękła. Nienawiść wezbrała w niej gwałtownie, gorąca i lepka, nasycona rozczarowaniem, które miało smak metalu na języku. Prychnęła krótko, odruchem obronnym, jakby chciała strząsnąć z siebie cudzy zapach i cudzą historię. Odsunęła się, unosząc zdjęcie w dłoni — ten nędzny prostokąt papieru stał się nagle symbolem wszystkiego, co utraciło sens. Pięknie je dewastując w dłoni. — Трахнуть тебя! Nienawidzę Cię!




RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Alexander Aristov - 16.12.2025

Alexander nie do końca rozumiał o co jej się tak rzeczywiście rozchodzi. No bo z jednej strony, jakby nie patrzeć, odpychała go przy każdej okazji. A on nie był człowiekiem, który potrzebował dowartościować się prze boku kobiety. Chciała go odepchnąć, więc dawał się odepchnąć. Chciała się przyciągnąć, przytulić? To on nadal pozostawał zdystansowany. Bo ona potrzebowała czasu, on potrzebował czasu. Szkoda, tylko że czas nie zaleczał żadnych ran. Pozwalał się tylko z nimi pogodzić. Zapomnieć.
Bo w zasadzie skąd miał wiedzieć czego Lena od niego oczekuje? Nigdy w zasadzie nie usiedli i nie porozmawiali, nie szczerze, nie na ważne tematy. Dlatego tak krążyli wokół siebie, w nienawiści, w miłości. Zamknięci w swoich uczuciach jak w klatkach ze złota, wystraszeni? A może zbyt dumni, aby otworzyć sobie wzajemnie drzwi. A może to i to. Kto to wie? I nie tylko jej było tu źle, w obcym kraju, w kraju gdzie nie znali nikogo, gdzie byli z dala od swoich rodzin. Tęsknota za domem, zmuszenie do tego małżeństwa, rozumiał czemu Lena zachowywała się tak jak się zachowywała, ale miał ochotę powiedzieć jej, żeby dorosła. Nie jest małą dziewczynką, którą zesłano tu za karę. Miała przez większość czasu wolną rękę. Mogła robić co jej się żywnie podobało. Dlatego chyba mógł wymagać, aby raz na jakiś czas była mu posłuszna.
Alexander zacisnął pięści, aż jego knykcie zbielały od siły z jaką zaciskał dłonie. Dlaczego musiała być aż tak uparta!? Pieprzeni Karkaroffowie. Ich przeklęta duma. Jeszcze kiedyś jej upór przypieczętuje jego los. Dałby sobie za to rękę uciąć.
-Więc to tego oczekujesz!? Codzienności!? - wyrzucił z siebie ostro, stając nad nią, jakby próbował ją zastraszyć. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była pusta, pozbawiona czegokolwiek. Nawet rumieńca. Czarne włosy, kontrastowały z jego bladą cerą, jakby same śniegi sybiru odstąpiły mu swojego śnieżnego koloru. -To jest to czego pragnie twoje serce? Poszanowania twojego nazwiska!? Twoje nazwisko będzie niedługo takie jak moje. Twój ród jest moim rodem. Chcesz większej autonomii? Chcesz wolnej ręki? Czy chcesz nas pogrążyć?
Głos jednak tym razem miał znacznie spokojniejszy. Ona jak nikt potrafiła wywrócić wszystko do góry nogami, wyprowadzić go z równowagi. Zatrząść jego światem. Wiedziała gdzie nadepnąć, aby zabolało, gdzie uderzyć, aby zabrać oddech. Oh i robiła to. Bez wahania, używała wszystkiego co mogła, aby zadać cios. A przecież mógł ją traktować jeszcze gorzej. Mógł na stałe zamknąć ją w tej złotej klatce, wyrzucić klucze i traktować ją jako wyposażenie domu. Mógł ją ukarać czymś co odbiłoby się na niej tak okrutnie, że straciłaby wszystko. Mógł jej zabronić występować. Mógł zabrać jej możliwość wyjazdów, zamknąć przed nią sceny całej europy, aby tylko pokazać jej gdzie jest jej miejsce. Mógł. A jednak nie zrobił tego. Nie zamknął jej w domu. Dał jej to czego chciała. Wolność.
Spojrzał jeszcze raz na zdjęcie, na kobietę, która mrugała do niego z kartki papieru. Ten cud, na te usta, te oczy, które znał tak dobrze. Na jej ciepło, które lgnęło do jego jego ciepła. A potem wrócił do Leny swoim spojrzeniem. Ta nienawiść, którą ją darzył podpowiadał mu, żeby ją udusić. Że ją ukarać. Żeby poczuła czym jest prawdziwy ból. Ale wiedział, że nawet jeśli zraniłby ją dotkliwie to bardziej odbiłoby się to na nim. Oczywiście nie potrzebował bezużytecznej żony. To o to chodzi. Nie o to, ze po prostu brakowałoby mu jej...
Zaraz jednak Lena wyrzuciła z siebie kolejne zdanie i Alexander cofnął się o krok osłupiały. Że co? Aristov przyłożył dłoń do twarzy, przejechał nią po swoim zaroście, aż znowu spojrzał Yelenie w oczy. Czy ona była niespełna rozumu?
-Она потеряла рассудок. - powiedział tylko, odwracając się do niej tyłem, aby się trochę uspokoić. Ona uważała, że on byłby w stanie ją zdradzić? Nienawidził ją. Oj tak. Całym swoim istnieniem, ale też całym swoim życiem kochał ją. Każdą komórką jego ciała. Kochał ją. Tym stwierdzeniem jeszcze bardziej go zraniła. Tylko bardziej wyprowadziła go z równowagi. Tylko bardziej go wkurwiła. -Czy ty, kretynko, uważasz, że ta kobieta na zdjęciu, jest moją kochanką?
Zapytał z udawanym spokojem, podchodząc do okna, za którym zaczynało świtać. Leniwe, poranne promienie słońca wpadały do sypialni, jak niechciani goście. Jakby chcieli zapytać czy chcą się dowiedzieć czegoś o ich zbawicielu Jezusie Chrystusie. Nie. Nie chcieli. Aristov odetchnął głęboko, zatrzymał powietrze w płucach na dłuższą chwilę, dopiero potem wypuszczając je ze świstem.
-Pomyśl przez chwilę. Czy gdybym miał kogoś na boku, kładłbym jej zdjęcie koło łóżka? Na widoku? Razem z liścikiem od niej? Czy ty próbujesz obrazić teraz moją inteligencję? Uważasz mnie za tak głupiego!? - Alexander oparł się o parapet, żaby zaraz uderzyć w niego otwartą dłonią. Próbował być cierpliwy. Próbował szczerze, ale jej odzywki, jej bezczelność dawały mu mocno w kość. Ponownie przesunął dłonią po swoich ustach, już zdecydowanie spokojniejszy. Zaraz odwrócił się do niej przodem, opierając się o uderzony wcześniej parapet. -To zdjęcie Anastazji. Mojej młodszej siostry. Adnotacja też jest od niej. Извини. - że nic Cie nie powiedziałem. Że tak o mnie pomyślałaś.
To przynajmniej trochę oczyściło atmosferę. Wybuchł z jego strony był oczyszczający. Nie pierwszy, nie ostatni. Ale on wiedziała, że nie skrzywdziłby jej. Że nigdy nie będzie w stanie jej zranić. A choćby podniósł na nią rękę, to sam ją sobie odetnie.


RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Yelena Karkaroff - 16.12.2025

Ciężko zapytać o mój dzień?! Cokolwiek, by okazać zainteresowanie… Tym, co kocham i budowało moje życie! — rzuciła z nieukrywanym rozczarowaniem, wychodząc naprzeciw męskiemu usposobieniu. Skoro już mieli drzeć ze sobą koty, wszelako z dumą własnych przodków. Tatko zawsze mówił, że to oni — ludzie Bułgarii miewali ostatnie słowo. — Moje serce dawno przestało mieć znaczenie, liczą się tylko wasze wspólne knowania! — Może nie był tak złym człowiekiem, jak opisywano ich na prawo i lewo pośród Moskiewskiej codzienności. Taten był mordercą, tamten grzeszył z każdą ladacznicą, lecz najgorsza fasada była tych, wszelako grzebiących w umysłach niewinnych. Do której kategorii można było zapisać jego? — Spróbuj mnie zrozumieć…

Uderzenie przyszło nagle, jak zimna woda wylana prosto na kark rozpalonego gniewem umysłu. Siostra. Jego młodsza siostra. To jedno słowo rozpadło się w niej na ostre odłamki, kalecząc myśli, rozrywając narrację, którą tak pieczołowicie, w amoku i bólu, zdążyła już sobie ułożyć. Nie wiedziała o jej istnieniu — i to odkrycie było niemal równie dotkliwe jak wcześniejsze przekonanie o zdradzie. Ciało zareagowało pierwsze: ramiona spięły się w odruchowym skurczu, kręgosłup zesztywniał, a serce przyspieszyło w trybie czystej paniki. Pospolitość uczucia nieskalanej głupoty spadła na nią z całą swoją bezlitosną prostotą.

Potknięcie. Niefart. Własna pochopność. Wszystko naraz.

Siostra? — z gardła wyrwał się śmiech — krótki, nerwowy, bardziej obronny niż rozbawiony — jakby tym jednym dźwiękiem chciała rozładować napięcie, które groziło rozerwaniem jej na pół. Śmiała się z siebie, z tej teatralnej furii, z dramatyzmu, który jeszcze przed chwilą wydawał się jedyną możliwą reakcją. Palce, dotąd drżące, powoli odnalazły rytm; wygładziła rogi pomiętego zdjęcia z niemal nabożną ostrożnością, jakby prostowanie papieru mogło cofnąć chaos, który przed momentem w niej eksplodował.

