![]() |
|
[08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy (/showthread.php?tid=5495) |
[08.10.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy - Aaron Andrew Moody - 15.12.2025 Mieszkanie Aarona i Lorien i ich kotów w Camden
Aaron Moody gotował rzadko. Wbrew pozorom gotować jednak umiał, chociaż cierpliwości do stania przy garach nie miał żadnej. W przeciwieństwie do większości mężczyzn swojego pokolenia, którym pod nos talerz podsuwała matka, a potem żona, cóż... Moody wychowany został w domu, w którym oboje rodziców ciężko pracowało, już od małego gotować musiał sobie sam. Żona jego, choć spełniała się w roli gospodyni domowej, umarła, zostawiając go samego z dziećmi. A córka, jak dorastała, to w ogóle do prac kuchennych się nie garnęła, więc ktoś w domu musiał zadbać o to, żeby nie było głodu. Szło mu z tym bardzo różnie. Ale była jedna taka potrawa, która wychodziła Aaronowi absolutnie zawsze. I jak kilka dni temu zobaczył w pracy, jak Bones pałaszuje pudding ze śliwkami, to od razu zapowiedział Lorien, że jak znajdzie wolną chwilę, to zrobi pudding. Pudding nie byle jaki, bo według przepisu jego cioci, do której uwielbiał jeździć na święta, zanim wzięła i umarła na skutek powikłań czarnomagicznego zaklęcia, którym miotnął w nią na służbie jakiś czarnoksiężnik. Tak to już było. Żaden Moody jeszcze nie umarł ze starości. Budząc się jednak w dzień po swoim ślubie, z żoną u boku i kacem mordercą rozłupującym mu czaszkę od środka... Aaronowi chyba po raz pierwszy w życiu przeszła przez głowę myśl, że mógłby być pierwszym. Mógłby umrzeć ze starości. A przede wszystkim, mógłby tak żyć, pomyślał, całując Lorien, zanim delikatnie wyplątał się z jej objęć, i z jej włosów rozsypanych na jego poduszce. Wstając, przypadkiem zrzucił z łóżka kota, a właściwie Le Chata, który skwitował to obrażonym syczeniem. Aaron skrzywił się, i pokazał mu na migi, żeby był cicho. A potem pogramolił się do kuchni, zobaczyć, czy ma jeszcze jakiś słoik ogórków kiszonych. Czy istniało lepsze antidotum na kaca? Niestety, kiszone ogórki się skończyły, bo wszystkie ukradli Śmierciożercy. Moody zamrugał, wpatrując się tępym wzrokiem w pustą szafkę. Nie, skarcił się w myślach, to zaszło za daleko Aaronie. Śmierciożercy na pewno nie złamaliby szyfru do twojej szafki z przetworami. A nawet gdyby, co by im było po kiszonych ogórach? Nawet Aaron Moody uważał, że jego paranoja przybiera czasem aż nazbyt dziwaczne formy. Nachylił się więc nad zlewem, dując wodę prosto z kranu, dopóki nie poczuł, że ma dość. Wytarł usta dłonią, na której złociła się obrączka, a potem nalał trochę wody do czajniczka, na kawę, zaczynając krzątać się po kuchni w swój przyjemnie rutyniarski sposób. Bo Aaron Moody nawet w niepracującą niedzielę nie zwykł marnować czasu. Starając się jak najmniej szurać wszystkimi kuchennymi gratami, rozpoczął przygotowania do śniadania. Wdzięczny był, że może polegać na pamięci mięśniowej, jako że wszystkie naczynia były porozstawiane w określonym porządku, wszystko zdawało się więc na wyciągnięcie ręki. Przynajmniej dopóki Aaron nie przypomniał sobie, że przestawił kubki na inną półkę, żeby Lorien nie musiała za każdym razem przywoływać ich różdżką. A sztućce? Sztućce też przeniósł z tej niedomykającej się szuflady z zepsutą gałką, którą wciąż uparcie bawiły się koty, pakując w to miejsce mniej ważne kuchenne drobiazgi. W tym stary przepiśnik matuli Moody, który przypadkiem wpadł mu w ręce, choć szukał przecież tylko swojego ulubionego noża. W tym właśnie momencie Aaron przypomniał sobie o tym, że miał robić pudding. – Będzie z bakaliami – zwrócił się do Lorien, gdy ta weszła do kuchni. – Chyba, że zdążysz wyjeść wszystkie. Wtedy będzie bez bakalii – zażartował głupio, uśmiechając się do żony. Żony. Cieszył się, że może ją tak wreszcie nazwać wprost, zamiast plątać się wciąż pośród niedopowiedzeń. Wcześniej zaklął kuchenne utensylia, żeby siekały masło w misce wypełnionej mąką, cukrem, pokruszonymi sucharkami, i drobno potłuczonymi orzechami włoskimi. W mniejszych miseczkach znajdowały się suszone daktyle, morele i rodzynki, i jeszcze więcej orzechów: dodatki, które sprawiały, że pudding nabierał smaku. Moody zajął się następnie smarowaniem wyłożonej papierem blachy masłem, przybycie Lorien sprawiło jednak, że zapomniał o startych na tarce jabłkach, które podpiekały się na wolnym ogniu na kuchence za jego plecami. Rzemiosło (3k), pieczenie puddingu (jabłka na gazie). Czy dewiza "stała czujność" mnie nie zawiedzie?