I wtedy to dostrzegła. Oczy.

Coś w spojrzeniu dziewczyny na fotografii — układ brwi, głębia tęczówek, to trudne do uchwycenia podobieństwo, które nie potrzebuje dowodów — było boleśnie znajome. Rodzinne echo, genetyczny szept, którego wcześniej nie chciała, a może nie potrafiła usłyszeć. Westchnienie wyrwało się jej z piersi ciężkie, przeciągłe, niosące w sobie wstyd i ulgę jednocześnie. — Hm… Twoja wina, żeś nie powiedział mi tak ważnych kwestii! — Złość nie zniknęła całkiem; jedynie zmieniła kierunek, osiadając teraz w niej jak gorzki osad — skierowana do wewnątrz, podszyta samoironią i świadomością własnej impulsywności. Stała tak jeszcze chwilę, z fotografią w dłoniach, z myślami rozbieganymi jak spłoszone ptaki, ucząc się na nowo oddychać. Świat nie runął. To ona niemal go zburzyła. — Zaliczyłeś potknięcie i permanentny błąd, Saszka.

Tak, artyści zawsze potrafili wywinąć sprawę ku własnej wygranej — przez gest, przez znaczenie przesunięte o pół tonu, przez pozorną lekkość, która maskowała pełną kontrolę nad narracją. Fotografia spoczęła na stoliku po jej stronie łóżka, niemal ceremonialnie, jak dowód zamknięty w ramie chwilowego zawieszenia broni. Już nie paliła w dłoniach; była tylko przedmiotem, martwym papierem, który przestał dyktować rytm jej oddechu. Odpięła pończochy spod połów eleganckiej sukienki. Materiał zsunął się po udach, rzucony niedbale za siebie, pozbawiony już jakiejkolwiek wagi symbolu. Szpilka wyjęta z lekkiego koka pozwoliła włosom opaść ciężką falą na ramiona i plecy. Przysiadła na łóżku, czując pod dłonią znajomą miękkość narzuty, bezpieczną i niezmienną w kontraście do chaosu sprzed chwili. Papierośnica znalazła się w zasięgu ręki niemal instynktownie, różdżka oparła się o jej krawędź, a smuga dymu uniosła się leniwie, rysując w powietrzu tymczasowe arabeski. Oddech. Pauza.

Saszka — Czuła na sobie jego spojrzenie — chłodne, badawcze, zbyt uważne — i zamiast się spiąć, zamiast ponownie zapłonąć, odsunęła je od siebie wewnętrznym ruchem ramion. Niech patrzy. Niech widzi. To nie było zaproszenie ani prowokacja, raczej demonstracja obojętności podszytej zmęczeniem. Ułożyła się wygodnie na brzuchu, pozwalając ciału rozciągnąć się w znanej przestrzeni, nogi kołysały się spokojnie w powietrzu, niepokornym rytmem. — Toć nie moja wina, racja?




RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Alexander Aristov - 16.12.2025

Oczywiście. Oczywiście, że to nigdy nie była jej wina. Że wszystko co się wydarzyło było tylko i wyłącznie przez niego. Jednak to jak się Yelena otworzyła jeszcze przed chwilą, jak prosiła aby ją zrozumiał... I czy rzeczywiście byłby w stanie coś takiego dla niej zrobić? Przełamać tą chłodną i zimną rutynę? Czy mógłby zapytać ją o jej dzień? O to jak się czuła, albo czy czegoś nie potrzebowała? Mógłby. Oczywiście, że mógłby, ale z jakiegoś powodu jednak nie robił tego do tej pory, prawda? Im więcej o niej wiedział tym bardziej mu na niej zależało. A spójrzcie na niego. Czy on był facetem, który chciał żeby mu zależało? Czy on chciał zakochiwać się w tej kobiecie? Miała dużo plusów, to prawda, ale też dużo minusów. Przede wszystkim, była Karkaroffem. Była z tego rodu, którego Alexander uczył się nienawidzić jeszcze zanim zaczął chodzić. Więc jak, jak miałby odrzucić tę wpojoną mu nienawiść i po prostu się w niej zakochać. No i sama Yelena też mu tego faktu nie ułatwiała.
-Na.. naprawdę chcesz, żeby wiedział co czujesz? Co myślisz? - zapytał po chwili szczerze zbity z tropu. Nie wiedział jak ma na to zareagować, co ma odpowiedzieć. Wiedział jedno. Złość, cała, nagromadzona przez ostatnie kilka dni, prysnęła, jak bańka mydlana. Jakby każde słowo, które Lena przed chwilą wypowiedziała było jakimś magicznym zaklęciem, którego Alexander wcześniej nie poznał. I w zasadzie nie poznał. Nie wiedział jak obchodzić się z kimś kto miał w przyszłości zostać jego żoną. Przygodne romanse, flirty, to było to w czym Alexander czuł się dobrze. Nie w... tym. -Spróbuję.
Powiedział tylko. Bo o to przecież chodziło. O spróbowanie. To czy mu się uda, czy nie, to już inna sprawa. Zwłaszcza, że jeszcze przecież nie ślubowali. Że wszystko było przed nimi. I może nie był już młodzieńcem, może był za starym, żeby udawać zagubionego chłopca, ale nadal miał przed sobą tyle życia. Tyle przyszłości. Wtedy jednak Lena zaśmiała się i czuł, choć ona sama tego nie powie, że przeszło jej. Może nie całkowicie, na amen, ale częściowo. Że wybaczyła mu to i raczej nie wróci już do tego tematu. Przynajmniej przez najbliższy czas.
-Siostra. Anastazja. - potwierdził i powtórzył Alexander z dziwną miną. To chyba jedna z tych niewielu osób, za którymi się tęskni. Prawdziwa rodzina. Ojca w zasadzie nie liczył, od zawsze traktował Alexandra jak inwestycję, ale Ana... Ana była wyjątkowa. Dla niego. Może jeszcze kiedyś będzie im dane spotkać się razem, jednak teraz... Teraz jedyne co im pozostało to pisanie do siebie listów. Obserwowanie fotografii. I rzeczywiście, Lena mogła zauważył to na jego twarzy. Tę nagłą zmianę w jego mimice, krótką, łagodną. Widać było, że Anastazja była dla niego istotną częścią jego życia.
-Oczywiście. Masz rację. To wszystko moja wina. - przyznał powoli, ale zaraz zaśmiał się na dźwięk zdrobnienia którego użyła. Nie miał jej tego za złe, była jedną z dwóch osób, które mogły się tak do niego zwracać. Więc widać było, że stawiał relację z Leną na dość wysokim poziomie, może nie było tego widać na co dzień, ale właśnie przez to, że pozwalał jej tak mówić, okazywał jej swoje uczucia. Stawiał ją na równi z własną siostrą, którą znał od dziecka. Myślę, że to dość wysoki poziom jak na niego.
Obserwował ją uważnie, gdy zaczęła wyjmować swoje spinki, kiedy jej włosy opadły kaskadą na plecy, jak zdjęła swoje pończochy, niczym prawdziwa dama, jak ułożyła się wygodnie na łóżku. I z jednej strony czuć było od niej chłód, przekąs, z drugiej jednak strony Alexander doskonale wiedział, że jej złość już dawno wyparowała, zostało po niej jedynie puste uczucie, wspomnienie. Jakby czegoś jej odmówiono. Coś jej zabrano. I znał to doskonale. Kiedy nie ma się okazji wyładować złości, kiedy potrzebujesz się wściec, zbić coś, uderzyć kogoś. Widział w niej tą frustrację. Położył się więc obok niej, w ubraniach, niczym rycerz w pełnej zbroi, z różdżką, zamiast miecza.
-Więc słuchaj. Chciałaś wiedzieć, więc się dowiesz. Urodziłem się... - i tak oto zaczął jej opowiadać o całym swoim życiu. Pomijał oczywiście niektóre rzeczy. Nie miał zamiaru aż tak jej ułatwiać całej tej zabawy. Nie powiedział jej takich rzeczy jak strach przed hakami, jak pierwszy pocałunek, jak pierwszy seks, czy to, że od dziecka wpajano mu nienawiść do niej. Wszystko w granicach rozsądku.


RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Yelena Karkaroff - 16.12.2025

Cóż to było — dwojakość rozterek dwóch zwaśnionych dusz, zderzenie, które powinno było eksplodować, a zamiast tego wygasło w połowie oddechu? Tylko tyle? Zdumienie osiadło w niej ciężarem nie mniejszym niż wcześniejsza furia. Ciało, jeszcze przed chwilą rozedrgane i gotowe na kolejne uderzenie emocji, nagle nie miało się o co oprzeć. Nie było wstrząsu, nie było wyczekiwanego pęknięcia, tej bolesnej iskry, która pozwala poczuć, że żyje się naprawdę — przez gniew, przez walkę, przez rozdarcie. Zamiast tego nastała cisza. Płaska, mdła, niemal obraźliwa w swej zwyczajności.

Aristov… tak po prostu odpuścił. Bez dramatycznego gestu, bez próby dominacji, bez tej charakterystycznej dla jemu podobnych potrzeby wygranej za wszelką cenę. Ech. Nuda. Myśl ta pojawiła się nieproszona, zabarwiona ironią i rozczarowaniem, które trudno było przed sobą ukryć. Przecież słyszała o nich tyle — o mężczyznach kroczących po cudzych granicach jak po własnym terytorium, o niszczeniu jako metodzie negocjacji, o dewastacji uczuć w imię kontroli i ambicji. O marszu naprzód, nawet po trupach, byle nie cofnąć się o krok.