[roll=Z] Przypomniał sobie jednak, gdy zaczęły się podpiekać, bo zapachniały wówczas przepięknie. Aaron odwrócił się, żeby dosypać do nich cynamonu, którym wcześniej doprawił też kawę Lorien. RE: [19.11.1972] Skoro inaczej nie można, będziemy im jako włoskie bakalie słodcy - Lorien Mulciber - 16.12.2025 Aaron pichcił w najlepsze, gdy pani domu pojawiła się w progu kuchni. W cieniutkim szlafroku i ulubionej koszulce nocnej, wciąż zaspana Lorien oparła się o futrynę. - Dzmń dbr…- Wymamrotała, trzymając w objęciach Le Chat. Kot najwyraźniej niewiele sobie robił z ostrzeżenia rzuconego przez Aarona (to był pewnie brytyjski migowy, a le chat po brytyjsku to ne kompre pa i w oógle), bo postanowił się pani poskarżyć. Nie wolno było zrzucać kota z łóżka! A że pani spała to walił jej w nos łapką tak długo aż się nie obudziła. Nie chciała się budzić. Czy to dlatego, że w głowie wciąż huczało jej od zdecydowanie zbyt dużej ilości grzanego wina? Prawdopodobnie. A może dlatego, że w objęciach męża jej się zwyczajnie dobrze spało. Nie zdarzało się to często. Noce, gdy nie musiała pić eliksiru nasennego. Gdy po prostu wystarczyło w końcu przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć. Choć na trochę. Śniła o śniegu. O zimie. Ale nie takiej, która pozostawiała na londyńskich ulicach pluchę, a połowa sędziów była chora, bo zapomnieli szalików. Śniła o śniegu, takim jak widziała w dzieciństwie. Ciężkich płatkach osiadających na ciemnych rzęsach, płaszczu i wyciągniętych dłoniach. To był miły sen. Cichy. Nie wiedziała czy była człowiekiem czy wilgowronem, momentami nie miało to żadnego znaczenia. Zwłaszcza w nocy, gdy świadomości scalały się ze sobą w jedną płynną narrację. Wypuściła kota z objęć, bo Le Chat ogarnął, że w miseczce ma nasypane już śniadanie, a miłość do pańci i miłość do jedzenia nie mogły się ze sobą równać. Nie broniła mu podskoczyć do jedzenia, ale zrobiła mentalną notatkę, że kotom przydałaby się dieta. Nawet jeśli Aaron uważał, że są po prostu puszyste. Pociągnęła nosem. W powietrzu unosił się zapach kawy, cynamonu i pieczonych jabłek. Więc prześlizgnęła się bliżej męża, słysząc o bakaliach. Były najlepszą częścią puddingu, ale nie same. Najpierw musiały zostać w nim zapieczone, żeby móc je wydłubać tak jak to lubiła. - Czyli to przez pana, panie Moody śniły mi się święta.- Oparła głowę o jego ramię. Wzięła przysuniętą po blacie kawę i natychmiast zatopiła nos w kubku. Wzięła solidny łyk. Nie była to ministerialna lura, ale nie zamierzała narzekać. Podana w jej ulubionym kubku, z odrobiną cynamonu… Można było mieć lepszy początek dnia? No może ten pudding też nie brzmiał jak złe śniadanie.- Dodaj jeszcze trochę migdałów.- Mruknęła szalenie pomocnie, wskazując na jedną z miseczek na blacie. |