Skądże, do wyboru masz niewiele ponad dwie możliwości… Pokój i wojna, wszakże Twoja rodzina uwielbia to drugie ponad wszystko, racja? — Stał się nagle zbyt zwyczajny. Zbyt ludzki. Zbyt… cichy. Jakby cała ta burza, którą w niej rozpalił, była jednostronnym spektaklem, a on sam zszedł z widowni, zanim opadła kurtyna. Czuła w sobie irytację nie tyle nim, co pustką, którą po sobie zostawił — brakiem domknięcia, niedosytem konfliktu, który miał potencjał stać się czymś więcej niż tylko kolejną rysą na ich wspólnej osi czasu. — Mężczyźni… Nie bierz winy na siebie, gdy to mnie podsyca egoizm.

Dym wesoło kłębił się w powietrzu, osiadając miękką mgłą na krawędziach myśli, krążące wokół subtelnej sylwetki jej rozbawienia i szumu niewieściej zagwozdki, która nie chciała dać się uciszyć. Spodziewała się napaści, werbalnej rzezi, męskiej dominacji wyplutej z gardła z rosyjską twardością — a trafił się jej ktoś zaskakująco łagodny, niemal rozbrojony własną powściągliwością. Mięczak? Myśl była złośliwa, podszyta drwiną, lecz zarazem zdumieniem, bo przecież gdzieś w jej wyobrażeniu mężni Rosjanie nie składali broni tak łatwo. Gdzie się podziali, u licha, ci z legend i szeptów, z opowieści nasączonych dumą i przemocą?

Anastazja… Źle wróży naszej znajomości, bywają niestrudzenie wredne… — Każda Ana bywała dosadnie wredna; jedną wręcz znała z szkoły i było torturą znosić jej płaskie wygibasy prostolinijności. Faktycznie do czasu, gdy ktoś się za nią nie wziął i niemalże naznaczył jej życiorys tragedią. Kontuzja, skrzydło szpitalne, a później rodzina straciła niemal wszystko. — Nakreślałam wizję was, mężczyzn obłudnych inną linią…

Koniuszek spalonego tytoniu opadł do szklanego naczynka, cicho, niemal ceremonialnie, a jej szarość spojrzenia wodziła za tym gestem z uważnością, która zdradzała więcej niż obojętność. Było w tym coś hipnotyzującego — obserwować, jak ogień gaśnie, zamiast wybuchać. Gdy się zbliżył, nie naruszył jej przestrzeni w sposób agresywny; po prostu położył się obok, jakby naturalnie, jakby świat nie wymagał już żadnych deklaracji. I zamarł. Ta cisza była osobliwa, gęsta, a jednocześnie zaskakująco bezpieczna. Wieczór przybrał ton poznawczy, niemal dokumentalny w swej szczerości. Mówił — dużo, rozwlekle, czasem chaotycznie — o życiu przeszłym, o dzieciństwie naznaczonym chłodem i dyscypliną, o wspomnieniach, które nie pachniały nostalgią, lecz przetrwaniem. Słuchała, z papierosem w palcach i półuśmiechem na ustach, ważąc każde słowo w myślach. I szczerze, bez triumfu czy wyższości, mogła przyznać przed sobą samą, że miała stokroć lepiej.

Psychopaci, doprawdy… — Nie czuła współczucia wprost — raczej osobliwą ulgę, że tym razem nie musi się bronić, że nie jest zmuszana do roli przeciwnika. Emocje, zamiast eksplodować, układały się w leniwą spiralę, pozwalając jej oddychać. I może właśnie to było najbardziej niepokojące: że w tej miękkości, w tej nieoczekiwanej zwyczajności, znalazła coś, co wymykało się jej wcześniejszym oczekiwaniom. — Właściwie czym się zajmujesz, hm? Otwarcie, Aristov… — Dłuższe zakotwiczenie na nim wejrzenia; chwilowe smagnięcie czerni jego koszuli, lekko połyskującej w ciemnościach i pojedynczej świeci gdzieś z tyłu się tlącej.




RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Alexander Aristov - 16.12.2025

Dla Leny pewnie to były tylko puste słowa, kiedy on otwierał przed nią kawałek swojej własnej duszy. Z drugiej jednak strony... Może to był jej mechanizm obronny? Reagowało na ty wszystko śmiechem i żartem, więc może tak reagowała na tę konkretną sytuację stresową? Bo powiedzmy sobie szczerze, to nie była komfortowa sytuacja. Kiedy facet, którego masz poślubić nagle wylewa z siebie część swojego życia. I to jeszcze facet starszy od Ciebie.
I tak. Odpuścił sobie tym razem. Na tę krótką chwilę zakopał swój topór wojenny, aby opowiedzieć jej co nieco o sobie. Żeby mogła go poznać, dowiedzieć się czegoś, nie uznawać go dłużej za obcego mężczyzna, a rzeczywiście za kogoś kogo miała za jakiś tam czas poślubić. I wiedział, prędzej czy później, będą zmuszeni w końcu wziąć ten niechciany ślub. Będą zmuszeni do złożenia przysięgi, do założenia obrączek. Ale jeśli będzie trzeba to będą odwlekać to tak długo jak tylko dadzą radę. Jak długi im się uda. Leżał tak więc, wpatrzony w sufit i opowiadał, mówił czasem chaotycznie, jak Lena już zresztą zdążyła zauważyć, może trochę bez sensu, ze sporymi dziurami, które celowo robił unikając jakichś ważniejszych dla niego tematów, albo niewygodnych. No bo przykładowo, czy chciał jej mówić o tym jak pierwszy raz użył na kimś klątwy cruciatus? Nie. Ale czy chciał jej opowiedzieć jakie to uczucie dostać się komuś do głowy, przeszukiwać jego wspomnienia za pomocą legilimens? No... Też w zasadzie nie. Więc te dwie rzeczy z pewnością pominął w swojej opowieści. Gdy w końcu skończył swoje opowiadanie wrócił jeszcze do jej wcześniejszych słów.
-Anastazja jest moją młodszą siostrą i może nie popierać moich wyborów, ale z pewnością je uszanuje, jeśli ją o to poproszę. - uciął szybko. Nie było to coś na czym warto było się skupiać. Bo w końcu co miałaby mu Ana powiedzieć? Że Yelena nie jest partią dla niego? Oboje nie mieli tutaj nic do gadania, dopóki żył ich ojciec. A nawet jeśli ojciec by zmarł... To co? Co wtedy Alexandrze? Zostawiłbyś Lenę? Porzuciłbyś tą głupią umowę? Zerwałbyś ten bezsensowny pakt? Spojrzał na swoją narzeczoną kątem oka i wrócił do patrzenia w sufit. Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi. - powiedział sam do siebie w myślach, jakby miało mu to w jakichś sposób pomóc. Nie pomogło.
-Psychopaci, mówisz? A jednak twoja rodzina wydała się za mąż za obcego faceta, starszego od Ciebie, którego nawet nie znasz. Którym gardzisz. Jesteście takimi samymi psychopatami, jak i my. - sprostował jej słowa, czując się jednak trochę głupio. Obrzucił ją zimny spojrzeniem i usiadł na łóżku, plecami do niej, odganiając dym z jej papierosa. Może obie ich rodziny były rządzone przez psychopatów. Dyktatorów. Surowy reżim nie był dobry dla rodzin. Najwidoczniej psuł je od środka. Tak jak oni psuli TĘ rodzinę. Tę nową.
-Zaufaj mi. Lepiej, żebyś nie wiedziała czym się zajmuję. Powiedzmy, że... wykonuje przysługi za pieniądze. Dostarczam zagubione rzeczy. Albo pomagam im się zagubić.
I to musiało jej na tę chwilę wystarczyć, bo w końcu to przecież on nie pytał, gdzie ona była w nocy, z kim wyszła, z kim była. Choć bardzo go kusiło. Oj bardzo. Chciał jej wytknąć, że jego nie obchodzi to z kim ona się włóczy po nocach na mieście, z kim się spotyka, mimo że obchodziło go to strasznie. Że czuł się zazdrosny, tak chorobliwie, że aż zrobił się prawie jeszcze bledszy na twarzy. Prawie. Oboje mieli swoje własne sekrety. Swoje własne demony. Swoje własne zajęcia. A z pośpiechu nic dobrego nigdy nie wynikało. Musieli się nauczyć żyć ze sobą w zgodzie. Co nie było proste.
Chwila, którą Alexander określił jako czas na zakopanie topora wojennego, zniknęła. Aristov powoli podniósł się z łóżka, odwracając głowę, aby jeszcze na nią spojrzeć. Dziwne, że jeszcze nie zasnęła po tym włóczeniu się po nocach. Przewrócił tylko oczami i zasłonił okna, ciemnymi, ciężkimi żaluzjami.
-Prześpij się, przyda Ci się odpoczynek, Моя Царица - powiedział spokojnie i skłonił się drwiąco przed nią, choć coś w mowie jego ciała mówiło, że nie był to do końca ironiczny tytuł. Nie chciał jej tylko zirytować, ale może rzeczywiście spodobało mu się to określenie, które właśnie jej nadał.


RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Yelena Karkaroff - 17.12.2025

Subtelna strofa jego wytłumaczenia płynęła jak cichy, wewnętrzny dialekt, który niepostrzeżenie splatał ich wspólną nić, choć oboje udawali, że to tylko przypadkowe współbrzmienie. Tłumaczył się bez pośpiechu, nie w obronie, raczej w potrzebie uporządkowania własnego obrazu — przedstawiał wizję tego, kim się stał, przez czyje oko był wychowany, jakie decyzje podejmował, gdy ona mrużyła spojrzenie w półmroku teatralnych desek, zatapiając się w miękkiej dyscyplinie kwartetu smyczkowego. Ona tańczyła, uciekała w sztukę i gest, on natomiast zapewniał im płynność finansową, trzymał świat w ryzach cyfr i zobowiązań, nawet jeśli ojciec z namaszczeniem i wyrachowaną czułością wsparł go pieniędzmi na przyszły ożenek. Niczego przecież nie miało im brakować — tak brzmiała obietnica, tak wyglądała konstrukcja rozsądku.

Ciężko być zwyczajnie kobietą pozbawioną matczynej opoki… Gdyby żyła moja matka, inaczej by wszelako to wyglądało — przedstawiła dwojako skrawek swej pokracznej, niezbyt sprzyjającej historii jaka oblała ich rodzinę lata temu. Miała mieć brata, zaś cudowna uczynne pokrzepienie śmierci zabrało ich oboje. Słuchała go z osobliwym skupieniem, nie przerywając, nie poprawiając, pozwalając, by barwa rosyjskości z jego gardła osiadała w niej ciężarem i ciepłem jednocześnie. Było w tym brzmieniu coś pokrzepiającego, coś, co koiło, choć niekoniecznie usprawiedliwiało. — Miałam mieć brata, acz śmierć zabrała ich oboje. Dziś jestem tutaj; acz spoglądając na to psychicznym sposobem, dobrze być powodem gaszenia zwad wojennych — Palce zacisnęły się na papierosie, który dogasał szybciej, niż przewidywała, więc wcisnęła ogarek w popielnicę z drobnym, stanowczym ruchem, jakby ten gest mógł zamknąć jeden rozdział, nim otworzy się następny. — Przynajmniej przystojny.

Emocje nie eksplodowały; raczej sączyły się powoli, jak wino nalewane do kryształowego kielicha — zbyt drogie, by je rozlać, zbyt mocne, by wypić jednym haustem. Myślała o tym, jak różne drogi prowadziły ich do tego samego pokoju, do tej samej ciszy przerywanej jedynie jego głosem. O tym, że każde z nich dźwigało inną wersję poświęcenia, inną mapę obowiązków i pragnień. I choć rozsądek szeptał, że wszystko było logiczne, poukładane, niemal podręcznikowe, serce upierało się przy własnej narracji — tej mniej wygodnej, ale prawdziwszej. Siedziała więc, wsłuchana, z lekko uniesioną brodą i spojrzeniem, które nie zdradzało ani kapitulacji, ani zgody. Pozwalała mu mówić, bo w tej opowieści, nawet jeśli nie była jej autorką, odnajdywała fragmenty siebie. A to, czy dialekt, którym do niej przemawiał, okaże się mostem czy tylko chwilowym echem — miało dopiero nadejść.

Mhm, przysługi… — Och, chciał ją zostawić? Sama myśl rozlała się w niej jak ciepły alkohol po przełyku, drażniąca i pobudzająca zarazem. Jeden kieliszek, może dwa, wystarczyły, by noc nabrała figlarnej głębi, by kontury rozsądku zmiękły, a emocje przestały stać w równych szeregach. W winie była odwaga, w winie była bezczelność, a w niej samej — nieodparta potrzeba, by nie pozwolić mu odejść tak zwyczajnie, jakby nic się nie wydarzyło. Chęć naprawienia win mieszała się z pragnieniem wzniecenia krzyków, choćby niemych, skierowanych wprost w jego spokojną twarz. Podniosła się więc, raz i drugi, z nagłą lekkością, jakby podłoga sprzyjała jej zamiarom, a powietrze samo układało się pod ruch. Zagradzała mu drogę ucieczki nie wprost, lecz z tą szczególną finezją, którą posiadają tylko kobiety świadome własnej obecności. — Mogę wykupić przysługę, Saszka? — Nie dotykała go, nie musiała; wystarczył ruch biodra, przechylenie ramion, spojrzenie spod rzęs, by przestrzeń między nimi zgęstniała. Było w tym wygięciu coś z wyzwania i coś z żartu, kobieca kpina z jego zamiaru odejścia, z przekonania, że noc można zamknąć bez echa. — Spędź ze mną ten cudowny poranek, jakkolwiek… — Serce biło jej szybciej, lecz twarz zachowywała spokój, jakby to wszystko było zaplanowanym aktem, nie impulsem. Wiedziała, że balansuje na granicy — między gniewem a zabawą, między dumą a potrzebą bycia wysłuchaną. I w tej chwili, stojąc naprzeciw niego, z winem krążącym jeszcze w żyłach i emocją drgającą pod skórą, była pewna jednego: nie pozwoli mu odejść, dopóki sama nie zdecyduje, że noc powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia. — Bywasz zazdrosny, мой дорогой?




RE: [12.07.1969 | Alex&Lena] Know what you want - Alexander Aristov - 17.12.2025

Przedziwna była ta relacja pomiędzy nimi, płynnie przechodzili z nienawiści do troski, a potem zaraz wracali do nienawiści. Kręcili się tak w kółko, jednak to co Alexander zauważył, to to że Yelena bardzo rzadko mu przerywała. Raczej starała się wykazać, przynajmniej w jego oczach tak to wyglądało, zrozumieniem i szacunkiem do jego historii. do jego życia. Jak było naprawdę? Kto wie? Zapewne tylko ona.
Ona. Sławna primabelerina, wiodąca tancerka największych scen w całej Europie. Ta, której życie toczyło się głównie na scenie, na przyjęciach, w światłach lamp i reflektorów. Na pierwszych stronach gazet. I on. Jej narzeczony. Narzeczony z przypadku, kochający i nienawidzący ją całym sercem. A mimo to mieli jednak coś wspólnego. Obojga matki zmarły. Kochające mamusie zostawiły ich na tym łez padole, z ojcami, którzy dominowali rodziny twardą ręką. W żelaznym uścisku trzymali ich oboje, nie dając im dojść do słowa. Przynajmniej tak było w jego przypadku. I czy Alexander Junior nienawidził swojego ojca? Nie. To nie była nienawiść, a raczej potrzeba wyrwania się z tego jarzma. Rozpostarcia skrzydeł, poczucia wolności. Rzeczywistej wolności. Chciałby w końcu mieć coś, czego nie będzie doglądał ten stary komunista, który nawet teraz, kiedy umierał w Rosji, potrafił nabruździć mu w życiorysie. Namieszać, rozkazać poślubić obcą mu kobietę.
-Czy to był komplement Panno Karkaroff? Czy ja dobrze usłyszałem? - bo w zasadzie to chyba pierwszy raz powiedziała mu coś miłego. I gdyby nie ten nastrój, który aktualnie zapanował, czyli takiego melancholijnego spokoju, tego zakopanego topora wojennego, to Alexander zapewne odwróciłby kota ogonem. Rzucił jakiś sarkastyczny tekst o tym, że nie zdziwiło go to, że Lena zwraca uwagę tylko na wygląd. Zamiast tego, uniósł brwi ku górze, w geście zdziwienia i posłał jej po chwili szelmowski uśmiech.
Bo w zasadzie to kim oboje byli jeśli nie aktorami na tej scenie, do sztuki, którą napisał im ktoś zupełnie inny. W której mogli jedynie jak najlepiej, albo właśnie jak najgorzej, odgrywać swoje role. A on... Oh jak on kochał stawiać na swoim. Jak on kochał być upartym gnojkiem. Jak uwielbiał psuć czyjeś plany. I może byli zmuszeni do tego ślubu, ale kto powiedział, że droga do niego będzie krótka i prosta? Oh nie. Będzie wyboista, pełna dziur, luk i zdradliwych zakrętów. A to tylko po to, żeby się Stary w grobie przewrócił, albo na łożu śmierci, jeśli w ogóle uda mu się tego dożyć. Kochał ojca, ale... Трахни его в задницу. Tak. Dokładnie to i dokładnie tam.
-Chcesz kupić u mnie przysługę? A jak zamierzasz ją potem spłacić? - wyszeptał jej do ucha, gdy była już przy nim. Czuł jej zapach, wymieszany z dymem papierosowym. Jego skóra oddziaływała sama na ciepło, na jej bliskość. Czuł gęsią skórkę, ciepły dreszcz rozchodzący się wzdłuż jego kręgosłupa. I nie chciał czuć tego wszystkiego. Nie chciał tego doświadczać, a jednak puls przyśpieszył, serce biło żywiej w jego piersi, niczym ptak w tej złotej klatce, jakby to ono było teraz zamknięte, a nie oni. -Tylko jeden poranek? Tego chcesz? Więc jak cenny jest dla Ciebie poranek ze mną...? Co mi za niego oddasz...?
Alexander uśmiechnął się zadziornie do Yeleny, zupełnie jakby rzucał jej wyzwanie. Bo może tak właśnie było, może rzucał. Może chciał zobaczyć jak długo wytrzyma w tej potyczce. Następne pytanie jednak zbiło go trochę z tropu. Czy bywa zazdrosny? Czy BYWA? Do cholery, oczywiście, że nie. On JEST zazdrosny cały czas. Gdy ona tylko znika mu z oczu to Alexander natychmiast czuje niepokój. Ale nie powie jej tego wprost. Nie powie jej, jak bardzo zazdrosny jest, jak bardzo nienawidzi się to co czuje. Więc tylko chwycił ją. Jego ręce odnalazły jej nadgarstki. Mógł być delikatny. Oczywiście, że mógł, ale to nie było w jego stylu. Chwyt był mocny, brutalny prawie że. Jednak Yelena zdążyła się już do tego, chyba, przyzwyczaić. Podniósł jej ręce ku górze i pchnął ją, z tym swoim uśmieszkiem, prosto na łóżko, opadając na nie razem z nią. Chciała spędzać z nim poranek? No to spędzą go razem. Aż wszyscy sąsiedzi będą ich słyszeć.